Posts Tagged ‘Stanisław Michalkiewicz’

Michalkiewicz: Spes unica nas urządzi

June 18, 2015

Felieton    tygodnik „Nasza Polska”    17 czerwca 2015

Kiedy ten felieton ukaże się w druku, będę już w naszym nieszczęśliwym kraju, który teraz zresztą ostrożnie zaczyna pogrążać się w szczęśliwości, w związku z zakończonymi szczęśliwie wyborami prezydenckimi. Jak to opisywał w „Panu Tadeuszu” Wojski, przedstawiając zgromadzonym na obiedzie u Sędziego Soplicy generałom i szlachcie historię sejmiku? „A tam po drugiej stronie pan przekreskowany, sam jeden, czapkę wcisnął na łeb zadumany, żona przed domem czeka, zgadła, co się dzieje. Biedna – oto na ręku pokojowej mdleje…” No, może aż tak źle i z „panem przekreskowanym” i z żoną nie będzie, bo chyba najważniejsza, niepisana zasada konstytuująca III Rzeczpospolitą – że „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych” – obowiązuje nadal, zwłaszcza w gronie ugrupowań poważnych, a nie, dajmy na to, takiego świszczypały Pawła Kukiza, którego zresztą „Matka Kurka” w ramach przygotowań do jesiennych wyborów, już zdemaskowała, jako wydmuszkę systemu. Skoro tak, skoro Paweł Kukiz jest wydmuszką systemu, to spes unica nasza w panu prezesie Jarosławie Kaczyńskim i gronie pomocników, którzy co jak co – ale system to znają od samej podszewki i wreszcie nas urządzą – no bo chyba nie w obozie zdrady i zaprzaństwa, który zresztą szykuje się do przeskoczenia na przygotowaną przez zapobiegliwą razwiedkę tratwę ratunkową, dowodzoną przez pana Ryszarda Petru.

Tedy, gdy felieton ukaże się w druku, będę już w naszym, ostrożnie przymierzającym się do szczęśliwości kraju, ale piszę go jeszcze w Chicago, gdzie miałem trzy spotkania z tamtejszą publicznością, w trakcie których próbowałem przekonać słuchaczy o potrzebie wzniesienia się ponad istniejące w Polonii amerykańskiej podziały i animozje, by przemówić jednym głosem przynajmniej w sprawach stanowiących obiektywny interes narodu i państwa. Takim obiektywnym interesem narodu i państwa jest przeciwstawienie się żydowskim roszczeniom majątkowym, wysuwanym wobec Polski. W razie bowiem realizacji tych roszczeń, szacowanych na 60, może nawet 65 miliardów dolarów, środowisko dysponujące takim majątkiem miałoby w Polsce dominującą pozycję ekonomiczną, a co za tym idzie – dominującą pozycję społeczną i polityczną. Byłaby to po prostu szlachta, wobec której nasz mniej wartościowy naród tubylczy zostałby we własnym do niedawna kraju zdegradowany do roli narodu drugorzędnego, zaś państwo zostałoby okupowane przez starszych i mądrzejszych, którym razwiedka, tradycyjnie przedstawiła ofertę pomocy w utrzymywaniu tubylców w ryzach, w zamian za umożliwienie korzystania z okruchów ze stołu pańskiego – podobnie jak to było za czasów sowieckich. Zatem przeciwstawienie się tym roszczeniom stanowi obiektywny interes narodu i państwa, bez względu na to, który Umiłowany Przywódca został akurat prezydentem, czy która partia uzyska stanie na czele rządowej koalicji po jesiennych wyborach.

Polonia amerykańska, podobnie zresztą jak i kanadyjska, może w tej sprawie wyświadczyć narodowi polskiemu i Polsce wielką przysługę, jeśli przemawiając jednym głosem zacznie przekonywać polityków w obydwu krajach, że odtąd polskich głosów nie będą już dostawać za darmo, tak, jak nie dostają za darmo głosów żydowskich. Polska bowiem hałasy żydowskie jakoś przetrzyma; najwyżej sami zaczniemy też hałasować – natomiast może nie przetrzymać nacisków ze strony USA, tak samo, jak nie przetrzymała ich Szwajcaria. Chodzi zatem o to, by tutejsi politycy zrozumieli, iż angażowanie się w popieranie rabunku Polski nie wyjdzie im na zdrowie, a nawet może przyczynić się do wypchnięcia ich z polityki. Takie zaangażowanie Polonii po stronie polskich interesów nie uchybia w niczym obywatelskiej lojalności wobec Stanów Zjednoczonych czy Kanady, bo nasza sprawa jest czysta, zarówno od strony moralnej, jak i prawnej. Żywa i pełna zrozumienia reakcja publiczności w każdym kanadyjskim i amerykańskim mieście, jakie podczas dwumiesięcznej peregrynacji odwiedziłem pokazuje, że apel pada na podatny grunt i jeśli tylko polonijne organizacje potrafią stanąć na wysokości zadania i zapewnią odpowiednie wsparcie logistyczne.

Dlatego też z ogromną irytacją, żeby nie powiedzieć – wściekłością – przyjąłem wiadomość podana przez „The Jerusalem Post”, iż w polskim Sejmie powstało proizraelskie lobby pod kierownictwem pana posła Dziedziczaka z PiS i pana posła Szaramy z PO. Co ma bowiem oznaczać kreowanie proizraelskiego lobby w polskim Sejmie w momencie, gdy Izrael, w osobie swojego prezydenta, otwarcie angażuje się w egzekwowanie od Polski wspomnianego haraczu? Jakie konkretne dowody miłości do Izraela zamierzają złożyć panowie posłowie? Wprawdzie pan poseł Dziedziczak wiadomość podaną przez „The Jerusalem Post” zdementował, ale ja w żadne jego demencje nie wierzę. Po pierwsze dlatego, że – podobnie jak książę Gorczakow – nie wierzę nie zdementowanym wiadomościom. Po drugie – że już raz, w roku 2006, urzędnik kancelarii premiera Kazimierza Marcinkiewicza zdementował wiadomość, jakoby pan Kazimierz obiecał był w rozmowie panu Dawidowi Harrisowi, dyrektorowi Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, iż sprawa roszczeń zostanie załatwiona „jeszcze w tym roku”. Zdementował – ale cóż z tego, kiedy na stronie internetowej Światowego Kongresu Żydów ukazała się relacja z tej rozmowy, potwierdzająca w całej rozciągłości to, co ujawniłem wówczas w felietonie na antenie Radia Maryja? Dlatego nie tylko nie wierzę w żadne demencje pana posła Dziedziczaka, ale w dodatku podejrzewam, że po prostu zląkł się on konsekwencji wychlapania przez stronę żydowską tej wiadomości przed wyborami parlamentarnymi. Co prawda, podczas swoich amerykańskich prelekcji zwracałem uwagę słuchaczy, że zarówno razwiedka, jak i Umiłowani Przywódcy w Polsce już dawno przestali dbać o polskie interesy narodowe i państwowe i WŁAŚNIE DLATEGO trzeba dokonać w naszym nieszczęśliwym kraju zmiany władzy – ale zawsze nieprzyjemnie po raz kolejny przekonać się, że to prawda – nawet jeśli potwierdza to moją ulubioną teorię spiskową.

Stanisław Michalkiewicz

Advertisements

Michalkiewicz: Ormowcy w służbie CIA

May 27, 2015

Felieton    tygodnik „Nasza Polska”    27 maja 2015

Wygląda na to, że kształtuje się u nas rodzaj nowej świeckiej tradycji, częściowo politycznej, częściowo biznesowej. Oto okazało się, że Polska zapłaciła odszkodowanie za tortury, jakimi w tajnym więzieniu CIA w Starych Kiejkutach byli poddawani ludzie podejrzewani przez Amerykanów o terroryzm. Warto zwrócić uwagę, że CIA nie urządziła tajnych więzień, w których mogłaby podejrzanych torturować, ani na terenie Stanów Zjednoczonych, ani na terenie Wielkiej Brytanii, ani na terenie Francji. Na terenie Stanów Zjednoczonych i tamtych krajów obowiązuje bowiem prawo zakazujące torturowania podejrzanych nawet o terroryzm. W Polsce co prawda takie prawo też obowiązuje, ale najwyraźniej CIA skądś wie, że w naszym bantustanie prawo wprawdzie obowiązuje, ale nikt specjalnie nie czuje się nim związany, a już szczególnie nie czują się nim związane stare kiejkuty, co to były zatrudniane przy mokrej robocie jeszcze za sowieciarzy, w zamian za możliwość pasożytowania na mniej wartościowym narodzie tubylczym.

Toteż kiedy CIA w dowód szczególnego zaufania udzieliła starym kiejkutom radosnego przywileju wyświadczenia usług kuplerskich i stania na świecy podczas torturowania podejrzanych, to jestem pewien, że stare kiejkuty nie posiadały się z radości. Oto bowiem uzyskały namacalny dowód inwestytury ze strony nowego sojusznika. Że również nowy sojusznik docenia ich użyteczność, może nie tyle przy mokrej robocie, bo mokrą robotę załatwia przy wykorzystaniu własnych pierwszorzędnych fachowców, ale przy czynnościach pomocniczych, w rodzaju stania na świecy, słowem – że docenia ich użyteczność, jako ormowców w służbie CIA, gwarantując im w zamian pasożytowanie na mniej wartościowym narodzie tubylczym. Krótko mówiąc – sytuacja starych kiejkutów nie uległa pogorszeniu mimo sławnej transformacji ustrojowej i odwrócenia sojuszów. Przewidział to jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś”, w którym czytamy m.in.: „Po obiedzie Tatuś zasłania okna mapą (z rolety krawaty) i liczy wydatki na podatki i składki, a jak liczy, to ciska obelgi na władców matki. Czyli, że co do tych okien – to każdy kraj ma gestapo.” Każdy kraj ma gestapo! Skoro tak, to nic dziwnego, że bezpieczniacy z CIA tak sprawnie dogadali się z bezpieczniakami z razwiedki: „ja z Lublina, ty z Lublina; kto z Lublina – równy gość!

Ale oprócz korzyści, nazwijmy to – politycznych, jakie stare kiejkuty odniosły z transformacji ustrojowej i odwrócenia sojuszy, nie obyło się bez korzyści materialnych. Jak zauważył Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”, stare kiejkuty „brudną i mokrą swą robotą przecież parają się nie po to, by takie odnieść stąd korzyści, że obłąkany świat się ziści. (…) Kiedy zwycięskie toczą boje ze straszną reakcyjną hydrą, to chcą mieć pewność, że na zawsze zdobędą to, co hydrze wydrą.” Oczywiście hydra raz jest reakcyjna, a raz – powiedzmy – terrorystyczna, w zależności od mądrości etapu – ale tak czy owak zawsze coś tam można jej wydrzeć i zdobyć.

Toteż stare kiejkuty zostały przez swoich łaskawych panów z CIA obdarowane napiwkiem w wysokości – powiadają – 15 milionów dolarów. Ani to dużo, ani mało – ale na założenie kilku starych rodzin w naszym bantustanie wystarczy w sam raz tym bardziej, że pan minister Szczurek, co to – jak słychać – zamierza opodatkować nawet prezenty komunijne (już widzę, jak siepacze z urzędów skarbowych biorą na tormenta dzieci tuż po przyjęciu Pierwszej Komunii Świętej, a więc – w stanie łaski uświęcającej – żeby wydobyć z nich zeznania, kto, co i ile im dał z tej okazji w prezencie. Bez pomocy pierwszorzędnych fachowców z bezpieki tu się na pewno nie obejdzie, więc użyteczność starych kiejkutów sprawdza się nie tylko w totalitaryzmie, ale i w demokracji.) – tedy ten energiczny pan minister Szczurek przecież nie ośmielił się sprawdzić, czy stare kiejkuty zapłaciły od tego napiwku jakiś podatek. Najwyraźniej skądś wie, że gdyby odważył się na takie wścibstwo, zaraz by mu przypomniano, skąd wyrastają mu nogi. Dzieci komunijne – to co innego!

Ale – czego nie wolno tobie, smrodzie, to przecież wolno wojewodzie! Będąc w Los Angeles zauważyłem w jednej z tamtejszych gazet artykuł sugerujący, że tylko patrzeć, a Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller będą musieli zatańczyć i zaśpiewać przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze. Jeśli to prawda, to przepytają ich tam nie tylko o usługi kuplerskie i stanie na świecy, nie tylko o wspólników – bo nie sądzę, by Aleksander Kwaśniewski, czy Leszek Miller osobiście stawał na świecy w Starych Kiejkutach – no i ma się rozumieć – o napiwek – ile każdy wziął i gdzie schował. Ładny interes! To pewnie dlatego razwiedka na gwałt szykuje na scenie politycznej podmiankę, a właściwie dwie podmianki – jedną „prawicową” w postaci partii prof. Leszka Balcerowicza i Władysława Frasyniuka, a drugą „lewicową” w prof. Janem Hartmanem, Wandą Nowicką i nieśmiertelną bojowniczką genderactwa, Magdaleną Środziną (powiedziała nam Środzina, że chłopakom powyrzyna, a dziewczynom powypala) – żeby mniej wartościowy naród tubylczy miał się na jesieni w kogo wpatrywać jako w jasnego idola, bo ta Haga, to mogą być los ultimos podrigos obydwu starych kiejkutów. Ciekawe, że jeszcze w XIX wieku zauważył to rosyjski poseł, pisząc do centrali w Petersburgu, że „Gaga samyj skucznyj gorod w mirie”, co się wykłada, że Haga to najnudniejsze miasto świata. Już tam się oni wynudzą za wszystkie czasy, zwłaszcza gdyby trafili za kratki, bo przecież co ma wisieć – nie utonie.

Ale mniejsza o los obydwu starych kiejkutów, bo ważniejsza jest oczywiście nowa, świecka tradycja. Najwyraźniej politycy amerykańscy, a za nimi amerykańscy bezpieczniacy przyzwyczaili się do tego, że w zamian za różne usługi, które – jak zauważył przenikliwie Radosław Sikorski – Polska spełnia im za darmo – nasz nieszczęśliwy kraj dodatkowo będzie musiał do tego wszystkiego jeszcze dopłacać. Tak jest w przypadku starych kiejkutów i tak może być w przypadku polskiego zaangażowania na Ukrainie – za co być może już niedługo przyjdzie zapłacić Żydom 65 miliardów dolarów haraczu. Ale może Polonia amerykańska wreszcie się zreflektuje i zacznie odzwyczajać tamtejszych polityków od tego, że polskie głosy dostają za darmo.

Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: Zygoty wyrośnięte i przerośnięte

March 7, 2012

Komentarz    serwis „Pod Lupą” (www.podlupa.pl)    5 marca 2012

Powszechnie wiadomo, że filozofowie są coraz głupsi – o czym każdy może się przekonać dzięki „Gazecie Wyborczej”, w której publikuje pani filozofowa, prof. Magdalena Środa. Pani Środa uchodzi za niezwykle tęgą głowę, szermierza postępu i w ogóle – ale tylko w tutejszym demi-mondzie, który – co tu ukrywać – wprawdzie dzisiaj – jak powiada poeta – „mieszka w pałacu”, ale jeszcze niedawno „srać chodził za chałupę”.

Wskutek tego postępactwo splata się tu przedziwnie z nieprawdopodobnymi zabobonami. Tymczasem na świecie postępactwo tak brawurowo idzie do przodu, że chwilami aż się zapomina. Oto pani Franciszka Minerwa, filozofowa i etyk medyczny z Oxfordu doszła do wniosku, że dzieci, a konkretnie – niemowlęta, to nie tylko zakała ludzkości – co, mówiąc nawiasem, już dawno zauważył Henryk Sienkiewicz – ale w dodatku – jeszcze nie ludzie, więc jeśli komuś przyszedłby do głowy taki pomysł, to powinien mieć prawo ich zabijania.

No dobrze – ale dlaczego ograniczać to prawo tylko do niemowląt? Przecież starsze dzieci, na przykład – 30 letnie, bywają jeszcze bardziej uciążliwe dla otoczenia, niż niemowlęta, więc cóż właściwie przemawia za ich oszczędzaniem? Kiedyś Barbara Labuda, która wprawdzie nie jest żadnym filozofem, tylko romanistką, ale intelektualnie filozofom dorównuje, skrytykowała Kościół katolicki, że chciałby z „zygoty” uczynić wartość chronioną konstytucyjnie.

Najwyraźniej nie zauważyła, że ona sama też jest zygotą, tylko bardziej wyrośniętą, podobnie jak poseł Ryszard Kalisz, który jest zygotą przerośniętą. Być może, że takie wyrośnięte, a zwłaszcza – przerośnięte zygoty też powinno się móc bez żadnych przeszkód abortować – i pewnie któryś filozof już wkrótce dojdzie do takiego wniosku.

Ale zarówno on, jak i pani filozofowa Franciszka Minerwa nie powinni zapominać, że od każdej, nawet najsłuszniejszej zasady, istnieją wyjątki – bo chyba zasada swobodnego zabijania noworodków nie dotyczy noworodków pochodzenia żydowskiego? Zezwolenie na zabijanie noworodków pochodzenia żydowskiego stanowiłoby bowiem karygodny, iście faraoński antysemityzm, który, zwłaszcza dla filozofów, gorszy jest przecież od śmierci.

Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: Chaos semantyczny

February 26, 2012

Felieton    „Nasz Dziennik”    11 lutego 2012

Po odtrąbionych z ogromnym przytupem „konsultacjach” w sprawie ACTA premier Tusk ogłosił, że podpisu „nie wycofa”. Podobnie Gnom sportretowany przez Janusza Szpotańskiego w „Rozmowie w kartoflarni” odgrażał się, że „zdania swojego za nic nie zmienię”. Wtedy chodziło o „prawicowe odchylenie”, w ramach którego Gnom nie chciał „budować w stepie baraków”, tylko „więzienia wznosić z pustaków”.

Premier Tusk jest w trochę innej sytuacji; niechby spróbował „wycofać podpis”, to „dałaby świekra ruletkę mu!” W takiej sytuacji możemy wykorzystać tę chwilę oddechu do przyjrzenia się chaosowi semantycznemu, który według wszelkiego prawdopodobieństwa wytwarzany jest celowo, gwoli większego skołowania mieszkańców naszego nieszczęśliwego kraju, będąc zarazem jedną z przyczyn trapiących nas paroksyzmów. Oto na przykład wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler jest uważany za przedstawiciela „prawicy” i to w dodatku – „skrajnej”.

Rozumiem, że tak jest w Niemczech, bo Niemcy to naród wyjątkowo zdyscyplinowany, nie tak może, jak wyjątkowo karny naród japoński, ale prawie – i jeśli jest rozkaz, żeby podlizywać się, dajmy na to, Żydom, albo socjalistom, to nie dadzą się nikomu wyprzedzić. Gdyby jednak pewnego dnia padł rozkaz odwrotny, to myślę, że też nie daliby się nikomu wyprzedzić. Ale żeby u nas, w kraju, którego mieszkańcy uważają się za indywidualistów?

Nic więc dziwnego, że w tym pomieszaniu pojęć za reprezentantów prawicy uważa się ludzi tęskniących za Edwardem Gierkiem i „godnym życiem”, jakiego iluzję stwarzał za pożyczone pieniądze, dopóki czar nie prysnął i nie pojawiły się kartki na „woł-ciel z kością”. Czyż nie na fali tej właśnie tęsknoty większość głosujących w referendum akcesyjnym opowiedziała się za Anschlussem, naiwnie myśląc, że Niemcy wezmą nas na utrzymanie i znowu będzie jak za Gierka?

Nawiasem mówiąc – słowo „Anschluss” pan prof. Tokarski z UMCS, występujący w charakterze biegłego językoznawcy na procesie Grzegorza Wysoka w Lublinie uznał – podobnie jak „IV Rzesza” – za niedopuszczalne i podlegające karze. Że w domu wisielca nie wypada mówić o sznurze – to poniekąd zrozumiałe, ale skąd właściwie pan prof. Tokarski wie, że już mieszkamy w domu wisielca? Chyba Nasza Złota Pani Aniela nie czyni mu osobistych zwierzeń?

Ale to jeszcze nic w porównaniu z wiadomością, jaką otrzymałem od wzburzonego Czytelnika. Otóż jego znajomy, najwidoczniej tak zwany „chrześcijański socjalista”, przekonywał go, że „Lenin to jak Jezus”. Oczywiście to nie tylko nonsens, ale dla chrześcijanina – również bluźnierstwo, bo jeśli Lenin jak Jezus, to znaczy, że Jezus jak Lenin. Zrównanie Syna Bożego z jednym z największych zbrodniarzy w historii ludzkości niewątpliwie jest bluźnierstwem i to nieporównanie większym, niż kabotyńskie wygłupy Nergala, czy knoty pani Nieznalskiej. Ale być może argument o bluźnierstwie nie wszystkich przekonuje, więc warto pokazać fundamentalną różnicę.

Chrystus mówi: „daj, pomóż bliźniemu twemu”, podczas gdy socjalista powiada: „zabierz bogatszemu; on musi ci dać!” Zatem zbudowany na socjalistycznym fundamencie program przymusowej redystrybucji dochodu narodowego zwany „sprawiedliwością społeczną” i reklamowany jako „chrześcijański” jest nieporozumieniem – konsekwencją wspomnianego semantycznego chaosu.

