Archive for the ‘finanse’ Category

All your base are belong to us

January 30, 2012

Wygląda na to, że wybitny socjalistyczny przywódca Adolf Hitler (tak w trosce o ACTA powiem, że prawa autorskie do tego określenia ma pan Stanisław Michalkiewicz) był żałosnym partaczem.

No bo pomyślmy: zachciało się chłopu przejąć kontrolę nad Europą, to i zbrojenia trzeba było zacząć, i mniejszości mordować (co pociąga koszta finansowe i fatalną reputację), i utrzymywać struktury okupacyjne… Jednym słowem, strasznie dużo roboty – a efekty, powiedzmy sobie, niespecjalnie imponujące.

A taka Angela Merkel? Jeśli jej plany się powiodą, po faktycznej wasalizacji Francji przejmie kontrolę nad Grecją bez jednego wystrzału:

http://www.reuters.com/article/2012/01/29/us-eurozone-germany-greece-idUSTRE80S0HO20120129

Mało tego: wszyscy będą ją chwalić (na przykład Radek Sikorski) za wzięcie na swoje barki odpowiedzialności za przewodzenie Europie, dzięki czemu wreszcie wyjdziemy z zawinionego przez okropnych finansistów kryzysu i będziemy razem harmonijnie rozwijać się ku chwale naszej socjalistycznej ojczyzny naszego wspólnego europejskiego domu. Hura!

A mogli, wzorem Islandii, po prostu pokazać wszystkim środkowy palec…

Dla ludzi o mocnych żołądkach, kluczowe fragmenty niemieckiej unijnej propozycji można znaleźć TUTAJ.

Advertisements

Krowy nie dają mleka

November 23, 2011

Jeśli wierzyć wypowiedziom unijnych oficjeli, trzeba ratować europejską jedność bo inaczej nastąpi Armageddon (jak w tytule) – z jakiegoś powodu, jedyny zrozumiały dla tych pasożytów sposób to kontynuacja status quo: ECB musi drukować pieniądze żeby skupować obligacje zadłużonych krajów.

Furda, że jedna z głównych przyczyn obecnego kryzysu to nadmiar długów – i to zarówno na poziomie indywidualnym (ludzie kupujący samochód i plazmę na krechę) jak i “zagregowanym” (zadłużone po uszy czubków rządy). Ma być tak jak było, bo jak nie to…

No właśnie: jak nie to co? Dość rzeczową odpowiedź na to pytanie daje Charles Hugh Smith prowadzący bloga Of Two Minds. Ponieważ nie bardzo mam czas tłumaczyć cały tekst na polski, wrzucam w oryginale.

CHARLES HUGH SMITH: WHAT’S LOST WITH THE DEMISE OF THE EURO? ONLY WHAT WAS UNSUSTAINABLE

Scaremongering aside, the demise of the euro does not end European integration. It only means that which is unsustainable has been relinquished and a return to stability is finally possible.

So the euro is doomed. Toast. History. This will lead to:

1. the end of civilization

2. the end of European integration

3. the start of new Dark Ages

4. the return to a sustainable reality

The correct answer is 4. The euro was an unsustainable, self-destructing extension of the integration that has long simplified trade, travel and work throughout the EU (European Union).  At the risk of over-saturating you with more euro-related material, here are the basics we need to keep in mind as the third act plays out.

A common currency seemed like a good way to simplify trade and lower transaction costs. As I noted yesterday in Some Heretical Thoughts on the U.S. Dollar, such “folk” convictions rest on “sole-source causation”: in this case, that a single currency would only offer more benefits of integration because it lowered complexity and transaction costs.

The euro supporters forgot or ignored the primary purpose of national currencies:to account for differences in transparency, productivity, trust, money creation and risk between nations’ economies and their Central Banks/States.

If you remove this means of accounting for these fundamental differences, then you have removed a feedback loop from a dynamic system, and thus removed an absolutely essential flow of information and transparency.

