Archive for the ‘recenzje’ Category

Phideaux “Snowtorch”

February 6, 2012

Ciut więcej czasu mam ostatnio, to można się wziąć za nadrabianie zaległości kulturalnych: wprawdzie staram się być z muzyką na bieżąco (przynajmniej jeśli chodzi o rocka-więcej-niż-trzy-akordowego), ale parę płyt w 2011 mi umknęło – a jedna z to właśnie “Snowtorch” Amerykanów z Phideaux. Nie usłyszałbym o niej gdyby nie dobrzy ludzie z progarchives: nie ma to tamto, jeśli jakaś płyta bije w podsumowaniu 2011 i Dream Theater, i Symphony X?

Troszkę jazzu, szczypta symfonicznego patosu, odrobinka psychodelii – ale panie i panowie z Phideaux cały czas pamiętają o 11 przykazaniu, czyli “nie nudzić“: jeśli psychodelia, to jako chwila wytchnienia po jazzowych łamańcach, jeśli symfoniczne wejście, to za chwilę będą przeszkadzajki…

Nie wiem jak to możliwe, ale damski wokal w “Snowtorch (part II)” kojarzy mi się z Ianem Andersonem: ta sama nosowa barwa głosu, sarkastyczny ton (i takiż tekst)… Zresztą jak nie przywołać Jethro Tull jeśli flet nadaje rytm, a perkusja i gitara dyszą, próbując nadążyć? Jest oczywiście wczesne Genesis (czyli wiodąca rola klawiszy), są harmonie wokalne a’la Gentle Giant, przetwarzanie jednego motywu na kolejne instrumenty (w stylu Camel)…

Filozofia tej płyty jest troszkę podobna jak na “To shatter all accord” – wziąć najlepsze patenty z klasyki lat 70tych, oczyścić z dłużyzn i zacząć na tej podstawie budować coś własnego – przy czym tam gdzie Discipline leci w deprechy i psychiczne wiwisekcje, państwo z Phideaux bawią się muzyką i próbują w to wciągnąć słuchacza.

Cudowny przykład takiej zabawy muzyką to końcówka “Snowtorch (part I)“: bębny wybijają rytm, wokół tego rytmu skaczą jakieś przeszkadzajki, a saksofon próbuje się wcisnąć gdzieś pomiędzy… Coś w tej muzyce cały czas chlupie, stuka i skrzypi – a przecież każdy utwór ma swoja wyraźną melodię i to jest art rock, a nie granie na winie w stylu Toma Waitsa (“na winie” = co się nawinie, w to stukamy, a potem się zobaczy).

Rytm z jednej strony połamany i pokręcony chwilami – ale noga sama chodzi do taktu (nawet moja noga, co oznacza że metrum naprawdę nie jest skomplikowane). Ja wiem, że to ciut abstrakcyjne skojarzenie, ale wyobraźcie sobie Gogol Bordello, które przestało chodzić w bojówkach, tiszertach i pić berbeluchę z musztardówek – a zamiast tego (pozostając na tym samym poziomie energii) mamy garnitur, szampana i dawanie czadu na instrumentarium cokolwiek bardziej klasycznym.

Dygresja: mocna strona tej płyty to fenomenalne kobiece wokale, wprowadzone troszkę jak na space operach w typie Ayreon: pani śpiewa na tle syntezatorowej melodii, bębny huczą, a pan melorecytuje pół linijki przesunięty do tyłu.

Nie mam pojęcia o co chodzi na początku “Snowtorch (part II)“, ale mi się podoba: bębny brzmią jakby sobie jakiś drwal łomotał do rytmu, chóralne zaśpiewy – a jak wszystko przycichnie, znowu zaczynają się dziwne dźwięki (trzaski, stukoty – patrz wyżej).

Spora  zaleta “Snowtorch” to długość – wiele zespołów grających muzykę “kombinowaną” (no nie mogę, odmieniane przez przypadki “progresywny” i “alternatywny” już mi po prostu nie przechodzą przez klawiaturę) uważa za dyshonor zejście poniżej godziny. A Phideaux? Cztery utwory (tak naprawdę to dwa kloce po prawie 20 minut i dwie krótsze formy) – i już. Przyszli, zagrali co mieli do zagrania, ukłonili się i poszli…

Więc ja też nie będę przedłużał i powiem, że płyta mi się bardzo podoba, a chlupoty w dźwiękowych pejzażach utkwiły mi chyba w głowie na dobre.

Advertisements

Discipline “To Shatter All Accord”

January 24, 2012

Jakąś dziwną krętą ścieżką – z udziałem NMP, oczywiście – wylądowała na moim playerze płyta Discipline “To shatter all accord“. Przyznam bez bicia że za pierwszym razem weszła mi średnio, no ale zajrzałem na progarchives: zachwyty, pienia, i ogólnie klękajcie narody. Hm, pomyślałem, może faktycznie zatłoczone metro to nie są dobre warunki do przyswajania takich dźwięków?

Jak pomyślałem, tak zrobiłem i morał jest prosty: czasem warto posłuchać mądrości ludowej, zwłaszcza w kontekście muzyki (w granicach rozsądku: do Lady Zgagi nie przekona mnie nikt i nic – non, kurwa, possumus że tak Sapkowskim polecę).

Co słychać na tej płycie? Na pewno Van der Graaf Generator,  i to już od pierwszych taktów “Circuitry“: gitara, potem klawisze oplecione saksofonem… Łomot perkusji, pulsujący bas, a gitarzysta gdzieś tam się wwierca w chmury  jakbym miał rzucić skojarzeniem, to Pink Floyd tak gdzieś na wysokości “The Wall”). Natężenie emocji sięga zenitu, a nagle wjeżdża melotron z plumkającymi klawiszami… I robi się cicho i spokojnie.

