Frogg Cafe “Bateless Edge”

W najbliższą niedzielę minie osiemnasta rocznica śmierci Franka Zappy – faceta, który był dla muzyki XX wieku tym, czym Philip Dick dla literatury. Wybitny, oryginalny i bardzo płodny twórca, a równocześnie cokolwiek nierówny: tworzył albumy ponadczasowe jak “Hot Rats” i “Apostrophe” – a czasem zjeżdżał w awangardowe muzyczne żarty, które nie śmieszyły chyba nikogo poza nim samym.

Frogg Cafe zaczynali jako cover band wujka Franka i to na “Bateless Edge” słychać: z jednej strony gitarowe kombinowanie, z drugiej – kompozycje z pogardą patrzące na schemat zwrotka-refren-zwrotka-refren-solo-refren…

A nad wszystkim unosi się radosny duch muzycznej anarchii i jak dla mnie, to właśnie jest najbardziej zappowski element tej płyty: muzycy dobrze znają swoją działkę, poznali zasady kompozycji i technikę gry – i zaczęli kombinować z naginaniem reguł (a ludzie lepiej wykształceni muzycznie ode mnie pewnie znaleźliby tu parę przykładów łamania tychże reguł).

Co to znaczy w praktyce: gitara sobie gdzieś tam solówkowo bładzi, a tu nagle w środek motywu bezceremonialnie pakują się instrumenty dęte i przejmują wiodącą rolę (pozostając – mniej więcej – przy tej samej melodii). Skrzypce smęcą powoli, w tle narastające plumkanie dzwonków i ksylofonu – przerwane nagle rozpychającą się bezczelnie gitarą… No i oczywiście utrzymanie jednego tempa przez cały utwór to opcja dla mięczaków, a do takich panowie z FC ewidentnie zaliczani być nie chcą.

Pozachwycałem się nastrojem, a jakby tak chcieć umiejscowić “Bateless Edge” na muzycznej mapie – to jakie skojarzenia mogłyby się nasunąć? Pomijając wspomnianego już Francisa Vincenta Z., moje pierwsze porównanie to Gentle Giant. Z jednej strony wyjście poza zestaw instrumentów, z drugiej – radosna energia w zakręconych – a mimo to przystępnych – melodiach: to nie jest awangarda, której bez wodki nie razbieriosz, tylko muzyka włączają i mózg, i emocje.

Niestety nie znam się wystarczająco na jazzie żeby wyłapać inne wpływy – ale znawcy twierdzą, że John McLaughlin też jest tu słyszalny. Jakby odfiltrować z Dave Matthews Band ich trącące Cream na haju odjazdy, to spokojnie mogłoby z tego wyjść “Under Wuhu Son, Brace Against The Fall”.  Skrzypce w “Pasta Fazeuh” – może King Crimson z okresu przed “Red”?

Poleciałem w porównania techniczne i ktoś mógłby odnieść wrażenie, że mamy na “Bateless Edge” do czynienia z czymś wtórnym: byłoby to wrażenie całkowicie błędne. Muzyka jest świeża, energiczna i łącząca muzyczną erudycję z chęcią dodania czegoś własnego.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to może do faktu, że album jako całość jest odrobinkę za długi – momentami panowie jakby zatracili się w improwizacji spod znaku “sztuka dla sztuki”. Niewykluczone, że na koncercie odbiera się to inaczej, ale na studyjnej płycie meandry improwizacji odrobinkę nużą.

Na szczęście odrobinka jest naprawdę drobna, więc nawet człowiek średnio osłuchany z jazzem może mieć z tej płyty sporo radości. Ja w każdym razie biorę się za McLaughlina – i za wcześniejsze płyty Frogg Cafe, oczywiście.

Tags: , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: