Posts Tagged ‘biurokracja’

Nigel Farage – trzy odsłony

December 1, 2010

Wbrew pozorom, korytarze brukselskich instytucji nie są zapełnione wyłącznie idiotami w rodzaju Martina Schultza i zboczeńcami takimi jak Daniel Cohn-Bendit – i zdarzają się tam ludzie rozsądni. Do tych nielicznych wyjątków należy brytyjski deputowany Nigel Farage, którego można by opisywać rozmaicie, ale znacznie lepszym pomysłem jest chyba oddanie głosu jemu samemu.

Najpierw: komentarz krewkiego Brytola do wyboru człowieka znikąd, czyli Hermana van Rompuya na stanowisko oberkapo tego całego jarmarku (bonus track: Jerzy Buzek z miną kota srającego na pustyni):

Odsłona druga: zwięzła recenzja finansowej tragikomedii pt. “nie będzie logika pluć nam w twarz, czyli nikt nigdy nie zbankrutuje, choćby nie wiem jak spieprzył sprawę”

I na deser – bardziej rozbudowana wersja powyższej recenzji

Advertisements

Jaroslaw Hašek wiecznie żywy

January 9, 2010

Parę rzeczy już widziałem: zdrajców czczonych jako bohaterowie, okupacyjną wyprawę na pustynię pod hasłem niesienia demokracji, dorzynanie dobrze zarabiających pod hasłem liberalizmu gospodarczego i wymuszenie rozbójnicze pod hasłem polityki fiskalnej… Więc zasadniczo powinienem się już przyzwyczaić, że nie ma takiej bezczelności, której prędzej czy później ktoś by się nie dopuścił – ale jednak prasówka z Brukseli po prostu mną zatrzęsła.

Z jednej strony, rozmaite organa UE grożą Islandii sankcjami jeśli kraj ten nie zgodzi się podporządkować drakońskim pomysłom finansjery, ministrowie finansów państw członkowskich “kategorycznie dementują” informację, jakoby zamierzali wyciągnąć Grecję z bagna, w które wpędzili ten kraj socjaliści – a tym czasie darmozjady z eurostruktur nie dość, że dostają podwyżki, to jeszcze pyskują, uznając przyznane im kwoty za zbyt niskie. Dobra, pies z wami tańcował, można by powiedzieć –  w końcu jedyna różnica między tym pasożytniczym elementem a żulami stanowiącymi elektorat wina “Arizona” to fakt, że darmozjady z Brukseli cokolwiek lepiej prezentują się przed kamerą…

Ale im dalej, tym weselej: rozbestwione dotychczasową bezkarnością biurwy chcą iść do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – znanego z dość kreatywnej interpretacji pewnych pojęć, jak choćby swobody wypowiedzi. Co najlepsze: sędziowie tegoż trybunału są urzędnikami, których także dotyczą kontrowersyjne podwyżki – więc najspokojniej w świecie będą orzekać we własnej sprawie, za co ostatecznie i tak zapłacimy my, podatnicy mieszkający w krajach członkowskich UE.

Jedyna pociecha w fakcie, że dopóki trwać będzie sądowa przepychanka, jest szansa na paraliż brukselskiej biurokracji, co może spowolnić legislacyjną biegunkę zalewającą wszystkie kraje UE (z wyjątkiem Niemiec, gdzie Trybunał Konstytucyjny de facto przypomniał oszalałym federalistom, kto tak naprawdę finansuje całą tę zabawę w europejską jedność). Dobre i to – choć jak na początek nowego roku, coś mało tych powodów do optymizmu.

Może z drobnym wyjątkiem: jeden z bohaterów “Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” określił kiedyś grupę naprzykrzających mu się kobiet jako “kurwy zuchwałe, nachalne i bezczelne” – i jak tu nie wierzyć, że klasyka jest wiecznie żywa i nigdy nie traci na aktualności?

Jądro ciemności A.D. 2009

November 12, 2009

Stany Zjednoczone to piękny kraj przodujący w wielu dziedzinach, takich jak wysokość zadłużenia czy nowatorskie sposoby motywowania ludzi do ubezpieczania się. Ale ich kraj partnerski  po drugiej stronie Atlantyku – zdaniem niektórych, satelicki – czyli Zjednoczone Królestwo Tego i Owego też nie pozostaje w tyle. Szef finansów w ichniejszym gabinecie ogłosił ostatnio, że – jak to zwykle bywa z wyciągającym swoje lepkie łapki do wszystkiego rzadem – plan pompowania pieniędzy podatników w sektor bankowy to wielki sukces:

http://www.telegraph.co.uk/finance/newsbysector/banksandfinance/6488578/Alistair-Darling-says-bank-bail-out-plan-is-a-victory-for-taxpayers.html

W praktyce polega to na tym, że dzięki kolejnej transzy rządowych gwarancji, Royal Bank of Scotland jest własnością państwa w 82 procentach (poprzednio – coś około 70). Doliczmy jeszcze Lloyds, Northern Rock… Podobnie jak ich amerykańscy kuzyni, brytyjscy politycy z zamiłowaniem kupują firmy przynoszące straty – bo instytucje finansowe tego typu są zbyt duże, by upaść. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie informacja opublikowana dzień później:

http://www.telegraph.co.uk/finance/newsbysector/banksandfinance/6491602/RBS-and-Lloyds-agree-to-bonus-clampdown-as-taxpayer-injects-billions-more.html

Czyli, po chwilowym otrzeźwieniu, w londyńskim City znowu zaczyna się amok a’la “Wall Street” – a człowiek, który zarządza pieniędzmi podatników, lekką reką daje tej zgrai pasożytów w garniturach kolejne miliardy (mimo że, jeśli już koniecznie chcemy coś rozdawać, można by za te same – lub mniejsze – pieniądze ułatwić życie sporej rzeszy ludzi borykających się ze spłatą hipoteki). Taka kombinacja szaleństwa ze sprzeniewierzeniem się misji przypisanej do sprawowanej funkcji przywodzi na myśl pułkownika Kurtza z “Czasu Apokalipsy” – on też oszalał, zdezerterował i zbratał się z ludnością tubylczą. Wprawdzie bankierzy z City noszą garnitury a nie łachmany przeplecione liśćmi bambusa, ale to ma w końcu być analogia a nie raport patologa.

Problem w tym, że na horyzoncie nie widać materiału na odpowiednik kapitana Willarda.

Podstęp w sidłach zasadzki

November 10, 2009

Jak powszechnie wiadomo, prezydent Barrack Hussein Obama – znany też jako “Czarny Mesjasz” – ma mnóstwo świetnych pomysłów na to, jak zmienić świat na lepsze. Zastanawiam się, który wariant  jest tak naprawdę groźniejszy dla świata: C.M. to idealistyczny dureń, który autentycznie wierzy w opowiadane przez siebie bzdury – czy cynik i manipulator, który świadomie kreuje politykę przerabiania USA na (ekonomicznego) wasala Chin… Jeden z bardziej zapalnych punktów toczącej się w Stanach debaty to kwestia ubezpieczeń społecznych.

Ciężko tu właściwie powiedzieć, która ze stron ma rację – w Europie przymus ubezpieczeń wszyscy uważają za oczywistą oczywistość, bo tak, natomiast Amerykanie mają tę decyzję przed sobą. Z jednej strony finansowa gangsterka w postaci stawek narzucanych przez firmy ubezpieczeniowe – z drugiej pomysły administracji, aby (w celu zwiększenia konkurencji) wprowadzić na rynek opcję “państwową” (czyli finansowaną przez budżet, czytaj – amerykańskiego podatnika, bo przecież towarzystwo w Białym Domu i na Kapitolu nie wytwarza bogactwa samo z siebie). Niezależnie od tej dychotomii, przypominającej nieco spór o przewagę Hitlera nad Stalinem (lub odwrotnie), są jeszcze głosy rozsądku – w osobie choćby Rona Paula – krytykujące zmuszanie ludzi do ubezpieczania się.

