Posts Tagged ‘muzułmanie’

Zalążek potęgi pełną gębą

December 3, 2009

Mam nauczkę. Kiedy byłem piękny i młody nie wierzyłem, że przez kłapanie jęzorem (w przypadku tego bloga: klawiaturą) można coś wykrakać – ale teraz, gdy jestem już tylko piękny, mógłbym wreszcie wyciągnąć wnioski. Za każdym razem, gdy wyśmieje się jakiś scenariusz jako absurdalny, prędzej czy później znajdzie się dureń albo sabotażysta, który wcieli go w życie. Ale po kolei.

Rząd Słońca Peru, podobnie jak jego poprzednicy, kontynuował polską okupację części Afganistanu (za amerykańskie pieniądze). Nie jestem na tyle naiwny, żeby zaraz potępiać to z wyżyn moralnego dziewictwa – choć uważam, że jak już daje się ciała, to w jakimś konkretnym celu (a nie za szczytne ideały jedności i solidarności, bo tego już żeśmy się w historii naćwiczyli wystarczająco dużo). Dotychczasowe doświadczenia w Iraku nie napełniają specjalnym optymizmem, bo entuzjastyczne poparcie kolejnych ekip dla wyzwalania Irakijczyków od Saddama jakoś nie przełożyło się na udział polskich firm w odbudowie kraju – w przeciwieństwie do przedsiębiorstw niemieckich i francuskich (oba te kraje, jak wiadomo, całym sercem popierały wycieczkę US Army nad Eufrat)…

Jakby tam z tym biznesem nie było, rząd ewidentnie zaczął myśleć o ewakuacji polskich żołnierzy z ciepłych okolic – więc pod koniec października poważni gracze postanowili przypomnieć premierowi i prezydentowi, skąd im nogi wyrastają. Posłańcem przynoszącym te wieści był nowy ambasador USA w Warszawie, Lee Feinstein, który powiedział, że polskie władze są zwolennikami zwiększenia kontyngentu. Psychiatra Klich oczywiście zaprzeczył i oficjalnie zdementował informację o podjęciu jakiejkolwiek decyzji – co samo w sobie powinno być  niezłym powodem do podejrzliwości. Ja rozumiem oczywiście, że pod rządami Czarnego Mesjasza pojawiło się wśród amerykańskich oficjeli sporo ludzi z awansu… Ale jednak sugestia, że ambasador USA w telewizyjnym wywiadzie “palnął gafę” na taki temat, zasługuje wyłącznie na wyśmianie.

Tym bardziej, że zanim skończyliśmy się  z tej gafy śmiać, zrobiła się połowa listopada – i psychiatra K. ogłosił, że Polska jest zobowiązana moralnie do obecności w Afganistanie, bo gdyby nie bunt mudżahedinów przeciw Sowietom w latach 80tych, nie było “Solidarności”, Okrągłego Stołu etc.  Jak dla mnie, to sam fakt używania takiej argumentacji przez ministra Klicha jest argumentem na rzecz wysłania go do jego macierzystego szpitala – tym razem jako pacjenta. Ale że w polityce działy się tak ważne rzeczy jak wpis Palikmiota na blogu, nikt nie zwrócił na to uwagi.

Dwa tygodnie później Słońce Peru odbyło rozmowę telefoniczną z Czarnym Mesjaszem, w której ten ostatni poprosił Polskę o zwiększenie obecności wojskowej w Afganistanie – ani chybi, umacnianie demokracji w Kabulu nie idzie tak do końca zgodnie z planem. I, co za niespodzianka, kontyngent zostanie wzmocniony. Teraz już nikt nie może mieć wątpliwości, że Polska jest prawdziwym mocarstwem – radzi sobie z kryzysem, reformuje gospodarkę i sprawiedliwie dzieli owoce wzrostu, a na dodatek jest potęgą kolonialną, którą o pomoc proszą USA!

Warto było czekać na te piękne czasy

Advertisements

Mudżahedin Kononowicz

November 12, 2009

Jest taki stary dowcip: czym się różni personel szpitala psychiatrycznego od pacjentów? Personel idzie na noc do domu. Tak, wiem że ten kawał ma długą i siwą brodę – ale to jedyny (cenzuralny) sposób, w jaki można skomentować wymysły dyplomowanego lekarza psychiatry Bogdana Klicha, który z jakiegoś dziwnego powodu sprawuje w Polsce funkcję ministra obrony. Ja rozumiem oczywiście potrzebę parcia na media: w końcu armii z poboru już nie ma, zawodową dopiero się przygotuje do sformowania (i ogólnie rozbrajanie państwa postępuje w imponującym tempie), a jakoś trzeba zaznaczyć swoją obecność i uzasadnić płacenie ciężkiej kasy miernocie z mianowania… Więc minister Klich wypowiada się na różne tematy – na przykład o polskiej obecności w Afganistanie.

Wycofaliśmy się już z Iraku, do którego pojechaliśmy nie wiadomo po co, skoro sporą kosztów wystawienia naszego monstrualnego kontyngentu ponieśli Amerykanie, a inwestycje dla polskich firm odbudowujących ten nieszczęsny kraj pozostały w sferze bajania dziennikarzy. Po co w takim razie siedzim w Afganistanie? Według psychiatry Klicha – z wdzięczności, proszę państwa. Bo bez afgańskich bojowników walczących z Sowietami nie byłoby “Solidarności”, Okrągłego Stołu, wolnej Polski… No, generalnie niczego by nie było.

Gdy słyszę takie teksty, zawsze przypomina mi się kultowa dychotomia Pietrzaka: kretyn albo sabotażysta – i ministra obrony, który mówi o wdzięczności w kontekście wojska w polityce zagranicznej, inaczej podsumować się nie da.  Z sabotażystą pół biedy – z cynikami da się jeszcze negocjować. Ale Klich mówi o zwiększaniu polskiego kontyngentu: kolejni żołnierze będą umacniać demokrację a’la Karzai (osoby, którym przychodzi do głowy bardziej spektakularny przekręt wyborczy zaakceptowany przez tzw. świat, proszone są o zgłaszanie się do autora – nagrodą będzie biografia Busha Jr.).

Więc on w to chyba faktycznie może wierzyć. O Jezu.

Telefon z Istambułu (2)

November 6, 2009

Idąc po Istambule nie mogłem oprzeć się wrażeniu rozdwojenia jaźni: z jednej strony meczet, palmy i napisy “robaczkami”, z drugiej – obdrapane autobusy i budynki typu “wielka płyta”, które spokojnie można by przenieść na przedmieścia któregoś z polskich miast, i to nie z tych zamożniejszych. Stoisko z dywanami tkanymi pewnie w ten sam sposób od paruset lat, a handlujący na nim chłopcy grają w coś na swoich iPodach.

Właśnie, chłopcy. Według oficjalnych statystyk, prawie dwie trzecie mieszkańców tego kraju ma mniej niż 34 lata – co w połączeniu z rozmiarem populacji (70 milionów) daje demograficzny potencjał, z którym mało kto może się równać w tej części świata… A już na pewno nie pogrążająca się w zgnuśnieniu Europa. Sama ilość ludzi, islam, silny turecki nacjonalizm – nie żebym pochwalał pomysły Merkel i Sarkozy’ego, ale trochę rozumiem skąd bierze się ich lęk przed Turcją (maskowany bełkotem o europejskiej tożsamości – jakby ktokolwiek wiedział co to właściwie jest). Jeżeli czegoś nie spieprzą w sposób spektakularny, Turcy są na dobrej drodze do zostania regionalnym mocarstwem (co dalej – Allah jeden wie).

Na pewno pomaga tu udany premier – Recep Erdogan to facet, który do perfekcji opanował sztukę chodzenia po linie nad przepaścią. Z jednej strony mamy ważną dla Turcji współpracę w dziedzinie wojskowości z Izraelem (choć od ostatniej operacji w Gazie, kontakty wyraźnie się ochłodziły) – z drugiej populację, która w większości sympatyzuje z Palestyńczykami (co znajduje odzwierciedlenie choćby w telewizyjnych serialach). Partia Erdogana APK wykonuje ruchy w stronę, powiedzmy,  bardziej tradycyjnego podejścia do tureckości (czytaj: świeckość życia publicznego nie jest dla nich dogmatem) – a to skutkuje nerwowymi kaszlnięciami u wojskowych, którzy oczywiście popierają demokrację, ale bez przesady (były już przypadki wieszania demokratycznie wybranych premierów). Chce wprowadzić swój kraj do Unii Europejskiej, która z upodobaniem gra z Turcją w trzy kubki – nie tracąc jednocześnie poparcia tradycjonalistów na forum wewnętrznym… I jest premierem drugą kadencję z rzędu.

Zresztą jeśli chodzi o UE, to Turcy chyba nie do końca mają świadomość w co się pakują. Jeśli człowiek zwiedza zabytki Istambułu (albo po prostu snuje się po mieście, chłonąc klimat – co skądinąd przy wszechobecnym smogu bywa uciążliwe) i nie jest przesadnie wymuskany, można się tu żywić smacznie i tanio. Wgryzając się z kupioną u ulicznego sprzedawcy kolbę gotowanej kukurydzy za 1 lira (mniej więcej dwa złote) zastanawiałem się, ile bym zapłacił gdyby przygotowujący ją człowiek musiał zapłacić placowe, opłatę dla Sanepidu, podatek od wszystkiego  i jakie tam jeszcze atrakcje wprowadza – oczywiście dla naszego dobra – UE.

Dygresja osobista o traumie w hotelu: obsługa była wprawdzie przesympatyczna (mimo sporej bariery językowej), standard niczego sobie, chcąc się zrelaksować pacnąłem sobie któregoś wieczoru na łóżku z piwem w garści, włączyłem telewizor… a tam Agnieszka Chylińska pląsająca do rytmów dicho. VIVA po polsku w środku Istambułu? Litości, ja rozumiem, że – jak śpiewało Raz Dwa Trzy – “jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań” – ale obciachowa wersja polskiej popkultury ścigająca mnie na wakacjach to już jest naprawdę przesada.

Pamiętacie scenę z “Misia”, gdy opieprzany przez przełożoną pracownik kotłowni cedzi do słuchawki – przez trzymanego w zębach papierosa – “pani kierowniczko, ja palę cały czas”? Mam poważne podejrzenie, że ten facet mógł mieć tureckich przodków. Turcy palą absolutnie masowo, w ilościach hurtowych i problem typu niemożność kupienia papierosów w ogóle w tym kraju nie występuje. O ile w Europie egzekwuje się masowo zakaz palenia w miejscach publicznych i lokale reklamują posiadanie “smoker’s room”, o tyle w Istambule co jakiś czas pojawia się miejsce odróżniające się od konkurencji tym, że tu akurat zgubnemu nałogowi oddawać się nie wolno.

