Posts Tagged ‘Turcja’

Nasz człowiek w Brukseli

May 30, 2016

 

Niewiele ponad miesiąc temu rozmaite media rozpływały się z zachwytu nad zdecydowaną postawą kierownictwa UE (czytaj: Angeli Merkel i jej przydupasa Chyżego Ruja), którzy wynegocjowali umowę z sułtanem Erdoganem. Już nie będzie potopu uchodźców, humanitarnie uratowano kontynent, jednym słowem “porządek panuje w Brukseli”.

Tu i ówdzie odzywały się wprawdzie głosy, że Erdogan to nie jest, delikatnie mówiąc, stabilny partner do dyskusji na temat praw człowieka (ciche wsparcie Turcji dla ISIS, traktowanie Kurdów, takie tam drobiazgi), ale jak poinformował nas “prezydęt Europy” – nikt nie prawa pouczać Turcji. No i jest umowa: 80 milionów Turków uzyska niedługo prawo wjazdu na teren UE bez wiz. Co to oznacza w praktyce?

Małą próbkę zapodał dzisiaj sułtan we własnej osobie:

http://www.bbc.com/news/world-europe-36413097

Co lepsze kawałki:

  • antykoncepcja to zdrada
  • muzułmańskim rodzinom nie wolno stosować planowania urodzeń
  • “pomnożymy nasze potomstwo”
  • kobiety nie są równe mężczyznom

Długoterminowe skutki wpuszczenia ludzi tresowanych do takiego myślenia nie są szczególnie trudne do przewidzenia. A krótkoterminowo? Idę po popcorn i piwo, w oczekiwaniu na zawścieczone feministki z syndromem ostrego niedopchnięcia, które bronić będą prawa “uchodźców” do życia w zgodzie ze swoją “kulturą”.

 

Advertisements

Hegel w wydaniu tureckim

November 7, 2009

Czasami człowieka dopada konfrontacja z jego własnymi wartościami – a ściślej ich deptaniem – w cokolwiek niespodziewanych okolicznościach. W ramach wakacyjnych przeżyć w Turcji, otarłem się o ichniejszą cenzurę i powiem tak: o ile z zasady jestem przeciwny wszelkim ograniczeniom wolności słowa, w tym przypadku brutalna prostota stróżujących prawomyślności wzbudziła we mnie pewnego rodzaju niechętny  podziw.

Najpopularniejszy model ograniczania dostępu do informacji w sieci to podejście chińskie: szukając fraz takich jak Tienanmen, Falun Gong czy Tybet, po prostu nic nie znajdziemy – we współpracy z Google (tą samą firmą, która szczyci się maksymą “don’t be evil” i w ogóle jest fajna, przyjazna i trendy) zablokowano dostęp do stron zawierających podejrzane treści. Nie ma ich. Zero. Nada.

W praktyce, oczywiście, nie załatwia to problemu tak do końca: idąc po śladach “nieistniejących” tematów, odpowiedni wnikliwy internauta może wyciągnąć pewne wnioski (jeśli oczywiście sam nie zostanie przez stróżów prawa i porządku wyciągnięty w ustronne miejsce). Dlatego tureccy admini poszli w innym kierunku: przy próbie wejścia na stronę z podejrzanymi treściami, dostaje się stosowny komunikat. Ja na przykład zobaczyłem na ekranie coś takiego:

Siteye Erişim Engellenmiştir.

URL: http://ongezellig.wordpress.com/

Engellenmiş ifadelerin limiti aşıldı: 200 : 378 ((incest, fuck)+(orgy, teen)+(orgy, fuck)+(virgin, fuck)+ gay + orgy + sex + shit +bitch+free sex +fuck+homosexual+incest+playboy)

– : 192.168.1.125

Pornography

Najlepsze jest to, że może i któreś z tych słów na stronie się faktycznie pojawia – ale nie ma tego jak sprawdzić, ani jak obronić się przed zarzutem o porno. Każdy, kto zbyt namolnie upominałby się o wyjaśnienia, zostanie momentalnie uznany za rozpowszechniającego niemoralne treści dewianta i cześć.