Momentami trochę przemyka Genesis – choć może to skojarzenie wynika bardziej z oglądania Discipline niż słuchania. No bo i makijaż klauna na twarzy, i ekspresja całym sobą – trochę w tej pozie wokalisty wczesnego Petera Gabriela, trochę Fisha. Ale skoro z takich rejonów czerpią panowie inspirację, to wiadomo: nie będzie ironicznego dystansu i podśmiewajek, tylko emocje na wierzchu i ogólnie serio.

I muzyka nie odstaje od tej wiwisekcji: nie da sie wyśpiewać bebechów przy dźwiękach disco polo (czy, jak to się teraz ponoć nazywa, synth popu w rodzaju gówna znanego jako The Knife), więc gitara też brzmi chwilami pogrzebowo – choćby w “When She Dream She Dreams in Color“, pięknie nakręcając klimat. Jak już jesteśmy przy ponurackim budowaniu klimatu, to trzeba powiedzieć, że ta płyta barwi się chwilami na karmazynowo.

Co w sumie specjalnie dziwne nie jest:  nazwa zespołu zobowiązuje, a uczyć się od Frippa i spółki u szczytu ich formy (czyli tak w okolicach “Starless…“) to nie wstyd. Wielu próbuje, ale mało komu wychodzi: u Discipline słychać szacunek do klasyki jako podbudowę do czegoś własnego, a takie na przykład Anekdoten brzmi jak (kiepski) tribute band King Crimson.

A na koniec mamy opus magnum tej płyty czyli “Rogue” – prawie trzydziestominutowa pioseneczka. Pomysłów wsadzono w nią dość żeby obdzielić kilka albumów – widać panom z Discipline przerwa w działalności dobrze zrobiła, bo wrócili z naładowanymi akumulatorami. Melodię niby da się (fragmentami przynajmniej) zanucić, instrumenty płynnie ze sobą rozmawiają – a całość wciąga jak dobra książka albo film i człowiek naprawdę skupia się na słuchaniu co będzie dalej.

Dynamiczna i szarpana melodia przechodzi w (znów: karmazynowe) szmeranie, które pomału narasta: i nagle zaskakuje człowieka nowy motyw, który gdzieś tam niespodziewanie wyrósł z tła – a całość spięta pulsującą sekcją rytmiczną. Generalnie, cała środkowa –  instrumentalna – część “Rogue” to improwizowane granie w najlepszym stylu lat 70tych: oczyszczone z dłużyzn, narkotykowo-psychodelicznych odjazdów, bez jednej zbędnej nuty.

Ciekawa historia z tym albumem: niby – jak rozłożyć na czynniki pierwsze – gdzieś już to człowiek słyszał, bo i saksofony znajome, i neurotyczny chwilami wokalista, i burząca sielski nastrój gitara… A jednak całość wciąga.

Nowe wino w starych bukłakach? Jeśli tak, to na zdrowie – kac raczej nie grozi.

Frogg Cafe “Bateless Edge”

November 29, 2011

W najbliższą niedzielę minie osiemnasta rocznica śmierci Franka Zappy – faceta, który był dla muzyki XX wieku tym, czym Philip Dick dla literatury. Wybitny, oryginalny i bardzo płodny twórca, a równocześnie cokolwiek nierówny: tworzył albumy ponadczasowe jak “Hot Rats” i “Apostrophe” – a czasem zjeżdżał w awangardowe muzyczne żarty, które nie śmieszyły chyba nikogo poza nim samym.

Frogg Cafe zaczynali jako cover band wujka Franka i to na “Bateless Edge” słychać: z jednej strony gitarowe kombinowanie, z drugiej – kompozycje z pogardą patrzące na schemat zwrotka-refren-zwrotka-refren-solo-refren…

A nad wszystkim unosi się radosny duch muzycznej anarchii i jak dla mnie, to właśnie jest najbardziej zappowski element tej płyty: muzycy dobrze znają swoją działkę, poznali zasady kompozycji i technikę gry – i zaczęli kombinować z naginaniem reguł (a ludzie lepiej wykształceni muzycznie ode mnie pewnie znaleźliby tu parę przykładów łamania tychże reguł).

Co to znaczy w praktyce: gitara sobie gdzieś tam solówkowo bładzi, a tu nagle w środek motywu bezceremonialnie pakują się instrumenty dęte i przejmują wiodącą rolę (pozostając – mniej więcej – przy tej samej melodii). Skrzypce smęcą powoli, w tle narastające plumkanie dzwonków i ksylofonu – przerwane nagle rozpychającą się bezczelnie gitarą… No i oczywiście utrzymanie jednego tempa przez cały utwór to opcja dla mięczaków, a do takich panowie z FC ewidentnie zaliczani być nie chcą.

Pozachwycałem się nastrojem, a jakby tak chcieć umiejscowić “Bateless Edge” na muzycznej mapie – to jakie skojarzenia mogłyby się nasunąć? Pomijając wspomnianego już Francisa Vincenta Z., moje pierwsze porównanie to Gentle Giant. Z jednej strony wyjście poza zestaw instrumentów, z drugiej – radosna energia w zakręconych – a mimo to przystępnych – melodiach: to nie jest awangarda, której bez wodki nie razbieriosz, tylko muzyka włączają i mózg, i emocje.

Niestety nie znam się wystarczająco na jazzie żeby wyłapać inne wpływy – ale znawcy twierdzą, że John McLaughlin też jest tu słyszalny. Jakby odfiltrować z Dave Matthews Band ich trącące Cream na haju odjazdy, to spokojnie mogłoby z tego wyjść “Under Wuhu Son, Brace Against The Fall”.  Skrzypce w “Pasta Fazeuh” – może King Crimson z okresu przed “Red”?

Poleciałem w porównania techniczne i ktoś mógłby odnieść wrażenie, że mamy na “Bateless Edge” do czynienia z czymś wtórnym: byłoby to wrażenie całkowicie błędne. Muzyka jest świeża, energiczna i łącząca muzyczną erudycję z chęcią dodania czegoś własnego.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to może do faktu, że album jako całość jest odrobinkę za długi – momentami panowie jakby zatracili się w improwizacji spod znaku “sztuka dla sztuki”. Niewykluczone, że na koncercie odbiera się to inaczej, ale na studyjnej płycie meandry improwizacji odrobinkę nużą.

Na szczęście odrobinka jest naprawdę drobna, więc nawet człowiek średnio osłuchany z jazzem może mieć z tej płyty sporo radości. Ja w każdym razie biorę się za McLaughlina – i za wcześniejsze płyty Frogg Cafe, oczywiście.

Symphony X “Iconoclast”

November 23, 2011

Do czego służy power metal – zwłaszcza w odmianie symfonicznej? Zasadniczo – przynajmniej zdaniem niżej podpisanego – do wprowadzania się w nastrój, a konkretnie w nastrój bojowy… Przy czym nie w sensie po prostu przyładowania komuś, tylko bardziej w stylu “bij bolszewika, kto w Boga wierzy” (niewierzących oczywiście też zapraszamy jeśli mają ochotę się przyłączyć).

W zależności od zespołu, wiązanki pieśni bojowych przenoszą nas w różne miejsca i epoki: Rhapsody to “Władca pierścieni”, Blind Guardian to bardziej “Gra o tron”… Kiczowate? Chwilami na pewno – orkiestrowe aranżacje, podniosłe zaśpiewy w chórkach i naiwne miejscami teksty o walce dobra ze złem.

Z drugiej strony: w czasach, kiedy praktycznie wszyscy twórcy biorą swoje dzieła w obowiązkowy nawias ironii i dystansu, jest coś odświeżającego w facetach ubranych na czarno, którzy wybrali sobie stylistykę i są jej wierni bez względu na modę.

A gdzie w tym spektrum bojowych pieśni umiejscowić Symphony X i “Iconoclast? Z uwagi na chropowatość i zgrzyty, powiedziałbym że jakaś odległa przyszłość a’la uniwersum Warhammera 40000; tak, wiem że to gra – co poradzę, że mroczne filmy o przyszłości to w większości psychologia i nie ma tam nawalanek na dużą skalę…

Na tej płycie Symphony X nie bierze jeńcow: zaczyna się od “Iconoclast’ – niby jakieś tam chórki i damskie wokalizy, ale po chwili wjeżdżamy w metalową sieczkę, której nie powstydziliby się trashowi klasycy. Slayer plus klawisze – o ile takie porównanie ma w ogóle sens – a do tego naprawdę bardzo dobry śpiew.

Ciekawa sprawa, bo wokal to  element często po macoszemu traktowany przez grających ciężko. Jak komuś Bóg poskąpił skali (vide: Mustaine), to może jeszcze nadrabiać manierą – ale przecież wszelkie twory spod znaku death / extreme / hardcore / cośtam cośtam to jest jakaś tragedia: pisk na zmianę z wymiotami do mikrofonu.

A tu? Może nie jest to Dio (no ale taką armatę w gardle to mało kto ma), ale pan Allen bardzo przyjemnie przeskakuje po rejestrach i tempach.

“The end of innocence” warto posłuchać nawet dla samej partii perkusji, choć utwór jako całość też niczego sobie. “Bastards of the machine” zwalnia chwilami (żeby basista rozgrzał palce), a potem uderza jeszcze potężniejszą ścianą dźwięku. A właśnie: znakomicie jest ta płyta wyprodukowana, proszę państwa. Nawet pomijając takie porażki jak “Death magnetic”, rzadko się słyszy takie eleganckie, przestrzenne i ostre jak brzytwa instrumenty – zwłaszcza w metalu.

Tak właściwie nie ma za bardzo sensu wymieniać pojedynczych utworów, bo płyta jest bardzo wyrównana i (może poza “When all is lost”) nie ma wypełniaczy. Ciekawa sprawa jest z melodiami: nie ma tu przebojowych refrenów do nucenia pod nosem (i nawet nie to żeby zaraz człowiek ABBY w metalu oczekiwał, ale jednak Megadeth czy Metallica popełnili kilka wpadających w ucho motywów), a mimo tego płyta wciąga i chce się do niej wracać.

Spora w tym zasługa inteligentnych zmian tempa: niby nic wielkiego, ale słychać że panowie mieli jakiś pomysł na kolejne utwory, a nie tylko “mrok, ciemność, przyjdź szatanie” i bekanie do mikrofonu (w stylistyce wyczynów Dody polskiego metalu, czyli Behemotha).

Riffy, jeszcze cieższe riffy, perkusja jak człowiek sprzężony z maszyną, riffy doprawione klawiszowymi przejściami, wokalista z górnej półki, jeszcze trochę dobrych riffów a czasem solówka – jeśli tak ma wyglądać ścieżka dźwiękowa do dystopijnej przyszłości, to może nie wszystko będzie takie całkiem ponure.

Twelfth Night “Fact and fiction”

October 7, 2011

Strasznie przepraszam za skurwioną przez marksistów metaforę, ale inaczej się nie da: zmiany w muzyce na przełomie lat 70tych i 80tych to jest podręcznikowy przykład heglowskiej spirali dziejów. Była teza (progresja lat 70tych), była antyteza (punk) – a potem nadeszły lata 80te, czyli synteza.

Najpierw przyszli giganci: Yes, Genesis, ELP – kombinowali, szukali, łączyli beatlesowskie melodie z klasyką, teatralnym szafażem i ogólnie kombinowali. Wychodziło to różnie, ale spora część muzyki (choćby “Selling England by the pound“) świetnie broni się do dziś, inspirując kolejne pokolenia ludzi, którym nie wystarczą lejący się z radia chłam. Sukcesy, autografy, wywiady, wizyty w zakładach pracy – i jak nietrudno było przewidzieć, panowie zaczęli osiadać na laurach.

Dołóżmy do tego kłopoty gospodarcze (ergo społeczne) Albionu – jak nie patrzeć, kolebki najważniejszych zespołów XX wieku – tudzież cynizm Malcolma McLarena i mamy odpowiedź skąd wziął się punk: owszem, bywały tam rzeczy wybitne i ponadczasowe w rodzaju choćby “London Calling”, ale generalnie popularność punk rocka to odpowiednik inwazji Hunów na pogrążony w dekadencji Rzym. Ma to posmak świeżości, ale wiele nowego raczej nie wnosi.

I wtedy zaczęły się lata 80te.

Z jednej strony – Genesis zdziadziało nagrywając plumkanie, z drugiej – Sid Vicious się zaćpał i punk gasł. A ludzie chcieli czegoś więcej – i zaczęło się odrodzenie progresywnego grania. O Marillion nie będę pisał, bo nie ma sensu tworzenie kolejnych elaboratów o “Script for a jester’s tear”. Wielki Szkot i jego kumple byli najważniejszym zespołem tego czasu, ale bynajmniej nie jedynym.

Na uniwersytecie w Reading kilku panów skumało się przy okazji ówczesnego odpowiednika “Mam talent” (tylko że wtedy chodziło bardziej o muzykę, a nie show i żałosne padliny w jury). Koncerty, koncerty, koncerty – i znalazła się wytwórnia gotowa zaryzykować. Takie to były piękne czasy: nie dostawało się kontraktu za kręcenie dupą przed kamerą – trzeba było sobie wyrobić reputację koncertowych wymiataczy.

I w grudniu 1982 światło dzienne ujrzał debiutancki album Twelfth Night – “Fact and fiction“. Naokoło metalowa rewolucja, disco Madonna i punk mutujący w nowofalowe depresje – a TN  dają na początek płyty 10-minutowe “We are sane“. Stukanie na maszynie, gadane wstawki – i pomału rozkręcający się wokalista, który wyśpiewuje swoje obsesje o kontroli i odmóżdżaniu. Liryczny, a za chwilę wściekle wywrzaskujący kolejne frazy w rytm perkusji udającej chyba werbel podczas musztry. W jednym utworze lata więcej pomysłów niż niektóre “gwiazdy” nagrają przez całą karierę. A potem jest jeszcze lepiej.

“Human beings” nie tłucze takimi zmianami tempa i nastroju jak poprzednik, co bynajmniej nie oznacza że jest nudno. Znaczy: ludziom przywykłym do schematu zwrotka-refren-zwrotka-refren-solówka-refren mogą przeszkadzać gadane wstawki – ale ja osobiście lubię takie kombinowanie, bo to pomaga zbudować klimat. Zwłaszcza, jeśli ktoś wyśpiewuje zblazowanym lekko głosem, że “if everytime we tell a lie a little fairy dies, they must be building death-camps in the garden“.

This city” buduje sobie spokojnie klimat – znowu, żeby się w niego wczuć trzeba wsłuchać się w tekst, bo to zdecydowanie nie jest płyta do słuchania na siłowni. Niby nic się w tym utworze nie dzieje: ot, klawiszowy szum i chwilami wyeksponowana gitara – a wciąga. Potem tytułowe “Fact and fiction”: chyba w tym numerze najlepiej słychać w której dekadzie jesteśmy. Ja wiem, że taka była konwencja (albo wszyscy kupowali klawisze identycznie ustawione przez producenta) – ale przejścia w refrenie trącą dziś trochę myszką. Całe szczęście, że wokalne jazdy Manna nie schodzą poniżej pewnego poziomu.

Creepshow” to opus magnum płyty: podobnie jak otwierające “We are sane“, rozkręca się powoli – i znów wokalista przeskakuje od sielskiej melodyjki do cedzonej przez zęby wściekłości. Ewidentnie, nie podoba mu się miękki totalitaryzm pod maską wszechobecnej konsumpcji – prorok jakiś czy co? Muzyka oczywiście nie pozostaje w tyle – klawisze przeplatane z gitarą, czyli znak rozpoznawczy neo-progowych zespołów.

W ogóle zorientowałem się, że jakoś mało napisałem o instrumentach na “Fact and fiction“. Ale o czym tu pisać? Muzykiem nie jestem, więc nie mnie oceniać ich biegłość techniczną. Znakomicie budują klimat, melodie wciągają (choć do nucenia przy goleniu raczej żadna z nich się nie kwalifikuje)… Trzeba posłuchać i ocenić samemu.

I na koniec wyciszenie – “Love song“. Delikatna, spokojna i głównie akustyczna ballada – na tle poprzednich parudziesięciu minut, chwilami przeładowanych dźwiękami, takie łagodne zamknięcie idealnie kończy płytę.

Dream Theater “A Dramatic Turn Of Events”

September 28, 2011

Formalnie rzecz biorąc, Dream Theater funkcjonuje pod hasłem metal progresywny – i niżej podpisany ma z tym określeniem pewien problem. No bo progresywny sugeruje jakiś postęp, coś nowego… w porównaniu z czym? Ta płyta to nie jest “Wish You Were Here“, to nie jest “Blood Inside” czy nawet “Images and Words“… Ot, przyzwoite metalowe granie o poziomie kombinowania wyrastającym ponad “yeah, baby, love” i długaśne solówki pseudo-uduchowionych ciot.

Cholera, złośliwie wyszedł mi ten początkowy akapit – a przecież ta płyta mi się podoba. Na ostatnich kilku albumach Dream Theater leciał regularnie w jakieś dziwne klimaty. Jak nie zrzynanie z Muse, to napadało ich na udawanie, że są Metalliką – a że znam i lubię dokonania obu “oryginałów”, męczyły mnie takie wstawki straszliwie. Wieść gminna niesie, za większość tych odjazdów odpowiedzialny był perkusista i spiritus movens zespołu Portnoy.