What you’re left with is a system of lies, officially sanctioned opacity, misinformation, disinformation, cooked books, artifice and propaganda, i.e. exactly what Europe has become. With the euro, there was no way for the system to account for thr vast differences in debt loads, credit risks, transparency, productivity and a dozen other fundamentals that are expressed in foreign exchange rates.

By all accounts, Greece and Italy have painfully dysfunctional national finances and political Elites resistant to admitting the dysfunction is unsustainable. Once those nations revert to national currencies, then their currencies will reflect the market’s assessment of their economy and their national/Central Bank policies.

The same will hold true for all the other EU member states: the market will shift through the various metrics and feedback loops and reach an equilibrium around the value of each nation’s currency.

Profligate, over-indebted nations with dysfunctional Elites and systems plagued by political corruption and gridlock will see their currencies devalued and the interest rates they must pay to borrow money raise to the point that borrowing will no longer be an option to escape the consequences of profligacy, and the devalued currency will preclude buying imports from strong-currency nations.

These feedback loops are essential to providing the citizenry and their economy with the transparency and information they need to adapt to reality. The euro has erased all that vital information, leaving only interest rates as the sole expression of differences between economies.

Interest rates are simply not a rich enough source of information and market feedback to express the differences between national economies; the global markets need the information and feedback loop provided by currencies.

As I attempted to describe yesterday, currencies are not explicable with “sole-source causality” or “folk” understandings; they are distillations of numerous information feeds and feedback loops that only a transparent market can generate.

I have little doubt the euro is being held aloft by cloaked Central Bank intervention; the Elites are desperately attempting to cloak the system’s intrinsic dysfunction and stop the market from repricing the euro based on the inevitable return to national currencies.

Rather than fear this return to transparent feedback, we should welcome it and hurry it along. Systems which cut off feedback and choke transparency with artifice and lies are doomed to implode. If Europe ditches the failed “folk” experiment called the euro, then the process of recognizing and pricing dysfunction can begin, and the stability that only transparency and feedback can provide will soon return to the EU.

This may sound counter-intuitive, but it’s the only way forward to a sustainable, stable reality. The immense hubris of Europe’s dysfunctional Elites precludes their recognition that reality eventually trumps artifice and intervention. Their feeble, addled cries cannot turn back the tide, even if their bloated self-importance is infinite.

KB: I żeby było coś pod klimat

Mądrość etapu – reaktywacja

November 23, 2011

Na początku lat 90tych była sobie partia – nazywała się Kongres Liberalno-Demokratyczny. Bytom mającym w nazwie przymiotnik “demokratyczny” można przypisać różne cechy, ale demokrację to nie bardzo (przykłady Unii Demokratycznej czy Koreańskiej Republiki Ludowo- Demokratycznej mówią same za siebie)… Mimo tego, była dość aktywna i nawet popularna wśród wyborców.

Jeśli chodzi o skutki długofalowe jej istnienia, to 1. wylansowała Donalda Oby Wiecznie Strzegł Nas Przed Kaczorem Tuska 2. wypromowała hasło “pierwszy milion trzeba ukraść“. Taki to, mocium panie, liberalizm zdaniem panów Tuska i Bieleckiego. Te dwa tuzy polskiej polityki trzymały się całe życie zasady, że prywatyzacja to remedium na wszystkie kłopoty w gospodarce.

Wcielali tę zasadę (i oni, i ich następcy w rządzie) w życie z zapałem i logiką alkoholika wynoszącego z domu co się da, byle mieć na kolejne pół litra berbeluchy: sprzedano zakłady dochodowe, na garnuszku państwa zostały te najgorsze, a deficyt rósł dzielnie z roku na rok. W szczególności: w ręce zagranicznego kapitału przeszły banki.

Nie żebym był jakimś szczególnym miłośnikiem obecności państwa w gospodarce, ale niekonsekwencja “liberalnej” rewolucji zapoczątkowanej przez KLD z przyległościami uderzała: spadała zawartość polskiego kapitału w sektorze finansowym, a równocześnie – rosła liczba regulacji duszących tworzącą się klasę średnią. No, ale jak mawiał Jacek “santo subito” Kuroń – demokracja demokracją, ale ktoś tym wszystkim musi kierować.