Wolność słowa czy wyboru to oczywiście dobra rzecz, ale bez przesady – i skoro C.M. okrzepł na stanowisku, zaczyna pokazywać o co mu naprawdę chodzi. Jak świat światem, z każdego lewaka wychodzi w końcu zamordysta – i nie inaczej jest w tym przypadku:

http://blogs.abcnews.com/politicalpunch/2009/11/interview-with-the-president-jail-time-for-those-without-health-care-insurance.html

No, to robi wrażenie. Było już w historii wiele prób karania z absurdalnych powodów, ale grożenie – nawet między wierszami – ludziom, którzy wolą ponosić odpowiedzialność za swoje życie bez pomocy czujnego Wielkiego Brata, to jednak pewne novum. Wychodzi na to, że ludzie zachwycający się zmianą, którą miała przynieść prezydentura Obamy, mieli rację.

Tylko nie jestem do końca pewien, czy właśnie o to im chodziło.

Hegel w wydaniu tureckim

November 7, 2009

Czasami człowieka dopada konfrontacja z jego własnymi wartościami – a ściślej ich deptaniem – w cokolwiek niespodziewanych okolicznościach. W ramach wakacyjnych przeżyć w Turcji, otarłem się o ichniejszą cenzurę i powiem tak: o ile z zasady jestem przeciwny wszelkim ograniczeniom wolności słowa, w tym przypadku brutalna prostota stróżujących prawomyślności wzbudziła we mnie pewnego rodzaju niechętny  podziw.

Najpopularniejszy model ograniczania dostępu do informacji w sieci to podejście chińskie: szukając fraz takich jak Tienanmen, Falun Gong czy Tybet, po prostu nic nie znajdziemy – we współpracy z Google (tą samą firmą, która szczyci się maksymą “don’t be evil” i w ogóle jest fajna, przyjazna i trendy) zablokowano dostęp do stron zawierających podejrzane treści. Nie ma ich. Zero. Nada.

W praktyce, oczywiście, nie załatwia to problemu tak do końca: idąc po śladach “nieistniejących” tematów, odpowiedni wnikliwy internauta może wyciągnąć pewne wnioski (jeśli oczywiście sam nie zostanie przez stróżów prawa i porządku wyciągnięty w ustronne miejsce). Dlatego tureccy admini poszli w innym kierunku: przy próbie wejścia na stronę z podejrzanymi treściami, dostaje się stosowny komunikat. Ja na przykład zobaczyłem na ekranie coś takiego:

Siteye Erişim Engellenmiştir.

URL: http://ongezellig.wordpress.com/

Engellenmiş ifadelerin limiti aşıldı: 200 : 378 ((incest, fuck)+(orgy, teen)+(orgy, fuck)+(virgin, fuck)+ gay + orgy + sex + shit +bitch+free sex +fuck+homosexual+incest+playboy)

– : 192.168.1.125

Pornography

Najlepsze jest to, że może i któreś z tych słów na stronie się faktycznie pojawia – ale nie ma tego jak sprawdzić, ani jak obronić się przed zarzutem o porno. Każdy, kto zbyt namolnie upominałby się o wyjaśnienia, zostanie momentalnie uznany za rozpowszechniającego niemoralne treści dewianta i cześć.

Całą sprawę można by skwitować lekceważącym uśmieszkiem gdyby nie fakt, że tego rodzaju pomysły zaczynają się też na lokalnym podwórku – i to zarówno oddolnie, jak i odgórnie. Z jednej strony, mamy salonowe autorytety w rodzaju Jacka Żakowskiego, które są oburzone ilością wulgaryzmów i  możliwością bezkarnego pomiatania autorytetami – a jak wiadomo, jeśli prorok mniejszy sugeruje że “coś trzeba zrobić”, to sugestia raczej nie jest tylko jego prywatnym poglądem (zakładając, że politruk w ogóle może mieć własne poglądy).

Z drugiej strony, krynica mądrości wszelakiej, czyli biurokracja brukselska, przyjęła Pakiet Telekomunikacyjny – jeśli tylko będzie to odpowiednie, proporcjonalne i niezbędne w społeczeństwie demokratycznym, będzie można ograniczać indywidualnym użytkownikom dostęp do internetu. Bo tak. Biorąc poprawkę na kreatywność polskich sądów w dziedzinie semantyki, mam dziwne podejrzenie, że na przykład Lewica Bez Cenzury będzie działać bez problemu, za to stronom podważającym (kolejne) wersje historii wg. Ministerstwa Prawdy nie wróżę specjalnie świetlanej przyszłości.

Autorytety moralne kręcą nosami, metropolia cywilizacyjna też – cóż pozostaje kacykom rządzącym Polską oprócz dostosowania się do nowego trendu? Co też skwapliwie czynią, wprowadzając nowy projekt prawa telekomunikacyjnego – na czarnej liście, kontrolowanej przez UKE, byłyby strony z hazardem, pedofilskie i faszystowskie (komunistyczne – oczywiście nie, bo Leszkowi Millerowi mogłoby się zrobić przykro). Docenić trzeba szczerość przedstawiciela Ministerstwa Finansów, który otwartym tekstem powiedział: Myślimy nad wprowadzeniem trybu odwołania się od decyzji UKE. Ale wprowadzenie sądu wydłużyłoby procedury w nieskończoność. Rząd chce twojego dobra, obywatelu, i nie ma czasu zawracać sobie głowy jakimiś duperałami w rodzaju prawa do odwołania się od decyzji stosownego organu. Jak dotąd ludzi oskarżających kastę urzędniczą o taki sposób myślenia wyzywano od oszołomów a tu proszę: oficjalne potwierdzenie, któremu nawet nikt nie próbuje zaprzeczać. Ciekawe, czy ktoś przeprosi Michalkiewicza albo Korwina?

Wprawdzie przewidywanie jest z reguły trudne, zwłaszcza w odniesieniu do przyszłości, ale zaryzykuję: przepis wejdzie w życie, wprowadzony tylnymi drzwiami do jakiejś głośnej medialnie ustawy (chroniącej nas przed hazardem albo czymś w tym stylu), następnie jakiś oficjel powie, że uczciwi obywatele nie mają przecież podstaw obawiać się kontroli dostępu przez dostawcę internetu, a sondaże wykażą miażdżącą przewagę zwolenników nowego rozwiązania nad malkontentami (inspirowanymi przez PiS i Radio Maryja). W końcu wolność to uświadomiona konieczność…

I pomyśleć, że są jeszcze politycy mający czelność twierdzić, że Turcja nie pasuje do UE? Zwykła zazdrość tępaków, których ktoś wyprzedził w promowaniu rozwiązań  profilujących obywateli w jedynie słusznym kierunku…

Mucho macho z Hradczan

October 29, 2009

Czego to już nie słyszeliśmy o siedzącym na (prezydenckim) stolcu człowieku – że wsteczny, że obciachowy, że integrację europejską hamuje, że watażków na Kaukazie wspiera i rosyjskiego niedźwiedzia niepotrzebnie drażni, że przez niego RadSik szefem NATO nie został, że dzięki jego podpisowi pod Traktatem Lizbońskim Buzek zostałby przewodniczącym PE w minutę osiem… No, generalnie do listy zarzutów brakowało tylko tsunami w Azji i świńskiej grypy w Meksyku (obie te plagi bez wątpienia ustąpiłyby w minutę osiem po podpisaniu przez LK tego prawnego potworka).

