Archive for the ‘Holandia’ Category

Idiom na dziś: ass backwards

March 11, 2011

Zabawne, że pomimo różnic kulturowych, pewne mechanizmy działań lewactwa są dokładnie takie same – niezależnie od szerokości geograficznej. Im lepiej wiedzie się tzw. ludziom pracy (w domyśle: nisko opłacanym, bo ci lepiej sytuowani to jakiś, panie, podejrzany element), tym głośniej lewica wrzeszczy o wyzysku i domaga się troski o proletariat. To że obiekt zainteresowania ma w dupie taką troskę i wcale nie chce być ofiarami przemian tylko woli dołączyć do zamożnych, to już nikogo zdaje się za bardzo nie obchodzić.

Inny przykład? Czarni w USA: im więcej rząd federalny ładuje pieniędzy w programy pomocowe dla murzynów, tym bardziej działacze czarnych organizacji protestują przeciwko rasizmowi. Wprawdzie raz na jakiś czas zdarzy się głos rozsądku w rodzaju Loisa Farrakhana, ale w zestawieniu z większością aktywistów, szef Narodu Islamu to wyjątek.

No i oczywiście mniejszość uniwersalnie uciskana, czyli geje. Z jednej strony chcą, by ich widziano (a to raczej implikuje  patrzenie, chyba że ktoś przedawkował “Małego Księcia”):

z drugiej – podnoszą straszny raban, kiedy jakiś wieprz opisuje swoje fantazje. To w końcu są ludźmi takimi jak wszyscy (więc po co im specjalne festiwale “różowego” kina):

czy jednak są inni – i trzeba po prostu przyjąć ich odmienność do wiadomości? Nie wiem, jak tę sprzeczność rozstrzygnąć i chyba mało obchodzi w takich sprawach logika.

Jak by jednak nie było, odmienni czy tacy sami, różowi działacze – jak na lewaków przystało – są bardzo skuteczni w wyciąganiu na działalność dotacji i promowaniu swoich idei za kasę podatników. Na gruncie ojczyzny tolerancjuszy Holandii, pięknym przykładem jest COC: organizacja powołana do obrony praw LGBT (lesbijki, geje, biseksualiści i osoby międzypłciowe – nie wiem jak lepiej przełożyć “transgender”).

Promują, pokazują, zachęcają – i co? I cały pogrzeb na nic. W północnej Holandii, która – jak dowodzą każde kolejne wybory – jest matecznikiem lewicy, socjaldemokracji i całej reszty tego postępowego tałatajstwa – połowa ankietowanej młodzieży uważa, że z homoseksualizmem jest coś nie tak (w myśl zasady “Węgrzyny wszystkich krajów, łączcie się”, opinie są bardziej spolaryzowane na temat gejów niż lesbijek).

A jakie wnioski wyciągają z tak spektakularnych dowodów na klęskę swoich metod towarzysze homosie? Oczywiście uznają to za dowód, że problem homofobii jest bardzo poważny i konieczne są dalsze nakłady na prewencję (w tłumaczeniu na polski: schylaj się po mydło, podatniku). Coś jak z pełnomocnikami do spraw walki z bezrobociem czy dyskryminacją: muszą walczyć ze złem, przeciw któremu zostali powołani (żeby się wykazać i uzasadnić pensje) ale bez przesady, bo jeśli im się uda, przestaną być potrzebni. Wot paradoks: miarą twojego sukcesu jest to, że przestajesz być potrzebny.

Na różowych nie pomaga zdrowy rozsądek, tłumaczenie – może nadchodząca wielkimi krokami druga fala obecnego kryzysu zmiecie takich naciągaczy, bo po prostu nikogo nie będzie stać na głupoty? Ech, marzenie ściętej głowy…

Advertisements

Multi kontra kulti

January 18, 2011

Ja wiem, że nie wypada rechotać, że o naszych starszych “braciach” w wierze mówić należy wyłącznie w postawie klęczącej – ale nic na to nie poradzę, że jojczenia na temat antysemityzmu wywołują u mnie głównie rozbawienie. W odmianie polskiej, złość przedstawicieli wyznania handlowego skierowana przeciw gojom (nie uznającym ich statusu ludu wybranego –  nie bardzo wiadomo do czego) skupia się na kościele katolickim: a to czciciel płonącej stodoły wyda nowy zestaw bajek dla dorosłych, a to znów biskupi wprowadzą – ani chybi w celu urozmaicenia liturgii – Dni Judaizmu (wiadomo: pojednanie, dialog, Jedwabne, największa tragedia w historii galaktyki, skrucha za ksenofobię, Jedwabne, odszkodowania za mienie, Jedwabne, dialog i pojednanie, starsi bracia, PAW PANORAMICZNY)…

