Archive for January, 2012

All your base are belong to us

January 30, 2012

Wygląda na to, że wybitny socjalistyczny przywódca Adolf Hitler (tak w trosce o ACTA powiem, że prawa autorskie do tego określenia ma pan Stanisław Michalkiewicz) był żałosnym partaczem.

No bo pomyślmy: zachciało się chłopu przejąć kontrolę nad Europą, to i zbrojenia trzeba było zacząć, i mniejszości mordować (co pociąga koszta finansowe i fatalną reputację), i utrzymywać struktury okupacyjne… Jednym słowem, strasznie dużo roboty – a efekty, powiedzmy sobie, niespecjalnie imponujące.

A taka Angela Merkel? Jeśli jej plany się powiodą, po faktycznej wasalizacji Francji przejmie kontrolę nad Grecją bez jednego wystrzału:

http://www.reuters.com/article/2012/01/29/us-eurozone-germany-greece-idUSTRE80S0HO20120129

Mało tego: wszyscy będą ją chwalić (na przykład Radek Sikorski) za wzięcie na swoje barki odpowiedzialności za przewodzenie Europie, dzięki czemu wreszcie wyjdziemy z zawinionego przez okropnych finansistów kryzysu i będziemy razem harmonijnie rozwijać się ku chwale naszej socjalistycznej ojczyzny naszego wspólnego europejskiego domu. Hura!

A mogli, wzorem Islandii, po prostu pokazać wszystkim środkowy palec…

Dla ludzi o mocnych żołądkach, kluczowe fragmenty niemieckiej unijnej propozycji można znaleźć TUTAJ.

Advertisements

Michalkiewicz: Wariacje

January 30, 2012

Felieton    „Nasz Dziennik”    28 stycznia 2012

Ósma godzina z minutami, jedzie pociąg z wariatami” – śpiewało się w piosence popularnej wśród moich rówieśników z dzieciństwa. Przypomniało mi się to, kiedy na antenie Polskiego Radia słuchałem rozmowy między posłami na temat ACTA. Poseł PiS, które w tej sprawie się „pomyliło” dyskutował z posłem z PO, który w pewnym momencie użył argumentu z autorytetu – że mianowicie niemożliwe jest przecież, by ci wszyscy dygnitarze z różnych państw, które podpisały ACTA, byli wariatami.

Zapewne miało z tego wynikać, że skoro wariatami nie są, a twierdzą, że ACTA niczyjej wolności nie zagraża, to znaczy, że ci, którzy się tego obawiają… no nie, wariatami też może nie są, ale są źle poinformowani. Tak w każdym razie uważa pan minister Sikorski – że młodzież została „niepotrzebnie” nastraszona.

Warto się nad tym chwilę zatrzymać. Po pierwsze dlatego, że nie ma najmniejszego dowodu, że wśród przywódców państw nie ma wariatów. Już łatwiej byłoby dostarczyć przykładów przeciwnych, świadczących, że w tym środowisku od wariatów nie tylko się roi, ale również – że są to wariaci bardzo niebezpieczni. I żeby było jasne – wcale nie dotyczy to tylko przeszłości.

Wystarczy oglądać telewizję, by się przekonać, że nawet wśród naszych Umiłowanych Przywódców, którzy przecież żadnej władzy nie mają, a tylko służą za parawan, za którym naszym nieszczęśliwym krajem rządzą rozmaite bezpieczniackie watahy, nie brakuje ludzi albo o zszarpanych nerwach, nadających się w sam raz na pacjentów dla weterynarza – albo wariatów w sensie medycznym, cierpiących na manię wielkości.

Skoro tak, to cóż dopiero musi się dziać w krajach o większym politycznym ciężarze gatunkowym od naszego? Tam siła przyciągania wariatów musi być jeszcze większa, a skoro tak, to i odsetek wariatów też. O ile mi wiadomo, żeby zostać zawodowym kierowcą, czy nawet policjantem, trzeba najpierw przebadać się również pod kątem zdrowia psychicznego. Tymczasem Umiłowanym Przywódcą zostaje się bez żadnych tego rodzaju badań, a przecież jest to trampolina, z której można zrobić karierę ministra, premiera, a nawet – prezydenta.

Nic zatem dziwnego, że potem Antoni Słonimski opisuje, jak to austriacki generał Potiorek w ramach swoich zainteresowań naukowych badał ciężar gatunkowy żołnierzy, których w tym celu, w pełnym oporządzeniu zanurzał w beczce z wodą, a potem zapisywał, wiele wody wypierają. I nikomu to nie przeszkadzało dopóty nie zapragnął zbadać tą samą metodą ciężaru gatunkowego oficerów swego sztabu. Wówczas odwieziono go w plecionce do infirmerii – ale przedtem dowodził dywizją, czy nawet korpusem w sposób nie zwracający niczyjej uwagi.

Zresztą po cóż przytaczać jakieś przykłady, kiedy najlepszym dowodem zaburzeń psychicznych jest widoczne wśród Umiłowanych Przywódców, niepohamowane pragnienie rządzenia innymi? Tymczasem Franciszek ks. de La Rochefoucauld zauważa, że „trudniej jest nie dać rządzić sobą, niż rządzić innymi”. Zatem jest bardzo prawdopodobne, że wśród naszych Umiłowanych Przywódców nie tylko musi być mnóstwo wariatów, ale w dodatku – wariatów idących na łatwiznę. W tej sytuacji młodzież, która usiłuje nie dopuścić, by wariaci przejęli nad nią pełnię władzy, zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na naśladowanie.

Tylko czy minister Radosław Sikorski jest jeszcze w stanie to zrozumieć? Dowodzi on, że mnóstwo kagańcowych i kneblujących praw zostało już wprowadzonych i ACTA niewiele tu zmienia. Czy to jednak ma to świadczyć o złym poinformowaniu młodzieży, czy raczej o tym, że wreszcie poznała się na łajdactwie?

Niedawno poseł Antoni Macierewicz urządził konferencję, podczas której przedstawił opinie ekspertów podważające ustalenia raportu komisji ministra Millera. Na marginesie pojawiła się też informacja, że skrzydło tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku zostało rozdarte OD TYŁU. Na takie dictum poseł Paweł Olszewski z PO oświadczył, że „nikt” nie traktuje posła Macierewicza poważnie. Pomijam już to, skąd poseł Olszewski może wiedzieć takie rzeczy – bo takie kategoryczne stwierdzenia dowodzą raczej, że po prostu nie wie, co mówi – ale nie ma racji merytorycznie.

Poseł Macierewicz w 1979 roku, a więc wtedy, kiedy poseł Olszewski dopiero się urodził, był znaną postacią w opozycji demokratycznej, gdzie trzeba było mieć trochę więcej odwagi i charakteru, niż jest potrzebne do zostania posłem Platformy Obywatelskiej – bo tu podobno wystarcza udawać głupszego od szefa.

Stanisław Michalkiewicz

Discipline “To Shatter All Accord”

January 24, 2012

Jakąś dziwną krętą ścieżką – z udziałem NMP, oczywiście – wylądowała na moim playerze płyta Discipline “To shatter all accord“. Przyznam bez bicia że za pierwszym razem weszła mi średnio, no ale zajrzałem na progarchives: zachwyty, pienia, i ogólnie klękajcie narody. Hm, pomyślałem, może faktycznie zatłoczone metro to nie są dobre warunki do przyswajania takich dźwięków?

Jak pomyślałem, tak zrobiłem i morał jest prosty: czasem warto posłuchać mądrości ludowej, zwłaszcza w kontekście muzyki (w granicach rozsądku: do Lady Zgagi nie przekona mnie nikt i nic – non, kurwa, possumus że tak Sapkowskim polecę).