Zresztą niekoniecznie nieporozumieniem – bo równie dobrze – zaporowym blokowaniem pojawienia się autentycznej prawicy – zgodnie z ustaleniami podjętymi przy „okrągłym stole”. Podobnie nie musi być wylęgłym z semantycznego chaosu nieporozumieniem tak zwane „judeochrześcijaństwo”. Chrześcijaństwo skupia chrześcijan, christianos, czyli chrystusowców, tak samo jak – excusez la comparaison – stalinizm skupiał stalinowców, a hitleryzm – hitlerowców – więc trudno wyobrazić sobie prawdziwego chrystusowca w amikoszonerii ze wspólnotą, która dla Chrystusa nie ma nic, prócz bezgranicznej i nieprzejednanej pogardy. Wygląda zatem na to, że bez przezwyciężenia tego chaosu nie tylko nic nie zwojujemy, ale zmarnotrawimy resztki energii w pogoni za fantomami.

Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: Wariacje

January 30, 2012

Felieton    „Nasz Dziennik”    28 stycznia 2012

Ósma godzina z minutami, jedzie pociąg z wariatami” – śpiewało się w piosence popularnej wśród moich rówieśników z dzieciństwa. Przypomniało mi się to, kiedy na antenie Polskiego Radia słuchałem rozmowy między posłami na temat ACTA. Poseł PiS, które w tej sprawie się „pomyliło” dyskutował z posłem z PO, który w pewnym momencie użył argumentu z autorytetu – że mianowicie niemożliwe jest przecież, by ci wszyscy dygnitarze z różnych państw, które podpisały ACTA, byli wariatami.

Zapewne miało z tego wynikać, że skoro wariatami nie są, a twierdzą, że ACTA niczyjej wolności nie zagraża, to znaczy, że ci, którzy się tego obawiają… no nie, wariatami też może nie są, ale są źle poinformowani. Tak w każdym razie uważa pan minister Sikorski – że młodzież została „niepotrzebnie” nastraszona.

Warto się nad tym chwilę zatrzymać. Po pierwsze dlatego, że nie ma najmniejszego dowodu, że wśród przywódców państw nie ma wariatów. Już łatwiej byłoby dostarczyć przykładów przeciwnych, świadczących, że w tym środowisku od wariatów nie tylko się roi, ale również – że są to wariaci bardzo niebezpieczni. I żeby było jasne – wcale nie dotyczy to tylko przeszłości.

Wystarczy oglądać telewizję, by się przekonać, że nawet wśród naszych Umiłowanych Przywódców, którzy przecież żadnej władzy nie mają, a tylko służą za parawan, za którym naszym nieszczęśliwym krajem rządzą rozmaite bezpieczniackie watahy, nie brakuje ludzi albo o zszarpanych nerwach, nadających się w sam raz na pacjentów dla weterynarza – albo wariatów w sensie medycznym, cierpiących na manię wielkości.

Skoro tak, to cóż dopiero musi się dziać w krajach o większym politycznym ciężarze gatunkowym od naszego? Tam siła przyciągania wariatów musi być jeszcze większa, a skoro tak, to i odsetek wariatów też. O ile mi wiadomo, żeby zostać zawodowym kierowcą, czy nawet policjantem, trzeba najpierw przebadać się również pod kątem zdrowia psychicznego. Tymczasem Umiłowanym Przywódcą zostaje się bez żadnych tego rodzaju badań, a przecież jest to trampolina, z której można zrobić karierę ministra, premiera, a nawet – prezydenta.

Nic zatem dziwnego, że potem Antoni Słonimski opisuje, jak to austriacki generał Potiorek w ramach swoich zainteresowań naukowych badał ciężar gatunkowy żołnierzy, których w tym celu, w pełnym oporządzeniu zanurzał w beczce z wodą, a potem zapisywał, wiele wody wypierają. I nikomu to nie przeszkadzało dopóty nie zapragnął zbadać tą samą metodą ciężaru gatunkowego oficerów swego sztabu. Wówczas odwieziono go w plecionce do infirmerii – ale przedtem dowodził dywizją, czy nawet korpusem w sposób nie zwracający niczyjej uwagi.

Zresztą po cóż przytaczać jakieś przykłady, kiedy najlepszym dowodem zaburzeń psychicznych jest widoczne wśród Umiłowanych Przywódców, niepohamowane pragnienie rządzenia innymi? Tymczasem Franciszek ks. de La Rochefoucauld zauważa, że „trudniej jest nie dać rządzić sobą, niż rządzić innymi”. Zatem jest bardzo prawdopodobne, że wśród naszych Umiłowanych Przywódców nie tylko musi być mnóstwo wariatów, ale w dodatku – wariatów idących na łatwiznę. W tej sytuacji młodzież, która usiłuje nie dopuścić, by wariaci przejęli nad nią pełnię władzy, zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na naśladowanie.

Tylko czy minister Radosław Sikorski jest jeszcze w stanie to zrozumieć? Dowodzi on, że mnóstwo kagańcowych i kneblujących praw zostało już wprowadzonych i ACTA niewiele tu zmienia. Czy to jednak ma to świadczyć o złym poinformowaniu młodzieży, czy raczej o tym, że wreszcie poznała się na łajdactwie?

Niedawno poseł Antoni Macierewicz urządził konferencję, podczas której przedstawił opinie ekspertów podważające ustalenia raportu komisji ministra Millera. Na marginesie pojawiła się też informacja, że skrzydło tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku zostało rozdarte OD TYŁU. Na takie dictum poseł Paweł Olszewski z PO oświadczył, że „nikt” nie traktuje posła Macierewicza poważnie. Pomijam już to, skąd poseł Olszewski może wiedzieć takie rzeczy – bo takie kategoryczne stwierdzenia dowodzą raczej, że po prostu nie wie, co mówi – ale nie ma racji merytorycznie.

Poseł Macierewicz w 1979 roku, a więc wtedy, kiedy poseł Olszewski dopiero się urodził, był znaną postacią w opozycji demokratycznej, gdzie trzeba było mieć trochę więcej odwagi i charakteru, niż jest potrzebne do zostania posłem Platformy Obywatelskiej – bo tu podobno wystarcza udawać głupszego od szefa.

Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: Wierzę w Jurka Owsiaka

January 23, 2012

Felieton    „Nasz Dziennik”    21 stycznia 2012

Jak wiadomo, pod rządami premiera Tuska jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej. Zresztą już jest nam tak dobrze, że dobrze nam tak. Niezależnie od wdrażanego właśnie w konwulsjach Narodowego Programu Eutanazji, dyskretnie ukrytego m.in. pod postacią ustawy o refundacji leków, rosną koszty utrzymania, no a przede wszystkim – ceny paliw i kary dla kierowców.

Najwyraźniej nasi Umiłowani Przywódcy uważają, że jak kogoś stać na samochód, to jeszcze nie jest z nim tak źle, a w takim razie – warto go skubnąć. Bo trzeba nam wiedzieć, że główną troską naszych Umiłowanych Przywódców jest, jakby tu przychylić nam nieba – no a nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, że to kosztuje. Toteż i cała pomysłowość naszych Umiłowanych Przywódców skierowana jest na poszukiwanie sposobów znalezienia pieniędzy – i stąd można odnieść wrażenie jakiegoś zdzierstwa.