Ten pakiet jest sprawdzony i przetestowany: wygenerować poczucie winy, wydusić benefity – a potem jest już z górki. Ale co zrobić w krajach, gdzie kościoła de facto nie ma, albo jest kierowany przez ludzi jeszcze bardziej postępowych niż TW “Filozof”? No bo weźmy taką Holandię: jeśli chodzi o przeszłość z czasów przed multi-kulti, standardowy Holender właściwie od małego nauczony jest, że ma przepraszać za dyskryminację, rasizm i prześladowanie, którego dopuszczali się jego przodkowie.

Podczas II WŚ mieszkańcy Niderlandów nie wykazali się, mówiąc oględnie, przesadnym heroizmem – i wprost proporcjonalnie do odczuwanego kaca moralnego, traktują dom Anny Frank jak świętość (na tyle, na ile możliwe są świętości w społeczeństwie ufundowanym na relatywizmie i “tolerancji”). W zeszłym roku – o matko! – spróchniało i padło stojące przed domem drzewo, które Anna opisała w swoim pamiętniku.

Lewicowi dziennikarze (czyli większość) jęczeli i załamywali ręce jakby co najmniej umarł im ktoś z rodziny. Ci sami dziennikarze, zatroskani o żydowskie dziedzictwo, nawalają równocześnie na Izrael – uznając go za zło wcielone i główne zagrożenie dla pokoju na świecie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że tutejsza “prawica”, czyli Geert Wilders, to największy filosemita po tej stronie Drogi Mlecznej – a że Wildersem lewica straszy swoje dzieci (w każdym razie – te, które uniknęły jakimś cudem skrobanki), więc przez indukcję Izrael też jest “be”.

Pisałem o tym w kontekście turbaniarzy i ciepłych braciszków: próbując dogodzić wszystkim mniejszościom naraz, Holendrzy władowali się w ślepą uliczkę. Ponieważ wyznawane przez różnych pieszczoszków lewicy wartości (o ile, patrząc na gejów i muzułmanów, można zestawiać Koran z seksem analnym) są wzajemnie sprzeczne, siłą rzeczy rodzi to konflikty. Chcąc dogodzić gejom, człowiek naraża się muzułmanom; chcąc wyrazić troskę o Palestyńczyków podpada człowiek Żydom – a znowuż troszcząc się o Żydów, naraża sie muzułmanom (w ogóle turbaniarzom narazić się nie jest trudno)…

Znak czasów, proszę państwa: jeszcze dwadzieścia, trzydzieści  lat temu diatryba o holenderskim antysemityzmie poskutkowałaby atakiem – przynajmniej pozorowanej – skruchy. A teraz? Tak zwana milcząca większość równo zlewa żydowskie roszczenia do wyjątkowości.

Ciekawe co zrobią, jak nowymi “wybrańcami” zaczną się głośno mienić ciapiaci.

Zabierz dziadkowi respirator

August 12, 2010

Jak oświeciła mnie kiedyś moja holenderska znajoma, dwa filary tożsamości Krainy Wiatraków to tolerancja i relatywizm – czyli róbta co chceta, pod warunkiem że chceta być liberalni i postępowi (albo jesteśta muzułmanami –  ale o tym kiedy indziej). Przez sporą część ubiegłego tygodnia po Amsterdamie paradowali w różnych okolicach i konfiguracjach sodomici, media (włącznie z telewizorkami w tramwajach) bębniły jak to w Amsterdamie jest sielsko i tolerancyjnie (w przeciwieństwie do Warszawy, Zagrzebia, Moskwy i Mińska), tylko czekać aż statek aborcyjny “Aurora” znowu ruszy w rejs… No ale jak uaktywnia się Eros, to wiadomo: Thanatos nie może być daleko.