A z rana –  eksperymentalne przeżycie pod hasłem turecka szkoła podejścia do klienta. Chodzimy sobie po Wielkim Bazarze (tłumaczenie nazwy moje – tureckiego nie znam, a na angielskich napisach stoi “Grand Bazaar”), trzeba kupić chustę – bez niej żadna kobieta nie wejdzie do meczetu. Jedno ze stoisk, na chwilę się zatrzymaliśmy żeby rzucić okiem – i już zaczyna nas zagadywać młodociany sprzedawca. Jak na Turka mówi niezłą angielszczyzną (to nie jest złośliwość, tylko fakt – po rosyjsku dużo łatwiej się tu po rozumieć niż w mowie Szekspira, jeśli człowiek nie zna tureckiego), jest cały ucieleśnieniem przyjazności, prosi starszego pana stojącego obok o herbatę dla nas…

Jak się okazuje, Amanullah jest z mieszanej uzbecko – tureckiej rodziny, niosący herbatę staruszek to jego dziadek. Opowiada nam dużo o  materiałach, z których zrobione są przepięknie zdobione szale, ironizuje na swój temat opisując się jako pasmina (aluzja do mieszanego pochodzenia – słowo “pasmina” oznacza mieszankę dwoch tkanin), oczywiście jesteśmy specjalnymi klientami, pierwszymi tego dnia, więc jak dla nas zniżka. Gdybym przedtem nie kupował u Turków może i przyjąłbym tę cenę, ale nie chcę obrazić sympatycznego kupca, więc rzucam kwotę ciut niższą – i tyle targowania chyba wystarczy, bo cały uśmiechnięty Uzbeko-Turek żegna się z nami, życząc miłego dnia.

Z tym targowaniem to jest w ogóle cały rytuał. Przy najróżniejszych okazjach – od ubrań,  poprzez herbatę na wagę, po książki – okazywało się nieodmiennie, jak bardzo prawdziwa jest pierwsza zasada negocjacji: nigdy nie pokazuj, że ci na czymś zależy. Osobiście nie lubię się targować więc nagabywany przez sprzedawców, odpowiadam z reguły coś w stylu “muszę pomyśleć” (zwłaszcza, że pierwsza proponowana cena z reguły trąci lichwą i  grabieżą w biały dzień równocześnie). Ale kryzys najwidoczniej dotknął i weteranów, bo moja minimalistyczna odpowiedź jest brana za kontrofertę ceny i następna kwota frunąca w moją stronę jest przynajmniej o jedną trzecią niższa. Czasem jest to nawet więcej, zaczynam węszyć okazję, wchodzę w kontakt – i tym sposobem jestem aktualnie posiadaczem wypasionego skrzyżowania kurtki z kożuchem, kupionego za połowę wyjściowej ceny. Moją dumę z własnych zdolności handlowych tłumi tylko jedno: co ja z tym fantem zrobię w Amsterdamie, skoro w Holandii porządnej zimy nikt nie widział od przynajmniej pięciu lat? Ani chybi przyjdzie zacząć jeździć na wakacje na północ…

Telefon z Istambułu (1)

November 1, 2009

Na początek wizyty w Turcji trzeba zaopatrzyć się w wizę wjazdową – czysta formalność, bo nikt nawet o nic nie pyta, ale spacer do bankomatu jest jednak przydatny. Patrzę na kolorowe papierki z różnymi nominałami: Ataturk na czerwono, Ataturk na zielono… Często wstawia się portrety wybitnych postaci historycznych na banknoty, ale zawsze powstaje problem: w jakim porządku? Czy człowiek umieszczony na “10” jest ważniejszy od tego na “50”? Turcy rozwiązali ten problem z typowym dla nich pragmatyzmem, który przewija się przez wiele dziedzin życia w tym kraju: na jednej stronie każdego banknotu  jest Ataturk, a na drugiej – jakiś zasłużony mniejszego kalibru.

I na banknotach rzecz się bynajmniej nie kończy: w każdym sklepie czy restauracji na ścianie wisi portret Przywódcy, w związku ze zbliżającą się rocznicą śmierci wszędzie pełno flag państwowych z doczepionym wizerunkiem… Już drugi raz w tym roku trafia mi się wizyta w kraju, gdzie przywódca otoczony jest powszechnym kultem – na całe szczęście dla poczytalności Turcji, szacunek dla działalności Mustafy Kemala ma cokolwiek mocniejsze podstawy niż uwielbienie Tajów dla Jego Wysokości Bhumidola Adulyadeja. Z jednej strony, Ataturk nie żyje od dość dawna, co niewątpliwie dobrze robi na aurę męża stanu (przepraszam za cynizm, ale jako człowiek z kontynentu, który wydał Stalina i Hitlera, po prostu nie umiem inaczej).

Z drugiej, jego osiągi są faktycznie nie do podważenia. No bo cofnijmy się do początków jego kariery: trwa pierwsza wojna światowa, do której Imperium Otomańskie weszło jako “chory człowiek Europy”. Ze wszystkich stron maszerują armie aliantów, tureckie wojsko ponosi klęskę za klęską – nawet małe narody bałkańskie, upokorzone wiekami okupacji, chcą mieć  swoją szansę odwetu. Jeden z ważniejszych punktów, o które toczą się walki, to Gallipoli – i tam właśnie trzydziestopięcioletni pułkownik Mustafa Kemal osiąga jeden z pierwszych sukcesów Turcji w tej wojnie, urządzając szturmującym jego pozycje aliantom rzeź. Potem powstrzymuje rosyjskie natarcie od strony Kaukazu, organizuje udaną kontrofensywę i wraca na teren Palestyny, gdzie udaje mu się powstrzymać Brytyjczyków, uskrzydlonych rozbiciem wojsk niemieckich.