Całą sprawę można by skwitować lekceważącym uśmieszkiem gdyby nie fakt, że tego rodzaju pomysły zaczynają się też na lokalnym podwórku – i to zarówno oddolnie, jak i odgórnie. Z jednej strony, mamy salonowe autorytety w rodzaju Jacka Żakowskiego, które są oburzone ilością wulgaryzmów i  możliwością bezkarnego pomiatania autorytetami – a jak wiadomo, jeśli prorok mniejszy sugeruje że “coś trzeba zrobić”, to sugestia raczej nie jest tylko jego prywatnym poglądem (zakładając, że politruk w ogóle może mieć własne poglądy).

Z drugiej strony, krynica mądrości wszelakiej, czyli biurokracja brukselska, przyjęła Pakiet Telekomunikacyjny – jeśli tylko będzie to odpowiednie, proporcjonalne i niezbędne w społeczeństwie demokratycznym, będzie można ograniczać indywidualnym użytkownikom dostęp do internetu. Bo tak. Biorąc poprawkę na kreatywność polskich sądów w dziedzinie semantyki, mam dziwne podejrzenie, że na przykład Lewica Bez Cenzury będzie działać bez problemu, za to stronom podważającym (kolejne) wersje historii wg. Ministerstwa Prawdy nie wróżę specjalnie świetlanej przyszłości.

Autorytety moralne kręcą nosami, metropolia cywilizacyjna też – cóż pozostaje kacykom rządzącym Polską oprócz dostosowania się do nowego trendu? Co też skwapliwie czynią, wprowadzając nowy projekt prawa telekomunikacyjnego – na czarnej liście, kontrolowanej przez UKE, byłyby strony z hazardem, pedofilskie i faszystowskie (komunistyczne – oczywiście nie, bo Leszkowi Millerowi mogłoby się zrobić przykro). Docenić trzeba szczerość przedstawiciela Ministerstwa Finansów, który otwartym tekstem powiedział: Myślimy nad wprowadzeniem trybu odwołania się od decyzji UKE. Ale wprowadzenie sądu wydłużyłoby procedury w nieskończoność. Rząd chce twojego dobra, obywatelu, i nie ma czasu zawracać sobie głowy jakimiś duperałami w rodzaju prawa do odwołania się od decyzji stosownego organu. Jak dotąd ludzi oskarżających kastę urzędniczą o taki sposób myślenia wyzywano od oszołomów a tu proszę: oficjalne potwierdzenie, któremu nawet nikt nie próbuje zaprzeczać. Ciekawe, czy ktoś przeprosi Michalkiewicza albo Korwina?

Wprawdzie przewidywanie jest z reguły trudne, zwłaszcza w odniesieniu do przyszłości, ale zaryzykuję: przepis wejdzie w życie, wprowadzony tylnymi drzwiami do jakiejś głośnej medialnie ustawy (chroniącej nas przed hazardem albo czymś w tym stylu), następnie jakiś oficjel powie, że uczciwi obywatele nie mają przecież podstaw obawiać się kontroli dostępu przez dostawcę internetu, a sondaże wykażą miażdżącą przewagę zwolenników nowego rozwiązania nad malkontentami (inspirowanymi przez PiS i Radio Maryja). W końcu wolność to uświadomiona konieczność…

I pomyśleć, że są jeszcze politycy mający czelność twierdzić, że Turcja nie pasuje do UE? Zwykła zazdrość tępaków, których ktoś wyprzedził w promowaniu rozwiązań  profilujących obywateli w jedynie słusznym kierunku…

Telefon z Istambułu (2)

November 6, 2009

Idąc po Istambule nie mogłem oprzeć się wrażeniu rozdwojenia jaźni: z jednej strony meczet, palmy i napisy “robaczkami”, z drugiej – obdrapane autobusy i budynki typu “wielka płyta”, które spokojnie można by przenieść na przedmieścia któregoś z polskich miast, i to nie z tych zamożniejszych. Stoisko z dywanami tkanymi pewnie w ten sam sposób od paruset lat, a handlujący na nim chłopcy grają w coś na swoich iPodach.

