Posts Tagged ‘wybory prezydenckie’

Czyrzby czyrzyk?

May 24, 2015

CFzEojNVEAEYi36.jpg-large

Advertisements

Michalkiewicz: Rozterki i wątpliwości

July 1, 2010

Szanowni Państwo!

Ach, jakąż straszliwą próbą dla każdego uczciwego człowieka są demokratyczne wybory – choćby nawet pozbawione większego znaczenia, jak na przykład wybory tubylczego prezydenta w Polsce! Już nawet nie chodzi o to, że trzeba dokonać wyboru, to znaczy – podjąć decyzję, co – jak wiadomo – wielu ludziom przychodzi z trudem. W skrajnych przypadkach konieczność ta przyprawia ich o głęboką rozterkę, o jakiej poucza nas bajka o osiołku, któremu „w żłoby dano: w jednym owies, w drugim siano”. Jak pamiętamy, osiołek ów, nie mogąc dokonać wyboru, padł z głodu. A przecież był on w nieporównanie lepszym położeniu od nas!

Oto bowiem w miarę zbliżania się terminu głosowania, kampania wyborcza się zaostrza. Zaostrzenie to polega na wynajdywaniu argumentów, a przynajmniej poszlak przemawiających za tym, że przeciwnik to skończony dureń, a poza tym łajdak, na domiar złego otoczony bandą durniów i łajdaków jeszcze gorszych od niego. Te argumenty i te poszlaki w wielu wypadkach sprawiają wrażenie uzasadnionych i przekonujących – i to nie tylko obserwujących te zmagania obywateli, ale niekiedy – nawet samych zainteresowanych. Na przykład pan marszałek Bronisław Komorowski już się nie upiera, że jest hrabią, bo – jak powiadają Rosjanie – „Fiedot, da nie tot” – to znaczy, że wprawdzie owszem – nazywa się Komorowski, jakże by inaczej – ale podobno nie z „tych” Komorowskich, tylko z innych. Przewidział to przed laty Janusz Szpotański, pisząc w „Towarzyszu Szmaciaku”, że „dziś bardzo u partyjnych w modzie jest pleść koszałki o swym rodzie (…) Wpierw szarże były wielkim szykiem lecz dziś z nich każdy – pułkownikiem. Przejadł się także im doktorat, więc na tytuły przyszła pora”.

Ale mniejsza już o te arystokratyczne fumy, w sam raz pasujące do demokratycznego państwa prawnego, w dodatku urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej – bo ważniejsze jest co innego. Oto gdy pod koniec kampanii wyborczej jesteśmy już całkowicie przekonani przez wyborcze sztaby, że obydwaj kandydaci to durnie, niedołęgi, krętacze i szubrawcy – mamy akurat spośród nich wybrać któregoś, by w jego ręce złożyć nie tylko losy państwa, ale i swoje własne! Krótko mówiąc – wymaga się od nas, byśmy zrobili coś, co nie tylko urąga wszelkiej logice i zdrowemu rozsądkowi, ale nawet elementarnemu poczuciu moralnemu! Zastanówmy się tylko – czy którykolwiek z nas, po tym wszystkim, co usłyszał o kandydatach, to znaczy – co oni sami i ich sztaby wyborcze mówią o przeciwniku – nie zawahałby się oddać któremukolwiek z nich swojej córki za żonę, a nawet – kupić od któregoś samochód?

Ciekawe, że zarówno kandydaci, jak i ich sztaby wyborcze sprawiają wrażenie, jak gdyby w ogóle nie zdawały sobie z tego sprawy. Mamy w związku z tym dwie możliwości: albo przekonanie o własnych zaletach zupełnie przesłoniło im poczucie rzeczywistości, albo są jeszcze głupsi, niż myślimy, co zresztą w sumie na jedno wychodzi. Byłoby znacznie lepiej, a jeśli nawet nie lepiej, to przynajmniej przyzwoiciej, gdyby każdy z kandydatów opowiadał dowcipy. Przynajmniej byśmy się pośmiali, a tak, to zamiast przyjemności – udręka i beznadzieja, bo cokolwiek zrobimy, to i tak będzie źle.