Co słychać na tej płycie? Na pewno Van der Graaf Generator,  i to już od pierwszych taktów “Circuitry“: gitara, potem klawisze oplecione saksofonem… Łomot perkusji, pulsujący bas, a gitarzysta gdzieś tam się wwierca w chmury  jakbym miał rzucić skojarzeniem, to Pink Floyd tak gdzieś na wysokości “The Wall”). Natężenie emocji sięga zenitu, a nagle wjeżdża melotron z plumkającymi klawiszami… I robi się cicho i spokojnie.

Momentami trochę przemyka Genesis – choć może to skojarzenie wynika bardziej z oglądania Discipline niż słuchania. No bo i makijaż klauna na twarzy, i ekspresja całym sobą – trochę w tej pozie wokalisty wczesnego Petera Gabriela, trochę Fisha. Ale skoro z takich rejonów czerpią panowie inspirację, to wiadomo: nie będzie ironicznego dystansu i podśmiewajek, tylko emocje na wierzchu i ogólnie serio.

I muzyka nie odstaje od tej wiwisekcji: nie da sie wyśpiewać bebechów przy dźwiękach disco polo (czy, jak to się teraz ponoć nazywa, synth popu w rodzaju gówna znanego jako The Knife), więc gitara też brzmi chwilami pogrzebowo – choćby w “When She Dream She Dreams in Color“, pięknie nakręcając klimat. Jak już jesteśmy przy ponurackim budowaniu klimatu, to trzeba powiedzieć, że ta płyta barwi się chwilami na karmazynowo.

Co w sumie specjalnie dziwne nie jest:  nazwa zespołu zobowiązuje, a uczyć się od Frippa i spółki u szczytu ich formy (czyli tak w okolicach “Starless…“) to nie wstyd. Wielu próbuje, ale mało komu wychodzi: u Discipline słychać szacunek do klasyki jako podbudowę do czegoś własnego, a takie na przykład Anekdoten brzmi jak (kiepski) tribute band King Crimson.

A na koniec mamy opus magnum tej płyty czyli “Rogue” – prawie trzydziestominutowa pioseneczka. Pomysłów wsadzono w nią dość żeby obdzielić kilka albumów – widać panom z Discipline przerwa w działalności dobrze zrobiła, bo wrócili z naładowanymi akumulatorami. Melodię niby da się (fragmentami przynajmniej) zanucić, instrumenty płynnie ze sobą rozmawiają – a całość wciąga jak dobra książka albo film i człowiek naprawdę skupia się na słuchaniu co będzie dalej.

Dynamiczna i szarpana melodia przechodzi w (znów: karmazynowe) szmeranie, które pomału narasta: i nagle zaskakuje człowieka nowy motyw, który gdzieś tam niespodziewanie wyrósł z tła – a całość spięta pulsującą sekcją rytmiczną. Generalnie, cała środkowa –  instrumentalna – część “Rogue” to improwizowane granie w najlepszym stylu lat 70tych: oczyszczone z dłużyzn, narkotykowo-psychodelicznych odjazdów, bez jednej zbędnej nuty.

Ciekawa historia z tym albumem: niby – jak rozłożyć na czynniki pierwsze – gdzieś już to człowiek słyszał, bo i saksofony znajome, i neurotyczny chwilami wokalista, i burząca sielski nastrój gitara… A jednak całość wciąga.

Nowe wino w starych bukłakach? Jeśli tak, to na zdrowie – kac raczej nie grozi.

Obrazek z witrynki

January 24, 2012

Miałem coś napisać o przyjęciu przez Polskę umowy ACTA – bo i cieć dał głos, i rząd zobaczył, że nie każdego da się spacyfikować TVNem… Ale  znalezione w necie podsumowanie (na czyimś profilu na FB, więc autora rysunku z góry przepraszam za ewentualne naruszenie praw) jest tak celne, że po prostu nie mogę sobie odmówić wstawienia go tutaj. Wszystkim głosującym na Ryżego lemingom z dedykacją.

Michalkiewicz: Wierzę w Jurka Owsiaka

January 23, 2012

Felieton    „Nasz Dziennik”    21 stycznia 2012

Jak wiadomo, pod rządami premiera Tuska jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej. Zresztą już jest nam tak dobrze, że dobrze nam tak. Niezależnie od wdrażanego właśnie w konwulsjach Narodowego Programu Eutanazji, dyskretnie ukrytego m.in. pod postacią ustawy o refundacji leków, rosną koszty utrzymania, no a przede wszystkim – ceny paliw i kary dla kierowców.

Najwyraźniej nasi Umiłowani Przywódcy uważają, że jak kogoś stać na samochód, to jeszcze nie jest z nim tak źle, a w takim razie – warto go skubnąć. Bo trzeba nam wiedzieć, że główną troską naszych Umiłowanych Przywódców jest, jakby tu przychylić nam nieba – no a nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, że to kosztuje. Toteż i cała pomysłowość naszych Umiłowanych Przywódców skierowana jest na poszukiwanie sposobów znalezienia pieniędzy – i stąd można odnieść wrażenie jakiegoś zdzierstwa.

Ale to nie jest żadne zdzierstwo, ani tym bardziej – Boże broń – żaden wyzysk. Wyzyskiwaczem to może być ohydny krwiopijca, kapitalista – ale nigdy w życiu – demokratyczne państwo prawne, zwłaszcza „urzeczywistniające zasady sprawiedliwości społecznej” – tak właśnie, jak w naszym nieszczęśliwym kraju. Jeśli nawet czasami możemy odnieść wrażenie, że największym wyzyskiwaczem jest właśnie państwo – to właśnie dowód, jak bardzo się mylimy, bo przecież jeśli nawet państwo zabiera nam coraz więcej, to czyni to wszystko dla naszego dobra.

Chodzi o to, że pieniądze psują charakter, a własność budzi w człowieku nadmierne przywiązanie do dóbr materialnych. Dlatego też nasi Umiłowani Przywódcy, którzy tym bardziej pragną naszego dobra, im mniej nam go zostało, chcą dla nas jak najlepiej. Wykombinowali sobie zatem, że w trosce o człowieka „wszystko mu także się odbierze, by mógł własnością gardzić szczerze.” Oni w naszym imieniu się poświęcą i na własnej skórze sprawdzą, czy rzeczywiście pieniądze psują charakter, a własność budzi w człowieku materialistę dialektycznego. Słowem – Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej – nawet jak im się wydaje, że jest odwrotnie. Tak samo, jak za Gierka. Czyż można wymagać więcej?

Okazuje się, że tak, że nie tylko można, ale nawet trzeba. Od tego dobrobytu wszystkim po prostu przewraca się w głowach – to znaczy nie wszystkim, tylko tym na prawicy. Tym na lewicy nie tylko się nie przewraca, ale przeciwnie – wszystko się stabilizuje, zgodnie z poleceniami oficerów prowadzących i nic tego nie zmieni, nawet gdyby krakowscy eksperci wkrótce odczytali na kopiach zapisów z czarnych skrzynek odgłosy wybuchu bomby.

W tej sytuacji nikogo nie dziwi, że pani prof. Krystyna Skarżyńska jednym rzutem oka zdemaskowała w „Gazecie Wyborczej” prawicowych publicystów, którym nie podoba się Jurek Owsiak. Od razu widać, że coś z nimi nie w porządku – bo jakże komuś może nie podobać się Jurek Owsiak, skoro jest rozkaz, że ma się podobać i to bez gadania? Jeśli komuś, zwłaszcza wbrew rozkazowi, się nie podoba, to nieomylny to znak, że taki delikwent cierpi na sławną schizofrenię bezobjawową, którą dzisiaj już bez trudu demaskuje przodująca nauka.

Bo co innego zauważyć, że ktoś ma coś nie w porządku pod sufitem, a co innego – zdefiniować to naukowo. Na szczęście przodująca nauka potrafi uporać się nie tylko z takimi, ale nawet – jeszcze trudniejszymi zadaniami, więc tylko patrzeć, jak cierpiący na schizofrenię bezobjawową zostaną poddani stosownej terapii – by nic nie zakłócało jedności moralno-politycznej narodu.

Ale to dopiero wstęp do świetlanej przyszłości – bo oto anonimowy Czytelnik przedstawił mi program eliminacji wszelkich wierzeń religijnych na świecie, którego początkiem ma być penalizacja, to znaczy – poddanie wszelkiej religii surowym karom. Najpierw oczywiście w naszym nieszczęśliwym kraju, ale „und Morgen die ganze Welt”. Pierwszy krok w tym kierunku, w postaci marszu ateistów w Krakowie, został już zrobiony, więc Anonimowy Czytelnik wiąże teraz wielkie nadzieje z Ruchem Palikota, chociaż nie ma złudzeń co do niedostatków umysłowych tej formacji i szansę upatruje w przyłączeniu się tam pana prof. Jana Hartmana. Co prawda pan prof. Hartman jest członkiem Loży Zakonu Synów Przymierza, ale widocznie anonimowy Czytelnik skądś wie, że nie chodzi tu o religię, tylko o interes, który akurat ma taką dziwną specyfikę.

Dlatego jeśli nawet wszelka religia zostanie zakazana, to w Jurka Owsiaka nadal będzie można, a nawet trzeba wierzyć.

Stanisław Michalkiewicz

Kocham cię jak Irlandię – edycja 23.01.2012

January 23, 2012

Mój druh serdeczny Misza twierdzi od lat, że jednym z powodów notorycznego ponuractwa niżej podpisanego jest dobra pamięć. Nie wiem czy jest to przyczyna jedyna, ale z całą pewnością jest coś na rzeczy – na liście moich brzydkich nałogów jest na przykład czytanie wiadomości i sporo z wylewającego się z mendiów szlamu przylepia mi się do mózgu.

Jeden z przykładów tego szlamu to propaganda obietnice miłościwie nam panującego Słońca Peru (wypowiedzianie podczas sławetnej debaty z Prezesem Samo Zło w 2007):

“Mam plan stworzenia dobrego rządu. Ja wierzę w to, że kiedy ma się zaufanie do ludzi, do własnej ojczyzny, to można zrobić cud. Prawdziwy cud gospodarczy. Naprawdę. To się udało w Irlandii, w Estonii, w Hiszpanii. Dlaczego w Polsce ma się nie udać? Dlaczego nasze dzieci mają myśleć w perspektywie wyłącznie wyjazdu? Ja ten dobry rząd zrobię, jeśli mi pomożecie, ja bardzo proszę was o pomoc.”

Jakby ktoś był ciekawy jak w praktyce wygląda ten sukces, do którego aspirowała ekipa Donalda T., tudzież europejska solidarność, to świeżego przykładu dostarcza konferencja prasowa pana z EBC z udziałem irlandzkiej prasy.

Różnie to z Irlandczykami historycznie bywało, ale na trzy rzeczy w ich wykonaniu zawsze można było liczyć: 1. robią świetną whisky 2. jeszcze lepszą muzykę 3. niespecjalnie się certolą jeśli chodzi o mówienie co im na wątrobie leży:

PS. Na wypadek youtube’a strzelającego fochy,  link zastępczy: http://boingboing.net/2012/01/22/irish-journalist-humiliates-eu.html

Michalkiewicz: Cele i środki

January 9, 2012

Felieton    „Nasz Dziennik”    7 stycznia 2012

Co jest ważniejsze – cele, czy środki? Wprawdzie środki też są ważne i na przykład państwo oczekujące, że obywatele będą zachowywali się przyzwoicie, samo też nie powinno posługiwać się środkami niegodziwymi, na przykład – prowokacją. W tym sensie środki są ważniejsze – ale tylko w tym sensie, bo przecież środki, wszystko jedno – godziwe, czy nie – generalnie służyć mają osiągnięciu celu.

A co jest celem państwa, dlaczego właściwie godzimy się na ten monopol na przemoc, jakim jest państwo? Bardzo ładnie objaśniali to starzy Polacy, jeszcze za I Rzeczypospolitej. Twierdzili, że państwo jest po to, „byśmy wolności naszych zażywali”. I rzeczywiście; gdyby przemoc, jaką monopolizuje państwo nie pozostawała w służbie wolności i sprawiedliwości, nie byłoby żadnego moralnego powodu, by taki monopol akceptować.

Pozornie przemoc wyklucza wolność, ale niepodobna też nie zauważyć, że Wolność potrzebuje Mocy, która by ją ubezpieczała i gwarantowała. Wolność bez Mocy długo nie przetrwa – i dlatego państwo jest nie tylko konieczne, ale i pożyteczne.

Nie możemy jednak zapominać, że państwo istnieje dla wolności – a nie, dajmy na to, dla demokracji. Bo demokracja jest tylko środkiem, tylko narzędziem, które czasami może służyć wolności, a czasami nie. Na przykład dwaj panowie na bezludnej wyspie w każdej sytuacji przegłosują towarzyszącą im panią, która wskutek tego, wprawdzie w całkowitej zgodności z procedurami demokratycznymi, niemniej jednak musiałaby znosić okropną niewolę. W tej sytuacji powinniśmy zdawać sobie sprawę, co jest celem, a co tylko środkiem i jeśli środek z jakichś powodów przestaje służyć celowi, bez żalu go porzucić.

Wspominam o tych wszystkich oczywistych oczywistościach pod wpływem wiadomości nadchodzących z Węgier. Właśnie w Budapeszcie odbyły się demonstracje przeciwko rządowi Wiktora Orbana, zorganizowane przez Partię Socjalistyczną, słusznie uznaną niedawno za organizację przestępczą. To, że partia uznana za organizację przestępczą może w stolicy państwa urządzać demonstracje, świadczy o panującej na Węgrzech wolności, może nawet przesadnej.

Tymczasem rząd węgierski staje się przedmiotem coraz ostrzejszej krytyki nie tylko ze strony Komisji Europejskiej, która ustami jej przewodniczącego Józefa Manuela Barroso domaga się wycofania ustaw przyjętych przez parlament wybrany w powszechnym głosowaniu, a więc – zgodnie z demokratycznymi procedurami, ale również – Hilarzycy Clintonowej, według której demokracja na Węgrzech jest zagrożona, a także ze strony finansowych grandziarzy, którzy na demokracji robią kokosowe interesy.

Jak wiadomo, demokratyczne rządy podtrzymują iluzję płynności finansowej swoich państw za cenę sprzedawania własnych obywateli w coraz głębszą i sroższą niewolę lichwiarskiej międzynarodówce. Do tego bowiem sprowadza się powiększanie długu publicznego, którego zabezpieczeniem są przyszłe podatki, a więc – przyszłe dochody obywateli. Demokratyczne rządy zastawiają przyszłe dochody obywateli na całe dziesięciolecia u finansowych grandziarzy i skaczą przed nimi z gałęzi na gałąź w nadziei, że „rynki finansowe”, które dla obecnej zdegenerowanej demokracji stały się ostatnią instancją polityczną i moralną, wystawią im pozytywną recenzję i umożliwią im kontynuowanie misji nadzorcy niewolników.

Pokaż mi swego wroga, a powiem ci, kim jesteś. Skoro w gronie nieprzyjaciół rządu Wiktora Orbana znaleźli się polityczni spadkobiercy komunistycznych zbrodniarzy, którzy uszli sprawiedliwości tylko ze względu na lęk przed rosyjską bombą atomową, skoro znalazły się tam władze Eurokołchozu, forsujące maksizm kulturowy jako obowiązującą ideologię, skoro jest tam również Hilarzyca Clintonowa, traktująca Polskę wyłącznie jako skarbonkę organizacji przemysłu holokaustu, to w tej sytuacji niepodobna nie odczuwać odruchowej sympatii dla rządu Wiktora Orbana, nawet gdyby oskarżenia o odchodzenie od demokracji były prawdziwe. W końcu demokracja jest tylko środkiem i jeśli za cenę jej porzucenia można by wydobyć się z niewoli finansowych grandziarzy, to właściwie czemu jej nie porzucić?

Stanisław Michalkiewicz