Nec Hercules contra plures, a każdy ma takich bohaterów na jakich zasługuje – więc prezydent RP podpisał dokument, którego wynegocjowaniem najpierw się chlubił, potem go krytykował, by na koniec uzależnić swoje zdanie od opinii Irlandczyków (to prezydentem którego kraju on w końcu jest? ja wiem, że na Zielonej Wyspie nasi rodacy to najliczniejsza mniejszość narodowa, ale nie popadajmy w przesadę). W ten sposób na placu boju został prezydent Czech Klaus, który z nacisków “Europy” (reprezentowanej nie wiedzieć czemu przez Daniela “Przedszkolankę” Cohn-Bendita i Martina “Kapo” Schmidta) robił sobie grubą nieprzyzwoitość, że się tak Reymontem podeprę.

No i co? Czechy z UE nie wyleciały, sankcji nijakich na horyzoncie nie widać (a KE potrafiła kiedyś dojechać prawomyślnych  Austriaków za niewłaściwy wybór), za to według najświeższych doniesień liderzy państw Unii zgodzili się na ustępstwa, od których Klaus uzależniał złożenie podpisu pod Traktatem. Mocno trzymał się swoich ustaleń, nie reagował na naciski merdających przed Brukselą kundelków – i uzyskał dla swojego kraju to, czego chciał. Czechy będą miały takie same prawa jak inne kraje UE plus dodatkowe gwarancje – wszystko dlatego, że mieszkańcy kraju nad Wełtawą wybrali sobie na prezydenta człowieka z zasadami, a nie obrażonego na cały świat facecika, dla którego prawdziwym szefem jest towarzysz Sondaż (wsparty rojeniami niewydarzonych doradców).

Lepsze drogi, niższe podatki, niekomunistyczna partia socjaldemokratyczna, rewelacyjne piwo – a teraz jeszcze prezydent twardo walczący o interesy swojego kraju. I jak tu nie zazdrościć wyśmiewanym przez zakompleksionych durniów “Pepikom”?

Dobra decyzja w sprawie złego człowieka

October 28, 2009

Eindhoven to niespecjalnie ciekawe miasto, składające się z w miarę znośnego deptaka w centrum, paru knajp, siedziby Philipsa i mnóstwa niczego poza tym. Nic specjalnego, ogólnie rzecz biorąc – ale ostatnio zaszła tam ciekawa sytuacja pokazująca jak na dłoni paradoksy, do których prowadzi napompowana sterydami tolerancja w wydaniu holenderskim.

Ponad ćwierć wieku, pewien mieszkaniec tego miasta o pedofilskich skłonnościach zwykł im folgować z nastolatkami bez pytania ich o zdanie – a że tolerancja w tym kraju dopiero się rozpędzała, został wysłany za kratki na następne ćwierć wieku z okładem. Ale czas szybko mija, dziarski sześćdziesięciolatek odsiedział swoje i chciał wrócić w rodzinne strony. Jak się pedofilom wlepia wyroki inne niż dożywocie lub kara główna, trzeba się liczyć z nieprzyjemnym faktem: kiedyś wyjdą i coś trzeba będzie z nimi zrobić.

Gmina Eindhoven postanowiła podrzucić ten problem komuś innemu i zakazała świeżo wypuszczonemu obywatelowi o alternatywnych gustach osiedlenia się w mieście (wiedzieli kto zacz, bo więzienia informują  burmistrzów o wyjściu przestępców seksualnych na wolność).

Zwolennik alternatywnych rozrywek poszedł do sądu, a ten uznał regulacje gminy za sprzeczne z holenderskim prawem – wprawdzie istnieje, co przyznał sam sędzia, ryzyko recydywy, ale to nie jest wystarczający powód, aby przerzucać faceta po kraju (a już argument burmistrza Eindhoven, że z uwagi na ryzyko odwetu mieszkańców nie może zapewnić świeżo swobodnemu bezpieczeństwa, zasługuje głównie na wyśmianie).

