Posts Tagged ‘Tusk’

Obrazek z witrynki

January 24, 2012

Miałem coś napisać o przyjęciu przez Polskę umowy ACTA – bo i cieć dał głos, i rząd zobaczył, że nie każdego da się spacyfikować TVNem… Ale  znalezione w necie podsumowanie (na czyimś profilu na FB, więc autora rysunku z góry przepraszam za ewentualne naruszenie praw) jest tak celne, że po prostu nie mogę sobie odmówić wstawienia go tutaj. Wszystkim głosującym na Ryżego lemingom z dedykacją.

Advertisements

Mądrość etapu – reaktywacja

November 23, 2011

Na początku lat 90tych była sobie partia – nazywała się Kongres Liberalno-Demokratyczny. Bytom mającym w nazwie przymiotnik “demokratyczny” można przypisać różne cechy, ale demokrację to nie bardzo (przykłady Unii Demokratycznej czy Koreańskiej Republiki Ludowo- Demokratycznej mówią same za siebie)… Mimo tego, była dość aktywna i nawet popularna wśród wyborców.

Jeśli chodzi o skutki długofalowe jej istnienia, to 1. wylansowała Donalda Oby Wiecznie Strzegł Nas Przed Kaczorem Tuska 2. wypromowała hasło “pierwszy milion trzeba ukraść“. Taki to, mocium panie, liberalizm zdaniem panów Tuska i Bieleckiego. Te dwa tuzy polskiej polityki trzymały się całe życie zasady, że prywatyzacja to remedium na wszystkie kłopoty w gospodarce.

Wcielali tę zasadę (i oni, i ich następcy w rządzie) w życie z zapałem i logiką alkoholika wynoszącego z domu co się da, byle mieć na kolejne pół litra berbeluchy: sprzedano zakłady dochodowe, na garnuszku państwa zostały te najgorsze, a deficyt rósł dzielnie z roku na rok. W szczególności: w ręce zagranicznego kapitału przeszły banki.

Nie żebym był jakimś szczególnym miłośnikiem obecności państwa w gospodarce, ale niekonsekwencja “liberalnej” rewolucji zapoczątkowanej przez KLD z przyległościami uderzała: spadała zawartość polskiego kapitału w sektorze finansowym, a równocześnie – rosła liczba regulacji duszących tworzącą się klasę średnią. No, ale jak mawiał Jacek “santo subito” Kuroń – demokracja demokracją, ale ktoś tym wszystkim musi kierować.

Minęło kilkanaście lat i zaczęło się robić zabawnie. Praktyczne skutki zabaw polityków widzieliśmy przy okazji prywatyzacji PZU – ale to był dopiero przedsmak tego, co miało nadejść. Najpierw tabelka ze strukturą własnościową polskiego sektora bankowego wg krajów (z jakiegoś powodu trzeba kliknąć żeby wyświetliło się w cywilizowanym rozmiarze – przepraszam za niewygodę):

I w ramach lektury uzupełniającej: lista medialnych doniesień z ostatnich paru dni (też z podziałem na kraje):

I teraz zagadka: co zrobią spółki matki z “pomarańczowych” krajów wyliczonych w tabelce kiedy ich macierzyste rynki zaczną trzeszczeć (lub, jak w przypadku Grecji, trzasną ostatecznie)? Kasę skądś wziąć trzeba (bo nadzór finansowy nie odpuści), na rynkach wielka smuta (i jak tu zarabiać)… Cóż prostszego niż kilka księgowych sztuczek między gałęziami molocha?

No, ale pan premier się obudził: banki powinny być polskie, więc może OFE odkupią? Może PZU? I wszyscy orędownicy tezy, że kapitał nie ma ojczyzny, nagle wykonują zwrot o 180 stopni. A pacta sund servanda? Mało im opery mydlanej z Eureco?

Ale żeby nie kończyć na takiej dołującej nucie: wyjaśnienie, skąd wzięły się austriackie – i węgierskie – problemy (a podejrzewam, że i w innych krajach dałoby się znaleźć odpowiedniki). Uprzedzam: nie, to nie jest parodia.

