Posts Tagged ‘wybory’

Cisza wyborcza

May 22, 2015

cthulhu-na-prezydenta-czarny-5645.800x1200c

Advertisements

Dunin: Okopy Świętej Trójcy

July 5, 2010

Dziwne rzeczy dzieją się na tym świecie: ja rozumiem wprawdzie, że w końcówce kampanii Kaczyński zaczął umizgi do elektoratu lewicowego, a generał Dukaczewski pewnie otworzył obiecanego szampana po zwycięstwie Komorowskiego, ale żeby jeden z najlepszych powyborczych komentarzy ukazał się w “Krytyce politycznej“? I to jeszcze pióra Kingi Dunin, która – przynajmniej dla niżej podpisanego – zawsze była symbolem wściekłej feministycznej konserwy (w porównaniu ze Środą ma pewne plusy na odcinku logiki wywodów i umiejętności wysławiania się,  ale to naprawdę nie jest trudne)? Dziwne, dziwne…

Co nie zmienia faktu, że jeśli pominąć kontekst użycia zwrotu “liberalizm” (podejrzewam, że szanowna autorka i ja rozumiemy pod tym pojęciem trochę co innego) i wieczny refren o aborcji, ręce praktycznie składają się do oklasków.

Podkreślenia – moje.

Dunin: Okopy Świętej Trójcy

Pozostawiam tym, którzy głosowali bez przekonania na Komorowskiego radość z tego, że nie udało się Kaczorowi. Że Polska została uratowana. Niech jeszcze przez chwilę cieszą  się, że nie wróci IV RP.  I tak by nie wróciła. Bo były to wybory prezydenckie, a prezydent nie ma takich uprawnień. Co najwyżej trwałyby nadal czasy, kiedy rządzi PO, a prezydentem jest jakiś Kaczyński. Dziwi mnie czemu wszyscy, którzy wpadli teraz w panikę, przez dwa lata milczeli? Mam jednak dla nich złą wiadomość: ta przegrana może okazać się wygraną w przyszłości. Obóz PiS wzmocnił się, a jako opozycja będzie zbierał punkty za krytykowanie rządu. Natomiast kandydat PO z trudem został doczołgany do mety. Pomogli mu polscy inteligenci, drżący ze strachu przed Kaczyńskim. Takie okopy Św. Trójcy, w których zdegenerowani arystokraci bronią się przed motłochem.

Zrozumiałam, to kiedy znajomy, deklarujący się jako bardzo lewicowy, powiedział, że zagłosuje na Komorowskiego, bo za Kaczyńskim ciągnie się motłoch. Antysemicki, ksenofobiczny i nieestetyczny. W tej sytuacji bliższa mi jest Monika Strzępka, która zdecydowała się stanąć po stronie elektoratu Kaczyńskiego. Bo elektorat ten ma co prawda niesłuszne poglądy, ale całkiem słuszne żądania – większej równości, większej odpowiedzialności państwa. Za PO natomiast wlecze się egoistyczny neoliberał. Łatwo jest nie lubić motłochu, trudniej pomyśleć o tym, skąd się wziął. I czy naprawdę panie z Rodzin Radia Maryja są równie groźne jak kolesie z nieograniczonym apetytem na kasę i brakiem skrupułów? Zamiast rozpoznać mechanizmy, skupiono się na wyobrażeniach i symbolach. Dziś Jarosław Kurski ostrzega Platformę – musicie się zmienić, żeby spełnić nasze oczekiwania. Może trochę za późno? Hrabia Henryk z kolegami (i koleżankami) oddali swoje głosy za darmo. Napieralski nic nie utargował. Ciekawe, co by było, gdyby Platforma nie mogła liczyć na negatywny elektorat Kaczyńskiego? Gdyby od początku usłyszała: nie zagłosujemy na nikogo, jeśli Komorowski nic nam nie da w zamian? Czego Komorowski nie obiecał przed wyborami, na pewno nie zrobi po. Okazało się, że polskie liberalne elity wystarczy postraszyć strachem na wróble w moherowym berecie. Inne opinie, które słyszałam, to pełne przerażenia opisy wsi głosujących na Kaczyńskiego pod dyktando Kościoła. Dziki zaścianek. PO to co innego – nie słucha proboszczów, tylko biskupów. I tak się z tym nie obnosi. A nawet może wypracować kompromis. Znamy już takie kompromisy – np. w sprawie aborcji.

Nie głosowałam na Kaczyńskiego, nie zagłosowałam też przeciwko niemu. I oczywiście nic się nie stało, poza zwycięstwem estetyki. Lepszej od żałoby, antynacjonalistycznej, tolerancyjnej, proeuropejskiej, dzięki której będzie rządziła nami zadowolona z siebie konserwa. A co było do wyboru? To samo lub prawie to samo, ale bez naszej zgody.

No i już

July 4, 2010

Wygląda na to, że spełniły się marzenia wszystkich histerycznych lemingów, których nerwy dygotały na myśl o przegranej Gajowego. Udało się zażegnać widmo powrotu IV RP, co należy uznać za zdarzenie niewątpliwie pozytywne… Wprawdzie śladów tego bytu nigdzie w kampanii nie stwierdzono, ale ludzie nie są istotami racjonalnymi i jeśli mogą się bać ufoludków, mogą panikować też na myśl o IV RP. Czemu nie? W końcu konstytucja gwarantuje swobodę wyznania i można wierzyć – jak scjentologowie – nawet w Xenu.

Zdążyłem się nasłuchać w tej kampanii pytań o wyborcze preferencje (na ogół w tonie “przecież nie będziesz głosował na Kaczyńskiego?”) i długiej listy zarzutów wobec prezesa PiS:

  • Że zaognia stosunki z Rosją: “Zawsze mamy gdzieś w zanadrzu polską pamięć, że 400 lat temu w trochę innym charakterze, żołnierze polscy maszerowali po Placu Czerwonym
  • że szkodzi gospodarce: “Eksploatacja polskich złóż gazu łupkowego w najbliższych latach raczej nie wchodzi w rachubę [..] złoża musiałyby być bowiem wydobywane metodą odkrywkową, co oznaczałoby dewastację krajobrazu
  • że dzieli Polaków na lepszych i gorszych: “państwo ma prawo traktować wydatek z budżetu jako swoistą inwestycję, więc na pewno nie w stosunku do wszystkich, tylko w stosunku do tych, gdzie jest szansa, że się urodzą dzieci zdrowe i będą dobrze wychowanie, czyli to jest, wychowane na dobrych obywateli w przyszłości”
  • że płaszczy się przed Waszyngtonem: “Nie powinniśmy domagać się od USA zniesienia wiz [..] Przyjdzie taki moment, kiedy nasz partner dojrzeje do decyzji o zniesieniu wiz”
  • że narusza prawo: “Nie czekając na wynik wyborów staram się podejmować decyzje, których już nikt nie odwróci”

Uwaga dla mniej uważnych czytelników serwisów informacyjnych: wszystkie cytaty w nawiasach to wypowiedzi Bronisława Komorowskiego. I co? I nic. Najwidoczniej większość ludzi zgadza się z opinią Agnieszki Holland:

Te wybory pokazały jak trudno w Polsce wygrać z nieboszczykami. W sumie to śmierć a nie życie bardziej zaciążyły nad tą kampanią. Dlatego młodzi ludzie zwrócili się ku Napieralskiemu, który mimo grobów hasał w rytm disco polo

Synchroniczne umizgi w stronę lewicy były żenujące w wykonaniu obu kandydatów, ale mnie szczególnym problemem był sentyment do Gierka artykułowany przez Kaczyńskiego. Że Komorowski przyjaźni się z generałem Dukaczewskim i jako jedyny głosował przeciw rozwiązaniu WSI to nie nowina – więc mięta, którą Gajowy czuje to  do towarzyszy, jest powszechnie znana. Ale Kaczyński, który sporą część swojej politycznej tożsamości zbudował na sprzeciwie wobec przekrętu założycielskiego III RP? Ciekawie byłoby się dowiedzieć, ilu ludzi te wypowiedzi zniechęciły do oddania głosu – nie przyciągając przy tym żadnych nowych zwolenników.

A patrząc w przyszłość, zastanawiam się: na kogo teraz zwali winę banda nieudaczników tworzących – jakimś ponurym kaprysem historii – aktualny rząd RP? Bartek (pozdrowienia!) sugerował, że na brukselskich komisarzy, ale osobiście nie za bardzo w to wierzę: bez imprimatur Brukseli Rostowski czy Tusk boją się podrapać za uchem, bo “co sobie Europa pomyśli“? Jeden Kaczyński w trumnie, drugi pokonany, Żydów nie bardzo idzie obciążyć (trochę nie wypada), masonów jak na lekarstwo, podobnie cyklistów (co przy stanie polskich dróg nie dziwi)… Nie wiem, naprawdę nie wiem. Będzie ciekawie.

Na koniec kampanii z dedykacją dla wszystkich, którzy na myśl o nadchodzącej erze pojednania i miłości odczuwają ból poniżej pleców:

Wasz prezydent, wasz premier. Zgoda buduje.

Ziemkiewicz: K(om)uszenie Kaczyńskiego

June 26, 2010

Porąbało was? Mówię do tych wszystkich, którzy mejlowo, esemesowo czy wpisami na różnych portalach internetowych sugerują, że głośna wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o postkomunistach − to znaczy właśnie już nie postkomunistach tylko lewicy średnio starszego pokolenia − w jakikolwiek sposób mnie dotyczy i powinienem się wobec niej określać. A dlaczego niby?

Insynuacja, że miałbym zmieniać zdanie dlatego, że prezes PiS powiedział co powiedział, jest w oczywisty sposób obraźliwa. I nic poza tym. Kiedy występuje z nią wiadoma młodzieżówka, względnie bliżej niezidentyfikowane pospolite ruszenie szalikowców salonu, to rzecz jest oczywista − ot, jeszcze jeden bluzg z tego samego towarzystwa, które bulgocze pod kreską różnymi niesiołkami w stylu „lizusa”, „tłuściocha” czy „pisowskiej wuwuzeli” (to ostatnie akurat w miarę dowcipne) i kolportuje brednie o rzekomej pracy w „Agorze” czy żonie z BCC. Wcale ich zresztą do tego nie zniechęcam. Ja jestem, gdyby jeszcze kto nie wiedział, chłop z Mazowsza rodem, skórę mam grubą i bluzgi jej nie uszkadzają, a każde odnotowane w statystykach wejście na stronę to dla mnie wymierna korzyść, także i wtedy, gdy ktoś klika, by mnie bezsilnie lżyć.

Mniej zrozumiałe jest, gdy z pytaniem „i co ty na to?” występują zwolennicy tych paru prostych prawd, o które się swoją pisaniną upominam. Mogę im z czystym sercem powiedzieć: samiście sobie winni. Na tym świecie to, co jest na sprzedaż, ma zawsze większą wartość od tego, co już zostało sprzedane. Trzeba było, jak namawiałem, cenić swój głos, nie dodawać go od razu do głównego plebiscytu, wesprzeć w pierwszej turze któregoś z bardziej wyrazistych kandydatów. Gdybyście najpierw zagłosowali w przyzwoitej liczbie na Morawieckiego, Jurka czy Korwina, to teraz Kaczyński musiałby się o wasze głosy starać i udowadniać swój antykomunizm, katolicyzm oraz prawicowość. A skoro już mu je oddaliście, to się od tych cnót dystansuje, by walczyć o głosy Napieralskiego. Takie są wilcze prawa demokracji.