Właśnie, chłopcy. Według oficjalnych statystyk, prawie dwie trzecie mieszkańców tego kraju ma mniej niż 34 lata – co w połączeniu z rozmiarem populacji (70 milionów) daje demograficzny potencjał, z którym mało kto może się równać w tej części świata… A już na pewno nie pogrążająca się w zgnuśnieniu Europa. Sama ilość ludzi, islam, silny turecki nacjonalizm – nie żebym pochwalał pomysły Merkel i Sarkozy’ego, ale trochę rozumiem skąd bierze się ich lęk przed Turcją (maskowany bełkotem o europejskiej tożsamości – jakby ktokolwiek wiedział co to właściwie jest). Jeżeli czegoś nie spieprzą w sposób spektakularny, Turcy są na dobrej drodze do zostania regionalnym mocarstwem (co dalej – Allah jeden wie).

Na pewno pomaga tu udany premier – Recep Erdogan to facet, który do perfekcji opanował sztukę chodzenia po linie nad przepaścią. Z jednej strony mamy ważną dla Turcji współpracę w dziedzinie wojskowości z Izraelem (choć od ostatniej operacji w Gazie, kontakty wyraźnie się ochłodziły) – z drugiej populację, która w większości sympatyzuje z Palestyńczykami (co znajduje odzwierciedlenie choćby w telewizyjnych serialach). Partia Erdogana APK wykonuje ruchy w stronę, powiedzmy,  bardziej tradycyjnego podejścia do tureckości (czytaj: świeckość życia publicznego nie jest dla nich dogmatem) – a to skutkuje nerwowymi kaszlnięciami u wojskowych, którzy oczywiście popierają demokrację, ale bez przesady (były już przypadki wieszania demokratycznie wybranych premierów). Chce wprowadzić swój kraj do Unii Europejskiej, która z upodobaniem gra z Turcją w trzy kubki – nie tracąc jednocześnie poparcia tradycjonalistów na forum wewnętrznym… I jest premierem drugą kadencję z rzędu.

Zresztą jeśli chodzi o UE, to Turcy chyba nie do końca mają świadomość w co się pakują. Jeśli człowiek zwiedza zabytki Istambułu (albo po prostu snuje się po mieście, chłonąc klimat – co skądinąd przy wszechobecnym smogu bywa uciążliwe) i nie jest przesadnie wymuskany, można się tu żywić smacznie i tanio. Wgryzając się z kupioną u ulicznego sprzedawcy kolbę gotowanej kukurydzy za 1 lira (mniej więcej dwa złote) zastanawiałem się, ile bym zapłacił gdyby przygotowujący ją człowiek musiał zapłacić placowe, opłatę dla Sanepidu, podatek od wszystkiego  i jakie tam jeszcze atrakcje wprowadza – oczywiście dla naszego dobra – UE.

Dygresja osobista o traumie w hotelu: obsługa była wprawdzie przesympatyczna (mimo sporej bariery językowej), standard niczego sobie, chcąc się zrelaksować pacnąłem sobie któregoś wieczoru na łóżku z piwem w garści, włączyłem telewizor… a tam Agnieszka Chylińska pląsająca do rytmów dicho. VIVA po polsku w środku Istambułu? Litości, ja rozumiem, że – jak śpiewało Raz Dwa Trzy – “jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań” – ale obciachowa wersja polskiej popkultury ścigająca mnie na wakacjach to już jest naprawdę przesada.

Pamiętacie scenę z “Misia”, gdy opieprzany przez przełożoną pracownik kotłowni cedzi do słuchawki – przez trzymanego w zębach papierosa – “pani kierowniczko, ja palę cały czas”? Mam poważne podejrzenie, że ten facet mógł mieć tureckich przodków. Turcy palą absolutnie masowo, w ilościach hurtowych i problem typu niemożność kupienia papierosów w ogóle w tym kraju nie występuje. O ile w Europie egzekwuje się masowo zakaz palenia w miejscach publicznych i lokale reklamują posiadanie “smoker’s room”, o tyle w Istambule co jakiś czas pojawia się miejsce odróżniające się od konkurencji tym, że tu akurat zgubnemu nałogowi oddawać się nie wolno.

A z rana –  eksperymentalne przeżycie pod hasłem turecka szkoła podejścia do klienta. Chodzimy sobie po Wielkim Bazarze (tłumaczenie nazwy moje – tureckiego nie znam, a na angielskich napisach stoi “Grand Bazaar”), trzeba kupić chustę – bez niej żadna kobieta nie wejdzie do meczetu. Jedno ze stoisk, na chwilę się zatrzymaliśmy żeby rzucić okiem – i już zaczyna nas zagadywać młodociany sprzedawca. Jak na Turka mówi niezłą angielszczyzną (to nie jest złośliwość, tylko fakt – po rosyjsku dużo łatwiej się tu po rozumieć niż w mowie Szekspira, jeśli człowiek nie zna tureckiego), jest cały ucieleśnieniem przyjazności, prosi starszego pana stojącego obok o herbatę dla nas…

Jak się okazuje, Amanullah jest z mieszanej uzbecko – tureckiej rodziny, niosący herbatę staruszek to jego dziadek. Opowiada nam dużo o  materiałach, z których zrobione są przepięknie zdobione szale, ironizuje na swój temat opisując się jako pasmina (aluzja do mieszanego pochodzenia – słowo “pasmina” oznacza mieszankę dwoch tkanin), oczywiście jesteśmy specjalnymi klientami, pierwszymi tego dnia, więc jak dla nas zniżka. Gdybym przedtem nie kupował u Turków może i przyjąłbym tę cenę, ale nie chcę obrazić sympatycznego kupca, więc rzucam kwotę ciut niższą – i tyle targowania chyba wystarczy, bo cały uśmiechnięty Uzbeko-Turek żegna się z nami, życząc miłego dnia.

Z tym targowaniem to jest w ogóle cały rytuał. Przy najróżniejszych okazjach – od ubrań,  poprzez herbatę na wagę, po książki – okazywało się nieodmiennie, jak bardzo prawdziwa jest pierwsza zasada negocjacji: nigdy nie pokazuj, że ci na czymś zależy. Osobiście nie lubię się targować więc nagabywany przez sprzedawców, odpowiadam z reguły coś w stylu “muszę pomyśleć” (zwłaszcza, że pierwsza proponowana cena z reguły trąci lichwą i  grabieżą w biały dzień równocześnie). Ale kryzys najwidoczniej dotknął i weteranów, bo moja minimalistyczna odpowiedź jest brana za kontrofertę ceny i następna kwota frunąca w moją stronę jest przynajmniej o jedną trzecią niższa. Czasem jest to nawet więcej, zaczynam węszyć okazję, wchodzę w kontakt – i tym sposobem jestem aktualnie posiadaczem wypasionego skrzyżowania kurtki z kożuchem, kupionego za połowę wyjściowej ceny. Moją dumę z własnych zdolności handlowych tłumi tylko jedno: co ja z tym fantem zrobię w Amsterdamie, skoro w Holandii porządnej zimy nikt nie widział od przynajmniej pięciu lat? Ani chybi przyjdzie zacząć jeździć na wakacje na północ…

Telefon z Istambułu (1)

November 1, 2009

Na początek wizyty w Turcji trzeba zaopatrzyć się w wizę wjazdową – czysta formalność, bo nikt nawet o nic nie pyta, ale spacer do bankomatu jest jednak przydatny. Patrzę na kolorowe papierki z różnymi nominałami: Ataturk na czerwono, Ataturk na zielono… Często wstawia się portrety wybitnych postaci historycznych na banknoty, ale zawsze powstaje problem: w jakim porządku? Czy człowiek umieszczony na “10” jest ważniejszy od tego na “50”? Turcy rozwiązali ten problem z typowym dla nich pragmatyzmem, który przewija się przez wiele dziedzin życia w tym kraju: na jednej stronie każdego banknotu  jest Ataturk, a na drugiej – jakiś zasłużony mniejszego kalibru.