Na szczęście, jak wspomniałem, wybory tubylczego prezydenta nie mają większego, a może nawet żadnego znaczenia i to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ci wszyscy dygnitarze są jedynie marionetkami w rękach sprawującej w Polsce rzeczywistą władzę razwiedki, czyli tajnych służb z komunistycznym rodowodem, które w dodatku wysługują się państwom trzecim – przede wszystkim – strategicznym partnerom, czyli Niemcom i Rosji. Po drugie – nawet gdyby razwiedka nie okupowała Polski, to po 1 grudnia ubiegłego roku, kiedy Polska stała się jedną z mniej znaczących prowincji Unii Europejskiej, która ma własne władze, – tubylczy prezydenci nie mają wiele do gadania. Wystarczy zwrócić uwagę, że ponad 80 procent obowiązującego u nas prawa, to przetłumaczone własnymi słowami dyrektywy Komisji Europejskiej, a każda ustawa, żeby w ogóle trafiła pod obrady, musi najpierw uzyskać certyfikat zgodności z ustawodawstwem europejskim. Wprawdzie z punktu widzenia suwerenności nie wygląda to dobrze, przeciwnie – wygląda wręcz fatalnie, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu właśnie nasza rozterka przedwyborcza nie wygląda aż tak poważnie, jak moglibyśmy sobie wyobrażać. Zdaję sobie sprawę, że ten punkt widzenia i w ogóle – taki sposób patrzenia na wybory prezydenckie odbiega i to znacznie od głównego nurtu, który charakteryzuje się znacznym zacietrzewieniem, ale nic na to nie poradzę. Czy są wybory, czy akurat ich nie ma, trzeba starać się mówić prawdę – i tyle.

Tymczasem wybory – wyborami, a w związku ze zjazdem dygnitarzy, urządzonym w Krakowie z okazji 10-lecia dygnitarskiej międzynarodówki zwanej „Wspólnotą Demokratyczną” czy jakoś tak – pojawiły się uporczywe pogłoski, jakoby pan marszałek Komorowski zamierzał poczynić pani Hilarii Clintonowej jakieś obietnice. Pani Hilaria Clintonowa, jak wiadomo, interesuje się naszym krajem o tyle, o ile można wyciągnąć od Polski 65 miliardów dolarów dla żydowskich organizacji wiadomego przemysłu. Jak to mówią, nie ma dymu bez ognia, więc może byłoby dobrze, gdyby pan marszałek Komorowski ustosunkował się do tych pogłosek i wyjaśnił, czy rzeczywiście zamierza, w zamian za pokazanie się przed kamerami w towarzystwie starszych i mądrzejszych, przyłożyć rękę do planowanego rabunku Polski, czy też są to jedynie fałszywe pogłoski, kolportowane przez jego politycznych przeciwników. Może nie byłoby potrzeby zwracania na to uwagi, gdyby nie deklaracja ministra Radosława Sikorskiego, że zamierza podpisać nową, „jeszcze lepszą” wersję umowy o rakietowym makagigi ze Stanami Zjednoczonymi. Jak pamiętamy, poprzednia, to znaczy – aktualna umowa polegała na ty,, że Amerykanie przywieźli do Polski atrapę wyrzutni rakiet „Patriot”, a nasi mężykowie stanu z panem ministrem Klichem na czele, urządzili z tej okazji wielką powitalną uroczystość. „Lepsza wersja” może zatem polegać na przysłaniu jeszcze jednej atrapy, której przybyciu będzie towarzyszyła jeszcze większa uroczystość. Jak na 65 miliardów dolarów, to nie jest dobry interes, więc byłoby dobrze, gdyby przed wyborami chociaż tego można było się dowiedzieć.

Mówił Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: Prawica w służbie komuny?

June 24, 2010

Szanowni Państwo!

Coś cienko przędą ci wszyscy prezydenci. Właśnie premier Donald Tusk zaoferował swoją głowę, jeśli pan marszałek Komorowski nie sprawdzi się, jako prezydent. Najwyraźniej pan premier Tusk jest przekonany, że złożył nam interesującą ofertę, coś w rodzaju propozycji nie do odrzucenia. Tymczasem to bardzo kiepski interes. Bo pomyślmy sami – cóż by nam w razie czego przyszło z głowy pana premiera Donalda Tuska?

Oleju, jak wiadomo, tam nie ma. Do pozłoty też się nie nadaje. Woda sodowa – no, owszem, tego mu nie brakuje, ale woda sodowa, zwłaszcza z głowy pana premiera Tuska, to żaden interes. Tym bardziej, że pan marszałek Komorowski nie sprawdzi się jako prezydent prawie na pewno. Po pierwsze dlatego, że przecież wcale nie wiadomo, czy nim zostanie. Po drugie dlatego, że jeśli by nawet został, to obiecał współpracę z rządem – oczywiście mając na myśli rząd pana premiera Tuska.

No ale cóż takiego mądrego zrobił przez te trzy lata rząd pana premiera Tuska? Rząd pana premiera Tuska nie zrobił niczego mądrego, bo przecież powiększenie długu publicznego o ponad 200 miliardów złotych trudno uznać za coś mądrego zwłaszcza, że trudno zgadnąć, na co właściwie te pieniądze się rozeszły. Ani nie ma autostrad, ani nie poprawiły się koleje… Najwyraźniej, jeśli nie wszystko, to większość z tych 200 miliardów zeżarła biurokracja, która przecież byle czego nie zje.

Zatem nawet gdyby pan marszałek Komorowski został prezydentem i „współpracował z rządem”, to nic z tego wyniknąć nie może, jako że z próżnego i Salomon nie naleje. Ex nihilo nihil fit – jak mawiali starożytni Rzymianie, co się wykłada, że z niczego nic powstać nie może. Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – ta deklaracja pana marszałka Komorowskiego o współpracy z rządem to tylko taki skrót myślowy, bo tak naprawdę chodzi o bezwzględne posłuszeństwo wobec razwiedki. Nie na darmo pan generał Marek Dukaczewski odgrażał się, że po zwycięstwie marszałka Komorowskiego z radości otworzy sobie szampana. Słusznie – bo cóż to razwiedce szkodzi w osobie takiego prezydenta uzyskać jeszcze jedno narzędzie ręcznego sterowania krajem – ku zgubie państwa i udręczeniu narodu?

Nie, stanowczo pan marszałek Komorowski nie sprawdzi się na stanowisku prezydenta, o ile, ma się rozumieć, je zdobędzie. W takiej sytuacji mielibyśmy nie tylko prezydenta do chrzanu, ale jeszcze w dodatku głowę pana premiera Tuska! Ooo, to doprawdy l’embarras de richesse, czyli – jak mówią Francuzi – kłopot z nadmiaru. Potrzebna nam do szczęścia głowa pana premiera Tuska tak samo, jak psu piąta noga.

Z kolei pan prezes Jarosław Kaczyński rozmawiał właśnie z panem wicepremierem Pawlakiem, panem Grzegorzem Napieralskim i panią minister Ewą Kopacz na temat służby zdrowia. Z tego towarzystwa na razie tylko pani Ewa Kopacz nie kandydowała na prezydenta, ale to nieważne, bo znacznie ciekawsza jest konkluzja z tej rozmowy. Okazało się, że służba zdrowia jest w fatalnym stanie! No – czy ktoś mógłby wyobrazić sobie coś podobnego? Nigdy by nam to nie przyszło do głowy! Gdyby pan prezes Kaczyński nie porozmawiał z tymi wszystkimi prezydentami, no i oczywiście – z panią minister Kopacz, to byśmy myśleli, że ze służbą zdrowia wszystko jest w jak najlepszym porządku, to znaczy – że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej!