Minęło kilkanaście lat i zaczęło się robić zabawnie. Praktyczne skutki zabaw polityków widzieliśmy przy okazji prywatyzacji PZU – ale to był dopiero przedsmak tego, co miało nadejść. Najpierw tabelka ze strukturą własnościową polskiego sektora bankowego wg krajów (z jakiegoś powodu trzeba kliknąć żeby wyświetliło się w cywilizowanym rozmiarze – przepraszam za niewygodę):

I w ramach lektury uzupełniającej: lista medialnych doniesień z ostatnich paru dni (też z podziałem na kraje):

I teraz zagadka: co zrobią spółki matki z “pomarańczowych” krajów wyliczonych w tabelce kiedy ich macierzyste rynki zaczną trzeszczeć (lub, jak w przypadku Grecji, trzasną ostatecznie)? Kasę skądś wziąć trzeba (bo nadzór finansowy nie odpuści), na rynkach wielka smuta (i jak tu zarabiać)… Cóż prostszego niż kilka księgowych sztuczek między gałęziami molocha?

No, ale pan premier się obudził: banki powinny być polskie, więc może OFE odkupią? Może PZU? I wszyscy orędownicy tezy, że kapitał nie ma ojczyzny, nagle wykonują zwrot o 180 stopni. A pacta sund servanda? Mało im opery mydlanej z Eureco?

Ale żeby nie kończyć na takiej dołującej nucie: wyjaśnienie, skąd wzięły się austriackie – i węgierskie – problemy (a podejrzewam, że i w innych krajach dałoby się znaleźć odpowiedniki). Uprzedzam: nie, to nie jest parodia.

Lengyel, Magyar – két jó barát?

November 22, 2011

Nasz wspólny europejski dom przypomina coraz bardziej ogarniętą pożarem melinę rodziny patologicznej: jedni balują i czekają na mannę z nieba, inni demolują co popadnie w ramach słusznego protestu uciśnionych – a w tle niemiecka matrona robi swoje, pomalutku przerabiając Europę na swoją modłę (nie bez znaczenia są ciepłe relacje z psychopatycznym sąsiadem dwa bloki dalej).

Dłuższy czas wydawało się, że Węgry radzą sobie w tej powodzi lewackiego szaleństwa całkiem przyzwoicie – zwłaszcza jak na kraj tych rozmiarów. Orban zabrał się do porządkowania interesu po rządach socjalistów, ba: dozło nawet do potwornej zbrodni, bo rząd zamierzał przeczołgać przed sądem byłych przywódców lewicy.

Niestety: o ile pomysły na politykę miał niezłe, to z gospodarką nie było już tak różowo. Co do przyczyn gospodarczych kłopotów Węgier zdania są podzielone: zdaniem jednych to bałagan zostawiony w spadku przez lewaków, według innych – Fidesz skręcił w gospodarczy populizm i ręczne sterowanie niektórymi sektorami (że nie wspomnę o selektywnym opodatkowaniu np. supermarketów i banków). Jak by nie było, w końcu stało się, ach stało się co musiało się stać – Węgry muszą prosić o pomoc MFW:

http://uk.reuters.com/article/2011/11/21/uk-hungary-imf-idUKTRE7AK0TO20111121

Dodatkowa sól w ranie odniesionej przez węgierską dumę to fakt, że rząd Orbana zerwał rozpoczęte przez socjalistów negocjacje, więc teraz trzeba wracać jako potulny petent. Zobaczymy, co będzie dalej.

 Analogię z piosenką Queen zainspirował mój ulubiony europejski polityk.

PS. A siedziba europejskich instytucji niosących nam szczęście doczesne nadal – od półtora roku – nie ma rządu. I nic – jak tu nie wierzyć, że Belgia to nie jest kraj tylko zbuntowana holenderska prowincja?

Larum grają nad Menem, czyli Mały Rycerz na miarę naszych możliwości

November 21, 2011

Unia Europejska ma problem: miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle – masa długów niemożliwych do spłacenia, rozleniwieni socjalem ludzie i coraz bardziej wkurzeni tym bałaganem Niemcy (a ten stan, jak wiadomo z historii, rzadko kiedy kończy ma pozytywne skutki). Rządy większości krajów UE jest zadłużona po czubki uszu

więc robi co? Zaciąga nowe długi na pokrycie starych. Banki oczywiście pożyczają – jakby co, zawsze można liczyć na państwo (czytaj: przerzucenie kosztów na podatnika), rządy wygrywają wybory na kolejne kadencje… Tylko w którymś momencie wpadamy w spiralę zadłużenia, z której jedynym wyjściem jest bankructwo.

Ale to jest überhaupt niedopuszczalne, bo prestiż, bo polityka, bo jak to… Więc ktoś te obligacje musi kupować. Ale kto? I za co? Smutno to przyznać, ale niestety główny gwarant finansowej poczytalności to Niemcy (nie z dobroci serca, po prostu statystyczny Hans ma zakodowane na poziomie odruchu Pawłowa: dodruk => inflacja => Weimar => Hitler)…

Generalnie, banki (ze zrozumiałych względów – bez bailoutu nie będzie bonusów) i ekonomiści (którzy w uniwersyteckim zaciszu przeczytali Keynesa, ale niestety nic nie zrozumieli) w kółko opowiadają, że ECB po prostu MUSI drukować pieniądze bo… i tu następuje długa lista plag egipskich:

  • banki zbankrutują
  • nie będzie emerytur
  • zawali się gospodarka
  • psy zaczną szczekać dupami
  • krowy przestaną dawać mleko

a słońce będzie wschodzić na południowym zachodzie… Ale wbrew naciskom prasy i polityków na całym prawie kontynencie, Angela twardo odpowiada “nein”. Zobaczymy, czy starczy jej wytrwałości.

Ponieważ POd rządami Słońca Peru POlska wreszcie jest w Europie, nasz rząd nie może pozostać w drugim szeregu entuzjastów – a kto lepiej nadaje się do dania głosu na temat niż europejski ekonomista z manierami i sukcesami? I Jacek V. nie zawodzi: zdaniem tego wybitnego finansisty, ECB musi drukować pieniądze, żeby uchronić Europę przed katastrofą, która może skończyć się wojną:

http://www.rtl.nl/components/financien/rtlz/nieuws/2011/47/polen_ecb-moet-oorlog-voorkomen.xml

Teraz będzie wersja skrócona specjalnie dla młodych wykształconych (nie żebym podejrzewał ich o czytanie tego bloga, ale kto wie? jakiś nieszczęsny elektorat TVN mógł się tu zaplątać):

interwencja ECB = zakup obligacji rządowych => konieczność dodruku pieniądza => INFLACJA (o skutkach tejże można doczytać w ulubionym źródle wiedzy Bredzisława Oby Żył Wiecznie Komoruskiego – albo spytać rodziców o końcówkę lat 80tych)

Prościej już się naprawdę nie da… Jeśli po takich kwiatkach sadzonych publicznie (i uskutecznianych w polityce wewnętrznej przez Jacka V.) ktoś dalej popiera politykę gospodarczą obecnej ekipy, to naprawdę zasługuje tylko na jedno: przeżycie na własnej skórze wszystkich skutków.

Szkoda tylko, że razem ze stadem lemingów oberwie wielu porządnych ludzi, ale niestety – współobywateli nikt sobie nie wybiera…

BONUS TRACK: Trener Jarząbek nie daje o sobie zapomnieć – oprócz architektury (w tej działce ponoć faktycznie jest specjalistą wysokiej klasy) zna się też na polityce, kulturze, literaturze … i oczywiście gospodarce

W 2014 Polska zostanie zaproszona do strefy euro ponad dotychczasowymi procedurami

Protection from zee Germans

November 19, 2011

Grecja nie ma problemów, Grecja sobie poradzi, w Grecji wszystko jest pod kontrolą… Ups, Grecja nie jest w stanie sprzedać obligacji (bo nikt normalny nie pożyczy bankrutowi) i ECB musi kupić te śmieci. W międzyczasie Grecy zieją nienawiścią do UE w ogólności (i Angeli M. konkretnie) i kraj jest w stanie permanentnego strajku.

