Archive for November, 2011

Frogg Cafe “Bateless Edge”

November 29, 2011

W najbliższą niedzielę minie osiemnasta rocznica śmierci Franka Zappy – faceta, który był dla muzyki XX wieku tym, czym Philip Dick dla literatury. Wybitny, oryginalny i bardzo płodny twórca, a równocześnie cokolwiek nierówny: tworzył albumy ponadczasowe jak “Hot Rats” i “Apostrophe” – a czasem zjeżdżał w awangardowe muzyczne żarty, które nie śmieszyły chyba nikogo poza nim samym.

Frogg Cafe zaczynali jako cover band wujka Franka i to na “Bateless Edge” słychać: z jednej strony gitarowe kombinowanie, z drugiej – kompozycje z pogardą patrzące na schemat zwrotka-refren-zwrotka-refren-solo-refren…

A nad wszystkim unosi się radosny duch muzycznej anarchii i jak dla mnie, to właśnie jest najbardziej zappowski element tej płyty: muzycy dobrze znają swoją działkę, poznali zasady kompozycji i technikę gry – i zaczęli kombinować z naginaniem reguł (a ludzie lepiej wykształceni muzycznie ode mnie pewnie znaleźliby tu parę przykładów łamania tychże reguł).

Co to znaczy w praktyce: gitara sobie gdzieś tam solówkowo bładzi, a tu nagle w środek motywu bezceremonialnie pakują się instrumenty dęte i przejmują wiodącą rolę (pozostając – mniej więcej – przy tej samej melodii). Skrzypce smęcą powoli, w tle narastające plumkanie dzwonków i ksylofonu – przerwane nagle rozpychającą się bezczelnie gitarą… No i oczywiście utrzymanie jednego tempa przez cały utwór to opcja dla mięczaków, a do takich panowie z FC ewidentnie zaliczani być nie chcą.

Pozachwycałem się nastrojem, a jakby tak chcieć umiejscowić “Bateless Edge” na muzycznej mapie – to jakie skojarzenia mogłyby się nasunąć? Pomijając wspomnianego już Francisa Vincenta Z., moje pierwsze porównanie to Gentle Giant. Z jednej strony wyjście poza zestaw instrumentów, z drugiej – radosna energia w zakręconych – a mimo to przystępnych – melodiach: to nie jest awangarda, której bez wodki nie razbieriosz, tylko muzyka włączają i mózg, i emocje.

Niestety nie znam się wystarczająco na jazzie żeby wyłapać inne wpływy – ale znawcy twierdzą, że John McLaughlin też jest tu słyszalny. Jakby odfiltrować z Dave Matthews Band ich trącące Cream na haju odjazdy, to spokojnie mogłoby z tego wyjść “Under Wuhu Son, Brace Against The Fall”.  Skrzypce w “Pasta Fazeuh” – może King Crimson z okresu przed “Red”?

Poleciałem w porównania techniczne i ktoś mógłby odnieść wrażenie, że mamy na “Bateless Edge” do czynienia z czymś wtórnym: byłoby to wrażenie całkowicie błędne. Muzyka jest świeża, energiczna i łącząca muzyczną erudycję z chęcią dodania czegoś własnego.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to może do faktu, że album jako całość jest odrobinkę za długi – momentami panowie jakby zatracili się w improwizacji spod znaku “sztuka dla sztuki”. Niewykluczone, że na koncercie odbiera się to inaczej, ale na studyjnej płycie meandry improwizacji odrobinkę nużą.

Na szczęście odrobinka jest naprawdę drobna, więc nawet człowiek średnio osłuchany z jazzem może mieć z tej płyty sporo radości. Ja w każdym razie biorę się za McLaughlina – i za wcześniejsze płyty Frogg Cafe, oczywiście.

Advertisements

Michalkiewicz: W Dniu Życzliwości

November 29, 2011

Felieton    tygodnik „Nasza Polska”    29 listopada 2011

Nie w tej postaci świeci w starym Rzymie kochanek ludów, ów Marek Aureli, który tym naprzód rozsławił swe imię, że wygnał szpiegów i donosicieli” – pisze Adam Mickiewicz. Od razu widać, że nasz nieszczęśliwy kraj jest całkiem inny.