Ale nadszedł rok 2010 i pokłócony z kolegami Portnoy zabrał swoje zabawki. Pozostali wzruszyli kolektywnie ramionami, nie błagali go o powrót tylko znaleźli następcę i weszli do studia. Efekt? Zaskakująco dobry.

Przede wszystkim, styl się uprościł. To znaczy: to dalej jest Dream Theater, więc nie ma utworów trwających poniżej pięciu minut, partie instrumentalne muszą potrwać (czytaj: klawisze i gitara mają czas się wyszaleć i posprzeczać), a refreny nadawać się do nucenia pod nosem przy goleniu. Ale wreszcie (znowu?) słuchając ma się wrażenie, że wszystkie te popisy są po coś, jest tu jakiś temat przewodni – czego niestety na poprzednich paru płytach bardzo brakowało.

“On the backs of angels” promowało płytę i jest to niezły wybór: powoli rozkręcający się wstęp, instrumentalny łomot w środku, zwolnienie na refren. Potem “Lost not forgotten” – piękny przykład jak wziąć łagodne klawisze, perkusję rodem z klasyki thrashu, rozpędzony refren – i zrobić z tego świetne 10 minut, które nawet na chwile nie nudzą. Skoro to album Dream Theater, to musi być też coś na zapalniczki i koncertowe chórki: i w rzeczy samej, “This is the life” snuje się powoli, budując klimat. Poprawnie, ale bez rewelacji.

Siłą Dream Theater zawsze było łączenie instrumentalnych szaleństw z “wpadalnością” w ucho – na nowej płycie słychać to świetnie w drugiej połowie. Najpierw “Bridges in the sky”: chór, plumanie, szmery i nagle łomocąca perkusja na tle gitarowego huku (po którego górnych rejestrach skaczą sobie klawisze)…

A potem najjaśniejszy jak dla mnie punkt tej płyty: “Outcry”. Podniosły wstęp, znowu gitarowa ściana dźwięku – a potem budowanie napięcia do chóralnego refrenu. Tekst pod klimat: rewolucja, wolność… Do tego najlepsze instrumentalne partie na całej płycie – przynajmniej od czasu “Train of thought” nie słyszałem tak ciekawie rozpisanych partii gitary, basu i klawiszy, które płynnie skaczą między tonacjami i sobą nawzajem. Balladę “Beneath the Surface” panowie z DT mogli sobie spokojnie podarować. No, ale ze szlachetną cnotą umiaru ten zespół ma problemy nie od dzisiaj.

Z zachowaniem proporcji, Dream Theater przeszli muzyczną drogę troszkę taką jak Beatlesi, którzy zaczęli od “Love me do”, potem przemaszerowali przez Sierżanta Pieprza, by na koniec nagrać “Get Back”. Podobnie z DT: era ich największych sukcesów to połączenie metalu z kombinowanymi melodiami (rock progresywny trafia pod strzechy), potem polecieli w rozmaite udziwnienia, gotyckie chóry – a teraz wrócili do korzeni. Nie ma tu świeżości  “Pull me under”, po prostu muzycy wracający z manowców na ścieżkę, po której wiedzą dokąd iść.

Wygląda na to, że najpopularniejszy progmetalowy zespół ostatnich dwudziestu lat wrócił – i to w naprawdę świetnym stylu.

John Grant “Queen of Denmark”

May 27, 2011

Nie da się powiedzieć żeby to była miłość od pierwszego odsłuchania: usłyszałem “Marz” w radiu u Piotra Kosińskiego i owszem, nawet sympatyczne to był0 (zwłaszcza te rozbiegane klawisze na początku) ale żeby jakieś trzęsienie ziemi? Przypuszczam, że wątpię.

Ale circa tydzień później DJ Kosiak puścił “Where dreams go to die” i odpadłem: niby nic odkrywczego – głos, pianino, delikatne smyczki – ale jakoś nie chciało się toto odczepić. Troszkę szukania i okazało się, że “Queen of Denmark” (tak się solowy debiut pana Granta nazywa) pozamiatało większość plebiscytach w miejscach, gdzie wrażliwość słuchaczy nie kończy się na Lady Zgadze.

Co tu mamy? Bardzo różne klimaty: czasami lirycznie jak w “Where dreams go to die“, a za chwile absurdalne słowne gierki (i takiż teledysk) przy dźwiękach “Chicken bones“.

Słychać Simona i Garfunkela: głos nie aż tak “anielski”, ale podobna wrażliwość. Jeff Buckley, choć cokolwiek mniej depresyjny (ale to może być kwestia barwy głosu). Ja tu słyszę Nicka Drake’a: siedzi sobie facet z gitarą / pianinem i w minimalistycznej formie smęci. Ale jak cudownie smęci! Takiej płyty nie da się słuchać z doskoku, nie idzie z niej wykroić radiowego brzęczka albo dzwonka na komórofon – tu trzeba siąść, wczuć się w klimat, najlepiej sącząc dobre wino.

Stare zgredy w rodzaju niżej podpisanego pamiętają jeszcze taki zespół Alan Parsons Project. Nie żeby John Grant leciał w syntezatorowe klimaty w stylu lat 80tych, ale cudowne harmonie w refrenach aż się proszą o takie porównanie. Co ciekawe, chociaż pan Grant nie jest Pavarottim, potrafi sam pociągnąć łagodnie wciągającą melodię – troszeczkę tylko pomagają mu skrzypce. Wyczytałem, że ten typ głosu to baryton: no więc baryton JG to jeden z mocniejszych punktów “Queen of Denmark”.

Osobny temat to teksty: bez wjeżdżania w jarmarczną psychologię spod znaku “co poeta miał na myśli”, powiedzmy że pan Grant postanowił na tej płycie egzorcyzmować siedzące mu w głowie demony. Nie bez znaczenia jest fakt, że JG jest gejem, który dorastał w dusznawym miasteczku gdzieś we “flyover country” (ewentualnie  świrem wyciągającym z Biblii błędne wnioski – jak ktoś śpiewa “Jesus hates faggots” to albo ma dystans do siebie, albo jest psychopatą – a na takowego sympatyczny brodacz nie wygląda).