Ale to nie jest żadne zdzierstwo, ani tym bardziej – Boże broń – żaden wyzysk. Wyzyskiwaczem to może być ohydny krwiopijca, kapitalista – ale nigdy w życiu – demokratyczne państwo prawne, zwłaszcza „urzeczywistniające zasady sprawiedliwości społecznej” – tak właśnie, jak w naszym nieszczęśliwym kraju. Jeśli nawet czasami możemy odnieść wrażenie, że największym wyzyskiwaczem jest właśnie państwo – to właśnie dowód, jak bardzo się mylimy, bo przecież jeśli nawet państwo zabiera nam coraz więcej, to czyni to wszystko dla naszego dobra.

Chodzi o to, że pieniądze psują charakter, a własność budzi w człowieku nadmierne przywiązanie do dóbr materialnych. Dlatego też nasi Umiłowani Przywódcy, którzy tym bardziej pragną naszego dobra, im mniej nam go zostało, chcą dla nas jak najlepiej. Wykombinowali sobie zatem, że w trosce o człowieka „wszystko mu także się odbierze, by mógł własnością gardzić szczerze.” Oni w naszym imieniu się poświęcą i na własnej skórze sprawdzą, czy rzeczywiście pieniądze psują charakter, a własność budzi w człowieku materialistę dialektycznego. Słowem – Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej – nawet jak im się wydaje, że jest odwrotnie. Tak samo, jak za Gierka. Czyż można wymagać więcej?

Okazuje się, że tak, że nie tylko można, ale nawet trzeba. Od tego dobrobytu wszystkim po prostu przewraca się w głowach – to znaczy nie wszystkim, tylko tym na prawicy. Tym na lewicy nie tylko się nie przewraca, ale przeciwnie – wszystko się stabilizuje, zgodnie z poleceniami oficerów prowadzących i nic tego nie zmieni, nawet gdyby krakowscy eksperci wkrótce odczytali na kopiach zapisów z czarnych skrzynek odgłosy wybuchu bomby.

W tej sytuacji nikogo nie dziwi, że pani prof. Krystyna Skarżyńska jednym rzutem oka zdemaskowała w „Gazecie Wyborczej” prawicowych publicystów, którym nie podoba się Jurek Owsiak. Od razu widać, że coś z nimi nie w porządku – bo jakże komuś może nie podobać się Jurek Owsiak, skoro jest rozkaz, że ma się podobać i to bez gadania? Jeśli komuś, zwłaszcza wbrew rozkazowi, się nie podoba, to nieomylny to znak, że taki delikwent cierpi na sławną schizofrenię bezobjawową, którą dzisiaj już bez trudu demaskuje przodująca nauka.

Bo co innego zauważyć, że ktoś ma coś nie w porządku pod sufitem, a co innego – zdefiniować to naukowo. Na szczęście przodująca nauka potrafi uporać się nie tylko z takimi, ale nawet – jeszcze trudniejszymi zadaniami, więc tylko patrzeć, jak cierpiący na schizofrenię bezobjawową zostaną poddani stosownej terapii – by nic nie zakłócało jedności moralno-politycznej narodu.

Ale to dopiero wstęp do świetlanej przyszłości – bo oto anonimowy Czytelnik przedstawił mi program eliminacji wszelkich wierzeń religijnych na świecie, którego początkiem ma być penalizacja, to znaczy – poddanie wszelkiej religii surowym karom. Najpierw oczywiście w naszym nieszczęśliwym kraju, ale „und Morgen die ganze Welt”. Pierwszy krok w tym kierunku, w postaci marszu ateistów w Krakowie, został już zrobiony, więc Anonimowy Czytelnik wiąże teraz wielkie nadzieje z Ruchem Palikota, chociaż nie ma złudzeń co do niedostatków umysłowych tej formacji i szansę upatruje w przyłączeniu się tam pana prof. Jana Hartmana. Co prawda pan prof. Hartman jest członkiem Loży Zakonu Synów Przymierza, ale widocznie anonimowy Czytelnik skądś wie, że nie chodzi tu o religię, tylko o interes, który akurat ma taką dziwną specyfikę.

Dlatego jeśli nawet wszelka religia zostanie zakazana, to w Jurka Owsiaka nadal będzie można, a nawet trzeba wierzyć.

Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: Cele i środki

January 9, 2012

Felieton    „Nasz Dziennik”    7 stycznia 2012

Co jest ważniejsze – cele, czy środki? Wprawdzie środki też są ważne i na przykład państwo oczekujące, że obywatele będą zachowywali się przyzwoicie, samo też nie powinno posługiwać się środkami niegodziwymi, na przykład – prowokacją. W tym sensie środki są ważniejsze – ale tylko w tym sensie, bo przecież środki, wszystko jedno – godziwe, czy nie – generalnie służyć mają osiągnięciu celu.

A co jest celem państwa, dlaczego właściwie godzimy się na ten monopol na przemoc, jakim jest państwo? Bardzo ładnie objaśniali to starzy Polacy, jeszcze za I Rzeczypospolitej. Twierdzili, że państwo jest po to, „byśmy wolności naszych zażywali”. I rzeczywiście; gdyby przemoc, jaką monopolizuje państwo nie pozostawała w służbie wolności i sprawiedliwości, nie byłoby żadnego moralnego powodu, by taki monopol akceptować.

Pozornie przemoc wyklucza wolność, ale niepodobna też nie zauważyć, że Wolność potrzebuje Mocy, która by ją ubezpieczała i gwarantowała. Wolność bez Mocy długo nie przetrwa – i dlatego państwo jest nie tylko konieczne, ale i pożyteczne.

Nie możemy jednak zapominać, że państwo istnieje dla wolności – a nie, dajmy na to, dla demokracji. Bo demokracja jest tylko środkiem, tylko narzędziem, które czasami może służyć wolności, a czasami nie. Na przykład dwaj panowie na bezludnej wyspie w każdej sytuacji przegłosują towarzyszącą im panią, która wskutek tego, wprawdzie w całkowitej zgodności z procedurami demokratycznymi, niemniej jednak musiałaby znosić okropną niewolę. W tej sytuacji powinniśmy zdawać sobie sprawę, co jest celem, a co tylko środkiem i jeśli środek z jakichś powodów przestaje służyć celowi, bez żalu go porzucić.

Wspominam o tych wszystkich oczywistych oczywistościach pod wpływem wiadomości nadchodzących z Węgier. Właśnie w Budapeszcie odbyły się demonstracje przeciwko rządowi Wiktora Orbana, zorganizowane przez Partię Socjalistyczną, słusznie uznaną niedawno za organizację przestępczą. To, że partia uznana za organizację przestępczą może w stolicy państwa urządzać demonstracje, świadczy o panującej na Węgrzech wolności, może nawet przesadnej.

Tymczasem rząd węgierski staje się przedmiotem coraz ostrzejszej krytyki nie tylko ze strony Komisji Europejskiej, która ustami jej przewodniczącego Józefa Manuela Barroso domaga się wycofania ustaw przyjętych przez parlament wybrany w powszechnym głosowaniu, a więc – zgodnie z demokratycznymi procedurami, ale również – Hilarzycy Clintonowej, według której demokracja na Węgrzech jest zagrożona, a także ze strony finansowych grandziarzy, którzy na demokracji robią kokosowe interesy.