Holenderskie sądy, jak kazde inne, mają na swoim koncie pewną pulę orzeczeń kretyńskich, ale tu naprawdę trzeba pochwalić sędziego z Den Bosch: jeśli powiedziało się “A” (nie wieszamy ani nie kastrujemy gwałcicieli), to trzeba być konsekwentnym i dać szansę życia takiemu czlowiekowi, który odbył przewidzianą przez prawo karę. Nie możemy troszczyć się o jego prawa i chronić przed surową karą, równocześnie zamiatając problem pod stół gdy gwałciciel wyjdzie na wolność.

Nie wiem, czy aktualnie stosowana przez holenderskie sądy procedura jest właściwa – ale spójne podejście przed i po odsiadce to jedyna droga, jeśli Holandia ma być traktowana jak kraj cywilizowany. Dobrze, że ktoś to rozumie.

Groźne kiwanie palcem w bucie

September 28, 2009

Jak powszechnie wiadomo wszystkim Gotom, od czasu obalenia potwornego kaczystowskiego reżimu jesienią 2007 Polska jest rządzona przez ludzi fachowych i kompetentnych. Jednym z filarów tego zbawczego dla Polski gabinetu, zmuszonego toczyć heroiczną walkę z sabotażystą z Pałacu Prezydenckiego, jest Radosław Sikorski. Wspaniały ów polityk miał w życiu paru mentorów – według zawistnych głosów, bywali tam też oficerowie prowadzący – a jeden z najważniejszych autorytetów RadSika to Władysław Bartoszewski, alias “Profesor”. Mędrzec ów sędziwy sformułował kiedyś koncepcję Polski jako panny niezbyt atrakcyjnej i mało posażnej (co skutkować miało wymogiem bycia miłą) i RadSik wziął sobie te słowa do serca, posłusznie pilnując, żeby Polska nie wyskakiwała przed szereg i nie traciła żadnej okazji aby siedzieć cicho.

Cóż jednak robić, gdy człowiek od maleńkości miał ambicje, a tu wypada jeno rola statysty, bo faktycznie decyzje podejmuje zupełnie kto inny i szef naszego MSZ może tylko reagować na okoliczności? Trzeba szukać okazji do wykazania się, które ześle los – i traf chciał, że w minony weekend Romana Polańskiego dopadły jego “ghosts of Christmas past” w osobie amerykańskiego listu gończego. Od czasu okoliczności, którą Polański miał z Samanthą Geimer, twórca Chinatown nie może wjechać do Stanów z uwagi na ryzyko natychmiastowego aresztowania i w ciągu minionych trzech dekad bardzo uważnie omijał kraje mające z USA umowy ekstradycyjne – ale cóż, starość nie radość, wzrok już nie ten, i powiązania szwajcarsko-amerykańskie jakoś mu umknęły…

Wersji zdarzeń, które doprowadziły do postawienia Polańskiemu zarzutów przed amerykańskim sądem jest tyle, co wypowiadających się na ten temat osób, więc nie zamierzam powiększać kakofonii i autorytatywnie mówić, czy reżyser jest pedofilem czy nie – natomiast ciekawe jest zachowanie polskiego MSZ. Ta sama instytucja, która w ramach oszczędności zamyka ambasady a z uwagi na prawne niechlujstwo nie jest w stanie doprowadzić do ekstradycji Edwarda Mazura (że o sprawie Piotra Stańczaka nie wspomnę) – nagle, w przeciągu dwudziestu czterech godzin, koordynuje wysiłki z francuskim MSZ. Nieoczekiwany przypływ kompetencji?