O żadnym wyganianiu „szpiegów i donosicieli” nie ma mowy. To już prędzej szpiedzy, którzy żyją tu jak pączki w maśle, mogliby powyganiać nas – gdyby nie konieczność zapewnienia sobie tubylczej siły roboczej również w przyszłości, kiedy nasz nieszczęśliwy kraj dojdzie do kresu swego przeznaczenia – a już dla donosicieli to jest tu prawdziwe Eldorado.

Nie tylko z tego powodu, że każda z siedmiu okupujących Polskę tajnych służb potrzebuje donosicieli, ale również dlatego, że z donosicielstwa można nie tylko żyć aż do śmierci, ale w dodatku – używać tego życia całą paszczą – „hucznie, z przytupem i hulaszczo”. Toteż w branży donosicielskiej szczyt koniunktury – o czym można się przekonać już choćby na podstawie liczby „organizacji pozarządowych” kolaborujących ze specjalnym Zespołem do spraw Monitorowania Rasizmu i Ksenofobii przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

Kiedyś takich policyjnych konfidentów uważano za osoby pozbawione honoru i nie przyjmowano w przyzwoitych domach, ale te czasy należą już do przeszłości. Toteż salon roi się od konfidentów, którzy zażywają reputacji autorytetów moralnych i mentorskim tonem pouczają przedstawicieli mniej wartościowego narodu tubylczego, co też na danym etapie przystoi mu czynić – a nieposłusznych ciągną przed niezawisłe sądy.

Tak się akurat złożyło, że akurat w Światowym Dniu Życzliwości, który, jak wiadomo, przypada 21 listopada (dlaczego akurat tego dnia – na to składa się szereg zagadkowych przyczyn, których korzenie sięgają – jakże by inaczej? – Bliskiego Wschodu), zeznawałem jako świadek przed Sądem Rejonowym w Lublinie, gdzie toczy się proces karny Grzegorza Wysoka, oskarżonego o bliżej nieokreślone myślozbrodnie przez tamtejszą prokuraturę, wprawioną w ruch przez podobno niezwykle aktywnego na odcinku delatorskim dziennikarza tamtejszej mutacji „Gazety Wyborczej”, pana redaktora Karola Adamaszka. Kiedy już w naszym nieszczęśliwym kraju zostanie wreszcie ustanowiony Order Pawła Morozowa, jestem pewien, że cnota nie pozostanie bez nagrody.

Wróćmy jednak do niezawisłego sądu, przed którego obliczem zeznawałem. Chodziło o to, czy treści zamieszczane przez pana Grzegorza Wysoka w wydawanym przezeń biuletynie, mają charakter rasistowski, a w szczególności – antysemicki. To właśnie w swoim oskarżeniu sugeruje prokuratura, a usłużnie potwierdzają wynajęci eksperci – językoznawcy z UMCS.

Przeczytałem sobie jedną taką ekspertyzę i gdybym nie wiedział, że została sporządzona przez osobę obsypaną tytuły naukowymi, to pomyślałbym sobie, że napisał ją jakiś prostak, nie mający pojęcia o logicznym wnioskowaniu. Jakże bowiem określić wniosek, że Grzegorz Wysok, porównując w jednej ze swoich publikacji ludobójstwo, dokonane na ludności polskiej Kresów Wschodnich przez UPA z dokonaną przez Turków rzezią Ormian, działał w intencji zaprzeczenia holokaustowi?

Kiedyś, jeszcze w koszmarnych czasach komuny, felietonista „Kultury” Hamilton napisał o swojej ciotce, która nie mogła pogłaskać kota, bo miała takie natręctwo, że natychmiast musiała mu szukać pcheł. Najwyraźniej to natręctwo musiało się przez ten czas upowszechnić – ale dlaczego ogniskiem tej przypadłości został akurat UMCS?

Kiedyś był to całkiem normalny uniwersytet; wiem co mówię, bo sam tam studiowałem w latach 60-tych – a co się dzisiaj z niego porobiło? Cóż jednak wymagać od pracowników nauki, którzy tradycyjnie bywają trochę szurnięci, często w sensie pozytywnym, jak nie w tę, to w inną stronę, skoro przecież całkiem niedawno psychiatra został postawiony na czele naszej niezwyciężonej armii?