Śniadanie mistrzów na jakich zasługujemy

March 28, 2011

A już, już wydawać się mogło, że coś się zmienia: wyczuwający instynktownie lokalizację konfitur ludzie kultury (i ludzie sztuki, posłowie i posłanki oraz ludzie nauki, że tak Kultem polecę) zaczęli się przyznawać do braku zachwytu Ryżym i jego ferajną, więc mozna było nabrać nadziei na zwinięcie ochronnego parasola PR nad najgłupszym rządem ostatniej dekady…

Oj naiwny jesteś Banachewicz, naiwny – stare toto, a w bajki wierzy. Ryży dostał po łapkach za majstrowanie przy OFE, ale jak się okazuje – potworny straszak kaczyzmu wciąż działa. Żeby jednak nie olać fochów artystów tak zupełnie, Ryży spotkał się z artystami na debacie. W charakterze neutralnego gruntu: studio TVN i program Marcina Mellera.

Jako krytyczna wobec rządu widowni: Zbigniew Hołdys (o Kaczyńskim: “Żaden ubek znany mi z imienia i nazwiska nie narobił tyle gnoju w relacjach między Polakami, co ten posraniec. Najbardziej parszywa postać, jaką pamiętam, a pamiętam nawet Władka Gomułkę dobrze. Powinno się go wpakować do Wastoka iwystrzelić w kosmos bez możliwości powrotu kiedykolwiek.”), Tomasz Lipiński (“Zrobiłbym to samo, bo rządy PiS były czymś, czego nie chciałbym jeszcze raz przeżywać, a PO była jedyną siłą, która mogła zatrzymać Kaczyńskiego“), Marcin Meller (“Gdybym miał skrytykować PO jeszcze raz, to bym się zastanowił“)… I doczepiony chyba jako kwiatek do kożucha Paweł Kukiz.

Czego można było się po takiej “debacie” spodziewać? Pustosłowia Ryżego grającego kartą “dobry car i źli bojarzy” “sprawny premier i źli urzędnicy plus straszna opozycja” i może jakichś delikatnych foszków ze strony zaproszonych muzyków (na zasadzie “bolączek” i stękającego na złe urzędy Lipińskiego, bo przecież co do zasady – że nie ma alternatywy- wszyscy się zgadzają)… No, w każdym razie wszyscy inteligentni, wykształceni etc…

Moją uwagę zwróciły tak naprawdę dwa fragmenty: pierwszy, kiedy – znający konstytucję w stopniu najlepiej z zaproszonych do studia osób – Paweł Kukiz próbował się czegoś dowiedzieć na temat POwskiej obietnicy wprowadzenia JOW. Niestety, Ryży jest facetem, który ślizgałby się pod górę, więc próba przygwożdżenia go merytorycznym pytaniem była z góry skazana na niepowodzenie.

I fragment drugi, kiedy Tusk wyjaśnił radość, jaką stanowi jazda samochodem po polskich drogach faktem, że jest ciężko, bo dużo się buduje (gdzieś już ten argument słyszałem – wychodzi na to, że PRowcy Ryżego są warci swojej ceny).

Jeśli ktoś miał niskie oczekiwania, to się nie zawiódł: mamlanie, bolączki, expose Ryżego przy kawie – i prowadzący pilnujący, żeby przypadkiem rozmowa nie odbiegła od scenariusza, który sprawiał wrażenie gospodarskiej wizyty Gierka przeniesionej w XXI wiek. Wicie, rozumicie, macie rację, tylko co ja mogę… A to opozycja niedobra, a to gdzie indziej premier / szef partii może więcej – generalnie, Tusk przyjął linię obrony pod hasłem “impotencja”: i o dziwo, to przeszło (przynajmniej jeśli uznać opinie wyrażane w internetowych komentarzach za miernik nastroju).

I jedno mnie tylko zastanawia: co w tym towarzystwie robi Paweł Kukiz? Nietrudno zauważyć, że w zestawie TVNowych biesiadników wokalista Piersi to jedyny człowiek nie płynący z prądem: i co, nagle uwierzył że Ryży zachowa się jak facet z jajami? Przecież słuchając “wypowiedzi” Hołdysa, Lipińskiego i Mellera można z góry przewidzieć co powiedzą…

Panie Pawle, wiosna panu do głowy uderzyła i zakłóciła kontakt z rzeczywistością? Towarzystwo potakujących wazeliniarzy naprawdę do pana nie pasuje…

To samo od nowa, to samo od nowa

March 23, 2011

Mechanizm się nie zmienia: władza chce dobrze, więc wprowadza jakiś przepis. Na ogół rzeczoną władzę tworzą ludzie mający umiarkowane pojęcie o prawdziwym świecie (bo albo spędzili życie na państwowych posadach, albo na uczelni – co zresztą w kontekście realizmu na jedno wychodzi), więc skutki są dokładnie odwrotne do zamierzonych. Władza zamiast przyznać się do porażki i ograniczyć straty brnie w zaparte, obwiniając Żydów / masonów / kułaków / spekulantów… Niepotrzebne skreślić.

Najświeższy przykład to cukier. Najpierw unijni mędrcy postanowili, że właściwie nie są nam potrzebne cukrownie, bo nadprodukcja, subsydia i w ogóle siedem plag egipskich – a jak przyjdzie co do czego, można dokupić cukier w Brazylii. Więc komisarze zaplanowali, że trzeba polikwidować uprawy i cukrownie (co obłędnie pomogło gospodarczo na przykład mojemu rodzinnemu Lublinowi i okolicom) – i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie paskudny nieurodzaj u producentów, połączony z pędem Brazylii do biopaliw (opłaca im się przerabiać na etanol).

I co? I żaden kryzys, tylko kolejny raz rezultat. No ale przecież władza nie może przyznać się do wtopy: więc władza szuka winnych.

http://www.wprost.pl/ar/236996/Tusk-mowimy-nie-wulgarnej-spekulacji-Zarty-sie-skonczyly/

Proszę zwrócić uwagę: Ryży krytykuje spekulację wulgarną (wniosek: istnieje spekulacja subtelna, do której rząd nie ma zastrzeżeń) i równocześnie wspomina, że “40 proc. rynku cukru to jest cukier ze spółki, która jest własnością Skarbu Państwa”. Jaki z tego wniosek? ‘Jeżeli cukier jest tak drogi, to należy go – w mojej ocenie – sprzedawać w skali maksymalnej – po to, żeby spółka mogła zarobić, ale jednocześnie, żeby cukier taniał.”

Że co? Przepraszam, czy ktoś mógłby to przełożyć na polski? Ech, i dlatego nie głosuję na Ryżego: PO prostu jestem za głupi żeby zrozumieć, że dzięki tej władzy spółka może zarobić na wzroście ceny, konsumenci skorzystać na tańszym cukrze, kraj urośnie w siłę, a ludzie będą żyli dostatniej – a jeśli nie, to wina spekulantów (i Kaczyńskiego!)…

Ponieważ kamrat Ryżego Bredzisław troszczy się o różnych ludzi zasłużonych dla minionego systemu (w rodzaju towarzysza Andrzeja W.), to nie od rzeczy będzie przypomnieć pokrótce co ciekawsze epizody z walki ze spekulacją w Polsce – w hołdzie dla Krula Bulu, wersja z wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Inspekcja_Robotniczo-Chłopska

http://pl.wikipedia.org/wiki/Afera_mięsna

Wszystkim POludziom chwalącym wolnorynkową linię obecnej władzy życzymy smacznej, słodkiej herbaty.

Nadciąga apokalipsa…

March 20, 2011

… albo niżej podpisanemu wiosna rzuciła się na mózg, zaćmiewając jasność osądu i zdolność logicznego myślenia: tertium non datur. Jakie by jednak nie było właściwe wytłumaczenie, fakty są nieubłagane: w ciągu mniej niż 48 godzin dwaj (dwaj! więcej niż jeden!) przedstawiciele ekipy Ryżego powiedzieli coś sensownego – i podjęli decyzje nie będące kompletnym idiotyzmem.

Najpierw minister Sikorski błysnął elokwencją (której nie będę komentował, bo musiałbym używać głównie epitetów karalnych), ale za to chwilę później wykazał się kręgosłupem, o który kompletnie go nie podejrzewałem: krótko i węzłowato odniósł się do (wspieranych przez rząd USA) roszczeń organizacji żydowskich:

http://news.money.pl/artykul/sikorski;usa;mogly;pomoc;zydom;w;43;roku,25,0,795417.html

Że sojusznikom? Środkowy palec? W samym środku kampanii promującej autoryteta Grossa, pseudonim “Ponury Żniwiarz”? Po wizycie u braci starszych?