Takie złudzenia można mieć do czasu zapoznania się z wypowiedziami wiceministra Najdera – tak żałosnego spektaklu nie widziałem od dawna, a częsta lektura wiadomości upewnia mnie, że konkurencja jest silna. Nota do Amerykanów “musi być pod względem formalnym bezbłędna, aby pierwsze tego rodzaju wystąpienie było wystąpieniem przekonującym i nie wymagającym ewentualnych uzupełnień, ponieważ jest to sytuacja wyjątkowo trudna” – pytanie za milion dolarów, co jest takiego specjalnego w Polańskim, że dwa rządy będą interweniować w jego sprawie? Czyżby masowe (w Polsce) poparcie tych co zwykle “autorytetów”: Andrzeja Wajdy, Janusza Morgernsterna, Feliksa Falka, Jacka Bromskiego, Izabelli Cywińskiej, Janusza Głowackiego, Andrzeja Jakimowskiego, Krystyny Morgenstern, Agnieszki Odorowicz, Jerzego Skolimowskiego, Macieja Strzembosza, Małgorzaty Szumowskiej, Krystyny Zachwatowicz?

Pan wiceminister nie jest kompletnym nieukiem – wie, że “instytucją de facto władną podjąć jakąkolwiek decyzję formalno-prawną są władze stanowe stanu Kalifornia i pan gubernator Arnold Schwarzenegger” – skoro tak, po co list do Hillary Clinton? Ta zagadka wyjaśnia się w następnym zdaniu: ten list to “wyrażenie pewnego stanowiska, pewnego zdania, pewnego oczekiwania, natomiast wszystkie kwestie formalne są w rękach prawników“. W tłumaczeniu na polski: nic nie możemy, Amerykanie przypuszczalnie i tak to oleją, ale przynajmniej wykażemy się obroną wielkiego człowieka.

Proszę mnie źle nie zrozumieć: ja naprawdę lubię filmy Polańskiego i uważam go za twórcę wybitnego, choć nie dla każdego. Ale dlaczego finansowany przez polskiego podatnika MSZ ma się wtrącać w sprawę karną między kalifornijskim sądem a podejrzanym, który jak do tej pory dość skutecznie potrafił zadbać sam o siebie?

To już nie błąd, to już zaleta,
Bo pan poeta! Pan poeta!
Bo pan artysta! Bo artyście
Wolno tym kurrrkiem być na dachu!

Nie mógł, Słonimski, rzeczywiście,
Lepszego sobie dobrać fachu

napisał o swoim byłym przyjacielu wielki “Polak ochotniczy” – Marian Hemar. Minęło tyle lat, zmieniają się twarze, daty, miejsca – ale opisana przez niego mentalność dalej ma się świetnie. Niestety.

Wielki Brat na odwal się

September 25, 2009

Jak przystało na kraj, w którym reaktywowano Wielkiego Brata jako telewizyjny show a donosy jako patriotyczny nieomal obowiązek, Holandia (a konkretnie rząd i stosowne służby) przywiązuje sporą wagę do tego, żeby wiedzieć co w trawie piszczy. W końcu policja nie może być wszędzie (bo jeszcze jakiś bandzior uznałby to za inwazję na jego prywatność albo inne profilowanie etniczne), ale od czego są telefony? Jeśli za twoim oknem właśnie podrzynają komuś gardło, możesz zadzwonić na policję i anonimowo ją o tym powiadomić. To znaczy – w teorii.

Co do praktyki, to przekonała się o niej w zeszłą środę pewna mieszkanka Rotterdamu, która zadzwoniła na policję informując o zadźganym w pobliżu człowieku. Tak się nieszczęśliwie dla czujnej obywatelki złożyło, że jej telefon był w tym czasie na podsłuchu (w związku z inną sprawą była uważana za ważnego świadka – holenderskie służby lubią ten sport). Procedury zadziałały i w aktach sprawy znalazły się personalia informatorki: ponieważ Holandia to państwo prawa, wymachujący nożem sprawca wie teraz bardzo dokładnie kto poinformował gliniarzy o jego wyczynach. Według szefa infolinii Guusa Wesselinka, kobieta nie sypia od czasu ujawnienia jej danych najlepiej – a na jej błogosławiony stan taki stres nie robi najlepiej.