I w rzeczy samej, skoro głośno jest w kontekście tolerancji o gołej (owłosionej, niestety) dupie, to musi być też coś o umieraniu: uaktywniła się znowu organizacja NVVE (w wolnym tłumaczeniu: holenderskie zrzeszenie na rzecz dobrowolnego zakończenia życia). Eutanazja jest obecnie dostępna we wszystkich holenderskich hospicjach, ale zdaniem NVVE istniejąca obecnie sytuacja narusza prawa człowieka. Działacze chcą rozszerzenia dostępu zabiegu tak, aby możliwość skorzystania mieli też chorzy na demencję, Alzheimera i przewlekłe zaburzenia psychiatryczne (a, jeszcze osoby uważające swoje życie za “spełnione”).

No i w tym momencie robi się zimno – przynajmniej niżej podpisanemu. Nie jestem lekarzem, ale zakładam, że kiedy czują się lepiej, chorzy na Alzheimera są w stanie świadomie podjąć decyzję o poddaniu się eutanazji. Mam spore wątpliwości, czy ta sama uwaga stosuje się do osób cierpiacych na demencję: ale na miłość boską, chorzy psychicznie? Ja rozumiem oczywiście, że Europą rządzą socjaliści w wersji czerwonej i mnóstwo zielonych ekologó – skąd już niedaleko do koloru brunatnego – ale propagować uwerturę do powtórki z akcji T4?

Chociaż jak się tak chwilę zastanowić, jest w tym pewna logika: systemy emerytalne państw Europy Zachodniej trzeszczą w szwach, ludzie żyją coraz dłużej i pracują coraz mniej. Wystrzelać nie bardzo można, ale propagować rozwiązania humanitarne? Przecież to troska o cierpiących… Jako patrona akcji proponuję Philippa Bouhlera:

Antysemityzm – kumulacja, reaktywacja i rewelacja

August 4, 2010

Ciapiatych zaczęto sprowadzać na piękną holenderską ziemię pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, a kawiarowi komuniści już A.D. 2010 zrozumieli, że Żydzi i Arabowie nie przepadają za sobą. Gwałtu rety, antysemityzm! Chociaż w sumie to mówimy o wzajemnej nienawiści dwóch ludów semickich, więc zwykły antysemityzm (kiedy Żyd nie lubi goja) to za słabe określenie… Trzeba będzie stworzyć coś nowego.

No ale ciapiaty ciapiatemu nierówny – i poseł Ahmed Marcouch z PvdA (takie tutejsze SLD – minus komunistyczny beton), z pochodzenia Marokańczyk, odczuwa wstyd. Straszliwe to uczucie trawiące śniadą pierś deputowanego wzięło się z nakręconego ukrytą kamerą reportażu, na którym amsterdamski rabin idzie przez marokańską dzielnicę, a nastoletni żule chcą na jego widok zamówić pięć piw. Jako że takie zjawiska świadczą o podnoszeniu łba przez potworną hydrę antysemityzmu, zarazę należy wyplenić w zarodku. Proponowany sposób: wysyłanie w teren funkcjonariuszy udających Żydów, którzy aresztują każdego marokańskiego nazistę stającego im na drodze.

Rzecz jest o tyle perspektywiczna, że w przeszłości amsterdamska policja wysyłała w teren patrole policjantów udających gejowskie pary – oczywiście w celu zwalczania przemocy wymierzonej w ciepłych braciszków. Tak się niestety składa, że ciapiaci to obrzydliwie konserwatywni i zaściankowi ludzie – i za kochającymi inaczej nie przepadają. Skutek może być taki, że policjant udający geja zostanie pobity przez swojego kolegę z komendy, który udaje Araba (więc musi podtrzymać kamuflaż aby uwiarygodnić się przez Mustafą i Abdelem)…

Może jakieś reality show?