Włochy nie mają problemów, Włochy sobie poradzą, we Włoszech wszystko jest pod kontrolą… Ups.

Irlandia nie ma problemów, Irlandia sobie poradzi, w Irlandii wszystko jest pod kontrolą… Ups.

Czy to moja paranoja, czy jednak istnieje korelacja między intensywnością, z jaką unijni oficjele negują rzeczywistość, a powagą sytuacji finansowej? Irlandia właściwie trochę niezasłużenie jest w tym składzie (PIIGS), bo w przeciwieństwie do południowców, rodacy Neila Jordana wzięli się do roboty – i co dostali w zamian? Plaskacza mokrą ścierką w twarz:

W międzyczasie gospodarką Hiszpanii ma się dobrze a nawet jeszcze dobrzej – i Hiszpania absolutnie nie będzie potrzebować unijnej pomocy. To dobrze, prawda? W końcu był kiedyś taki dokument jak traktat z Maastricht – czy on aby nie zakazywał bezpośredniej interwencji?

No, chyba że wspomaganie nierentownych jakoby stoczni jest be (pozdrowienia, panie ministrze Grad) ale  dorzutka do strajującej bandy nierobów jest jak najbardziej zgodna z ideałami wolnego rynku… Kiedyś takie dwójmyślenie nazywało się mądrością etapu, ale genetyczne ścinki głosujące na PO raczej nie rozumieją takich trudnych słów.

A kto najlepiej podsumował cały ten ambaras? Oczywiście niezawodny Nigel Farage:

Bezradnie mamroczący Buzek, tępo wpatrzony w papiery Barroso, rozparty tłuścioch Schultz z bezczelnym uśmiechem na swoim teutońskim ryju… Witajcie w nowym wspaniałym świecie.

Ryże antyszambrowanie

November 17, 2011

Jak już człowiek zaczyna mieć mdłości od słuchania propagandy o wielkości i europejskim formacie naszego premiera Donalda Oby Żył Wiecznie Tuska, dobrze popatrzeć na sprawy z nieco innej perspektywy – konkretnie z Brukseli. Oczywiście wszystko jest super, Polska przewodzi UE, 300 obiecanych w kampanii miliardów już płynie, Donalda lubią i szanują w Europie, teraz tworzy nowy rząd pełen fachowców… Prawda?

No więc nie do końca, na całe szczęście. Na forum krajowym Ryży zgłuszył wystarczającą ilość absolwentów socjologii, dziennikarstwa i gender studies żeby wygrać wybory – ale w PE zasiadają też ludzie mający imprimatur z Czerskiej w baaaardzo głębokim poważaniu.

Na przykład Nigel Farage, którego retoryką zachwycałem się już parokrotnie. Oczywiście trochę smutno, że w krajowej polityce nie ma nikogo zdolnego do przeczołgania naszej wspaniałej władzy w takim stylu, ale takie czasy – może Farage to ten jeden Brytol, na którego Polacy rzeczywiście mogą liczyć (choć historia nakazuje w przypadku synów Albionu daleko posunięty sceptycyzm).

Wierzącym w UE propagowane przez Farage’a treści nie pasują, ale powiedzmy sobie szczerze: widzom TVN zaludniającym płytki koniec puli genetycznej pomóc może albo lobotomia, albo długa terapia…

Michalkiewicz: Wszystko wokół Żydów

April 5, 2011

Komentarz   tygodnik „Goniec” (Toronto)   3 kwietnia 2011

Aleksander Sołżenicyn zapewniał, że z władzą radziecką nie będziesz się nudził. Ale co tam władza radziecka! Władza radziecka to mały pikuś w porównaniu z Żydami. Żydzi – jak nie tak, to owak – wkręcili się w centrum zainteresowania zarówno tubylczych mediów, jak i naszych Umiłowanych Przywódców.

Jeszcze nie przebrzmiały gorzkie słowa, jakie minister Sikorski skierował pod adresem amerykańskiego pełnomocnika Departamentu Stanu od holokaustu, który wyraził był swoje „rozczarowanie” kunktatorstwem naszych Umiłowanych, odwlekających realizację „rekompensat” na czas powyborczy – a tu uderzył kolejny grom w postaci apelu ogłoszonego przez radcę generalnego Światowego Kongresu Żydów o „bojkot Polski”.

Minister Sikorski stawił tedy miedziane czoło również radcy generalnemu, oświadczając, że Polska uprawia stosunki tylko z państwami, podczas gdy Światowy Kongres Żydów państwem nie jest – ale to prawda tylko częściowa, bo przecież jeszcze za ministerium Władysława Bartoszewskiego, Żyda honoris causa, właśnie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych ustanowiono specjalnego urzędnika w randze ambasadora do spraw kontaktów z diasporą żydowską.

Najwidoczniej Władysław Bartoszewski uważał diasporę za swego rodzaju państwo w państwie. Ciekawe, że podobny pogląd prezentują antysemitnicy. Czyżby i Władysław Bartoszewski w głębi duszy… ? Ładny interes!

Ale mniejsza już o Władysława Bartoszewskiego („plama głupstwo – mama doda – ale ponczu, ponczu szkoda!”), bo ważniejszy przecież jest bojkot! Ostatni raz z podobnym apelem wystąpił 7 sierpnia 1933 roku na łamach „New York Timesa” Samuel Untermeyer, proklamując Świętą Wojnę z Niemcami. Tym razem aż tak poważnej zastawki nie było, ale bo też nasz nieszczęśliwy kraj traktowany jest przez Światowy Kongres Żydów nie jak nieszczęśliwa miłość, tylko jak skarbonka, do której w razie potrzeby będzie można sięgać, ile dusza zapragnie zwłaszcza w sytuacji, gdy niemiecki kanclerz Gerard Schroeder jeszcze w 2000 roku oświadczył, że „okres niemieckiej pokuty dobiegł końca”.

Łatwo powiedzieć – ale w takim razie skąd organizacje wiadomego przemysłu mają wziąć szmalec? Przecież nie z gęsi, no nie? Stąd poszukiwanie winowajcy zastępczego, który odtąd pełniłby funkcję skarbonki nieprzebranej, na podobieństwo flaszki niewypitki i bułki niedojadki. A któż się do tego celu nadaje lepiej, niż nasz nieszczęśliwy kraj? Dlatego właśnie na nim zogniskowały się wysiłki „światowej sławy historyka” i jego kolaborantów – no i naciski ze strony naszego największego sojusznika, który też nie może się już doczekać. Ale kiedy tak minister Sikorski własną piersią zasłaniał Polskę przed żydowskim zaborem, władze Światowego Kongresu Żydów oświadczyły, że to wszystko nieprawda, że do żadnego bojkotu Polski nie nawoływały, że to tylko prywatny odruch serca gorejącego generalnego radcy Kongresu, pana Menachema Rosensafta.

Kamień spadł wszystkim z serca, bo – chociaż oczywiście wszystko jest ukartowane w celu przysporzenia Platformie sympatii ludzi zaniepokojonych nie na żarty chciwością diaspory – już-już wydawało się, że „finis Poloniae” – więc teraz spokojnie możemy przygotowywać się do obchodów pierwszej rocznicy katastrofy smoleńskiej.

Najwyraźniej spędza ona sen z powiek Jego Eminencji Kazimierzowi kardynałowi Nyczowi, który w sprawie krzyża przed Pałacem Namiestnikowskim całkiem się pogubił, narażając biednych księży z kościoła św. Anny na konfuzję. Wtedy były jednak tylko modlitewne czuwania, a teraz szykują się co najmniej cztery demonstracje, więc nic dziwnego, że Jego Eminencji na samą myśl o tym cierpnie skóra. Wystąpił tedy z apelem, by zgodnie z tubylczą tradycją, po roku zakończyć wszystkie żałobne liturgie.