Jeszcze nie opadłem z szoku, a tu sam Ryży zabrał głos na temat “interwencji” w Libii (kuriozum samo w sobie: operacja wojskowa kierowana przez Francuzów – nację powszechnie znaną z waleczności):

http://wiadomosci.onet.pl/kraj/tusk-nie-bedziemy-uczestniczyc-w-akcji-zbrojnej,1,4215606,wiadomosc.html

W przeciwieństwie do poprzedników z prawa i lewa, ekipa Ryżego najwyraźniej nie zamierza pchać Polski w kolejne bagno – jak pokazują przykłady Iraku i Afganistanu, cnotę straciliśmy, a rubla zarobić się nie udało. Oczywiście umiar Ryżego w propagowaniu demokracji może wynikać z faktu, że wskutek reform psychiatry Klicha nie bardzo mamy armię, ale nie czepiajmy się detali… Przynajmniej nie pakujemy się w bajzel, który – będąc szybką, zwycięską wojenką – ma wyciągnąć francuskiego gnoma z sondażowego piekła (i zatrzeć potencjalnie kłopotliwe informacje – na miejscu innych darczyńców zacząłbym się martwić).

Straszna pieśń o Ryżym

February 11, 2011

Od czasu obsadzenia premierowskiego stołka, Ryży opowiadał już wiele różnych rzeczy: jak to najważniejsi są ludzie żyjący “tu i teraz”, rząd PO przeprowadzi ofensywę legislacyjną (który to już raz od 2007), a dzięki słusznym decyzjom nie będzie śladów paniki i zielona polska wyspa ostanie się w morzu kryzysu… Jak to wyglądało w dotychczasowej praktyce?

  • obniżka podatków polega na zwiększeniu VATu
  • troska o ludzi przy pomocy obniżki zasiłków pogrzebowych
  • liberalizacja gospodarki – prywatyzacja czego popadnie w celu załatania dziury budżetowej
  • łata deficyt funduszami z rezerwy demograficznej – czyli, z definicji, puli pieniędzy przeznaczonych na czarną godzinę
  • czy ktoś jeszcze pamięta kasy fiskalne dla lekarzy i prawników?

Rozbestwiony poparciem wszystkich chyba mediów od Bałtyku po Tatry, Ryży uznał – chyba słusznie – że ujdzie mu na sucho już absolutnie wszystko i jego rząd położył łapę na OFE. Rzecz odbyła się przy zgodnym akompaniamencie klakierów: słuszną linię ma nszaw władza, OFE wyzyskują obywateli (a kto wprowadził reformę emerytalną? przypadkiem nie rząd współtworzony przez partię-matkę Ryżego, czyli UW?), te fundusze pozwolą na zmniejszenie zadłużenia, będą wydatkami pro-rozwojowymi…

Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości jak wygląda rozwój w wykonaniu Ryżego i jego ferajny, to dzisiejszy “DGP” przynosi odpowiedź na to pytanie: część przejętej kasy zostanie zużyta na zasiłki dla najuboższych. To jest liberalizm po polsku, proszę państwa: rząd zmienia warunki umowy w trakcie jej trwania, de facto nacjonalizując to i owo – po czym uzyskane pieniądze przeznacza na redystrybucję.

Dla wszystkich głosujących na Ryżego POludzi – serdeczne życzenia niskich podatków, a w przyszłości wysokiej emerytury (broń Boże nie odwrotnie). Przecież wszystkie te problemy to i tak wina PiS, który w dodatku “zmusza ludzi do głosowania na PO”, jak mnie ostatnio oświecił pewien mój znajomy – poza tą wypowiedzią, wybitnie inteligentny człowiek…

Schrödinger kwietniowy

January 28, 2011

Wygląda na to, że oprócz imponujących wąsów Gajowy Komoruski ma jeszcze jedną niesamowitą cechę: umiejętność znajdowania się w wielu miejscach jednocześnie… Słuchając jego publicznych wypowiedzi, kto by pomyślał że taki z niego superbohater?

Uśmiech Keyzera Söze – wersja 28.05.2010

May 30, 2010

Poziom dezinformacji na temat tragedii w Smoleńsku osiąga coraz to nowe wyżyny – rozmaici oficjele przeczą już nie tylko informacjom dziennikarzy, ale sobie nawzajem. Dla porządku, dobrze byłoby podsumować co wiemy, a czego nie i gdzie w oficjalnej wersji są luki. Podobnie jak poprzednim razem, pozwalam sobie oddać głos redaktorowi Warzesze.

Łukasz Warzecha:

10/4: nadal nic nie jest jasne

Podczas konferencji prasowej, na której Tatiana Anodina przekonywała, że rosyjska Międzypaństwowa Komisja Lotnicza jest niezależna, niezawisła i obiektywna, korespondent „Gazety Wyborczej” Wacław Radziwinowicz bardzo celnie zauważył, że komisja ta w zdecydowanej większości wypadków orzeka o winie pilotów, choć przyczyny wypadków są bardziej zróżnicowane. Wedle moich informacji, Radziwinowicz napisał o tym tekst, z którego opublikowaniem na łamach „GW” miał problem.

Wersja o winie pilotów była kolportowana od samego początku przez Rosjan. Przy czym sam początek należy rozumieć dosłownie, przypominam bowiem, że pośród zebranych w Katyniu polskich dziennikarzy kręcili się funkcjonariusze najprawdopodobniej FSB po cywilnemu, którzy już kilkadziesiąt minut po katastrofie rozpuszczali pogłoski o nieodpowiedzialnym zachowaniu pilotów. Śledząc wypowiedzi polityków, a także nieszczęsnego Edmunda Klicha (jego dziwne manewry to temat na osobny tekst) oraz doniesienia rosyjskiej prasy, nie sposób nie dostrzec, że publika jest przygotowywana na wersję o błędzie załogi i dzieje się to przy pełnej współpracy strony polskiej. Przy czym jest pewna modyfikacja: winą zostaje dodatkowo obciążony gen. Błasik. Intensywnie pracuje nad tym sam Klich, swoją cegiełkę dołożył też w charakterystycznym dla siebie żenującym stylu Radosław Sikorski, snując publicznie pseudoeksperckie rozważania o tym, jak straszliwie musiała pilotów rozpraszać obecność generała w kokpicie.

Z kolei w utwierdzaniu wersji o winie pilotów szczególnie i zastanawiająco aktywni są niektórzy eksperci lotniczy, zwłaszcza Tomasz Hypki, który z całkowicie nieuzasadnioną pewnością siebie od paru już tygodni orzeka, że winę ponoszą piloci.

Wszystkie te stwierdzenia, jeśli dokładnie je przeanalizować, są owszem, dopuszczalną hipotezą, ale nic nie uzasadnia przedstawiania ich jako ostatecznych wyjaśnień. Przechodzą one bowiem do porządku dziennego nad luką poznawczą, którą dotyczy trzech zasadniczych kwestii:

  • Czy samolot podchodził do lądowania czy jedynie testował tę możliwość, jak twierdzili inni piloci specpułku, w tym jaka, którym lecieli dziennikarze? Wersje niekorzystne dla załogi wydają się przyjmować jako pewnik, że było to podejście do lądowania, ale nie wiadomo, na czym ta pewność miałaby się opierać, zwłaszcza wobec faktu niewyłączenia niemal do ostatniej chwili częściowo uruchomionego autopilota.
  • Z jakiego powodu samolot znalazł się zbyt blisko ziemi? TVN24 orzekło w tonie pewności, że przyczyną były odczyty z niewłaściwego wysokościomierza (radiowysokościomierza zamiast wysokościomierza barycznego). Czy jest jakakolwiek przesłanka, aby mieć taką pewność? Czy można naprawdę założyć, że załoga, nie złożona przecież z laików – nawet jeśli nie byli to piloci z rekordowym doświadczeniem – nie zdawała sobie sprawy z tego, iż na nieznanym terenie powinna w okolicach wysokości decyzji obserwować wysokościomierz baryczny? Ja tego nie kupuję. Ta hipoteza nie jest właściwie w żaden sposób tłumaczona i nie żadnego uzasadnienia. Po prostu – „nie zauważyli”.
  • Hipoteza o winie pilotów zakłada także – takie stwierdzenie wprost pojawia się w materiałach TVN – że kapitan Protasiuk nie posłuchał drugiego pilota, gdy ten krzyknął: „Odchodzimy!”. Po pierwsze – warto by wiedzieć, skąd niektóre media mają wiedzę o treści nagrań czarnych skrzynek. Bo jeżeli jest to wiedza czerpana od strony rosyjskiej, nawet pośrednio, to trzeba do niej podchodzić z najwyższą nieufnością. Po drugie – dlaczego mielibyśmy przyjmować założenie, że kapitan Protasiuk „nie posłuchał” drugiego pilota? Czy był samobójcą albo chciał się zabawić w kamikadze? Czy znamy na tyle dobrze stan wraku, aby wiedzieć, że Protasiuk nie spróbował „odejść”, ale samolot z jakiegoś powodu (być może po prostu z powodu swojej konstrukcji albo też z jakiejś innej przyczyny) okazał się niesterowny? W tego typu wypadkach bada się zwykle najdrobniejsze elementy, np. położenie dźwigni ciągu na panelu sterowania czy ślady na dłoniach pilotów, mogące świadczyć np. o tym, że próbowali zrywać plomby, zabezpieczające niektóre przełączniki. W wypadku katastrofy smoleńskiej nie ma ani słowa o tego typu badaniach, za to dziennikarze i przypadkowe osoby odnajdują szczątki maszyny, mogące mieć w takich dociekaniach zasadnicze znaczenie. W tym kontekście uszczegółowione wersje wydarzeń przedstawiane jako pewnik są szczególnie niewiarygodne.