Depresja bankiera

April 22, 2010

Że nowa religia pod tytułem “walka ze zmianami klimatu” się rozpowszechnia, to mniej więcej wiadomo – są wyznawcy stateczni, są młodociani fanatycy, ba! jest nawet filmowa ewangelia “Al Gore: The Movie” (serdecznie pozdrawiam Woja, który jest autorem tego tytułu)… Spójności w tych wszystkich spazmach tyle co kot napłakał: najpierw wrzeszczano o globalnym ociepleniu, potem o globalnym ochłodzeniu, teraz zła jest w ogóle każda zmiana – ciekawe, że ci sami ludzie, którzy protestują przeciw zmianie klimatu, masowo sikają po nogach ze szczęścia na widok Czarnego Mesjasza. Nie rzutuje to na fakt, że terror się upowszechnia: linie lotnicze proponują mi dopłatę do biletu (dzięki której zmniejszę skutki mojej emisji CO2), rządy handlują pozwoleniami na emisję tegoż CO2 (dorzynając przy tym – mniej zaawansowane technologicznie – gospodarki krajów rozwijających się), i ogólnie wkoło jest wesoło.

A teraz zaraza dotarła do świata finansów. I nie, nie chodzi o handel limitami na dymienie w powietrze (choć ciekawe: ile musiałyby pracować wszystkie europejskie fabryki żeby wyprodukować chmurę, którą islandzki wulkan o niewymawialnej nazwie wypluł w parę dni) – jeśli wierzyć wewnętrznemu biuletynowi dla pracowników banku, w którym w pocie czoła generuję PKB, moja macierzysta instytucja myśli o zatrudnieniu CGO –  Chief Green Officer – którego powinnością będzie dbanie o to, żeby ING było organizacją “carbon neutral“. Jeśli tak mądre decyzje podejmuje się w firmie, którą w 2008 ocaliło wsparcie finansowe z kieszeni podatników, to co musi się dziać w publicznych przedsiębiorstwach czy urzędach? Pełnomocnicy ds. łapania bryzy od kanału mnożą się pewnie szybciej, niż niektóre mniejszości na południe od Polski…

Dla wszystkich zdołowanych epidemią ekologicznej szajby – porcja zdrowego rozsądku z Antypodów.

I choćby przyszło Tysiąc feministek

December 6, 2009

Czego by nie mówić o lewicy wszelkiej maści, są konsekwentni – i raz osiągniętych zdobyczy nie oddadzą nigdy: dać im palec, to wezmą całą rękę (co dowodzi słuszności ich ideowego praszczura Cyrankiewicza, który sugerował odrąbywanie rąk podniesionych w niewłaściwym kierunku – w końcu ogień trzeba zwalczać ogniem). Nie wystarczy im wywalczenie prawa do aborcji w znacznie większej liczbie przypadków niż kiedyś, teraz trzeba jeszcze zmienić sposób myślenia tzw. opinii publicznej.

I nie chodzi tu bynajmniej o przepełnione kobiecością babochłopy z jednej strony czy ziejących miłosierdziem obrońców życia z drugiej – najważniejszy cel tej walki to milcząca większość, której zasadniczo wszystko zwisa kalafiorem. Nie musi akceptować, wystarczy że nie będzie protestować. Dość dobrze nadają się do tego celu wyroki sądowe: w końcu kto zaryzykuje przeczołganie przed niezawisłym sądem za jakiegoś potencjalnego dzieciaka, z którym nie ma nic wspólnego?

Wbrew nadziejom lewactwa, można oszukać i zawrzeszczeć na tym świecie parę rzeczy: zdrowy rozsądek, sumienie, demokratyczne procedury… Nie da się jednak, na szczęście, oszukać praw fizyki – jak świat światem, trzecia zasada dynamiki wciąż obowiązuje. Nic więc dziwnego, że podniesienie aborcji do rangi lewicowego sakramentu musiało w końcu wywołać reakcję: w zlaicyzowanej doszczętnie Holandii uaktywniła się w ostatnich latach organizacja “Schreuw om Leven” (krzyk o życie w tłumaczeniu moim – KPB). O ile w poprzednich latach był to raczej marginalny szum, o tyle w przyszłą sobotę SOL i CFT (“Chrześcijanie na rzecz prawdy”) wyruszą z marszem życia w centrum Amsterdamu.