Rozmaitej maści lewicowi pomyleńcy doszukaliby się tu pewnie manifestu gejowskiej sztuki – ewidentnie nikt im nie powiedział, że muzyka nie dzieli się na hetero/bi/homo tylko na dobrą i złą. A jaka jest ta płyta? Bardzo, bardzo dobra. Używki, poczucie osamotnienia, lęki wrażliwego faceta… Mogło z tego wyjść ponure cierpiętnictwo, a zamiast tego mamy pogodną, trochę smutną, trochę ironiczną płytę, na której z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywa się nowe smaczki.

W moim prywatnym rankingu “Queen of Denmark” to muzyczne odkrycie wiosny 2011: raptem rok po premierze to – jak na mnie –  i tak całkiem szybko….

PS. Oczywiście w zalanych badziewiem sklepach muzycznych nie idzie tej perełki znaleźć, ale dzięki Bogu za sklepy internetowe: 

http://www.bellaunion.com/index.php/site/news/queen_of_denmark1

PS2. Miałem napisać że warto tej płyty posłuchać, ale Misza zagroził sankcjami jak jeszcze raz użyję tego zwrotu…


Seweryn Krajewski “Jak tam jest”

March 17, 2011

Jak człowiek troszkę po tym świecie pochodzi, to niezależnie od wszelkich okoliczności spotka go kilka rzeczy: trochę przytyje, zrobi się bardziej cyniczny, mniej mu się będzie chciało przejmować… I poogląda sobie, jak ludzie kiedyś godni szacunku coraz mniej na ten szacunek zasługują.

Świetnym przykładem na to, że czasem bohaterowie żyją za długo, jest galeria klasyków polskiego rocka. Kora, Markowski, Hołdys, Lipiński, Waglewski: jednym mózg wyżarła wóda, innym grzybki, jeszcze inni rozmienili talent na drobne i robią za propagandzistów wspierających jedynie słuszną opcję…

I jest jeden z nielicznych wyjątków od tej reguły: Seweryn Krajewski

Facet, który nie musi już robić absolutnie nic, bo miejsce w panteonie polskiej muzyki XX wieku i tak ma zapewnione: można jego kompozycje lubić albo nie, ale statusu kanonu nikt im nie odmówi. Do przebojów Czerwonych Gitar trzeba doliczyć drugie tyle klasyków z muzyką Krajewskiego, które nagrywali inni wykonawcy (od Maryli Rodowicz po Piaska).

Jego muzyka to tak naprawdę zbiór standardów – sporo ludzi uczy się grać na jego kompozycjach, czasem pewnie nawet nie wiedząc że zawdzięczają ich istnienie otwockiemu samotnikowi.

I ten brak ciśnienia się czuje: płyta spokojnie sobie płynie, Krajewski śpiewa pogodne wersy o życiu, do ciepłych, przyjaźnie wpadających w ucho melodii. Raczej nie usłyszycie tej płyty w radiu czy telewizji, ale szczerze: wyobrażacie sobie “Kiedy mnie już nie będzie”  czy “Kołysankę dla okruszka” oceniane przez wypudrowaną dzicz zasiadającą w jury takich pereł kultury jak “Bitwa na głosy” czy “X Factor”? Ja też nie… W głównym nurcie mediów tryumfuje prawo Kopernika-Greshama i nic nie wskazuje na rychłą zmianę tego stanu.

Ale wpadłem na chwilę w ponurość i o mało co zapomniałbym o sporym pozytywnym zaskoczeniu na “Jak tam jest”: tekstach Andrzeja Piasecznego. Facet, którego kojarzyć można głównie z, hm, zmiennej jakości popem w ostatniej dekadzie (a młodzi inaczej, tacy jak ja, mogą jeszcze pamiętać zespół Mafia) napisał naprawdę dobre słowa do muzyki Krajewskiego: zgrabna polszczyzna, bez przekleństw, bezpretensjonalne, lekkie… Ja wiem, że to powinna być norma: ale w dobie Feel i Dody, normalność staje się osiągnięciem.

Jak spora część twórczości Krajewskiego płyta jest troszkę smutna, odrobinę melancholijna… Nie żeby tłuc słuchacza po głowie depresją i psychozą a’la wczesny Cave: bardziej klimat typu masz wolny dzień, nic cię nie goni, więc wreszcie możesz sobie podumać – i czasem ci od tego radośnie, a czasem wręcz przeciwnie. Smutek, ale jednocześnie ciepło: z okładki “Jak tam jest” Seweryn Krajewski patrzy trochę spode łba, ale już w dołączonej książeczce z tekstami uśmiecha się pod nosem.

Co słychać na tej płycie? Oczywiście przede wszystkim słychać Krajewskiego: mogą się zmieniać muzyczne mody, style i co tam jeszcze, ale ten Głos pozostaje ten sam. Wpadające w ucho refreny, charakterystyczny timbre – jeśli ktoś ma choć cień pojęcia o polskiej muzyce ostatniego półwiecza, nie idzie tego głosu pomylić z nikim. Dużo gitary akustycznej, sporo smyczków w tle: jeśli kojarzycie późne płyty Gordona Haskella, to mniej więcej taki klimat się unosi w powietrzu.

Muzycznie obaj panowie są dość odlegli, ale nowa płyta Seweryna Krajewskiego skojarzyła mi się z “Unearthed” Johnny Casha: panoszą się smarkacze bez jednej oryginalnej nuty, pusząc jakby co najmniej napisali nowe “Smoke on the water” i “Enter sandman” razem wzięte – a potem wychodzi sześćdziesięcioletni szpakowaty pan i pokazuje pozerom, gdzie ich miejsce. I nawet się przy tym specjalnie nie męczy.