Osobna rozmowa, czy w tym zdystansowaniu Kaczyński nie przegiął i nie pomógł niechcący swoim wrogom. Zagrożeniem dla niego nie jest to, że jego umizgi do komuchów zniechęcą doń jakąś znaczącą część elektoratu prawicowego. Jak już pisałem, II tura to wybór mniejszego zła, i nawet z lekka skomuszały Kaczyński (powiem więcej − nawet bardziej niż z lekka, bo prawdziwe komuszenie to zobaczymy dopiero po wygranych wyborach) i tak dla zwolenników prawicy pozostanie mniejszym złem niż rządy monopartii z michnikowszczyzną i byłymi dowódcami WSI na zapleczu. Zagrożeniem jest to, że przeginając z retoryką pojednania może Kaczyński uwiarygodnić wysiłki przeciwników, których głównym staraniem jest odebrać mu wiarygodność w oczach szerokiej rzeszy niezdecydowanych. Jeśli znaczącej części tych Polaków, którzy „nie interesują się polityką”, czyli mają w głowach dziwaczną sieczkę, międloną z jednej strony przez telewizje, a drugiej przez sensacyjne wieści i bon-moty przyniesione z magla, uda się zaszczepić obraz Kaczyńskiego jako makiawelicznego oszusta − jego nadzieję runą.

Nie umiem oczywiście wyważyć, na ile szarpanie wizerunkiem szkodzi w tej kwestii Kaczyńskiemu, a na ile wyborcy „środka” (w historiach rewolucji francuskiej zwanego uprzejmie „bagnem”) gotowi są przyjąć uzasadnienie zmiany wstrząsem po katastrofie smoleńskiej. Co o tym sądzę jako komentator polityczny, pisałem już wczoraj. A co o tym sądzę jako ja?

Jako ja, to pozwolę sobie przypomnieć, że obstawałem przy pewnych sprawach znacznie wcześniej, niż zaczął o nich mówić Kaczyński. Politycy, jak wielokrotnie tłumaczyłem, nie kreują społecznych podziałów, oni tylko obstawiają jedną ze stron, „obsługują” ją − i Kaczyński oraz Tusk nie są tu wyjątkami. Polska współczesna rozdarta jest, jak każdy kraj postkolonialny, pomiędzy tubylców i kreoli. Pomiędzy miejscowych, którzy słabo sobie uświadamiają „czym tobie być, o czym tobie marzyć, śnić” − i różnych takich Różyców, których straszliwie boli, że nie urodzili się we Francji, Niemczech czy Belgii, tylko, niech to szlag, na tym polskim zadupiu.

„Nasz naród jak lawa” − ci na wierzchu nie tworzą elity, tylko szumowinę. Nie tworzą żadnych idei, nie są w stanie narodu nigdzie prowadzić, bo go szczerze nienawidzą i jedyny tytuł do szlachectwa widzą w intensywnym przeżywaniu swego poczucia wyższości nad „starszymi, gorzej wykształconymi i z małych miasteczek”. Ci spod spodu są „durni, zapalni i łzawi”, mają mnóstwo irytujących, pańszczyźnianych wad i prawdę mówiąc, czasem chciałoby się im dać tęgiego kopa w dupsko − ale jest w nich ten ogień, którego „sto lat nie wyziębi”. Naród pozbawiony historycznym nieszczęściem elity może wytworzyć nową. Elita, odcinająca się w pogardzie od własnego narodu, przyszłości nie ma. Tak uważam, choć być może racjonalizuję tylko swe głębokie emocje, bo, fakt − „wolę polskie gówno w polu, niźli fiołki w Neapolu”.

Jarosław Kaczyński toczy z Bronisławem Komorowski bój o władzę. W obecnej sytuacji, gdy grożą nam rządy monopartii, a wręcz monomafii, pierwszego uważam za zdecydowanie mniejsze zło niż drugiego. To kwestia bieżąca. Jako Polak, obywatel, wyborca i pisarz nie unikam zajmowania stanowiska w tym sporze. I może się tak zdarzyć, że za czas jakiś uznam za mniejsze zło Platformę, albo partię Ojca Rydzyka, albo jeszcze jakąś inną.

Ale ten spór, który mnie najbardziej zajmuje, jest inny, głębszy i ważniejszy. Z innego świata niż polityka. Dotyczy spraw zasadniczych. Naszej kulturowej i narodowej tożsamości. Nie należy mylić tych dwóch spraw, starcia polityków, którzy walczą o władzę, i starcia Polski z anty-Polską. A jeśli ktoś myli, to co ja mogę powiedzieć?

Że chyba go porąbało.

Ziemkiewicz: Głosuj. Zmień Polskę!

June 18, 2010

Ostatni przed wyborami felieton będzie czymś w rodzaju prywatnej odezwy. Nie zamierzam informować nikogo, na kogo będę głosować w pierwszej turze. Pozostanie to moją, jak zwykłem mawiać, gorzką tajemnicą. Ale jest coś, do czego namawiam. Do tego, żeby w pierwszej turze nie angażować się w mecz pomiędzy hegemonami polskiej sceny politycznej, ale głosować na tego kandydata, którego poglądy uważa się za najbliższe sobie i najbardziej warte wspierania.

Jeśli któryś z głównych kandydatów miałby już teraz zdobyć ponad połowę głosów (co wydaje się wątpliwe) – to ci, którzy nie chcą na niego głosować, nic na to nie są w stanie poradzić. W takim wypadku tym bardziej warto pokazać, że są ludzie, którzy nie chcą być wiecznie zmuszani do sędziowania w plebiscycie między nie-Kaczyńskim i nie-Tuskiem, ludzie, którzy nie mieszczą się w tym podziale i domagają się podania nowej karty dań.

Jeśli natomiast – co wydaje się najbardziej prawdopodobne – do drugiej tury dojdzie, to wtedy właśnie będzie czas, by głosować na mniejsze zło.

Żeby mieć to od razu z głowy, parę słów i o tym momencie – choć czytelnicy, którzy zaglądają tu regularnie, znają już doskonale moje zdanie w tej kwestii. Jak pisałem, wybór, przed którym stawia nas duopol PO-PiS to wybór, przenośnie mówiąc, pomiędzy mafią a sektą. Większość Polaków woli mafię. To w jakiś sposób zrozumiałe. Mafioso postrzegany jest jako bardziej przewidywalny, jeśli da mu się haracz, to zostawi człowieka w spokoju, podczas gdy inkwizytor może się w każdej chwili przywalić do każdego.

Ja osobiście z dwojga złego wolę inkwizytora, także dlatego, że wiem, do jakiego stopnia został ponad swe rzeczywiste wady zdemonizowany przez mafijne media, ale rozumiem sposób, w jaki kombinuje sondażowa większość (i, przy okazji, rozumiem także to, dlaczego zupełnie nie zmienia sondaży uporczywe udowadnianie przez prawicowców, że mafia jest mafią; bo ludzie to doskonale wiedzą, ale – patrz wyżej).

Zwracam jednak uwagę, że wybory prezydenckie mają inną specyfikę, niż parlamentarne. Prezydent nie ma w Polsce wielkiej władzy, ale jedno może: trzymać nogę w drzwiach. Blokować co bardziej bezwzględne posunięcia rządzących, powstrzymywać niszczenie przez nich ostatnich mechanizmów kontrolujących lub ograniczających ich wszechwładzę.

Kto chce, niech wierzy, że miłościwie nam panująca sitwa potrzebuje wyzwolenia się spod tej kontroli po to, by móc wreszcie reformować Polskę i nieść jej “dobre zmiany”. Ja takich uważam – przykro mi, jeśli się ktoś obrazi, ale “amicus Plato” – za naiwnych idiotów. Zbyt wymowny jest sposób, w jaki ta szajka zamiotła pod dywan aferę hazardową i dziesiątki innych swych nadużyć, zbyt wiele mówi o niej pośpiech i bezwzględność w wyciągnięciu wszystkich korzyści z tak szczęśliwego dla niej trafu, jak katastrofa smoleńska.

Jeśli ktoś, póki jeszcze można to zrobić, informowany jest (przykład z ostatniej chwili) o projekcie ustawy, dającej “odzyskanemu” przez Platformę CBA uprawnienia niewyobrażalne w cywilizowanym kraju i czyniące z niego przedziwną wszechpolicję, która nawet nie musi udawać, że prowadzona przez nią inwigilacja czy prowokacje mają cokolwiek wspólnego ze zwalczaniem korupcji, i albo nie chce tej informacji przyjąć do wiadomości, albo, jak wspomniane mafijne media, nie widzi problemu, skoro uprawnienia te ma dostać władza “słuszna”, a nie “niesłuszna” – to starożytne greckie określenie “idiota” (dosł. człowiek nie interesujący się polityką, nie biorący udziału w życiu politycznym) jest najłagodniejszym spośród narzucających się.

Więc proszę to pamiętać: w tych wyborach nie decydujemy, czy Polską będzie rządzić mafia czy sekta, bo to już jest przesądzone, przynajmniej do przyszłego roku. W tych wyborach zdecydujemy tylko, czy władza mafii zyska charakter absolutny i czy pozbędzie się ona nie tylko kontroli, ale nawet możliwości przekazania społeczeństwu wiedzy o jej postępkach.

Uważam, że taki scenariusz byłby najczarniejszy – i aby go uniknąć, trzeba będzie zapewne głosować na kandydata z władzą skłóconego, nawet jeśli się go nie lubi i niezbyt mu ufa. Tak każe rozsądek. Ale ten rozsądek zdąży pokierować naszą ręką, powtarzam, za dwa tygodnie. Na razie warto pokazać, że w podziale na Polskę nie-Kaczyńskiego i nie-Tuska nie wszyscy się mieścimy. Naprawdę.

Psychoza Jacka Vincenta

June 13, 2010

Ministerstwo Finansów zajmuje się, jak sama nazwa wskazuje, finansami publicznymi – w obszarze jego zainteresowania są takie zagadnienia jak budżet (w wydaniu europejskim: w szczególności deficyt), podatki, finansowanie administracji publicznej. Patrząc na polską gospodarkę można by uznać, że to sporo roboty: Rzeczpospolita Polska zadłuża się w tempie, przy którym bledną przysłowiowe długi zaciągnięte przez Gierka, uznaniowo interpretowane przepisy utrudniają życie przedsiębiorcom, Urząd Skarbowy to właściwie osobne państwo w państwie… A co martwi Rostowskiego? Kaczyński.

Rozumiem, że nie można dyskryminować ludzi z zaburzeniami psychicznymi (w końcu nie ma normalnych, są tylko źle zdiagnozowani) ale to już zaczyna trącić kabaretem: zdaniem ministra finansów 38-milionowego kraju w środku Europy najpoważniejsze zagrożenie dla Polski to jeden z kandydatów na prezydenta. Czemu? Bo “w środowisku europejskim jego obecność mogłaby być groźna“. Jeśli głupoty tego rodzaju opowiadają szeregowe lemingi, to nic specjalnego, ale w przypadku najważniejszego z wicepremierów nie można takich sygnałów lekceważyć.

Według  rządzących Polską ekonomicznych analfabetów, wejście do strefy euro jest dobre, a nie wejście złe. Bo tak – a kto pyta o detale, ten PiSowiec PiSior i słuchacz RM. Tak naprawdę kryzys w bankowości nie przerodził się jeszcze w kryzys gospodarczy pełną gębą z jednego  powodu: odpowiednicy Rostowskiego z krajów eurolandu uprawiają jeszcze lepszą kreatywną księgowość niż Jacek Vincent… Liczby zresztą mówią same za siebie: najpierw Grecja z Hiszpanią, konwulsje targają Portugalią i wystarczyła jedna wypowiedź węgierskiego ministra, żeby zatrzęsło się zaufanie do Austrii – tamtejsze banki są bardzo aktywne nad Dunajem.

Ale furda fakty, do strefy euro wejść musimy jak najszybciej, a ten potwór Kaczyński mógłby taki ruch zawetować – i będzie wstyd (nie wiedziałem, swoją drogą, że młodzi wykształceni z dużych miast są purytańscy i przywiązują do pojęcia wstydu aż takie znaczenie).

Żarty żartami, ktoś musi pilnować interesu, bo ludzie trzymający obligacje rządu RP raczej niespecjalnie przejmują się hm, powiedzmy grzecznie: stanem kruchej psychiki ministra finansów. I jest, jest zbawca: NBP zostało odzyskane z rąk PiSowskich hord i szefem tej instytucji został Marek Belka. Jedno z jego pierwszych posunięć to utrzymanie linii kredytowej z MFW – i tak już silna i zdrowa gospodarczo Polska będzie dzieki temu jeszcze silniejsza i zdrowsza. W końcu wszyscy wyznawcy Keynesa wiedzą, że rozwiązaniem dowolnego problemu w gospodarce jest zwiększenie wydatków rządowych w celu stymulacji popytu.

I kto za to płaci? Pani płaci, Pan płaci.. Społeczeństwo. Ja oczywiście rozumiem, że do głosowania na PO konieczny jest pewien poziom ekonomicznego analfabetyzmu, ale aż do tego stopnia?

Zaraza się rozszerza

June 10, 2010

Że wikiBronek wielkim człowiekiem jest, to wszyscy młodzi wykształceni z dużych miast wiedzą; są też świadomi jego talentów godnych wielkiego przywódcy. Tak samo jak Stalin, Ceauşescu czy Idi Amin, wikiBronek zna się na wszystkim: i na strzelaniu do zwierząt, i na kobietach, i na pływaniu kajakiem, i na lotnictwie, i na powodziach… Ostatnio do tej listy doszło jeszcze górnictwo ale myliłby się (będący na pewno agentem PiS i słuchaczem RM) ktoś, kto sądziłby, że ta lista wyczerpuje temat. Bo Wiki zna się także na opiece zdrowotnej!

Doczytał na wikipedii i już wie: komercjalizacja i prywatyzacja to nie to samo.  Gdyby ktoś miał słabą pamięć, to koncepcje urynkowienia służby zdrowia według PO można sobie przypomnieć TUTAJ. Poprzednią próbę komercjalizacji tej dziedziny udaremnił podły PiSowski sługus Kamiński – nie można pozwolić, aby Poncyliusz i jego złowrogi mocodawca Kaczyński po raz drugi dokonali tej zbrodni! Sawicka i Sobiesiak to tytani polskiego kapitalizmu a’la III RP i nie można pozwolić, by opluwali ich mali, podli psychopaci! To nie ludzie, to wilki!

BONUS TRACK 1: Na odsiecz mężowi przyszła nie-będąca-kaszalotem małżonka i powiedziała, co myśli. Głębia jej myśli powinna powalić każdego, a kogo nie powala… Wiadomo, co trzeba z nim zrobić.

BONUS TRACK 2: Autorytet z penisem w garści podał, według mnie, przyczynę ostateczną: Wiki jest kandydatem świadomym swojego macierzyństwa. Właściwie można by odwołać dzisiaj wybory i wybrać Wikiego przez aklamację, bo takiego argumentu przebić się nie da. Chyba.

Krótko i węzłowato

June 5, 2010

BK i JK zapytano co zrobić, żeby młodzi nie wyjeżdżali z kraju.

BK: Proponujemy otwarcie na świat i sąsiadów, także pojednanie z innymi narodami sąsiadującymi z Polską, zaczynając od pojednania i porozumienia poprzez wymianę młodzieży zarówno z Niemcami, jak i z Rosją i Ukrainą.

JK: Trzeba stworzyć mechanizmy prawne służące wsparciu dla młodych ludzi, aby mogli zdobywać doświadczenie zawodowe. Musimy otworzyć rynek dla młodych tam, gdzie jest zamknięty mechanizmami korporacyjnymi

Wnioski do samodzielnego wyciągnięcia. Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich lekarzy i prawników.