I na banknotach rzecz się bynajmniej nie kończy: w każdym sklepie czy restauracji na ścianie wisi portret Przywódcy, w związku ze zbliżającą się rocznicą śmierci wszędzie pełno flag państwowych z doczepionym wizerunkiem… Już drugi raz w tym roku trafia mi się wizyta w kraju, gdzie przywódca otoczony jest powszechnym kultem – na całe szczęście dla poczytalności Turcji, szacunek dla działalności Mustafy Kemala ma cokolwiek mocniejsze podstawy niż uwielbienie Tajów dla Jego Wysokości Bhumidola Adulyadeja. Z jednej strony, Ataturk nie żyje od dość dawna, co niewątpliwie dobrze robi na aurę męża stanu (przepraszam za cynizm, ale jako człowiek z kontynentu, który wydał Stalina i Hitlera, po prostu nie umiem inaczej).

Z drugiej, jego osiągi są faktycznie nie do podważenia. No bo cofnijmy się do początków jego kariery: trwa pierwsza wojna światowa, do której Imperium Otomańskie weszło jako “chory człowiek Europy”. Ze wszystkich stron maszerują armie aliantów, tureckie wojsko ponosi klęskę za klęską – nawet małe narody bałkańskie, upokorzone wiekami okupacji, chcą mieć  swoją szansę odwetu. Jeden z ważniejszych punktów, o które toczą się walki, to Gallipoli – i tam właśnie trzydziestopięcioletni pułkownik Mustafa Kemal osiąga jeden z pierwszych sukcesów Turcji w tej wojnie, urządzając szturmującym jego pozycje aliantom rzeź. Potem powstrzymuje rosyjskie natarcie od strony Kaukazu, organizuje udaną kontrofensywę i wraca na teren Palestyny, gdzie udaje mu się powstrzymać Brytyjczyków, uskrzydlonych rozbiciem wojsk niemieckich.

Ale jeden człowiek nie jest w stanie powstrzymywać ataku z wielu stron w nieskończoność – Turcja ostatecznie kończy po stronie przegranych i, upokorzona po traktacie w Sevres, zostaje okrojona do strzępków terytorium. Już-generał Kemal przyłącza się do ruchu niepodległościowego (właściwie: wraca – kilkanaście lat wcześniej był jednym z “młodoturków”, którzy próbowali reformować gnijące imperium), odchodzi z wojska i zaczyna organizować ruch oporu przeciw siłom okupacyjnym. Brytyjczycy próbują tych samych sztuczek, co przy wcześniejszej o kilka lat rewolcie Arabów (dziel i rządź), ale niestety dla nich, Kemal – w przeciwieństwie do Foreign Office – wyciąga wnioski z historii. Zjednoczone Królestwo chce odwalić brudną robotę rękami Grecji, której rząd marzy o reaktywacji Bizancjum –  i wszystko idzie świetnie do czasu bitwy pod Dumlupinar, po której spanikowane greckie oddziały opuszczają terytorium Turcji w tempie dość ekspresowym. Traktat w Lozannie anuluje postanowienia Sevres i przywraca Turcji integralność terytorialną.

Mniejsi duchem ludzie mogliby w tym momencie spocząć na laurach, ale Kemalowi to nie wystarcza – świadomy co doprowadziło Turcję do klęski w zakończonej przed chwilą wojnie, postanawia zreformować kraj. Z uwagi na swoje sukcesy w wojnie o niepodległość cieszy się poziomem poparcia dającym mu praktycznie carte blanche. Wyliczanie jego (zrealizowanych!) planów to temat na osobną książkę, więc wspomnijmy może tylko co istotniejsze punkty: obalił sułtanat wprowadzając demokrację parlamentarną (de facto oświecony despotyzm, ale to inna sprawa), zsekularyzował kraj wprowadzając kodeks karny w miejsce prawa islamskiego, Turcja przeszła na kalendarz gregoriański i łaciński alfabet, wprowadzono równouprawnienie płci w edukacji i polityce, a intensywny plan rozwoju przemysłu uczynił z zacofanej gospodarczo Turcji ważnego uczestnika międzynarodowej gospodarki. Na deser, Ataturk wziął sobie za punkt honoru normalizację stosunków z resztą świata na drodze pokojowej, czego kulminacją były sojusze polityczno-wojskowe z Grecją i Wielką Brytanią.