No, ale na szczęście pan prezes Kaczyński w samą porę skonsultował się z panem wicepremierem Pawlakiem, z panem Grzegorzem Napieralskim i z panią Ewą Kopacz, dzięki czemu i my możemy wreszcie poznać prawdę. No dobrze, już wiemy, że służba zdrowia jest w fatalnym stanie. Bez pana prezesa Kaczyńskiego nigdy byśmy się w tym nie zorientowali, to jasne – ale co w tej sytuacji przystoi nam czynić? Wiadomo – wybrać prezydenta, który sytuację w służbie zdrowia naprawi. Ale co konkretnie mają do powiedzenia faworyci tych wyborów, to znaczy – pan marszałek Komorowski i pan prezes Kaczyński?

Tego nie wiemy poza jednym – służby zdrowia w żadnym wypadku nie wolno prywatyzować. Od prywatyzacji odżegnuje się zarówno pan marszałek Komorowski, co właśnie potwierdził niezawisły sąd, jak i pan prezes Kaczyński. No dobrze, ale przecież obecnie służba zdrowia jest państwowa, a nie prywatna, a mimo to jest w fatalnym stanie! Prywatny jest wyłącznie sektor weterynaryjny, ale – ciekawa rzecz – nikt na jakość usług weterynaryjnych jakoś nie narzeka. Ale skoro fakty przeczą jedynie słusznej linii, to tym gorzej dla faktów, więc nie ma rady – musimy przyjąć, że najgorszą rzeczą, jaka mogłaby spotkać naszą służbę zdrowia, to jest prywatyzacja.

No dobrze – ale skoro prywatyzacja jest tak niebezpieczna i szkodliwa, to przecież chyba nie tylko w służbie zdrowia? Służba zdrowia nie jest wszak samotną wyspą, więc skoro nawet niezawisły sąd potwierdził awersję pana marszałka Komorowskiego do prywatyzacji, to może jest ona szkodliwa również w innych dziedzinach, na przykład – w gospodarce? To możliwe, bo przecież nie bez powodu ludzie powtarzają, że za komuny było lepiej, a pan Grzegorz Napieralski uznany został jednogłośnie za zwycięzcę pierwszej tury wyborów, chociaż arytmetycznie znalazł się dopiero na trzecim miejscu. Ale skoro tak, to nie powinniśmy cofać się przed odważnymi wnioskami; wiele nie gadać, tylko przywrócić komunę – jak w Związku Radzieckim, a jeszcze lepiej – jak w Kambodży, gdzie wszelka własność prywatna została zlikwidowana.

Kto wie – może taki właśnie wniosek nasunie się w rezultacie debaty, do której ma dojść już w najbliższą niedzielę? Wcale bym się nie zdziwił, podobnie jak dla nikogo nie powinna być zaskoczeniem rosnąca popularność pana Grzegorza Napieralskiego. Wiadomo przecież, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – a przecież nikt chyba nie ma wątpliwości, że prawdziwą miłością razwiedki jest lewica, której drogę właśnie pracowicie torują obydwaj kandydaci, twierdzący jakoby reprezentowali polską prawicę.

Mówił Stanisław Michalkiewicz

WWW, czyli Wiki we wtorek

June 15, 2010

Ponieważ dzień bez wtopy w wykonaniu wikiBronka jest dniem straconym, Gajowy kontynuuje temat prywatyzacji i komercjalizacji służby zdrowia. Różnicy nie rozumie ani on, ani jego wyborcy (co ciekawe, co najmniej jedna osoba z elektoratu Wikiego zorientowała się ostatnio, że robię sobie z nich jaja – więc może jednak mają mózgi?), więc sprawą ma się zająć sąd – a w tym czasie Wiki olał nawet swoje ulubione źródło informacji i podparł się art. 70 Konstytucji RP jako punktem odniesienia, mówiąc przy tym “z głowy czyli z niczego“.

Jakby kto pytał, rzeczony artykuł brzmi tak (wiem, normalnym ludziom nie chciałoby się sprawdzać – ale Wikiemu można wierzyć co najwyżej gdy odpowiada na pytanie o godzinę, a i to po weryfikacji u trzech świadków):

Art. 70.