Hipotezy o winie załogi całkowicie pomijają możliwą winę Rosjan, co wydaje się i bezzasadne, i niezrozumiałe. Weźmy choćby ujawniony dopiero co wątek wadliwie działającej radiolatarni, z którą problemy miał mieć także jak. Dotąd nie jest jasne, czy MAK certyfikowała smoleńskie lotnisko, czyli czy ta sama Tatiana Anodina, która teraz prowadzi komisyjne dochodzenie w tej sprawie orzekała, że może ono przyjmować samoloty klasy tupolewa. Wacław Radziwinowicz twierdzi, że tak. A jeśli tak, to znaczy, że MAK prowadzi już wprost śledztwo we własnej sprawie (nie mylić z dochodzeniem prokuratorskim). Pojawiają się pytania o niedostarczenie odpowiednich danych, dotyczących lotniska. Nie ma odpowiedzi na pytania o faktyczny status wizyty prezydenta.

Podczas gdy część polskich mediów oraz eksperci w rodzaju Hypkiego ma już jasność, że zawinili piloci, z zagranicy płyną opinie zgoła odmienne i brzmiące bardzo niepokojąco, oczywiście kompletnie nie mieszczące się w głównym nurcie polskich dociekań (np. tutu). Pojawiają się kolejne pytania, odpowiedź na które może być istotnym składnikiem wyjaśnień przyczyn katastrofy. Do wszystkich tych kwestii nie odnosi się żaden przedstawiciel polskiego rządu, zaś nasz „akredytowany” coraz bardziej nieodpowiedzialnie bryluje w mediach.

Tak, uważam, że w sprawie wyjaśnienia przyczyn smoleńskiej katastrofy polski rząd wykazuje złą wolę. Nie dlatego, żeby miał coś bardzo tajemniczego i złowrogiego do ukrycia. Raczej dlatego, że ma do ukrycia po pierwsze własną indolencję i nieudolność z pierwszych godzin po wypadku, a po drugie – jest winny pośrednio, poprzez tolerowanie fatalnej sytuacji w specpułku i doprowadzenie do sytuacji, w której polityczna wojna zmusiła do swoistej konkurencji o obchody katyńskie (notyfikacja udziału prezydenta w uroczystościach była przekazana Rosjanom znacznie wcześniej niż informacja o wizycie Tuska, na co są papiery).

Nie jest to zresztą tylko zła wola, ale oskarżenie znacznie poważniejsze: o bierność w obliczu sytuacji dla państwa wyjątkowej, w której drobne gesty, postulaty, przyjmowane stanowisko stanowią niezwykle istotny sygnał w kwestii tego, jak polskie władze traktują suwerenność własnego państwa. Brzmi to może nadmiernie patetycznie, ale mówione i pisane jest zbyt rzadko: to śledztwo i szukanie przyczyn katastrofy jest probierzem stosunku do suwerenności państwa polskiego. Z tego punktu widzenia polski rząd wypadł absolutnie fatalnie. Nie przesądzam, czy stało się tak, bo Tusk od pierwszych chwil postanowił realizować politykę nowej polsko-rosyjskiej przyjaźni kosztem dochodzenia do prawdy (niektóre relacje polityków, którzy w pierwszych godzinach obserwowali polityków PO – w tym np. Marka Wikińskiego z SLD – mogą wskazywać, że była to całkowicie cyniczna zagrywka), czy też premier wykazał się brakiem zmysłu państwowego, stracił rezon i zimną krew, trwała kompromitująca dezorganizacja i nie wiadomo było, co robić. Jedno jest jasne i powinno być – wbrew mętnym tłumaczeniom rządu – oczywiste:to śledztwo można było przejąć, a przynajmniej inaczej ustalić zasady jego prowadzenia.Wszystko  zależało od decyzji politycznej, a więc od postawy Tuska w pierwszych godzinach po katastrofie.