Oczywiście stosowne służby wyraziły ubolewanie, obiecując poprawę i bardziej ścisłą kontrolę w przyszłości – ale ponieważ o sprawie napisał Spits, wieść poszła w lud. Na miejscu policji, w przewidywalnej przyszłości nie liczyłbym na przesadnie intensywną współpracę obywateli z organami ścigania. Bezmyślne procedury i niechlujstwo – takie incydenty to nie kryzys, to rezultat.

Skok na kasę

September 22, 2009

Jak wiadomo wszystkim Gotom, Polska jest wyspą pomyślności i spokoju w oceanie szalejącego na świecie kryzysu – jedyna płaszczyzna ekonomicznego sporu między głównymi partiami to kwestia tego jak bardzo należy powiększyć deficyt (o spłacaniu zaciągniętego u przyszłych pokoleń długu nikt nie myśli, ale czego spodziewać po ludziach, dla których pomysły Keynesa to Ewangelia?)…

Niestety są miejsca na świecie, gdzie sytuacja nie wygląda tak różowo: na przykład (coraz mniej przez Polaków kochane) Stany Zjednoczone Tego i Owego. Jak w każdym kraju o ambicjach mocarstwowych, także i w USA wszystko musi być największe – niestety w ostatnich miesiącach jedyne, w czym Amerykanie biją rekordy, to wielkość zadłużenia… Jeszcze paręnaście lat temu liczby typu trylion widywało się w publikacjach dotyczących fizyki cząstek elementarnych a nie w debacie budżetowej, ale coż: czasy się zmieniają i nikt nie może zabronić amerykańskiemu rządowi walki z kryzysem przy pomocy prasy drukarskiej wypluwającej gargantuiczne ilości coraz mniej wartych pieniędzy na rynek. Należy tu docenić wkład Amerykanów w rozwój języka: lingwistyczno-koncepcyjny potworek “too big to fail” przyjął się znakomicie na całym świecie jeśli chodzi o przedsiębiorstwa, którym rząd podaje pomocną dłoń za pieniądze podatników.

I wszyscy są zadowoleni: rząd pokazuje, że walczy z krzysem, obywateli uspokaja propaganda, a pijawki z Wall Street uśmiechają się opowiadając o końcu kryzysu. Z jakiegoś powodu ciemnota zasiadająca w mediach nazywa szefów uratowanych banków “kapitalistami” – choć Bóg mi świadkiem, mentalność “zyski bierzemy my, straty pokrywa podatnik” z wolnym rynkiem nie ma zbyt wiele wspólnego…

Ale jak to powiedział klasyk Broadwayu Al Jolson, “you ain’t seen nothing yet”…

http://www.nytimes.com/2009/09/22/business/22bailout.html?_r=2

Może jestem tylko prostym statystykiem, ale na mój rozum mechanizm wygląda tak: 1. banki utopiły mnóstwo kasy na spekulacji 2. kilka padło, resztę zasilił funduszami rząd 3. rząd kontynuuje zabawę w ratowanie banków, ale kończy mu się kasa 4. uratowane w kroku 2. banki pożyczą rządowi ww. kasę, oczywiście na wyższy procent (w końcu kapitalizm to prawo do zarabiania, prawda?)…

Istnieje takie pojęcie jak chorobliwa fascynacja – może dotyczyć dennego filmu (a’la dzieła Eda Wooda), dziewczyny ubranej jak mokry sen Michała Piróga albo budynku, którego architekt zażył LSD przed przystąpieniem do projektowania… Albo, jak w opisanym powyżej przypadku, kradzieży tak zuchwałej, że doświadczając jej można się tylko gapić w osłupieniu. W porównaniu z grubymi rybami z Wall Street, rosyjscy oligarchowie – uchodzący za symbol grabieży w ramach prawa – to banda żałosnych amatorów.