  1. Każdy ma prawo do nauki. Nauka do 18 roku życia jest obowiązkowa. Sposób wykonywania obowiązku szkolnego określa ustawa.
  2. Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna. Ustawa może dopuścić świadczenie niektórych usług edukacyjnych przez publiczne szkoły wyższe za odpłatnością.
  3. Rodzice mają wolność wyboru dla swoich dzieci szkół innych niż publiczne. Obywatele i instytucje mają prawo zakładania szkół podstawowych, ponadpodstawowych i wyższych oraz zakładów wychowawczych. Warunki zakładania i działalności szkół niepublicznych oraz udziału władz publicznych w ich finansowaniu, a także zasady nadzoru pedagogicznego nad szkołami i zakładami wychowawczymi, określa ustawa.
  4. Władze publiczne zapewniają obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia. W tym celu tworzą i wspierają systemy indywidualnej pomocy finansowej i organizacyjnej dla uczniów i studentów. Warunki udzielania pomocy określa ustawa.
  5. Zapewnia się autonomię szkół wyższych na zasadach określonych w ustawie.
Konia za rzędem temu, kto wyjaśni: co to ma do opieki medycznej i sposobu finansowania tejże? Ja znalazłem stosowny tekst na stronie Sejmu, bo nie znam Konstytucji – ale po pierwsze: ja jestem prywatny obywatel, a nie marszałek Sejmu / p.o. prezydenta i nie biorę publicznych pieniędzy za moją ignorancję, po drugie: w przeciwieństwie do Gajowego nie startuję na prezydenta i po trzecie: nie popisuję się elokwencją bez sprawdzenia źródeł.
No ale ja nie jestem świadomy swojego macierzyństwa

Moja lewa stopa

June 8, 2010

WikiBronek, wzorem wszystkich wielkich przywódców zna się na wszystkim: i na byciu myśliwym, i na kobiecej urodzie, i na pływaniu kajakiem, i na zakupach samolotów myśliwskich dla polskiej armii. Myśleliście że to już wszystko? W życiu! Bronek ujawnił ostatnio nowy talent: zna się też na górnictwie. Nie ma jeszcze mowy o żadnych konkretach, ale Bronek już wie: gazu z łupków nie należy w Polsce wydobywać, bo musiałoby się to odbywać metodą odkrywkową, a to grozi zniszczeniem krajobrazu.

Prawda, że proste? Na szczęście wbrew oporowi elementów reakcyjnych, wikiBronek nie jest w walce o krajobraz sam – jego przyboczny, czyli Człowiek-Z-Twarzy-Podobny-Do-Stopy dzielnie stawia czoła wrażym siłom. Jego zdaniem

To jest metoda odkrywkowa, bo żeby coś znaleźć trzeba najpierw odkryć

I po co komu jacyś inżynierowie, spece od wydobycia gazu? WikiBronek i jego lewa stopa już załatwili cały temat. W ramach oszczędności proponuję rozgonić AGH, bo i tak są niepotrzebni: nasz przyszły prezydent wie lepiej.

Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich zamierzających głosować na Bronisława Komorowskiego.

PS. W celach porównawczych: duński kaszalot i wikiBronkowa piękność.

Kaczka na gorąco – refleksji kilka

April 26, 2010

No i stało się, stało się to co miało się stać, jak śpiewał kiedyś Kazik Staszewski – Jarosław Kaczyński ogłosił, że będzie kandydował na prezydenta. W przebłysku człowieczeństwa pomyślałem sobie “jak to dobrze że nie zwlekał dłużej”… Jeszcze kilka dni budowania napięcia, a skupieni wokół GWna czy WSI24 komentatorzy ani chybi musieliby się zameldować w szpitalu psychiatrycznym – w końcu ile można się stresować? Z drugiej strony, jak dowodzi przykład jednego z wicemarszałków Sejmu, choroba psychiczna wcale nie musi eliminować człowieka z życia publicznego – ba, nawet na “Lustro Szkła Kontaktowego” można sobie zasłużyć…