Ale jeden człowiek nie jest w stanie powstrzymywać ataku z wielu stron w nieskończoność – Turcja ostatecznie kończy po stronie przegranych i, upokorzona po traktacie w Sevres, zostaje okrojona do strzępków terytorium. Już-generał Kemal przyłącza się do ruchu niepodległościowego (właściwie: wraca – kilkanaście lat wcześniej był jednym z “młodoturków”, którzy próbowali reformować gnijące imperium), odchodzi z wojska i zaczyna organizować ruch oporu przeciw siłom okupacyjnym. Brytyjczycy próbują tych samych sztuczek, co przy wcześniejszej o kilka lat rewolcie Arabów (dziel i rządź), ale niestety dla nich, Kemal – w przeciwieństwie do Foreign Office – wyciąga wnioski z historii. Zjednoczone Królestwo chce odwalić brudną robotę rękami Grecji, której rząd marzy o reaktywacji Bizancjum –  i wszystko idzie świetnie do czasu bitwy pod Dumlupinar, po której spanikowane greckie oddziały opuszczają terytorium Turcji w tempie dość ekspresowym. Traktat w Lozannie anuluje postanowienia Sevres i przywraca Turcji integralność terytorialną.

Mniejsi duchem ludzie mogliby w tym momencie spocząć na laurach, ale Kemalowi to nie wystarcza – świadomy co doprowadziło Turcję do klęski w zakończonej przed chwilą wojnie, postanawia zreformować kraj. Z uwagi na swoje sukcesy w wojnie o niepodległość cieszy się poziomem poparcia dającym mu praktycznie carte blanche. Wyliczanie jego (zrealizowanych!) planów to temat na osobną książkę, więc wspomnijmy może tylko co istotniejsze punkty: obalił sułtanat wprowadzając demokrację parlamentarną (de facto oświecony despotyzm, ale to inna sprawa), zsekularyzował kraj wprowadzając kodeks karny w miejsce prawa islamskiego, Turcja przeszła na kalendarz gregoriański i łaciński alfabet, wprowadzono równouprawnienie płci w edukacji i polityce, a intensywny plan rozwoju przemysłu uczynił z zacofanej gospodarczo Turcji ważnego uczestnika międzynarodowej gospodarki. Na deser, Ataturk wziął sobie za punkt honoru normalizację stosunków z resztą świata na drodze pokojowej, czego kulminacją były sojusze polityczno-wojskowe z Grecją i Wielką Brytanią.

Uff, rozpisałem się trochę, ale nic na to nie poradzę – na tle dwudziestowiecznych przywódców rządzących w mniej lub bardziej autorytarny sposób, Ataturk naprawdę robi wrażenie – być może Turkom trafił się los na loterii w postaci dyktatora, którego rzeczywiście interesował przede wszystkim interes kraju. Kiedy Ataturk zmarł w 1938, do prawodawstwa wprowadzono artykuł zakazujący znieważania jego pamięci. Jak to często bywa z przepisami tego typu, z czasem dokładano dodatkowe klauzule i w obecnym brzmieniu artykuł 301 karze surowo za obrazę narodu tureckiego i tureckości w ogóle. I tu już historia robi się nieco mniej zabawna, bo sformułowanie jest dosyć mgliste, więc “301” to bardzo wygodne narzędzie do kneblowania debaty na niewygodne tematy.

Na przykład kwestia Ormian: przed pierwszą wojną żyła na terenie Imperium całkiem pokaźna diaspora, po wojnie nie było nikogo. Według Ormian mamy tu do czynienia z pierwszym w nowoczesnej historii przypadkiem zorganizowanego ludobójstwa, według Turków – nieszczęśliwym splotem chorób, wypadków i ogólnego wojennego chaosu (w wersji pokazywanej w tureckim muzeum wojskowości, to Turcy byli ofiarami terrorystycznej działalności ormiańskich band zbrojonych przez wiadome siły). Poruszanie tematu bywa niezdrowe, o czym przekonał się choćby noblista Orhan Pamuk, sądzony za treści zawarte w jednej z jego powieści.

Inny przykład to Kurdowie: w swoim reformatorskim zapale Ataturk zbudował podwaliny nowego, świeckiego państwa tureckiego na nacjonalizmie – co miało ten przykry skutek uboczny, że przez większą część dwudziestego wieku na południu kraju wybuchały bunty Kurdów (wielu z nich walczyło w wojnie o niepodległość, więc przymusowe wynarodowienie po 1923 raczej nie mogło im się podobać). O tym temacie też mówić nie należy – tak samo jak o kwestii cypryjskiej, gdzie zdarzają się klimaty rodem z Orwella: na niektórych mapach Europy drukowanych w Turcji, połowy Cypru po prostu nie ma – w miejscu, gdzie leży część grecka, drukowana jest woda (znowu muzeum wojskowości: rząd turecki dokonał desantu wojsk na wyspę w celu ochrony praw tureckiej mniejszości, którą zaciekle gnębili podli Grecy, ważący sobie lekce demokratyczne ustalenia; w nagłym ataku jasnowidzenia dośpiewałem sobie, jak wygląda opis kwestii cypryjskiej w analogicznym muzeum w Atenach).

Więc ogólnie wolność słowa tak, ale bez przesady – o czym można się przekonać próbując korzystać z internetu. Już nie mówię nawet o rzeczach oczywistych, ale – pomimo przebijającej miejscami swobody obyczajowej – czynniki oficjalne mają lekkiego hopla na punkcie demoralizacji. Próba wejścia na jakąkolwiek potencjalnie niebezpieczną stronę jest blokowana: jeśli w treści – w jakimkolwiek kontekście – znajdzie się słowo z listy zakazanych, strona automatycznie jest klasyfikowana jako zawierająca treści demoralizujące i dostęp do niej nie jest możliwy. O czym zresztą przekonałem się pisząc ten tekst: chciałem zacytować sieciowy komunikat i przy próbie opublikowania wpisu na blogu zostałem zablokowany (dosłowny cytat oczywiście zawierał zakazane słowa, które system wychwycił). Posądzano mnie już parokrotnie w życiu o bycie świntuchem a’la Bukowski, ale zarzucanie ongezellig.wordpress.com treści zbereźnych na równi ze świerszczykami to już chyba lekka przesada…

Wymęczyły mnie te boje z lokalnymi miłośnikami cenzury, więc w następnym telefonie będzie bardziej neutralnie (na męczennika za wartości nadaję się średnio): handel, muezini i klaksony. I oczywiście kebab.

Specjalne podziękowania dla Pawła, dzięki którego zdalnej pomocy udało mi się wysłać ten wpis.

Temida w burce

September 21, 2009

Przez ostatnich parę lat bastionem lewackiego zidiocenia była w Europie Wielka Brytania. Wprawdzie inne kraje nieśmiało próbowały konkurować (na przykład Hiszpania pod rządami Jasia “Zapatero” Fasoli), ale palma pierwszeństwa bezapelacyjnie należała do ojczyzny Beatlesów – w końcu nigdzie indziej, w trosce o ciapiatych, nie przemianowano obchodów Bożego Narodzenia na “Winter Festival of Light”. Zaskakujące, że nawet Francuzi przejawiali więcej rozsądku…

Bardzo mnie zastanawiało, co na takie dictum Holandia? W końcu ten kraj promował się od lat sześćdziesiątych na oazę tolerancji, wolnej miłości i w ogóle – jedyne miasto, gdzie trzymając w garści zapalonego jointa można zapytać policjanta o drogę do przybytku uciech. W ciągu ostatniego roku pojawiały się nieśmiałe oznaki odwrotu od oszalałego liberalizmu (tak jak się go postrzega poza Holandią): zredukowano ilość coffee shopów przy granicy, w samym Amsterdamie spadła liczba witryn z “panienkami z okienka”…

Ale to były, proszę państwa, tak zwane pozory: holenderski rząd postanowił się przyjrzeć prawnym aspektom pójścia w ślady Wielkiej (już tylko z nazwy) Brytanii i bada, czy można dopuścić stosowanie szariatu w pewnych dziedzinach, takich jak śluby, rozwody czy dziedziczenie. Minister sprawiedliwości Ballin zawiadomił parlamentarzystów, że podstawowym obowiązkiem rządu jest troska o zapobieżenie sytuacji, gdy ludzie biorą prawo w swoje ręce i w społeczeństwie rozwija się równoległa struktura. Typowa czerwona logika: ogłaszamy troskę o szczytne wartości, a de facto robimy kompletnie coś innego – bo jak inaczej określić sytuację, gdy świecki rząd kapituluje przed pomysłami chędożących kozy fanatyków w turbanach?

W myśl staropolskiej zasady “wróg mojego wroga moim sojusznikiem”, muszę tu wspomnieć o socjalistycznych deputowanych w parlamencie, którzy w zdecydowanej większości sprzeciwiają się temu pomysłowi (badanemu przez, de nomine przynajmniej, chadecki rząd). Jak na czerwonych przystało, wszystko kojarzy im się z seksem: główny zarzut to przymus spełniania obowiązku małżeńskiego i możliwość poligamii – ale z braku poważnego oporu, dobre i to.

Jak to się już nie raz zdarzyło, także i tu pojawiają się pożyteczni idioci, będący duchowymi spadkobiercami Radia Erewań: zdaniem profesora Bergera z uniwersytetu w Leiden, możliwy jest kompromis (swoją drogą to słowo jest jakimś fetyszem dla lewactwa) – a precedens już jest, w postaci ortodoksyjnego judaizmu (oj, zaśmierdziało antysemityzmem) i protestantyzmu, gdzie kobiety zgadzają się na podrzędną rolę w małżeństwie. Nie wspominając oczywiście o tych okropnych obskuranckich katolikach, którzy nie uznają rozwodów…

Mnóstwo ludzi w polskiej polityce zrobiło sobie sztandar z hasła integracji z Europą (zupełnie jakby Polska leżała w Azji Mniejszej) – a że umieją to nieźle opakować marketingowo, część daje się na to nabrać. Gdyby ktoś jednak miał wątpliwości, warto przyjrzeć się Europie Zachodniej: do tego mniej więcej zmierzamy. Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej nie rozumiem:  i do czego się tak spieszyć?

Koniec żartów?

September 18, 2009

Przez ładnych parę dekad Holendrzy importowali sobie tanią siłę roboczą skąd popadło, ze wskazaniem na ciapiatych wyznawców Proroka. Do pewnego momentu nawet się to sprawdzało, ale niestety dla gospodarzy – podobnie jak było z Turkami w Niemczech – w pewnym momencie import rozejrzał się wokół i stwierdził, że otaczający ich system da się świetnie wykorzystać, na przykład ściągając krewnych i znajomych Królika z paragrafu o łączeniu rodzin. Ponieważ druga fala importu nie była przesadnie zmotywowana do pracy, w Krainie Wiatraków zaczęli się lęgnąć islamiści wrzeszczący o niewiernych psach i tak dalej.

I zaczęło się robić niewesoło. Pierwszym człowiekiem mówiącym o tym głośno był Pim Fortuyn – podzielił los wielu prekursorów. Potem reżyser Theo van Gogh – ofiara ciężkiej ołowicy płuc, spowodowanej wycelowanym w niego gniewem marki HS2000. Aktualnie mamy do czynienia z odsłoną trzecią pod hasłem Geert Wilders (tym razem chyba wyciągnięto wnioski z przeszłości, bo facet ma 24-godzinną ochronę policji). Szefujący partii PVV Wilders oscyluje w sondażach w okolicach 43% i rządząca CDA czuje na karku jego ciepły oddech – a nasz bohater nie odpuszcza żadnej okazji, żeby wykrzyczeć głośno to, co bardzo wielu Holendrów myśli po cichu… Przy okazji takich występów w parlamencie, sondaże maszerują dziarsko w górę z regularnością godną podziwu.

Położenie rządu nie jest przesadnie korzystne: odmawiając postulatom Wildersa racji bytu, ignorują część elektoratu podzielającą jego ciepłe uczucia do islamu; popierajac – podkładają się lewicy, która oczywiście nie mówi o PVV inaczej niż per “faszyści”…  Przez jakiś czas rząd próbował unikać tematu, ale na dłuższą metę chyba zmienili zdanie – w każdym razie takie wnioski można wyciągnąć z ostatnich wypowiedzi ministra ds integracji Eberharda van der Laana.

Poszło o małżeństwa. W swoim lipcowym występie w Tweede Kamer, przedstawiciel PVV wygłosił długą listę plag, które ściągają na Holandię emigranci, i znalazły się tam też koszta opieki zdrowotnej wynikające z faktu, że wśród ciapiatych popularny jest chów wsobny: śluby między kuzynostwem pierwszego stopnia to, według gazety Trouw, 25% małżeństw wśród marokańskiej i tureckiej mniejszości w Rotterdamie.  Cóż na to premier Balkenende?

Ni mniej ni więcej, zapowiedział w niższej izbie parlamentu wprowadzenie zakazu ślubów między blisko spokrewnionymi obywatelami Holandii, jak również mieszanych małżeństw holendersko-cudzoziemskich. Autochtoni są znani z paru rzeczy, ale masowo kazirodztwo się do nich nie zalicza – no ale tego oczywiście powiedzieć otwartym tekstem nie można, bo lewacy o spienionych mózgach ściągną smutnemu okularnikowi J.P.B. spodnie przez głowę… Na dodatek kursy integracyjne kończyć się będą egzaminami!

Nie jestem ani ciapiaty, ani żonaty z zaimportowaną kuzynką, więc sprawę obserwuję z pewnego dystansu – choć ciekawi mnie,  z której strony przyjdzie kontratak (bo że przyjdzie, to więcej niż pewno). A jeszcze bardziej interesująca byłaby odpowiedź na pytanie, czy nie jest już za późno na powstrzymanie rozrostu turbaniastej rekonkwisty.

Ale to wie tylko dobry Pan Bóg – i może jeszcze służby specjalne.

Oszalały ekumenizm – reaktywacja

September 12, 2009

Im dłużej mieszkam w Krainie Wiatraków, tym więcej dostrzegam podobieństw z Polską – co można wytłumaczyć na dwa sposoby: albo europejski tygiel się pomału ujednolica, albo rację mają Amerykanie twierdzący, że gdy masz tylko młotek, wszystko jest dla ciebie gwoździem. Bo i bezsensowne nawalanki w parlamencie, pozbawione krztyny treści, wyglądają znajomo, i państwo wpieprzające się w coraz więcej dziedzin życia… A ostatnio zauważyłem nawet lokalny klon znanego hierarchy Józefa Ż. w postaci emerytowanego biskupa Bredy Muskensa. Wprawdzie nic mi nie wiadomo o tym, aby jego eminencję – podobnie jak TW “Filozofa” – zarejestrowano gdzieś “bez jego wiedzy i zgody”, ale może po prostu jest to tak oczywista oczywistość, że nikomu nie chce się szukać.

Ekumeniczny bełkot, który wylewa z siebie siwowłosa eminencja, godzien jest doprawdy upublicznienia – choćby po to by uświadomić sobie, jak nisko może stoczyć się katolickie duchowieństwo w religijnym kiedyś kraju. O “Tiny” Muskensie usłyszałem po raz pierwszy gdy zwierzał się mediom ze swojej ekumenicznej szajby: jego zdaniem chrześcijanie powinni zacząć zwracać się do Boga imieniem Allah, bo ułatwiłoby to zbliżenie z naszymi braćmi w turbanach, a Najwyższemu i tak jest obojętne jakich słów używamy… Potem przez jakiś czas było cicho, a teraz postanowił o sobie przypomnieć dzieląc się przemyśleniami na temat dialogu międzyreligijnego.

Nie żeby jakoś szczególnie dużo miejsca zajmowało w tych rozważaniach wyznanie religijne, którego Muskens jest – jak nie patrzeć – dość jednak prominentnym przedstawicielem. Eminencję bardzo zajmuje zagadnienie ewolucji, zarówno w sensie biologicznym jak i społecznym (Richard Dawkins pewnie sika ze szczęścia po nogach mając takiego sojusznika). Dzięki tej ewolucji odmienne spojrzenia na Boga – wynikające z różnic kulturowych i cywilizacyjnych – zbiegną się w końcu w jedną, taki religijny odpowiednik teorii strun (znanej też jako ogólna teoria wszystkiego). Religie nie są samoistne – wszystko zależy od wszystkiego… A nikt przecież tak naprawdę nie wie co powiedział Mahomet, ani nikt nie znał Jezusa – więc zamiast pojęcia dialogu międzyreligijnego powinniśmy mówić o dialogu między cywilizacjami.

No, to tak w telegraficznym skrócie wygląda zestaw przemyśleń wysokiego rangą przedstawiciela holenderskiego duchowieństwa. Bardzo pouczająca lektura dla wszystkich zaniepokojonych pierdolcem na punkcie dialogu uskutecznianym od trzech prawie dekad przez polski Kościół: tak właśnie, drodzy bracia i siostry w Chrystusie, wyglądać może następne stadium. Kiedyś nawet jeśli konkretny ksiądz nie wierzył już w Zmartwychwstanie, wypadało przynajmniej udawać – a teraz ścisłe przestrzeganie katechizmu uznajemy za “radykalizm”, bo najważniejsze jest, żebyśmy się kochali – a na spotkaniach w rodzaju Asyżu w Krakowie można przecież wypić i zakąsić na cudzy koszt, co zawsze jest mile widziane.

Pasterze dusz, taka ich owaka.

Czy w szaleństwie jest metoda

September 9, 2009

Geert Wilders to w holenderskiej polityce ulubiony chłopiec do bicia dla wszelkiej maści lewactwa – faszysta, ksenofob, antysemita (w sensie: nie lubi Arabów, bo ze swoją milością do Izraela obnosi się na każdym kroku) i ogólnie jedna wielka hańba narodowa. Plakaty oskarżające go o nazizm i kompromitowanie kraju wiszą praktycznie wszędzie, co w sumie trochę dziwi: lewica nie jest specjalnie znana z zapału do pracy, a w tym przypadku ewidentnie im się chce. Widocznie wszystko jest kwestią motywacji i zapału – na przykład tak jak w przypadku młodych ludzi aresztowanych we wtorek w Hadze:

http://www.parool.nl/parool/nl/224/BINNENLAND/article/detail/261284/2009/09/08/Arrestaties-voor-ophangen-pop-Geert-Wilders.dhtml

W telegraficznym skrócie: haska policja znalazła przy Dworcu Głównym wiszącą na drzewie lalkę w worku na głowie, a obok nóż i wymazane (sztuczną) krwią zdjęcie Wildersa. Aresztowano czwórkę młodych ludzi w wieku 18-19 lat, po przesłuchaniu dwójka została zwolniona. Niby nic, ale jak  w starym kawale o facecie, którego teściowa leci w przepaść w jego nowym samochodzie: mam mieszane uczucia.

Z jednej strony, istnieje na tym świecie swoboda wypowiedzi i zachowanie “artystycznej” młodzieży nie było dosłownym podżeganiem do morderstwa – aresztowana czwórka broniła się, że instalacja ze zlinczowaną lalką to część artystycznego projektu na szkolne zajęcia. Jest to obrzydliwe (przynajmniej moim zdaniem), ale może takie mamy czasy i postępująca znieczulica oznacza, że w celu wywołania szoku trzeba się wysilać coraz bardziej? Wprawdzie jestem dziwnie przekonany, że gdyby ktoś zrobił taką instalację ze zdjęciem lewicowej ikony, prasa biczowałaby się z oburzenia – no ale równać w dół, do lewackich standardów, trochę nie wypada.

Tym bardziej, że cała sprawa ma wymiar cokolwiek poważniejszy. Pogróżek pod adresem Pima Fortuyna nikt nie traktował specjalnie poważnie – do czasu, aż pieprznięty (jakby istnieli jacyś inni) ekolog zastrzelił łysego miłośnika arabskich młodzieńców. Potem Theo van Gogh, którego wypadało nie lubić, więc na nienawiść turbaniarzy patrzono przez palce – do czasu, aż jeden ciapiaty zafundował reżyserowi ostrą ołowicę płuc przy użyciu pistoletu.

Dwa głośne zabójstwa tego typu w ciągu pięciu lat – jak na kraj przyzwyczajony do świętego spokoju to troszkę dużo, więc rozumiem stanowczą i być może troszkę przesadną reakcję policji. Ostatnie, czego teraz potrzeba, to zamach na Wildersa dający mu aurę męczennika. Takie mamy czasy, że zaczyna się w Europie kotłować i temperatura rośnie – a jak wie każdy, kto choć raz w życiu gotował zupę, w takiej sytuacji na wierzch wypływają śmieci.

Są ważniejsze rzeczy, niż prawo tych pływaków do artystycznej ekspresji.

Z pustego w próżne

September 6, 2009

Jakiś czas temu w holenderskim parlamencie miała miejsce debata na temat kosztów emigracji. Podobnie jak większość dyskusji na tematy kontrowersyjne, także i w tym przypadku było dość przewidywalnie – rząd malował sielankowy obraz jak to fantastycznie postępuje integracja nowo przybyłych, a opozycja (czyli Wilders i jego totumfaccy) wyliczali siedem plag egipskich, które na Krainę Wiatraków ściągają przyjezdni. Zdaniem PVV, rząd holenderski sponsoruje zabawę w integrację nie dostając nic w zamian – a przecież emigranci są biedni i słabo wykwalifikowani (więc nie mają pracy i biorą zasiłki), prowadzą mało higieniczny tryb życia i żenią się z siostrami (co podbija koszta opieki zdrowotnej) no i oczywiście knują od rana do nocy (a specjalistom od zwalczania terroryzmu też trzeba płacić)…

Reakcje ludzi śledzących wiadomości niespecjalnie mnie zaskoczyły – widocznie wściekła polaryzacja debaty publicznej to nie jest polska specjalność: ludzie popierający Wildersa bronili w ciemno jego tez, przeciwnicy (bo PVV to faszyści, arabożercy etc – skąd my to znamy?) krzyczeli o rasizmie i nietolerancji… I jak zwykle w takich przypadkach, główny wątek – czy Holendrom opłaca się ściąganie emigrantów – zniknął w pyskówce. Trochę szkoda, bo dobrze byłoby rzeczywiście się dowiedzieć, jak się sprawy mają – tylko jest jeden drobny problem. Dla pełnego obrazu, nie od rzeczy byłoby podać bilans obecności przyjezdnych z rozbiciem na narodowości albo coś w tym rodzaju – inaczej, jak mi słusznie zwrócono uwagę, zasuwający jak parowozik Polak i pasożytujący na zasiłkach Marokańczyk wpadają dokładnie w tę samą kategorię.

