Phideaux “Snowtorch”

Ciut więcej czasu mam ostatnio, to można się wziąć za nadrabianie zaległości kulturalnych: wprawdzie staram się być z muzyką na bieżąco (przynajmniej jeśli chodzi o rocka-więcej-niż-trzy-akordowego), ale parę płyt w 2011 mi umknęło – a jedna z to właśnie “Snowtorch” Amerykanów z Phideaux. Nie usłyszałbym o niej gdyby nie dobrzy ludzie z progarchives: nie ma to tamto, jeśli jakaś płyta bije w podsumowaniu 2011 i Dream Theater, i Symphony X?

Troszkę jazzu, szczypta symfonicznego patosu, odrobinka psychodelii – ale panie i panowie z Phideaux cały czas pamiętają o 11 przykazaniu, czyli “nie nudzić“: jeśli psychodelia, to jako chwila wytchnienia po jazzowych łamańcach, jeśli symfoniczne wejście, to za chwilę będą przeszkadzajki…

Nie wiem jak to możliwe, ale damski wokal w “Snowtorch (part II)” kojarzy mi się z Ianem Andersonem: ta sama nosowa barwa głosu, sarkastyczny ton (i takiż tekst)… Zresztą jak nie przywołać Jethro Tull jeśli flet nadaje rytm, a perkusja i gitara dyszą, próbując nadążyć? Jest oczywiście wczesne Genesis (czyli wiodąca rola klawiszy), są harmonie wokalne a’la Gentle Giant, przetwarzanie jednego motywu na kolejne instrumenty (w stylu Camel)…

Filozofia tej płyty jest troszkę podobna jak na “To shatter all accord” – wziąć najlepsze patenty z klasyki lat 70tych, oczyścić z dłużyzn i zacząć na tej podstawie budować coś własnego – przy czym tam gdzie Discipline leci w deprechy i psychiczne wiwisekcje, państwo z Phideaux bawią się muzyką i próbują w to wciągnąć słuchacza.

Cudowny przykład takiej zabawy muzyką to końcówka “Snowtorch (part I)“: bębny wybijają rytm, wokół tego rytmu skaczą jakieś przeszkadzajki, a saksofon próbuje się wcisnąć gdzieś pomiędzy… Coś w tej muzyce cały czas chlupie, stuka i skrzypi – a przecież każdy utwór ma swoja wyraźną melodię i to jest art rock, a nie granie na winie w stylu Toma Waitsa (“na winie” = co się nawinie, w to stukamy, a potem się zobaczy).

Rytm z jednej strony połamany i pokręcony chwilami – ale noga sama chodzi do taktu (nawet moja noga, co oznacza że metrum naprawdę nie jest skomplikowane). Ja wiem, że to ciut abstrakcyjne skojarzenie, ale wyobraźcie sobie Gogol Bordello, które przestało chodzić w bojówkach, tiszertach i pić berbeluchę z musztardówek – a zamiast tego (pozostając na tym samym poziomie energii) mamy garnitur, szampana i dawanie czadu na instrumentarium cokolwiek bardziej klasycznym.

Dygresja: mocna strona tej płyty to fenomenalne kobiece wokale, wprowadzone troszkę jak na space operach w typie Ayreon: pani śpiewa na tle syntezatorowej melodii, bębny huczą, a pan melorecytuje pół linijki przesunięty do tyłu.

Nie mam pojęcia o co chodzi na początku “Snowtorch (part II)“, ale mi się podoba: bębny brzmią jakby sobie jakiś drwal łomotał do rytmu, chóralne zaśpiewy – a jak wszystko przycichnie, znowu zaczynają się dziwne dźwięki (trzaski, stukoty – patrz wyżej).

Spora  zaleta “Snowtorch” to długość – wiele zespołów grających muzykę “kombinowaną” (no nie mogę, odmieniane przez przypadki “progresywny” i “alternatywny” już mi po prostu nie przechodzą przez klawiaturę) uważa za dyshonor zejście poniżej godziny. A Phideaux? Cztery utwory (tak naprawdę to dwa kloce po prawie 20 minut i dwie krótsze formy) – i już. Przyszli, zagrali co mieli do zagrania, ukłonili się i poszli…

Więc ja też nie będę przedłużał i powiem, że płyta mi się bardzo podoba, a chlupoty w dźwiękowych pejzażach utkwiły mi chyba w głowie na dobre.

Tags: , , , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: