Archive for February, 2012

Michalkiewicz: Chaos semantyczny

February 26, 2012

Felieton    „Nasz Dziennik”    11 lutego 2012

Po odtrąbionych z ogromnym przytupem „konsultacjach” w sprawie ACTA premier Tusk ogłosił, że podpisu „nie wycofa”. Podobnie Gnom sportretowany przez Janusza Szpotańskiego w „Rozmowie w kartoflarni” odgrażał się, że „zdania swojego za nic nie zmienię”. Wtedy chodziło o „prawicowe odchylenie”, w ramach którego Gnom nie chciał „budować w stepie baraków”, tylko „więzienia wznosić z pustaków”.

Premier Tusk jest w trochę innej sytuacji; niechby spróbował „wycofać podpis”, to „dałaby świekra ruletkę mu!” W takiej sytuacji możemy wykorzystać tę chwilę oddechu do przyjrzenia się chaosowi semantycznemu, który według wszelkiego prawdopodobieństwa wytwarzany jest celowo, gwoli większego skołowania mieszkańców naszego nieszczęśliwego kraju, będąc zarazem jedną z przyczyn trapiących nas paroksyzmów. Oto na przykład wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler jest uważany za przedstawiciela „prawicy” i to w dodatku – „skrajnej”.

Rozumiem, że tak jest w Niemczech, bo Niemcy to naród wyjątkowo zdyscyplinowany, nie tak może, jak wyjątkowo karny naród japoński, ale prawie – i jeśli jest rozkaz, żeby podlizywać się, dajmy na to, Żydom, albo socjalistom, to nie dadzą się nikomu wyprzedzić. Gdyby jednak pewnego dnia padł rozkaz odwrotny, to myślę, że też nie daliby się nikomu wyprzedzić. Ale żeby u nas, w kraju, którego mieszkańcy uważają się za indywidualistów?

Nic więc dziwnego, że w tym pomieszaniu pojęć za reprezentantów prawicy uważa się ludzi tęskniących za Edwardem Gierkiem i „godnym życiem”, jakiego iluzję stwarzał za pożyczone pieniądze, dopóki czar nie prysnął i nie pojawiły się kartki na „woł-ciel z kością”. Czyż nie na fali tej właśnie tęsknoty większość głosujących w referendum akcesyjnym opowiedziała się za Anschlussem, naiwnie myśląc, że Niemcy wezmą nas na utrzymanie i znowu będzie jak za Gierka?

Nawiasem mówiąc – słowo „Anschluss” pan prof. Tokarski z UMCS, występujący w charakterze biegłego językoznawcy na procesie Grzegorza Wysoka w Lublinie uznał – podobnie jak „IV Rzesza” – za niedopuszczalne i podlegające karze. Że w domu wisielca nie wypada mówić o sznurze – to poniekąd zrozumiałe, ale skąd właściwie pan prof. Tokarski wie, że już mieszkamy w domu wisielca? Chyba Nasza Złota Pani Aniela nie czyni mu osobistych zwierzeń?

Ale to jeszcze nic w porównaniu z wiadomością, jaką otrzymałem od wzburzonego Czytelnika. Otóż jego znajomy, najwidoczniej tak zwany „chrześcijański socjalista”, przekonywał go, że „Lenin to jak Jezus”. Oczywiście to nie tylko nonsens, ale dla chrześcijanina – również bluźnierstwo, bo jeśli Lenin jak Jezus, to znaczy, że Jezus jak Lenin. Zrównanie Syna Bożego z jednym z największych zbrodniarzy w historii ludzkości niewątpliwie jest bluźnierstwem i to nieporównanie większym, niż kabotyńskie wygłupy Nergala, czy knoty pani Nieznalskiej. Ale być może argument o bluźnierstwie nie wszystkich przekonuje, więc warto pokazać fundamentalną różnicę.

Chrystus mówi: „daj, pomóż bliźniemu twemu”, podczas gdy socjalista powiada: „zabierz bogatszemu; on musi ci dać!” Zatem zbudowany na socjalistycznym fundamencie program przymusowej redystrybucji dochodu narodowego zwany „sprawiedliwością społeczną” i reklamowany jako „chrześcijański” jest nieporozumieniem – konsekwencją wspomnianego semantycznego chaosu.

Zresztą niekoniecznie nieporozumieniem – bo równie dobrze – zaporowym blokowaniem pojawienia się autentycznej prawicy – zgodnie z ustaleniami podjętymi przy „okrągłym stole”. Podobnie nie musi być wylęgłym z semantycznego chaosu nieporozumieniem tak zwane „judeochrześcijaństwo”. Chrześcijaństwo skupia chrześcijan, christianos, czyli chrystusowców, tak samo jak – excusez la comparaison – stalinizm skupiał stalinowców, a hitleryzm – hitlerowców – więc trudno wyobrazić sobie prawdziwego chrystusowca w amikoszonerii ze wspólnotą, która dla Chrystusa nie ma nic, prócz bezgranicznej i nieprzejednanej pogardy. Wygląda zatem na to, że bez przezwyciężenia tego chaosu nie tylko nic nie zwojujemy, ale zmarnotrawimy resztki energii w pogoni za fantomami.

Stanisław Michalkiewicz

Advertisements

Radio Erewań forever

February 26, 2012

Jak wiadomo wszystkim cywilizowanym ludziom, Izrael to ostoja cywilizacji na Bliskim Wschodzie, kolebka tego i owego, demokracja, sojusznik, bla bla bla – generalnie, wszechnica cnót wszelakich (dalej w skrócie: Wszechnica).

Niestety: rządzącym Wszechnicą panom nie wystarczy wyzwalanie Palestyńczyków z okowów ziemskiej egzystencji, teraz uparli się jeszcze wyzwolić Iran – z ucisku tyranii, tudzież z zasobów ropy. Że decyzje Białego Domu w temacie Wszechnicy to przykład ogona machającego psem, to mniej więcej wiadomo – ale czemu to samo robi Europa (zwłaszcza południowa Europa, dla której Iran jest praktycznie jedynym dostawcą ropy gotowym sprzedawać “na zeszyt”)?

Jeden z koronnych argumentów na rzecz “zrobienia czegoś z Iranem” to osoba irańskiego prezydenta, który grozi jakoby unicestwieniem Wszechnicy. Pomijając najbardziej naturalną reakcję większości ludzi (“i co z tego” połączone ze wzruszeniem ramion), ciekawy jest dodatkowy aspekt całej sprawy – rozmaite znaki na niebie i ziemi wskazują, że najgorzej ubrany przywódca na świecie nie powiedział nic o unicestwianiu Ostoi:

Wiem, że te znaki nie są szczególnie nowe – ale ja na przykład dokopałem się do nich dopiero niedawno, i mam wrażenie że jestem w mniejszości, której chciało się wyjść poza narrację o złych Persach i prawie Wszechnicy do samoobrony (jak ktoś nie boi się oskarżeń o antysemityzm, proponuję ćwiczenie: ile wojen zaczął w ciągu ostatniego pół wieku Iran, a ile Izrael – a potem zastanowienie się kto tu jest tak naprawdę agresorem).

Jest oczywiście jeszcze argument drugi: i USA, i Wszechnica (podobnie jak ich unijni poputczicy) opowiadają bajki o broni masowej zagłady. Już nawet pomijając fakt, że 1. skoro może Wszechnica, czemu nie Iran 2. tej samej narracji użyto w przypadku Iraku (z wiadomym skutkiem), dochodzi jeszcze lista wypowiedzi oficjeli rozmaitego szczebla:

http://www.zerohedge.com/contributed/contrary-widespread-claims-there-no-evidence-iran-building-nuclear-weapon

A na deser, tak z okazji niedzielnego popołudnia: próbka propagandy analizy eksperta wypowiadającego się w (amerykańskich) mediach na temat Bliskiego Wschodu.

Michalkiewicz: Wnuki Marii Czubaszek im. Katarzyny Wiśniewskiej

February 7, 2012

Felieton    serwis „Nowy Ekran” (www.nowyekran.pl)    6 lutego 2012

Co tu ukrywać – ostatnio Salon ma pecha, którego nawiasem mówiąc, sam sobie przynosi – podobnie w anegdocie o żydowskim małżeństwie, jaką kiedyś opowiedział mi kolega Aleksander Rozenfeld. Małżeństwo przechodzi kryzys, bo mąż od rana nie odzywa się do żony ani słowem. Wytrzymała tak do wieczora, aż wreszcie pyta: co ci jest, może jesteś chory? Ten swoim zwyczajem odpowiada pytaniem na pytanie: słuchaj no, czy ty byłaś ze mną, jak były pogromy? Na to ona: no pewnie, przecież schowaliśmy się do tej samej bramy i tak się poznaliśmy. – Aha – on na to – a po chwili – a jak mnie wywieźli do Oświęcimia, to też ze mną byłaś? – No wiesz co, ty chyba naprawdę jesteś jakiś chory. Przecież jechaliśmy w tym samym wagonie! A wtedy on: oj – widzę, że ty mi pecha przynosisz!

Więc Salon też sam sobie pecha przynosi i to – powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – z własnej winy, to znaczy – z własnej pychy, a konkretnie z tej przyczyny, że salonowcy pozują na oryginałów, jakich świat nie widział.

Weźmy takie zapłodnienie w szklance, na które Salon tak się ostatnio snobuje. Naturalnie do żadnego snobizmu nie przyzna się za żadne skarby, bo to „obciach” gorszy od śmierci – więc obłudnie uzasadnia konieczność zapładniania w szklance na koszt podatników potrzebami kobiet cierpiącymi na niepłodność. Że to niby już nie mogą wytrzymać bez dzieci. Ale nie dajmy się zwieść pozorom, bo jedną z najzagorzalszych bojowniczek o szklankę jest pani filozofowa Magdalena Środa.

Pani filozofowa miała nadzieję na powrót na synekurę pełnomocnika do równego statusu kobiet i mężczyzn, ale premier Tusk najwyraźniej ją olał i powierzył tę synekurę najpierw pani Radziszewskiej, a obecnie – pani Agnieszce Kozłowskiej-Rajewicz. Nie są to jakieś wielkie pieniądze, ale w kryzysie nikomu się nie przelewa, więc i pani filozofowa pewnie chętnie by się po nie schyliła, pryncypialnie ganiąc przy okazji chciwość u innych.

Ale nie tylko o pieniądze tu chodzi, chociaż – któż by nie chciał wypić i zakąsić na koszt Rzeczypospolitej – w dodatku bez żadnych zobowiązań, ani odpowiedzialności za cokolwiek? Chodzi tu również o ideę, a właściwie – o ideę-fixe, jaka musiała przed laty zagnieździć się w głowie pani filozofowej, w miarę upływu lat urastając do rozmiaru obsesji. Charakter tej obsesji bardzo ładnie opisał Janusz Szpotański w poemacie „Bania w Paryżu”, przedstawiając księżnę de Guisse (de domo Cohn).

Uprzedzając nieco fakty dodam, że księżna tak naprawdę pochodziła z Białegostoku – co ujawnia się w końcowym fragmencie poematu, kiedy wyznanie na temat miejsca swego urodzenia składa filozof Levy-Stoss: „Drohobycz, Sambor, Stryj i Złoczów! Nagle mu łzy tryskają z oczu: Ach zasłużyłem na sto kijów! Miejsce urodzin? Jaki Kijów? Wszak na świat wydał mnie Drohobycz – i to jest życia mego zdobycz! Polsko, ojczyzno ma! Galicjo! Galicja Polski jest delicją, jej kwintesencją, jej wykwitem! A także Europą przy tym!” – i oczywiście, jak to w Salonie – zaraz kształtują się nowe hierarchie: „Gdy przy orderach i we fraku, na czele delegacji gminy, mój dziad Cesarza witał w Stryju, kim był twój wówczas, ty prostaku z głębin dna getta w Kolomyi?!” Więc księżna de Guisse, „gwiazda Woman Liberation, jej hasłem: zmienić mężczyzn w gejsze, największe zasię jej marzenie: płci obu zrównać przyrodzenie do tego stopnia, żeby książę także zachodzić musiał w ciążę.

Pani filozofowa może nie ma aż takiego fioła, ale ciąży najwyraźniej jest niechętna: „ciąża wycieńcza, zniekształca, czyni własne ciało obcym” – poucza biednych tubylczych półinteligentów w żydowskiej gazecie dla Polaków, prezentując im przy okazji nowego jasnego idola w postaci pani Marii Czubaszek, która przez swój otwór gębowy pochwaliła się w radio, że „przeszła dwie aborcje” ale „nie jest jej z tym źle”, bo woli być „zimną suką” niźli „matką Polką”.

Najwyraźniej zimne suki gotowe są na wszystko, żeby tylko nie zostać „matką Polką”. Te matki Polki, to musi być coś strasznego – i nietrudno się domyślić, co. Co robi matka Polka? Ano, rodzi Polki i Polaków, którzy – jak zauważył izraelski premier Icchak Szamir – antysemityzm wysysają wraz z mlekiem tej matki. Nic dziwnego, że rozmaite suki, zimne i gorące, kombinują na wyścigi, jakby tu to straszliwe niebezpieczeństwo rozładować. Zapłodnienie w szklance jest jakimś, w dodatku stosunkowo humanitarnym wyjściem z sytuacji, zwłaszcza, gdyby materiał genetyczny importować, dajmy na to, z Izraela – oczywiście na koszt podatnika tubylczego, bo jakże by inaczej?

Więc kiedy pani Czubaszek pochwaliła się swoimi osiągnięciami, postępactwo natychmiast przystąpiło do działania, tworząc ruch społeczny wnuków Marii Czubaszek. Akces do ruchu jest dobrowolny („chciałbym być wnukiem Marii Czubaszek”) i tych desperatów jest już podobno ponad 1600! Piszę: desperatów, bo bycie nawet potencjalnym wnukiem pani Czubaszek musi być nie tyle nawet ryzykowne, co graniczyć z samobójstwem!

Jakże bowiem można być wnukiem kobiety, która nie tylko chwali się skrobankami, ale sprawia wrażenie udelektowanej swoim wyczynem? Taki wnuk nie ma najmniejszych szans na zaistnienie, więc jeśli wśród postępactwa znalazło się aż tylu desperatów, to najwyraźniej muszą oni być swoją egzystencją szalenie rozczarowani i przygnębieni. Chyba słusznie – bo cóż to za przyjemność, być postępakiem? To rzeczywiście może być gorsze od śmierci. Ale to jeszcze nic w porównaniu z figlem, jaki postępactwu spłatał los. Oto pani Katarzyna Wiśniewska w Sosnowcu twierdzi, że upuściła swoją półroczną Magdę tak nieszczęśliwie, że dziecko zginęło na miejscu – potem zakopała zwłoki pod gruzem, śmieciami i śniegiem i upozorowała porwanie. Czyż nie nadaje się na honorową patronkę ruchu „wnuków Marii Czubaszek”?

Nadaje się, jak mało kto, bo nawet idzie krok dalej, niż odważyła się pójść sama pani Czubaszek. Komentując wyznania pani Czubaszek, pani filozofowa wyraziła przekonanie, że podobnych kobiet jest więcej i że „aborcja przyniosła im ulgę”. To na pewno – ale skoro to uczucie „ulgi” usprawiedliwia aborcję, to warto zauważyć, iż podobnej ulgi można doznać również po dzieciobójstwie.

Podobno i pani Wiśniewska, kiedy tylko szczęśliwie ukryła zwłoki córki, zaraz wybrała się z mężem do kina na jakiści horror. W takim razie dlaczego dopuszczać tylko ulgę z tytułu aborcji? Powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – im większy człowiek, tym większa ulga i jeśli, dajmy na to, ktoś wyskrobałby na przykład panią filozofową, to ulgi doznałoby mnóstwo ludzi! W imię czego pozbawiać ich takiej przyjemności?

Religianci powołują się na argument z autorytetu w postaci dekalogu – ale przecież postępactwo żadnych religianckich przesądów nie uznaje, więc podtrzymywanie zakazu eliminowania ludzi dużych ze względu na nadzieję doznania ulgi można by tylko uzasadnić nieubłaganą konicznością egzystencji takiej, dajmy na to, pani filozofowej. Czy jednak egzystencja pani filozofowej jest aby na pewno konieczna? Absolutnie nie i najlepszym na to dowodem jest choćby to, że bez pani filozofowej świat istniał tysiące lat i będzie istniał po niej.

Być może pani filozofowa uważa inaczej, ale nie ma się co tym przejmować, bo wiadomo, że cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych tak samo, jak infirmerie – Napoleonów i Cezarów. Zatem kiedy pani filozofowa wiąże wielkie nadzieje z projektem ustawy „o świadomym rodzicielstwie”, wyprodukowanym podobno przez osobliwą trzódkę posła Palikota – że to niby „przywraca kobietom prawa reprodukcyjne”, to warto podkreślić, że w myśl zasady równości kobiet i mężczyzn, tym ostatnim powinno się przywrócić prawo do psychicznego komfortu, tak często naruszane a nawet niweczone przez coraz bardziej rozwydrzone „zimne suki”.