Decyzja o kandydowaniu to dla JarKacza ruch ryzykowny – z dwóch powodów. Po pierwsze, pięć lat systematycznego character assasination nie pozostało, delikatnie mówiąc, bez wpływu na rozmiar elektoratu negatywnego. Stosunek do PiS i jego szefa to nie jest pogląd polityczny: to artykuł wiary. Jeśli krytykujesz Kaczorów, to jesteś czlowiekiem młodym, wykształconym i z dużego miasta… Jednym słowem, zaliczasz się do tej lepszej części elektoratu – na przykład takiej, jak wyrażający swój słuszny sprzeciw demonstrantów z Franciszkańskiej. I tego mniemania – odwołującego się do siedzącego w wielu ludziach snobizmu – przeskoczyć nie będzie łatwa. Bardzo dużo będzie zależało od dyscypliny wyborczej w szeregach PiS: jeśli uda się zakneblować paru wyrywnych posłów, jakaś tam szansa istnieje. Ale ze stawianiem dużych pieniędzy bym nie przesadzał.

Problem drugi jest poważniejszy: większość pierwszej ławki PiS ewakuowała się do Brukseli, a szeregi pozostałych w kraju kadr zdziesiątkowała katastrofa w Smoleńsku. Jeśli Kaczyński wygra i zostanie prezydentem, powstanie wyrwa na szpicy PiS – co grozi wojną domową w szeregach tej partii. Skutek? Rozbita opozycja to prosta recepta na to, żeby Partia Miłości zafundowała nam seans uczucia, po którym prędko się nie pozbieramy. Skok na NBP, demolowanie IPN… Podjęte przez Komorowskiego działania to dopiero przedsmak tego, co może nas czekać w przypadku rządu monopartii – w tych kwestiach nawet na prezydenckie weto może już być za późno.

I tu jest tak naprawdę sedno problemu: ktoś musi zatrzymać tryumfalny pochód Platformy po całokształt władzy w państwie. Prezydent, premier, większość w Sejmie, przyjazne media, NBP w roli skarbonki kreatywnego księgowego Jacka Vincenta… A wszystko oczywiście pod hasłem walki z kaczyzmem: im bardziej PiS nie ma u władzy, tym bardziej jesteśmy straszeni jego widmem. Czy zbiorowa nerwica środowisk dziennikarskich to wystarczające kryterium przeciwko? Przypuszczam, że wątpię.

W przeciwieństwie do zakompleksionych lemingów, niespecjalnie przejmuję się opinią “Europy” – jeśli dla kogoś istotnym argumentem przeciw Kaczyńskiemu są głosy prasy francuskiej (popierającej zlewaczałego gnoma z ADHD), włoskiej (Tony Soprano na zmianę z agentami KGB u władzy) czy greckiej (szkoda gadać), to świadczy to tylko o jednym: że teorie przypisujące wielu Polakom mentalność postkolonialną nie są tak niedorzeczne, jak mogłoby się wydawać. Wibrujący kompleks niższości to przypadłość przykra – i raczej nieuleczalna.

Nie powiem, żebym specjalnie mdlał z rozkoszy na myśl o kandydaturze Kaczyńskiego na urząd prezydenta. Głosowałem na PiS w wyborach parlamentarnych w 2005, tudzież na Lecha Kaczyńskiego w prezydenckich – ale przez te pięć lat narastało we mnie  rozczarowanie. Nie umiałem przestawić się na myślenie w kategoriach reprezentowanych przez niektórych znajomych (“no bo jak nie oni, to kto?”), ale wygląda na to, że będę musiał. Alternatywne opcje po prostu wykręcają mi wnętrzności: umoczony w kontakty z WSI hrabia “Jamajka” Komorowski? Broniący Jaruzela Napieralski? Uczesana wersja Łyżwińskiego, czyli Pawlak? Są jeszcze Morawiecki i Jurek – ale realistycznie rzecz biorąc, glos na nich oddany to de facto walkower dla PO.

Od ładnych paru lat marzy mi się, że nie będę musiał wybierać “mniejszego zła” głosując czy to na posłów, czy na prezydenta – ale wygląda na to, że jeszcze trochę przyjdzie mi poczekać. Trudno. Na dzień dzisiejszy Kaczyński może liczyć na mój głos.