Te prawne aspekty przeanalizował w „Gazecie Polskiej” Krzysztof Rak, ekspert stosunków międzynarodowych, politolog, przez pewien czas szef Wiadomości TVP. Pozwolę sobie tu przytoczyć kilka fragmentów tekstu:

Problem w tym, że [wypadek] zdarzył się ona na obcym terytorium, a ogólna zasada prawa międzynarodowego głosi, że czyje terytorium tego władza. Państwa zazdrośnie strzegą tego przywileju przed innymi. Stanowi on bowiem istotę ich suwerenności. To zresztą na jej straży stoi głośna w tych tygodniach konwencja chicagowska z 1944 roku.

Jednakże prawo międzynarodowe tym fundamentalnie różni się od prawa wewnętrznego, że, jak zauważa prof. Władysław Czapliński, „nie ma w nim hierarchii norm”. Oznacza to, że dowolna norma prawa międzynarodowego niezależnie od jej źródła może uchylać lub modyfikować inną. Tak więc 10 kwietnia Tusk mógł zawrzeć z Putinem dowolną umowę prawnomiędzynarodową, regulującą dostęp strony polskiej do badania przyczyn katastrofy. Był tylko jeden warunek: polityczna wola polskiego i rosyjskiego premiera. Oczywiście byłoby to działanie nadzwyczajne, ale przecież katastrofa smoleńska nie ma żadnego precedensu w historii. […]

Premier Tusk wielokrotnie zapewniał, że podstawą prawną polsko-rosyjskiej współpracy dotyczącej wyjaśnienia okoliczności katastrofy jest chicagowska „Konwencja o międzynarodowym lotnictwie cywilnym” z 1944 r. Szkopuł w tym, że nie ulega żadnej wątpliwości, iż samolot prezydenta RP był samolotem wojskowym, a konwencja w artykule 3 (pkt. a i b) wyraźnie wskazuje, że nie dotyczy ona tego rodzaju samolotów. Premier nie potrafił wyjaśnić tej sprzeczności. Jego tłumaczenie bowiem, że „z polskiego punktu widzenia samolot był państwowy, a z punktu widzenia strony rosyjskiej katastrofa miała charakter cywilny”, nie trzyma się kupy. Konwencja jasno definiuje co jest samolotem cywilnym, a co nim nie jest. […]

I wreszcie kwestia porozumienia polsko-rosyjskiego z 1993 r., którego rzekomo – zdaniem rządu – nie dało się tutaj zastosować:

Rząd w odpowiedzi na publikację „Rzeczpospolitej” wydał specjalny komunikat. Wyjaśnił w nim, że porozumienie z 1993 roku nie zostało wykorzystane, ponieważ „nie określa żadnej procedury, zgodnie z którą art. 11 miałby być realizowany”. Tyle tylko, że w treści porozumienia nie ma odniesienia do aktów wykonawczych, które mogłyby stanowić tego rodzaju „procedury”. A zatem nie ma przeszkód do bezpośredniego zastosowania artykułu 11 porozumienia.

Jednak i w tej sprawie rząd nie potrafił zająć spójnego stanowiska. Na początku maja rzecznik MON stwierdził, że porozumienie z lipca 1993 nigdy nie zostało wypowiedziane, czyli nadal wiąże obie strony. Czy więc aby stosować konwencję chicagowską, obaj premierzy nie powinni ustalić, że w imieniu stron uchylają to porozumienie z 1993 r.? To kolejna zagadka.

Zachęcam do lektury całości tej dobrze udokumentowanej analizy, choć nie jest to lektura miła i optymistyczna.

Słowem – przyczyny katastrofy są dalekie od wyjaśnienia, a zgodność części mediów i ekspertów wokół hipotezy – podkreślam: hipotezy – winy załogi i przedstawianie jej nie jako jednego z możliwych wariantów lub wyjaśnienia cząstkowego, ale jako ostatecznej prawdy jest zastanawiająca.

Jest dla mnie jasne jedno: odpuścić nie wolno. Zachowując wstrzemięźliwość i zdrowy rozsądek, należy dopominać się o rzetelne i obiektywne wyjaśnienie przyczyn. Mam pewność, że obecnej konfiguracji nie jest ono możliwe.