Jak wiadomo, demokratyczne rządy podtrzymują iluzję płynności finansowej swoich państw za cenę sprzedawania własnych obywateli w coraz głębszą i sroższą niewolę lichwiarskiej międzynarodówce. Do tego bowiem sprowadza się powiększanie długu publicznego, którego zabezpieczeniem są przyszłe podatki, a więc – przyszłe dochody obywateli. Demokratyczne rządy zastawiają przyszłe dochody obywateli na całe dziesięciolecia u finansowych grandziarzy i skaczą przed nimi z gałęzi na gałąź w nadziei, że „rynki finansowe”, które dla obecnej zdegenerowanej demokracji stały się ostatnią instancją polityczną i moralną, wystawią im pozytywną recenzję i umożliwią im kontynuowanie misji nadzorcy niewolników.

Pokaż mi swego wroga, a powiem ci, kim jesteś. Skoro w gronie nieprzyjaciół rządu Wiktora Orbana znaleźli się polityczni spadkobiercy komunistycznych zbrodniarzy, którzy uszli sprawiedliwości tylko ze względu na lęk przed rosyjską bombą atomową, skoro znalazły się tam władze Eurokołchozu, forsujące maksizm kulturowy jako obowiązującą ideologię, skoro jest tam również Hilarzyca Clintonowa, traktująca Polskę wyłącznie jako skarbonkę organizacji przemysłu holokaustu, to w tej sytuacji niepodobna nie odczuwać odruchowej sympatii dla rządu Wiktora Orbana, nawet gdyby oskarżenia o odchodzenie od demokracji były prawdziwe. W końcu demokracja jest tylko środkiem i jeśli za cenę jej porzucenia można by wydobyć się z niewoli finansowych grandziarzy, to właściwie czemu jej nie porzucić?

Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: W Dniu Życzliwości

November 29, 2011

Felieton    tygodnik „Nasza Polska”    29 listopada 2011

Nie w tej postaci świeci w starym Rzymie kochanek ludów, ów Marek Aureli, który tym naprzód rozsławił swe imię, że wygnał szpiegów i donosicieli” – pisze Adam Mickiewicz. Od razu widać, że nasz nieszczęśliwy kraj jest całkiem inny.

O żadnym wyganianiu „szpiegów i donosicieli” nie ma mowy. To już prędzej szpiedzy, którzy żyją tu jak pączki w maśle, mogliby powyganiać nas – gdyby nie konieczność zapewnienia sobie tubylczej siły roboczej również w przyszłości, kiedy nasz nieszczęśliwy kraj dojdzie do kresu swego przeznaczenia – a już dla donosicieli to jest tu prawdziwe Eldorado.

Nie tylko z tego powodu, że każda z siedmiu okupujących Polskę tajnych służb potrzebuje donosicieli, ale również dlatego, że z donosicielstwa można nie tylko żyć aż do śmierci, ale w dodatku – używać tego życia całą paszczą – „hucznie, z przytupem i hulaszczo”. Toteż w branży donosicielskiej szczyt koniunktury – o czym można się przekonać już choćby na podstawie liczby „organizacji pozarządowych” kolaborujących ze specjalnym Zespołem do spraw Monitorowania Rasizmu i Ksenofobii przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

Kiedyś takich policyjnych konfidentów uważano za osoby pozbawione honoru i nie przyjmowano w przyzwoitych domach, ale te czasy należą już do przeszłości. Toteż salon roi się od konfidentów, którzy zażywają reputacji autorytetów moralnych i mentorskim tonem pouczają przedstawicieli mniej wartościowego narodu tubylczego, co też na danym etapie przystoi mu czynić – a nieposłusznych ciągną przed niezawisłe sądy.

Tak się akurat złożyło, że akurat w Światowym Dniu Życzliwości, który, jak wiadomo, przypada 21 listopada (dlaczego akurat tego dnia – na to składa się szereg zagadkowych przyczyn, których korzenie sięgają – jakże by inaczej? – Bliskiego Wschodu), zeznawałem jako świadek przed Sądem Rejonowym w Lublinie, gdzie toczy się proces karny Grzegorza Wysoka, oskarżonego o bliżej nieokreślone myślozbrodnie przez tamtejszą prokuraturę, wprawioną w ruch przez podobno niezwykle aktywnego na odcinku delatorskim dziennikarza tamtejszej mutacji „Gazety Wyborczej”, pana redaktora Karola Adamaszka. Kiedy już w naszym nieszczęśliwym kraju zostanie wreszcie ustanowiony Order Pawła Morozowa, jestem pewien, że cnota nie pozostanie bez nagrody.

Wróćmy jednak do niezawisłego sądu, przed którego obliczem zeznawałem. Chodziło o to, czy treści zamieszczane przez pana Grzegorza Wysoka w wydawanym przezeń biuletynie, mają charakter rasistowski, a w szczególności – antysemicki. To właśnie w swoim oskarżeniu sugeruje prokuratura, a usłużnie potwierdzają wynajęci eksperci – językoznawcy z UMCS.

Przeczytałem sobie jedną taką ekspertyzę i gdybym nie wiedział, że została sporządzona przez osobę obsypaną tytuły naukowymi, to pomyślałbym sobie, że napisał ją jakiś prostak, nie mający pojęcia o logicznym wnioskowaniu. Jakże bowiem określić wniosek, że Grzegorz Wysok, porównując w jednej ze swoich publikacji ludobójstwo, dokonane na ludności polskiej Kresów Wschodnich przez UPA z dokonaną przez Turków rzezią Ormian, działał w intencji zaprzeczenia holokaustowi?

Kiedyś, jeszcze w koszmarnych czasach komuny, felietonista „Kultury” Hamilton napisał o swojej ciotce, która nie mogła pogłaskać kota, bo miała takie natręctwo, że natychmiast musiała mu szukać pcheł. Najwyraźniej to natręctwo musiało się przez ten czas upowszechnić – ale dlaczego ogniskiem tej przypadłości został akurat UMCS?

Kiedyś był to całkiem normalny uniwersytet; wiem co mówię, bo sam tam studiowałem w latach 60-tych – a co się dzisiaj z niego porobiło? Cóż jednak wymagać od pracowników nauki, którzy tradycyjnie bywają trochę szurnięci, często w sensie pozytywnym, jak nie w tę, to w inną stronę, skoro przecież całkiem niedawno psychiatra został postawiony na czele naszej niezwyciężonej armii?

Gorsza sprawa ze znajomością najnowszej historii naszego nieszczęśliwego kraju. Odniosłem takie wrażenie, kiedy pani prokurator zadała mi podchwytliwe pytanie, czy słowo „cham” jest obelżywe, czy nie. Odpowiedziałem, że do niedawna uważane było za niegrzeczne, ale odkąd sąd prawomocnie uznał, że przy pomocy takiej inwokacji można zwracać się nawet do Prezydenta Rzeczypospolitej, to obecnie może być ona uważana nawet za zaszczytną.

Zasadniczo pani prokurator chodziło jednak o „Żydów” i „Chamów” – o których Grzegorz Wysok przypomniał, charakteryzując konflikt między Leszkiem Millerem, a Aleksandrem Kwaśniewskim. Wyjaśniłem tedy, że chodzi o frakcje w PZPR, o których pisał Witold Jedlicki w broszurze pod takim właśnie tytułem.

Żydy” to byli tzw. „Puławianie”, bo namawiali się w jakimś mieszkaniu przy ul. Puławskiej w Warszawie, podczas gdy „Chamy” to była tzw. „grupa natolińska” – bo urządzała swoje sabaty w pałacyku w Natolinie. Dodałem, że zdaniem Antoniego Zambrowskiego Witold Jedlicki był konfidentem SB – zaś broszura została przez niego napisana na zamówienie Mikołaja Tichonowicza Diomko, używającego w Polsce nazwiska Mieczysław Moczar – ale nawet Antoni Zambrowski nie zaprzecza, że takie określenia w publicystyce funkcjonowały i funkcjonują. Ciekawe, że stawiający tego samego dnia w charakterze świadka w tym procesie lubelski senator PiS zeznał, że „nie przypomina sobie”, by kiedykolwiek takie określenia słyszał. Co tu dużo mówić; są jeszcze w Polsce ludzie szczęśliwi!

Jeśli chodzi o prokuraturę, to odnoszę wrażenie, że musi panować tam przekonanie, iż wybitnie nieprzyzwoite jest samo słowo „Żyd”. Nie tylko dlatego, że podejrzliwie odniosła się do „Chamów” i „Żydów”, ale również – a może nawet przede wszystkim – że jednym z inkryminowanych fragmentów publikacji Grzegorza Wysoka było zdanie, że Adam Michnik został „Żydem roku” któregoś tam.

Pozwoliłem sobie tedy na uwagę, że ukrywanie lub negowanie istnienia narodu żydowskiego wydaje mi się najgorszą postacią antysemityzmu. Wszystko to oczywiście być może – i rzuca światło na sprawę umorzenia przez prokuraturę w Suwałkach śledztwa w sprawie finansowania kampanii wyborczej posła Janusza Palikota w roku 2005. Jasne, że nie może się zajmować takimi głupstwami, skoro – zgodnie z rozkazem pana Andrzeja Seremeta, musi zawczasu tępić myślozbrodnie przeciwko naszej przyszłej szlachcie, która w naszym nieszczęśliwym kraju prowadzi prawdziwą hodowlę donosicieli.

Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: Banda nie przebacza

November 21, 2011

Komentarz    serwis „Pod Lupą” (www.podlupa.pl)    21 listopada 2011

Tego samego dnia, kiedy dowiedzieliśmy się, że pobożny poseł Gowin został w marionetkowym rządzie premiera Tuska wyznaczony na ministra sprawiedliwości, banda policjantów, prokuratorów i jakichści cywilów dokonała najścia na posesję rodziny Olewników pod pretekstem poszukiwania dowodów, że zamordowany Krzysztof Olewnik sam upozorował swoje zniknięcie i zamordowanie. Skoro zdecydowano się na taką ostentację, to jest bardzo prawdopodobne, że stosowne dowody zostały już spreparowane i teraz tylko podejmowane są różne próby, jak je najskuteczniej, to znaczy – w najbardziej efektowny sposób „znaleźć”.

Rzecz bowiem w tym, że rodzina Olewników zamiast od razu potulnie przyjąć do wiadomości, że Krzysztofa zamordowali sławni „nieznani sprawcy” – i siedzieć cicho, ciesząc się, że sami żywi i zdrowi – podjęła zuchwałą próbę wyjaśniania sprawy tego morderstwa. W rezultacie trzeba było nie tylko wyznaczyć bezpośrednich sprawców morderstwa, nie tylko doprowadzić do ich skazania przez niezawisłe sądy, nie tylko zorganizować im samobójstwa w monitorowanych przez 24 godziny celach, nie tylko ujawnić okoliczności wskazujące, że policja z wielkim poświęceniem kryła swoich konfidentów, a także – że również w prokuraturach i niezawisłych sądach musi roić się od tajnych współpracowników.

Wreszcie doszło do najgorszego – to znaczy – wyznaczenia sejmowej komisji, przed którą musiało zeznawać wiele osób również pragnących zachować anonimowość. „Do czego doszło – żeby szlachtę przed sądy pozywały chłopy!” Więc kiedy już kompromis między poszczególnymi bezpieczniackimi watahami dostał dogadany i można było ogłosić skład marionetkowego rządu premiera Tuska, to teraz „za strach, za smak upokorzenia zapłaci czelna im hołota i będzie dotąd gnić w więzieniach, aż z niej zostanie kupa błota!

Stanisław Michalkiewicz

Michalkiewicz: Rosnąca aktualność antykomunizmu

May 23, 2011

Artykuł    miesięcznik „W naszej rodzinie”    16 maja 2011

Niedawno byłem w Krakowie, gdzie studenci zorganizowali debatę poświęconą twórczości Józefa Mackiewicza. Józef Mackiewicz słabo w Polsce znany, był jednym z trzech największych polskich pisarzy XX wieku. Ta trójka, to – moim zdaniem – Juliusz Kaden-Bandrowski, Józef Mackiewicz i Stanisław Rembek. Inni wielcy, albo za takich uznani, są wtórni, łącznie z Witoldem Gombrowiczem, który może dorównałby Kadenowi, na którym się wzoruje, gdyby się tak nie mizdrzył do Salonu. Wróćmy jednak do Mackiewicza.

Mówiąc o nim na spotkaniu przytoczyłem opinię Grzegorza Eberharda, że jest to „pisarz dla dorosłych”. Nie chodzi przy tym o wiek metrykalny, bo nie ma on nic do rzeczy. Dorosłość w tym przypadku polega na umiejętności samodzielnego myślenia, a nie na powtarzaniu po kimś innym. Ludzi w tym znaczeniu dorosłych nie ma w Polsce wielu i stąd kariera rozmaitych Adamów Michników, którzy informują rozmaite biedne, również posiwiałe w swoim infantylizmie dzieci, co akurat myślą.

Gdyby tak – nie daj Boże – zepsuł się im telefon komórkowy, to tysiące „młodych, wykształconych, z wielkich miast” nie miałoby pojęcia, co właściwie myślą. I to jest właśnie jedna z przyczyn, dla których Józef Mackiewicz nie jest w Polsce znany – bo środowisko „Gazety Wyborczej” zionie doń nieprzejednaną, zoologiczną nienawiścią.

Właśnie ta okoliczność skłoniła mnie do postawienia pytania, czy przewodnia idea Józefa Mackiewicza, jaką jest bezkompromisowy antykomunizm, ma dziś znaczenie wyłącznie historyczne, czy też nadal jest aktualna. Gdyby bowiem uznać, że antykomunizm należałoby dzisiaj wstawić do lamusa, trudno byłoby wytłumaczyć, a nawet w ogóle znaleźć przyczynę tej zimnej nienawiści, jaką do autora „Drogi donikąd” i „Nie trzeba głośno mówić” zionie michnikowszczyzna, to znaczy – te wszystkie stalinięta, fejginięta i humerczęta.

Ta nienawiść, ścigająca autora „Lewej wolnej” i „Zwycięstwa prowokacji” aż za grób, pokazuje nam, że przewodnia idea autora „Sprawy pułkownika Miasojedowa” musi być nie tylko nadal aktualna, ale w dodatku – postrzegana przez michnikowszczyznę jako poważne zagrożenie. Tak bowiem nie nienawidzi się eksponatu z lamusa. Tak się nienawidzi śmiertelnego wroga.

Józef Mackiewicz pytany o narodowość odpowiadał: „antykomunista”. Uważał bowiem, że wszelkie narodowe priorytety powinny ustąpić przed priorytetem najważniejszym, jakim jest zniszczenie komunizmu. Komunizm bowiem nie podbija narodów – jak to czynili dotychczasowi napastnicy. Komunizm podbijając narody, nieodwracalnie je niszczy, zaszczepiając im pierwiastki rozkładu. Stąd też rozróżnienie, jakie Mackiewicz przeprowadził między okupacją niemiecką, a okupacją sowiecką: „Niemcy robią z nas bohaterów, a sowieci robią z nas gówno”.

No dobrze – ale co to właściwie jest, ten cały komunizm? Powiadają: pokaż mi swego wroga, a powiem ci, kim jesteś. Toteż i komunizm najłatwiej zdefiniować poprzez pokazanie, z kim, a właściwie – z czym walczy, co uważa za swego największego wroga. Jako ideologia, komunizm – jak sama nazwa wskazuje – skierowany jest na zniszczenie własności prywatnej. Ona bowiem jest gwarancją autonomii jednostki względem władzy – a komunizm nie toleruje niczyjej autonomii.

Komunizm bowiem walczy z wolnością, którą uważa już nawet nie za przeżytek, a za przeszkodę na drodze ku nowemu, wspaniałemu światu, kiedy już „związek nasz bratni ogarnie ludzki ród” – i nastąpi koniec historii. Ludzka wolność tylko by ten marsz opóźniała, więc potrzeba tu ona, jak psu piąta noga. Ale nie to jest najpoważniejszym zarzutem wobec wolności. Według komunistów bowiem wolność jest produktem ignorancji – nieznajomości obiektywnych praw dziejowych, którym, z racji ich obiektywnego charakteru, jednostka może się tylko podporządkować. Na żadną zatem „wolność” nie ma tu miejsca, a domaganie się jej jest rodzajem wierzgania przeciwko ościeniowi.

W marszu ku świetlanej przyszłości nie ma co tracić czasu na przekonywania każdego z osobna; dlatego narzędziem zmiany świadomości jest masowa indoktrynacja wspomagana terrorem. Nieubłagane prawa dziejowe muszą być przyjęte powszechnie i bez najmniejszych zastrzeżeń, dlatego też przekaz ten nie może być zakłócany przez żadne przekazy odmienne. A ponieważ najdoskonalszym interpretatorem nieubłaganych praw dziejowych i sposobów doraźnego ich aplikowania w konkretnych sytuacjach jest Partia – to komunizm nie może tolerować żadnych innych źródeł Prawdy – z religią i Kościołem na czele.

Terror i kłamstwo, które Józef Mackiewicz słusznie uważał za immanentne cechy komunizmu, nie są celem samym w sobie. One są tylko narzędziem i wobec zasadniczych celów mają charakter służebny.

4 czerwca 1989 roku pani Joanna Szczepkowska powiedziała w telewizji, że ma dla nas dobrą wiadomość: dzisiaj właśnie upadł komunizm. Już wkrótce jej komunikat został opatrzony paradoksalną pointą; przywódca owych, właśnie „upadłych” komunistów, generał Jaruzelski, został prezydentem państwa. Dlatego chyba więcej racji ma prof. Bogusław Wolniewicz, kiedy mówi, że komunizm wcale nie upadł, że komunizm tylko mutuje, to znaczy – zmienia swoją formę, nie zmieniając istoty.

Bo znana nam dotychczas moskiewska postać komunizmu nie jest wcale jedyna. Inną postacią jest marksizm kulturowy, znany inaczej pod nazwą politycznej poprawności, którego akuszerem jest Antoni Gramsci. Próbując znaleźć odpowiedź na pytanie, jak przeprowadzić rewolucję komunistyczną w sytuacji odejścia zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji od bolszewickiej metody zdobywania władzy, Gramsci doszedł do wniosku, że marksowska formuła, iż „byt określa świadomość” wcale nie jest uniwersalna, a prawdopodobnie – w ogóle fałszywa.

Cóż bowiem trzyma człowieka w niewoli? Czy zewnętrzna przemoc, czy kultura burżuazyjna? Oczywiście, że kultura, bo dostarcza mu ona kategorii, przy pomocy których on myśli, wartościuje, porównuje, ocenia i wybiera. Zatem jeśli chce się przeciwko niej zbuntować, to jego bunt jest groteskowy, ponieważ buntuje się on przeciwko burżuazyjnej kulturze przy pomocy kategorii, których ona mu dostarcza. Jego bunt jest daremny i przypomina bieganie wiewiórki w środku koła. Ona niby biega, ale przecież donikąd nie dobiegnie. Dlatego Gramsci postulował by rewolucję przeprowadzić przede wszystkim na terenie kultury, wprowadzając do niej „ducha rozłamu”, to znaczy – niepostrzeżenie nadając dotychczasowym kategoriom kulturowym rewolucyjna treść, by następnie faszerować nią ludzkie umysły.

I marksizm kulturowy na naszych oczach staje się nie tylko dominującą, ale obowiązującą ideologią w Unii Europejskiej. Formy walki się wprawdzie zmieniają, ale wrogowie nadal są ci sami, co za Józefa Stalina: własność, która przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie w sytuacji wszechwładzy biurokratycznej międzynarodówki i konfiskowania każdemu ponad 80 procent bogactwa, jakie swoją pracą wytwarza. Wolność – no cóż; jeszcze 100 lat temu ludzie obruszali się, że konduktor kolejowy na nich gwiżdże, a dzisiaj bez szemrania rozbierają się niemal do naga chcąc wejść do samolotu, albo na nowojorską Statuę Wolności.

W dyskursie publicznym coraz więcej tematów tabu, chronionych prawem w postaci penalizacji „antysemityzmu”, „ksenofobii”, „homofobii”, nie mówiąc już o „kłamstwach” w rodzaju oświęcimskiego, klimatycznego, wałęsowskiego, a tylko patrzeć, jak pojawi się „smoleńskie”. Dyskurs publiczny coraz bardziej zaczyna przypominać „świergolenie” o którym pisał w „Archipelagu GUŁ-ag” Aleksander Sołżenicyn – a więc powtarzanie kłamstw z udawanym, czy coraz bardziej autentycznym entuzjazmem – a na straży tego stoi nieugięcie młoda gwardia w postaci michnikowszczyzny, której trzecie już pokolenie przejęło stalinowską pałeczkę.

Może ona w każdej chwili zamienić się w maczugę – bo narzędzia terroru zostały już stworzone, zaś system właśnie jest domykany i to w skali całej Europy. W tej sytuacji nienawiść, jaką do „zoologicznego antykomunizmu” Józefa Mackiewicza zionie red. Adam Michnik jest całkowicie zrozumiała – ale oczywiste staje się też, że przewodnia idea autora „Kontry” w postaci antykomunizmu, jest nie tylko aktualna, ale staje się dramatycznie aktualna coraz bardziej.

Stanisław Michalkiewicz