Stylowy, elegancki pop: wbrew sączącej się z mediów papce, to jest możliwe. Każdy choć trochę wrażliwy człowiek potrzebuje od czasu do czasu wysmucić smutki – i ciężko znaleźć do tego lepszą muzykę niż “Jak tam jest”.

FFWW: The King’s Speech

March 6, 2011

Po co komu monarchia? W dzisiejszych czasach – przynajmniej w poważnych krajach typu Holandia czy Wielka Brytania, nie sztucznych tworach typu Belgia – to jakaś dziwaczna hybryda: z jednej strony atrakcja turystyczna (vide: zmiana warty przed pałacem Buckingham), z drugiej – proteza narodowej tożsamości (co właściwie zostanie z holenderskiej tożsamości gdyby amputować Queensday i kolor pomarańczowy)…

Ale jest jeden – nie żeby rozstrzygający, ale na pewno mocny – argument na korzyść monarchii: inspiracja, której dostarcza artystom.

I nawet nie trzeba już sięgać po Szekspira (którego pierwsze dramaty były tak naprawdę genialnie napisaną, ale jednak propagandą) – bo i “The Queen“, i “The last emperor“, i “Madness of king George“, i “Mrs Brown“… A teraz “King’s Speech”. Obsypane Oskarami, otrąbione we wszystkich możliwych mediach (w każdym razie tych, w których dział “kultura” obejmuje coś więcej, niż plotki z magla o polskich, pożal się Boże, celebrytach). I o co ten cały hałas?

Książę Yorku Albert się jąka: nie zacina, nie mówi powoli – jąka się jąkaniem absolutnym. Otwierająca film scena przemówienia zamykającego jakiś tam spęd na kortach Wimbledonu pokazuje jak poważny jest problem: wysokiego, dobrze prezentującego się faceta nerwy redukują do przestraszonego strzępka, który duka do mikrofonu.

Bogiem a prawdą, Albert ma pecha jeśli chodzi o moment historyczny, w którym przyszło mu się udzielać publicznie. Dekadę wcześniej radio było eksperymentalnym wynalazkiem znanym w wąskich kręgach, więc jeśli prezentowałby się dobrze w mundurze i nie spadał z konia, powinno wystarczyć. Dekadę później można by inaczej zmiksować dźwięk, edytować audycję w czasie nieomal rzeczywistym – ale mamy końcówkę lat 20tych i każde wymęczone zdanie leci w eter dokładnie w takiej formie.

Można by powiedzieć: phi, kogo obchodzi jakiś błekitnokrwisty obibok? I tu wielka zasługa Colina Firtha, dzięki któremu zaczynamy kibicować zmaganiom “Bertie’go” z własną słabością: kiedy próbuje wydusić coś ze sparaliżowanego strachem gardła, kiedy wrzeszczy, kiedy załamany własną słabością płacze… I kiedy wreszcie odnajduje w sobie Głos: ten głos, którego – w charakterze symbolu – potrzebuje ruszająca właśnie na wojnę Wielka Brytania.

Ale nie byłoby finałowego tryumfu i zagrzewającej Brytyjczyków mowy gdyby nie druga połowa aktorskiego duetu czyniącego z “King’s Speech” ucztę dla każdego kinomana. Lionel Logue to niespełniony aktor dorabiający jako specjalista od zaburzeń mowy: nie ma tytułu, kwalifikacji, ani certyfikatów – ma za to praktyczne doświadczenie. Zatrudniony do pomocy australijskim żołnierzom wracającym z frontu, przeprowadził wielu z nich z koszmaru wojny do normalnego życia. Fizjoterapia, logoterapia: a tak naprawdę psychoterapia…

Bardzo ważne są tu australijskie korzenie granej przez Geoffreya Rusha postaci: Logue bimba sobie na konwenanse, nie szanuje lęków swojego pacjenta / klienta i włazi z butami tam, gdzie każdego Anglika powstrzymałyby maniery. Chce pomóc Albertowi, ale na swoich własnych warunkach: a “Bertie” z początku się broni, chowając za sztywny pancerz rytuału.

Nie żeby miał jakieś szczególnie wysokie mniemanie o arystokracji: bezpośredniość Logue’a razi go, bo tak się po prostu nie robi, tak samo jak nie siada się na królewskim krześle w kaplicy (nawet jeśli inni wydrapali tam inicjały, to nadal święta tradycja bla bla bla)…

Ale Albert jest nie tylko wytresowanym produktem swojego otoczenia – jest też inteligentnym człowiekiem, który widzi (a właściwie: słyszy), że kontrowersyjne metody australijskiego aroganta działają i przynoszą efekty. A komu zawdzięcza ich pierwsze spotkanie?

Swojej wspaniałej żonie Elżbiecie, tu mającej twarz Heleny Bonham – Carter. Na ogół kojarzyłem tę aktorkę albo z romantyczną egzaltacją a’la James Ivory, albo z malowniczą szajbą (typu “Sweeney Todd”). A tu? Cudowna kobieta, akceptująca swojego męża razem z jego jąkaniem i chwiejnym poczuciem własnej wartości: chwilami wierzy w Alberta bardziej, niż on sam wierzy w siebie.

Angielski jąkający się arystokrata i wygadany australijski “człowiek słowa” z plebsu: gdyby nie Elżbieta, ci dwaj ludzie nigdy by się nie spotkali, Albert pewnie dalej panikowałby na widok mikrofonu, Brytyjczykom mogłoby zabraknąć symbolu – a my, widzowie A.D. 2011, bylibyśmy skazani na debilne komedie romantyczne.

Czy film jest wierny przekazom historycznym? O tyle o ile: zgadzają się główne postaci dramatu i ich działania, natomiast co do reszty… Przypomina się anegdota o Aleksandrze Dumas, który na zarzut gwałcenia w swoich powieściach prawdy historycznej odparł “ale za to robię jej ładne dzieci!“.