Stanisław Michalkiewicz

Phideaux “Snowtorch”

February 6, 2012

Ciut więcej czasu mam ostatnio, to można się wziąć za nadrabianie zaległości kulturalnych: wprawdzie staram się być z muzyką na bieżąco (przynajmniej jeśli chodzi o rocka-więcej-niż-trzy-akordowego), ale parę płyt w 2011 mi umknęło – a jedna z to właśnie “Snowtorch” Amerykanów z Phideaux. Nie usłyszałbym o niej gdyby nie dobrzy ludzie z progarchives: nie ma to tamto, jeśli jakaś płyta bije w podsumowaniu 2011 i Dream Theater, i Symphony X?

Troszkę jazzu, szczypta symfonicznego patosu, odrobinka psychodelii – ale panie i panowie z Phideaux cały czas pamiętają o 11 przykazaniu, czyli “nie nudzić“: jeśli psychodelia, to jako chwila wytchnienia po jazzowych łamańcach, jeśli symfoniczne wejście, to za chwilę będą przeszkadzajki…

Nie wiem jak to możliwe, ale damski wokal w “Snowtorch (part II)” kojarzy mi się z Ianem Andersonem: ta sama nosowa barwa głosu, sarkastyczny ton (i takiż tekst)… Zresztą jak nie przywołać Jethro Tull jeśli flet nadaje rytm, a perkusja i gitara dyszą, próbując nadążyć? Jest oczywiście wczesne Genesis (czyli wiodąca rola klawiszy), są harmonie wokalne a’la Gentle Giant, przetwarzanie jednego motywu na kolejne instrumenty (w stylu Camel)…

Filozofia tej płyty jest troszkę podobna jak na “To shatter all accord” – wziąć najlepsze patenty z klasyki lat 70tych, oczyścić z dłużyzn i zacząć na tej podstawie budować coś własnego – przy czym tam gdzie Discipline leci w deprechy i psychiczne wiwisekcje, państwo z Phideaux bawią się muzyką i próbują w to wciągnąć słuchacza.

Cudowny przykład takiej zabawy muzyką to końcówka “Snowtorch (part I)“: bębny wybijają rytm, wokół tego rytmu skaczą jakieś przeszkadzajki, a saksofon próbuje się wcisnąć gdzieś pomiędzy… Coś w tej muzyce cały czas chlupie, stuka i skrzypi – a przecież każdy utwór ma swoja wyraźną melodię i to jest art rock, a nie granie na winie w stylu Toma Waitsa (“na winie” = co się nawinie, w to stukamy, a potem się zobaczy).

Rytm z jednej strony połamany i pokręcony chwilami – ale noga sama chodzi do taktu (nawet moja noga, co oznacza że metrum naprawdę nie jest skomplikowane). Ja wiem, że to ciut abstrakcyjne skojarzenie, ale wyobraźcie sobie Gogol Bordello, które przestało chodzić w bojówkach, tiszertach i pić berbeluchę z musztardówek – a zamiast tego (pozostając na tym samym poziomie energii) mamy garnitur, szampana i dawanie czadu na instrumentarium cokolwiek bardziej klasycznym.

Dygresja: mocna strona tej płyty to fenomenalne kobiece wokale, wprowadzone troszkę jak na space operach w typie Ayreon: pani śpiewa na tle syntezatorowej melodii, bębny huczą, a pan melorecytuje pół linijki przesunięty do tyłu.

Nie mam pojęcia o co chodzi na początku “Snowtorch (part II)“, ale mi się podoba: bębny brzmią jakby sobie jakiś drwal łomotał do rytmu, chóralne zaśpiewy – a jak wszystko przycichnie, znowu zaczynają się dziwne dźwięki (trzaski, stukoty – patrz wyżej).

Spora  zaleta “Snowtorch” to długość – wiele zespołów grających muzykę “kombinowaną” (no nie mogę, odmieniane przez przypadki “progresywny” i “alternatywny” już mi po prostu nie przechodzą przez klawiaturę) uważa za dyshonor zejście poniżej godziny. A Phideaux? Cztery utwory (tak naprawdę to dwa kloce po prawie 20 minut i dwie krótsze formy) – i już. Przyszli, zagrali co mieli do zagrania, ukłonili się i poszli…

Więc ja też nie będę przedłużał i powiem, że płyta mi się bardzo podoba, a chlupoty w dźwiękowych pejzażach utkwiły mi chyba w głowie na dobre.