Wystąpienie Jego Eminencji bardzo życzliwie przyjął Salon i sfery rządowe, a także „wierny syn Kościoła”, czyli były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa. „Kościół mówi jasno, jak powinien zachować się katolik” – podsumował wystąpienie księdza kardynała „wierny syn Kościoła”. Skąd w Salonie i wśród „wiernych synów” takie nagłe przywiązanie do żałobnej tradycji katolickiej? Ano stąd, że apel Jego Eminencji jest skierowany przeciwko martyrologicznej strategii Prawa i Sprawiedliwości, która w części opinii publicznej budzi żywy rezonans pozytywny, a w innej części – równie żywy rezonans negatywny, stając się w ten sposób głównym przedmiotem nie tylko politycznego dyskursu, ale instrumentem rozhuśtywania emocji, niezbędnego przecież przy każdej kampanii.

Najwyraźniej Jego Eminencja zapomniał, że „od polityki uciec niepodobna” zwłaszcza wtedy, gdy próbuje się wyjść naprzeciw oczekiwaniom Salonu, od lat tresującego kościelnych hierarchów w „apolityczności”. Toteż i na reakcję nie trzeba było długo czekać. Rzecznik PiS Adam Hofman zauważył, że warunkiem zakończenia żałoby jest powstanie w stolicy „dobrego i godnego pomnika”.

To sformułowanie wyraża intencję kontynuowania żałobnych liturgii aż do skutku, to jest do momentu – jak mówi poeta – „aż się podłe zadziwi i zlęknie” – no i oczywiście – przegra wybory. Potem zaś tym bardziej nie ma potrzeby rezygnowania z czegoś, co przynosi takie polityczne fructa – to chyba oczywiste. Dlatego też kropkę nad „i” postawił Jarosław Kaczyński, zwracając uwagę, że „obchodzenie żałoby to jest kwestia indywidualna”, że będzie ją przeżywał do końca życia i że nikt mu tego nie zabroni.

Wygląda na to, że Jego Eminencja będzie musiał swój kielich goryczy wypić ponownie do samego dna – ale kiedyż w końcu mamy się umartwiać i pokutować, jeśli nie w Wielkim Poście?

Dlatego i Jarosław Kaczyński też ma swoje zgryzoty, a to za sprawą nagłego wysypu ochotniczych obrońców czci prezydenta Lecha Kaczyńskiego w osobach red. Tomasza Lisa, Dominiki Wielowieyskiej i europosła Michała Kamińskiego. Wszystko zaczęło się od programu red. Lisa, w którym pokazał on fragment wystąpienia Kazimierza Świtonia na Walnym Zebraniu USOPAŁ. Pan Świtoń wspomniał tam m.in. o „żydowskich parobkach” – co pan red. Tomasz Lis i pani red. Dominika Wielowieyska – z sobie wiadomych powodów – najwyraźniej uznali za osobisty przytyk na zasadzie nożyc odzywających się po uderzeniu w stół.

Podnieśli tedy straszliwy klangor przeciwko obecnym na owym zebraniu senatorom i posłowi Kowalskiemu, że „nie zareagowali”. Z okazji podłączenia się do klangoru skwapliwie skorzystał, dotychczas tylko fizycznie podobny do prosięcia, europoseł Michał Kamiński, nieubłaganym palcem wytykając Jarosławowi Kaczyńskiemu karygodny brak dbałości o cześć prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Chodziło mu o to, że pan Świtoń zauważył, iż kto z krzyżem wojuje, ten ginie – dodając przy okazji, że właśnie zginął prezydent który podpisał „haniebny traktat lizboński”.

Strzał europosła Kamińskiego był celny o tyle, że poseł Jarosław Kaczyński 1 kwietnia 2008 roku głosował za ustawą upoważniającą prezydenta do ratyfikacji traktatu lizbońskiego – no a poza tym między PiS i fan-clubem pani Joanny Kluzik-Rostkowskiej For…, to znaczy pardon – nie żadna forsa, tylko Polska Jest Najważniejsza, do którego podłączył się również europoseł Kamiński – trwa nieustające współzawodnictwo o to, kto jest lepszym kustoszem pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Kiedy więc zrobił prezesowi Kaczyńskiemu taką poważną zastawkę, ten ogłosił wszczęcie partyjnego dochodzenia. Ponieważ do wyborów już niedaleko, a do układania list wyborczych – jeszcze bliżej, idea pociągnięcia uczestników zebrania USOPAŁ-u do partyjnej odpowiedzialności na pewno znajdzie w PiS licznych zwolenników, chociaż oczywiście nie do końca bezinteresownych – ale tak już na tym świecie pełnym złości bywa, że nie ma rzeczy doskonałych i szlachetna motywacja ochrony pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego musi łączyć się przedziwnie z politycznymi kalkulacjami różnych ambicjonerów, no i przede wszystkim – „żydowskich parobków”.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

 

To samo od nowa, to samo od nowa

March 23, 2011

Mechanizm się nie zmienia: władza chce dobrze, więc wprowadza jakiś przepis. Na ogół rzeczoną władzę tworzą ludzie mający umiarkowane pojęcie o prawdziwym świecie (bo albo spędzili życie na państwowych posadach, albo na uczelni – co zresztą w kontekście realizmu na jedno wychodzi), więc skutki są dokładnie odwrotne do zamierzonych. Władza zamiast przyznać się do porażki i ograniczyć straty brnie w zaparte, obwiniając Żydów / masonów / kułaków / spekulantów… Niepotrzebne skreślić.

Najświeższy przykład to cukier. Najpierw unijni mędrcy postanowili, że właściwie nie są nam potrzebne cukrownie, bo nadprodukcja, subsydia i w ogóle siedem plag egipskich – a jak przyjdzie co do czego, można dokupić cukier w Brazylii. Więc komisarze zaplanowali, że trzeba polikwidować uprawy i cukrownie (co obłędnie pomogło gospodarczo na przykład mojemu rodzinnemu Lublinowi i okolicom) – i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie paskudny nieurodzaj u producentów, połączony z pędem Brazylii do biopaliw (opłaca im się przerabiać na etanol).

I co? I żaden kryzys, tylko kolejny raz rezultat. No ale przecież władza nie może przyznać się do wtopy: więc władza szuka winnych.

http://www.wprost.pl/ar/236996/Tusk-mowimy-nie-wulgarnej-spekulacji-Zarty-sie-skonczyly/

Proszę zwrócić uwagę: Ryży krytykuje spekulację wulgarną (wniosek: istnieje spekulacja subtelna, do której rząd nie ma zastrzeżeń) i równocześnie wspomina, że “40 proc. rynku cukru to jest cukier ze spółki, która jest własnością Skarbu Państwa”. Jaki z tego wniosek? ‘Jeżeli cukier jest tak drogi, to należy go – w mojej ocenie – sprzedawać w skali maksymalnej – po to, żeby spółka mogła zarobić, ale jednocześnie, żeby cukier taniał.”

Że co? Przepraszam, czy ktoś mógłby to przełożyć na polski? Ech, i dlatego nie głosuję na Ryżego: PO prostu jestem za głupi żeby zrozumieć, że dzięki tej władzy spółka może zarobić na wzroście ceny, konsumenci skorzystać na tańszym cukrze, kraj urośnie w siłę, a ludzie będą żyli dostatniej – a jeśli nie, to wina spekulantów (i Kaczyńskiego!)…

Ponieważ kamrat Ryżego Bredzisław troszczy się o różnych ludzi zasłużonych dla minionego systemu (w rodzaju towarzysza Andrzeja W.), to nie od rzeczy będzie przypomnieć pokrótce co ciekawsze epizody z walki ze spekulacją w Polsce – w hołdzie dla Krula Bulu, wersja z wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Inspekcja_Robotniczo-Chłopska

http://pl.wikipedia.org/wiki/Afera_mięsna

Wszystkim POludziom chwalącym wolnorynkową linię obecnej władzy życzymy smacznej, słodkiej herbaty.

I jak tu nie ufać Ryżemu?

March 7, 2011

Obiecywał, że będzie 3 X 15? Liniowość, równość? No i słowa – mniej więcej – dotrzymał… A wiemy o tym dzięki Nicponiowi.