I w rzeczy samej, dziecko jest ładne, więc skupmy się może na tej urodzie (a kto ciekaw, niech doczyta sobie listę nieścisłości). Film jest świetnie sfotografowany: tonąca we mgle londyńska ulica, paskudne ściany gabinetu Logue’a, ociekający luksusem pałac Buckingham… Każde z tych miejsc ma swój niepowtarzalny klimat dyktujący co dzieje się między postaciami – nawet typowe angielskie oberwanie chmury ma swoją funkcję i nie jest wstawione sobie a muzom.

Film opowiada o zderzeniu dwóch warstw społecznych w relacji  pacjent – lekarz i dotyczy zaburzeń mowy, a kręcą go Brytyjczycy: więc oczywiste jest, że mamy do czynienia ze znakomitymi dialogami. Inteligentny humor? Prawdziwi ludzie zamiast papierowych klisz? Drugie dno banalnych, wydawałoby się sytuacji? Wszystko jest.

Strasznie mnie to samego zdziwiło, ale w paru momentach autentycznie się na “King’s speech” wzruszyłem. Problemy osób jąkających się znam tylko z relacji, bo mnie samego to ominęło: ale każdy, kto zmagał się kiedyś ze zżerającą go słabością, może znaleźć coś znajomego w Albercie. Co szczęśliwsi spotkali swojego Logue’a – i, co może ważniejsze, swoją Elżbietę.

Tytułowe przemówienie to mowa, którą 3 września 1939 wygłosił – wtedy już nie książę Yorku Albert, tylko król – Jerzy VI. Długi korytarz, przez który umundurowany Colin Firth idzie jak na własną egzekucję, a my maszerujemy do ciasnej pakamery razem z nim. Czerwone światełko mruga ostatni raz, przekaz rusza: i ścisk w gardle uświadamia człowiekowi nagle, jak bardzo się wczuł.

Dla takich momentów warto chodzić do kina. Naprawdę warto.

Black Country Communion “Black Country”

February 20, 2011

Z zasady podchodzę do tzw. supergrup jak pies do jeża: eufemistycznie rzecz ujmując, efekty działalności takowych są dość mieszane. Pomijając ewidentne skoki na kasę, co dobrego może wyjść z zebrania czterech gwiazd w jednym studiu? Bardzo często, niestety, chałtura i odbędnienie dwóch refrenów z trzema solówkami i tyle.

W ciągu ostatnich paru lat różnie bywało: z jednej strony przereklamowane i przekombinowane granie ludzi uchodzących za speców od “prostego rocka”, czyli debiut Them Crooked Vultures – a z drugiej piękna, przejrzysta płyta bez dłużyzn w wykonaniu facetów kojarzonych na ogół z rockiem symfonicznym w postaci nowego albumu Transatlantic, czyli “Whirlwind“.

No i rzecz – w miarę, bo mówimy tu o wydawnictwie z jesieni 2010 – najnowsza, czyli Black Country Communion. Co słychać u czterech facetów z dwóch stron Atlantyku? No przede wszystkim oczywiście słychać lata 70te, co z uwagi na ich korzenie raczej nie dziwi.

Glenn Hughes pracował chyba ze wszystkim świętymi klasycznego hard rocka / metalu i to się daje odczuć: czasem jest sabatowy łomot, czasem purpurowe dialogi gitary z klawiszami… Ale bez zrzynek: płyta brzmi jakby Hughes zastanowił się jakie są najlepsze patenty, których nauczył się od lat 70tych, oczyścił je ze zbędnych ozdobników i powstawiał do kolejnych kompozycji – na luzie i bez wysiłku.

Jason Bonham ewidentnie odziedziczył po swoim słynnym ojcu więcej niż nazwisko – swoją drogą szacunek dla faceta, który będąc synem najsłynniejszego rockowego perkusisty XX wieku postanowił pójść w tę samą stronę.

Derek Sherinian ma podobno ksywę “Kaligula klawiszy” i kto kiedyś widział jego występ, przypuszczalnie zgodzi się z tą oceną: na solowych płytach jest szaleństwo, improwizacja, zmienianie instrumentów i ogólnie: show. A tutaj? Dyscyplina, klasyka i powrót do korzeni.

No i najsłabiej znany – przynajmniej niżej podpisanemu – człowiek w całym składzie, czyli Joe Bonamassa. Ze wszystkich członków kwartetu jemu chyba najbliżej do bluesa, i to się proszę państwa czuje. Facet bluesa czuje, umie grać i nie jest mu obca wspaniała cnota umiaru: wie kiedy przyciąć, a kiedy wycofać się i dać pograć kolegom.

Piszę o poszczególnych muzykach, bo zawartość płyty jest cokolwiek tradycyjna: zwrotka,  refren, solówka – kto szuka nowatorskich rozwiązań kompozycyjnych, raczej się zawiedzie. Ale umówmy się: nie o awangardę  tu chodzi, tylko o prawdziwy, mięsisty rock. Osadzony w tradycji, ale rozumiejący że mamy XXI wiek.

Moi faworyci? Na pewno “Medusa” z fenomenalnym dialogiem czterech instrumentów w środkowej partii – ze wskazaniem na fantastyczne bębny Bonhama. Pulsujące “One Last Soul“, ze skaczącym tempem i trzymającym numer w ryzach basem Hughesa.

Takie rozbieranie na części nie bardzo ma sens: jak mawiał inspektor Rebus, dobry album to coś więcej niż suma części składowych – i takie, w rzeczy samej, jest “Black Country”…

Kto by pomyślał, że kilku weteranów może się zebrać i stworzyć coś tak świeżego i naładowanego energią? Dobrze mi ta płyta pasuje do pomalutku zaczynającej się za oknem wiosny: też jest radosna, energetyczna, surowa i chropowata…

Warto. Naprawdę warto.