Uff, rozpisałem się trochę, ale nic na to nie poradzę – na tle dwudziestowiecznych przywódców rządzących w mniej lub bardziej autorytarny sposób, Ataturk naprawdę robi wrażenie – być może Turkom trafił się los na loterii w postaci dyktatora, którego rzeczywiście interesował przede wszystkim interes kraju. Kiedy Ataturk zmarł w 1938, do prawodawstwa wprowadzono artykuł zakazujący znieważania jego pamięci. Jak to często bywa z przepisami tego typu, z czasem dokładano dodatkowe klauzule i w obecnym brzmieniu artykuł 301 karze surowo za obrazę narodu tureckiego i tureckości w ogóle. I tu już historia robi się nieco mniej zabawna, bo sformułowanie jest dosyć mgliste, więc “301” to bardzo wygodne narzędzie do kneblowania debaty na niewygodne tematy.

Na przykład kwestia Ormian: przed pierwszą wojną żyła na terenie Imperium całkiem pokaźna diaspora, po wojnie nie było nikogo. Według Ormian mamy tu do czynienia z pierwszym w nowoczesnej historii przypadkiem zorganizowanego ludobójstwa, według Turków – nieszczęśliwym splotem chorób, wypadków i ogólnego wojennego chaosu (w wersji pokazywanej w tureckim muzeum wojskowości, to Turcy byli ofiarami terrorystycznej działalności ormiańskich band zbrojonych przez wiadome siły). Poruszanie tematu bywa niezdrowe, o czym przekonał się choćby noblista Orhan Pamuk, sądzony za treści zawarte w jednej z jego powieści.

Inny przykład to Kurdowie: w swoim reformatorskim zapale Ataturk zbudował podwaliny nowego, świeckiego państwa tureckiego na nacjonalizmie – co miało ten przykry skutek uboczny, że przez większą część dwudziestego wieku na południu kraju wybuchały bunty Kurdów (wielu z nich walczyło w wojnie o niepodległość, więc przymusowe wynarodowienie po 1923 raczej nie mogło im się podobać). O tym temacie też mówić nie należy – tak samo jak o kwestii cypryjskiej, gdzie zdarzają się klimaty rodem z Orwella: na niektórych mapach Europy drukowanych w Turcji, połowy Cypru po prostu nie ma – w miejscu, gdzie leży część grecka, drukowana jest woda (znowu muzeum wojskowości: rząd turecki dokonał desantu wojsk na wyspę w celu ochrony praw tureckiej mniejszości, którą zaciekle gnębili podli Grecy, ważący sobie lekce demokratyczne ustalenia; w nagłym ataku jasnowidzenia dośpiewałem sobie, jak wygląda opis kwestii cypryjskiej w analogicznym muzeum w Atenach).

Więc ogólnie wolność słowa tak, ale bez przesady – o czym można się przekonać próbując korzystać z internetu. Już nie mówię nawet o rzeczach oczywistych, ale – pomimo przebijającej miejscami swobody obyczajowej – czynniki oficjalne mają lekkiego hopla na punkcie demoralizacji. Próba wejścia na jakąkolwiek potencjalnie niebezpieczną stronę jest blokowana: jeśli w treści – w jakimkolwiek kontekście – znajdzie się słowo z listy zakazanych, strona automatycznie jest klasyfikowana jako zawierająca treści demoralizujące i dostęp do niej nie jest możliwy. O czym zresztą przekonałem się pisząc ten tekst: chciałem zacytować sieciowy komunikat i przy próbie opublikowania wpisu na blogu zostałem zablokowany (dosłowny cytat oczywiście zawierał zakazane słowa, które system wychwycił). Posądzano mnie już parokrotnie w życiu o bycie świntuchem a’la Bukowski, ale zarzucanie ongezellig.wordpress.com treści zbereźnych na równi ze świerszczykami to już chyba lekka przesada…

Wymęczyły mnie te boje z lokalnymi miłośnikami cenzury, więc w następnym telefonie będzie bardziej neutralnie (na męczennika za wartości nadaję się średnio): handel, muezini i klaksony. I oczywiście kebab.

Specjalne podziękowania dla Pawła, dzięki którego zdalnej pomocy udało mi się wysłać ten wpis.