No ale jak to tak: w demokratycznym, tolerancyjnym kraju mogą być promowane poglądy typu “aborcja krzywdzi kobiety”? Nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji! Na takie podnoszenie łba przez konserwatywną hydrę, ma się rozumieć, lewica pozwolić nie może – więc organizuje kontrdemonstrację. Nikt na razie nie próbuje zmieniać prawa, ograniczać czegokolwiek – ale feminazistkom, sprzymierzonym z antynazistami (co jest o tyle zabawne, że III Rzesza popierała szeroki dostęp do aborcji w krajach okupowanych) przeszkadza sam fakt, że ktoś ośmiela się głosić poglądy odmienne od obowiązujących. Cóż, typowa tolerancja w lewicowym wydaniu…

Pozytyw całej sytuacji jest jeden: holenderscy obrońcy życia wyszli wreszcie z głębokiej defensywy, do której dali się zepchnąć od czasu “rewolucji” ’68. To piewcy lewicowych wynaturzeń muszą reagować – a nie od dziś wiadomo, że najlepszą obroną jest atak. Miejmy nadzieję, że tendencja się utrzyma.

Dobra decyzja w sprawie złego człowieka

October 28, 2009

Eindhoven to niespecjalnie ciekawe miasto, składające się z w miarę znośnego deptaka w centrum, paru knajp, siedziby Philipsa i mnóstwa niczego poza tym. Nic specjalnego, ogólnie rzecz biorąc – ale ostatnio zaszła tam ciekawa sytuacja pokazująca jak na dłoni paradoksy, do których prowadzi napompowana sterydami tolerancja w wydaniu holenderskim.

Ponad ćwierć wieku, pewien mieszkaniec tego miasta o pedofilskich skłonnościach zwykł im folgować z nastolatkami bez pytania ich o zdanie – a że tolerancja w tym kraju dopiero się rozpędzała, został wysłany za kratki na następne ćwierć wieku z okładem. Ale czas szybko mija, dziarski sześćdziesięciolatek odsiedział swoje i chciał wrócić w rodzinne strony. Jak się pedofilom wlepia wyroki inne niż dożywocie lub kara główna, trzeba się liczyć z nieprzyjemnym faktem: kiedyś wyjdą i coś trzeba będzie z nimi zrobić.

Gmina Eindhoven postanowiła podrzucić ten problem komuś innemu i zakazała świeżo wypuszczonemu obywatelowi o alternatywnych gustach osiedlenia się w mieście (wiedzieli kto zacz, bo więzienia informują  burmistrzów o wyjściu przestępców seksualnych na wolność).

Zwolennik alternatywnych rozrywek poszedł do sądu, a ten uznał regulacje gminy za sprzeczne z holenderskim prawem – wprawdzie istnieje, co przyznał sam sędzia, ryzyko recydywy, ale to nie jest wystarczający powód, aby przerzucać faceta po kraju (a już argument burmistrza Eindhoven, że z uwagi na ryzyko odwetu mieszkańców nie może zapewnić świeżo swobodnemu bezpieczeństwa, zasługuje głównie na wyśmianie).

Holenderskie sądy, jak kazde inne, mają na swoim koncie pewną pulę orzeczeń kretyńskich, ale tu naprawdę trzeba pochwalić sędziego z Den Bosch: jeśli powiedziało się “A” (nie wieszamy ani nie kastrujemy gwałcicieli), to trzeba być konsekwentnym i dać szansę życia takiemu czlowiekowi, który odbył przewidzianą przez prawo karę. Nie możemy troszczyć się o jego prawa i chronić przed surową karą, równocześnie zamiatając problem pod stół gdy gwałciciel wyjdzie na wolność.

Nie wiem, czy aktualnie stosowana przez holenderskie sądy procedura jest właściwa – ale spójne podejście przed i po odsiadce to jedyna droga, jeśli Holandia ma być traktowana jak kraj cywilizowany. Dobrze, że ktoś to rozumie.

Jesienna deprecha (budżetowa)

October 11, 2009

Im dłużej patrzę na zachowania koronowanych głów w Europie – czy to w Zjednoczonym Królestwie, czy w Holandii – tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że eksterminacja rodów królewskich to jeden z lepszych pomysłów, na które wpadli przywódcy Rewolucji Francuskiej. Wprawdzie musimy czasem oglądać knoty w rodzaju filmu “Maria Antonina” (którym zachwycają się różne pretensjonalne idiotki), ale per saldo nie jest źle.

Jeden ze świeższych dowodów to debata, która odbyła się ostatnio w holenderskim parlamencie. Tutejszy następca tronu jest potwornie wymęczony  swoimi obowiązkami – w końcu płodzenie dzieci, machanie na paradach i spotykanie się z różnymi ważnymi ludźmi to zajęcia naprawdę wyczerpujące – więc postanowił sobie wybudować wakacyjną rezydencję w Mozambiku. Warty miliard euro projekt ma przynieść – oprócz ulgi wycienczonemu Willemowi – także rozliczne pożytki okolicznej populacji, bo w pakiecie jest także szkoła i szpital.

I wszystko byłoby pięknie (posiadanie wypoczętego i uśmiechniętego następcy tronu to niezbywalne prawo każdego mieszkańca Niderlandów), gdyby nie dwa drobne problemy. Po pierwsze, uporczywie pojawiają się doniesienia o wywłaszczanych w ekspresowym tempie autochtonach. Można by jeszcze przejść nad tym do porządku dziennego: uważna lektura holenderskiej historii uczy, że nie takie numery uchodziły (choćby i nominalnym) władcom tego kraju na sucho. Ale pojawia się problem numer dwa: część pieniędzy, którymi dysponuje rodzina królewska, pochodzi z kieszeni holenderskiego podatnika – a na tym punkcie Holendrzy są mocno przeczuleni.

Wprawdzie rządzący tym wesołym krajem Harry Potter (znany czasem jako premier Balkenende – z bohaterem J.K. Rowling łączy go mina, okulary i skłonność do opowiadania niestworzonych historii, na przykład podczas debaty budżetowej) bronił zamiarów błękitnokrwistych i zarzekał się, że nie ma mowy o żadnych nieprawidłowościach – ale co niby miał robić? Zwłaszcza w sytuacji, gdy socjalistyczna opozycja poczuła krew.

I Bogiem a prawdą, ciężko im się dziwić: sympatia do tradycji reprezentowanej przez królową Beatrix z przyległościami to jedno, a budżet w kryzysie drugie. Połączenie dwóch informacji – w 2010 kieszonkowe dla rodziny królewskiej ma wzrosnąć, a rząd obetnie wydatki publiczne o 20% – może rozjuszyć nawet najciężej myślących Jipa i Janneke. A sondaże są nieubłagane: 40% ankietowanych chce zamrożenia pieniędzy dla rodziny królewskiej, 30 – redukcji kwot (same wydatki na koszta podróży to ponad 600 tysięcy euro rocznie)…

Czytam te doniesienia, przypominam sobie niedawny skandal w Anglii z finansami parlamentarzystów tudzież wybryki naszych rodzimych wybrańców – i myślę sobie, że przy wszystkich jej wadach, demokracja jednak nie jest takim złym ustrojem. W najgorszym razie, przekręcających publiczną kasę posłów można posłać w następnych wyborach na zieloną trawkę…

Wielki Brat na odwal się

September 25, 2009

Jak przystało na kraj, w którym reaktywowano Wielkiego Brata jako telewizyjny show a donosy jako patriotyczny nieomal obowiązek, Holandia (a konkretnie rząd i stosowne służby) przywiązuje sporą wagę do tego, żeby wiedzieć co w trawie piszczy. W końcu policja nie może być wszędzie (bo jeszcze jakiś bandzior uznałby to za inwazję na jego prywatność albo inne profilowanie etniczne), ale od czego są telefony? Jeśli za twoim oknem właśnie podrzynają komuś gardło, możesz zadzwonić na policję i anonimowo ją o tym powiadomić. To znaczy – w teorii.

Co do praktyki, to przekonała się o niej w zeszłą środę pewna mieszkanka Rotterdamu, która zadzwoniła na policję informując o zadźganym w pobliżu człowieku. Tak się nieszczęśliwie dla czujnej obywatelki złożyło, że jej telefon był w tym czasie na podsłuchu (w związku z inną sprawą była uważana za ważnego świadka – holenderskie służby lubią ten sport). Procedury zadziałały i w aktach sprawy znalazły się personalia informatorki: ponieważ Holandia to państwo prawa, wymachujący nożem sprawca wie teraz bardzo dokładnie kto poinformował gliniarzy o jego wyczynach. Według szefa infolinii Guusa Wesselinka, kobieta nie sypia od czasu ujawnienia jej danych najlepiej – a na jej błogosławiony stan taki stres nie robi najlepiej.

Oczywiście stosowne służby wyraziły ubolewanie, obiecując poprawę i bardziej ścisłą kontrolę w przyszłości – ale ponieważ o sprawie napisał Spits, wieść poszła w lud. Na miejscu policji, w przewidywalnej przyszłości nie liczyłbym na przesadnie intensywną współpracę obywateli z organami ścigania. Bezmyślne procedury i niechlujstwo – takie incydenty to nie kryzys, to rezultat.

Temida w burce

September 21, 2009

Przez ostatnich parę lat bastionem lewackiego zidiocenia była w Europie Wielka Brytania. Wprawdzie inne kraje nieśmiało próbowały konkurować (na przykład Hiszpania pod rządami Jasia “Zapatero” Fasoli), ale palma pierwszeństwa bezapelacyjnie należała do ojczyzny Beatlesów – w końcu nigdzie indziej, w trosce o ciapiatych, nie przemianowano obchodów Bożego Narodzenia na “Winter Festival of Light”. Zaskakujące, że nawet Francuzi przejawiali więcej rozsądku…

Bardzo mnie zastanawiało, co na takie dictum Holandia? W końcu ten kraj promował się od lat sześćdziesiątych na oazę tolerancji, wolnej miłości i w ogóle – jedyne miasto, gdzie trzymając w garści zapalonego jointa można zapytać policjanta o drogę do przybytku uciech. W ciągu ostatniego roku pojawiały się nieśmiałe oznaki odwrotu od oszalałego liberalizmu (tak jak się go postrzega poza Holandią): zredukowano ilość coffee shopów przy granicy, w samym Amsterdamie spadła liczba witryn z “panienkami z okienka”…

Ale to były, proszę państwa, tak zwane pozory: holenderski rząd postanowił się przyjrzeć prawnym aspektom pójścia w ślady Wielkiej (już tylko z nazwy) Brytanii i bada, czy można dopuścić stosowanie szariatu w pewnych dziedzinach, takich jak śluby, rozwody czy dziedziczenie. Minister sprawiedliwości Ballin zawiadomił parlamentarzystów, że podstawowym obowiązkiem rządu jest troska o zapobieżenie sytuacji, gdy ludzie biorą prawo w swoje ręce i w społeczeństwie rozwija się równoległa struktura. Typowa czerwona logika: ogłaszamy troskę o szczytne wartości, a de facto robimy kompletnie coś innego – bo jak inaczej określić sytuację, gdy świecki rząd kapituluje przed pomysłami chędożących kozy fanatyków w turbanach?

W myśl staropolskiej zasady “wróg mojego wroga moim sojusznikiem”, muszę tu wspomnieć o socjalistycznych deputowanych w parlamencie, którzy w zdecydowanej większości sprzeciwiają się temu pomysłowi (badanemu przez, de nomine przynajmniej, chadecki rząd). Jak na czerwonych przystało, wszystko kojarzy im się z seksem: główny zarzut to przymus spełniania obowiązku małżeńskiego i możliwość poligamii – ale z braku poważnego oporu, dobre i to.

Jak to się już nie raz zdarzyło, także i tu pojawiają się pożyteczni idioci, będący duchowymi spadkobiercami Radia Erewań: zdaniem profesora Bergera z uniwersytetu w Leiden, możliwy jest kompromis (swoją drogą to słowo jest jakimś fetyszem dla lewactwa) – a precedens już jest, w postaci ortodoksyjnego judaizmu (oj, zaśmierdziało antysemityzmem) i protestantyzmu, gdzie kobiety zgadzają się na podrzędną rolę w małżeństwie. Nie wspominając oczywiście o tych okropnych obskuranckich katolikach, którzy nie uznają rozwodów…

Mnóstwo ludzi w polskiej polityce zrobiło sobie sztandar z hasła integracji z Europą (zupełnie jakby Polska leżała w Azji Mniejszej) – a że umieją to nieźle opakować marketingowo, część daje się na to nabrać. Gdyby ktoś jednak miał wątpliwości, warto przyjrzeć się Europie Zachodniej: do tego mniej więcej zmierzamy. Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej nie rozumiem:  i do czego się tak spieszyć?