Ale w kraju ogarniętym szajbą politycznej poprawności (która, co prawda, zaczyna chyba powolny odwrót – w Holendrach zaczynają się budzić resztki zdrowego rozsądku) domaganie się takich statystyk to marzenie ściętej głowy. Mniej więcej z tego powodu obstawiałem, że na wzajemnym obszczekiwaniu się skończy – i rządowi, i opozycji jest taka sytuacja na rękę. Gdyby dane zostały ujawnione (zakładając, że ktoś je w ogóle zbiera) i okazałoby się, że Królestwo Niderlandów dopłaca do przyjazdu kolorowych, Wilders miałby zwycięstwo praktycznie w kieszeni. Ale statystykami można dowolnie manipulować, więc wymowa mogłaby też być odwrotna – i pewnie dlatego PVV przesadnie nie naciska na publikację danych.

Ostatnie doniesienia z parlamentu sugerują, że pesymizm to dobre narzędzie prognozowania: minister ds integracji Eberhard van der Laan powiedział, że gabinet nie poda żadnych informacji oprócz tych dostępnych już w sprawozdaniu budżetowym. Według integratora Eberharda, nie wyszczególnia się danych na temat Fryzyjczyków lub osób niepełnosprawnych – więc nie ma powodu dyskryminować w ten sposób emigrantów. PVV oczywiście się oburzyła, że holenderski wyborca nie ma prawa poznać kwot… I tak dalej.


Prawda, jak wygodnie można załatwić trudny temat tak, żeby wszystkim dalej było miło? Rząd umywa ręce – obronił się przed próbą dyskryminacji nowych mieszkańców i jest super. Opozycja dalej może gardłować do upadłego – w sposób absolutnie pozbawiony ryzyka, bo nie ma twardych faktów, mogących służyć za punkt odniesienia. A stan faktyczny? Kogo to obchodzi, ważne żeby było gezellig

Ciepły oddech Wielkiego Brata na karku http://bit.ly/vLvMH

Politpoprawność vincit

August 7, 2009

Jak powszechnie wiadomo każdemu wykształconemu i światłemu człowiekowi, w Holandii obowiązuje tolerancja i relatywizm (jak mi powiedziano kiedyś, dwa filary tutejszej tożsamości – ale o tym może kiedy indziej) – a w ramach tejże tolerancji, nie może oczywiście być mowy o jakimkolwiek dyskryminowaniu ludzi z uwagi na kolor skóry. Mieszkając już chwilkę w tym kraju, zawsze słuchałem tych zapewnień na zasadzie “tak, tak, a lekarz kazał potakiwać”: na ogół wystarczy poczekać, aż Holender poczuje się trochę swobodniej i zaczyna wręcz ziać miłością do białych inaczej.

Ale zianie zianiem a miłość miłością, nasi turbaniaści przyjaciele mają kilka cech dystynktywnych: jedną z bardziej istotnych jest kompletny brak poczucia humoru na własny temat (przechodzący czasem w zerową tolerancję dla krytyki, o czym przekonał się “the hard way” Theo van Gogh). Skutki takiej auto-tresury –  nikt nie zamierza przesadnie bić się o wolność słowa, więc pismaki wolą się od razu dostosować same, żeby tylko żadnego turbaniarza nie urazić – widać w drobnych sytuacjach na łamach dzienników.

Na początku lipca w centrum Amsterdamu miał miejsce dość nieciekawy incydent: na postoju taksówek przy Leidseplein kierowca taryfy wdał się w sprzeczkę z pasażerem, sprzeczka przeszła w szarpaninę, sytuacja wymknęła się spod kontroli: pogotowie próbowało reanimować pasażera, ale ich wysiłki wystarczyły tylko na drogę do szpitala, gdzie mimo starań lekarzy facet zmarł.

http://www.parool.nl/parool/nl/4/AMSTERDAM/article/detail/251948/2009/07/05/Taxichauffeur-slaat-man-dood.dhtml

Oburzenie, dramat, burmistrz w szoku, słowa potępienia i ani słowa o narodowości sprawcy – który, tak się składa, jest kolorowy. No co by to było? Wytykać palcem? Jeszcze sobi nasi nowi obywatele pomyślą, że ich stygmatyzujemy, obarczamy winą za jeden egzemplarz, tworzymy stereotypy… Bardzo, bardzo ongezellig by to było.

No, chyba że chodzi o białych murzynów, którzy ośmielają się przyjeżdżać do krainy wiatraków i pracować po dumpingowych stawkach – wtedy jak najbardziej jesteśmy za swobodnym dostępem do informacji:

http://www.brabantsdagblad.nl/regios/denbosch/5330026/Pool-verstopt-drank-in-plafond-toilet-winkel.ece

O tempora, o mores! Facet pracujący w sklepie chciał ukraść trzy flaszki! Co za zbrodnia – 150 euro (i pewnie utrata pracy) nie wystarczy, trzeba dodatkowo ukarać sprawcę informując kogo popadnie o narodowości i miejscu pochodzenia (dobrze, że bez zdjęcia – łaskawcy)! W końcu uprzedzony znaczy uzbrojony – więc czytający gazetę Holender już wie, że na widok ludzi z dziwnym akcentem trzeba chować cały alkohol, bo inaczej cholerni Polacy mu go ukradną i wypiją!

I tak w praktyce wygląda ta równość. Kiedyś śmiałem się z USA, gdzie policja w niektórych stanach ma w oficjalnych komunikatach zakaz podawania koloru skóry podejrzanego (bo jeszcze by komuś wyszły niesłuszne proporcje etniczne wśród przestępców) – a tu proszę, praktycznie za płotem bliźniacze podejście. Kto by pomyślał, że “postępowej” UE tak blisko do “zacofanych” Stanów?