Gorsza sprawa ze znajomością najnowszej historii naszego nieszczęśliwego kraju. Odniosłem takie wrażenie, kiedy pani prokurator zadała mi podchwytliwe pytanie, czy słowo „cham” jest obelżywe, czy nie. Odpowiedziałem, że do niedawna uważane było za niegrzeczne, ale odkąd sąd prawomocnie uznał, że przy pomocy takiej inwokacji można zwracać się nawet do Prezydenta Rzeczypospolitej, to obecnie może być ona uważana nawet za zaszczytną.

Zasadniczo pani prokurator chodziło jednak o „Żydów” i „Chamów” – o których Grzegorz Wysok przypomniał, charakteryzując konflikt między Leszkiem Millerem, a Aleksandrem Kwaśniewskim. Wyjaśniłem tedy, że chodzi o frakcje w PZPR, o których pisał Witold Jedlicki w broszurze pod takim właśnie tytułem.

Żydy” to byli tzw. „Puławianie”, bo namawiali się w jakimś mieszkaniu przy ul. Puławskiej w Warszawie, podczas gdy „Chamy” to była tzw. „grupa natolińska” – bo urządzała swoje sabaty w pałacyku w Natolinie. Dodałem, że zdaniem Antoniego Zambrowskiego Witold Jedlicki był konfidentem SB – zaś broszura została przez niego napisana na zamówienie Mikołaja Tichonowicza Diomko, używającego w Polsce nazwiska Mieczysław Moczar – ale nawet Antoni Zambrowski nie zaprzecza, że takie określenia w publicystyce funkcjonowały i funkcjonują. Ciekawe, że stawiający tego samego dnia w charakterze świadka w tym procesie lubelski senator PiS zeznał, że „nie przypomina sobie”, by kiedykolwiek takie określenia słyszał. Co tu dużo mówić; są jeszcze w Polsce ludzie szczęśliwi!

Jeśli chodzi o prokuraturę, to odnoszę wrażenie, że musi panować tam przekonanie, iż wybitnie nieprzyzwoite jest samo słowo „Żyd”. Nie tylko dlatego, że podejrzliwie odniosła się do „Chamów” i „Żydów”, ale również – a może nawet przede wszystkim – że jednym z inkryminowanych fragmentów publikacji Grzegorza Wysoka było zdanie, że Adam Michnik został „Żydem roku” któregoś tam.

Pozwoliłem sobie tedy na uwagę, że ukrywanie lub negowanie istnienia narodu żydowskiego wydaje mi się najgorszą postacią antysemityzmu. Wszystko to oczywiście być może – i rzuca światło na sprawę umorzenia przez prokuraturę w Suwałkach śledztwa w sprawie finansowania kampanii wyborczej posła Janusza Palikota w roku 2005. Jasne, że nie może się zajmować takimi głupstwami, skoro – zgodnie z rozkazem pana Andrzeja Seremeta, musi zawczasu tępić myślozbrodnie przeciwko naszej przyszłej szlachcie, która w naszym nieszczęśliwym kraju prowadzi prawdziwą hodowlę donosicieli.

Stanisław Michalkiewicz

Symphony X “Iconoclast”

November 23, 2011

Do czego służy power metal – zwłaszcza w odmianie symfonicznej? Zasadniczo – przynajmniej zdaniem niżej podpisanego – do wprowadzania się w nastrój, a konkretnie w nastrój bojowy… Przy czym nie w sensie po prostu przyładowania komuś, tylko bardziej w stylu “bij bolszewika, kto w Boga wierzy” (niewierzących oczywiście też zapraszamy jeśli mają ochotę się przyłączyć).

W zależności od zespołu, wiązanki pieśni bojowych przenoszą nas w różne miejsca i epoki: Rhapsody to “Władca pierścieni”, Blind Guardian to bardziej “Gra o tron”… Kiczowate? Chwilami na pewno – orkiestrowe aranżacje, podniosłe zaśpiewy w chórkach i naiwne miejscami teksty o walce dobra ze złem.

Z drugiej strony: w czasach, kiedy praktycznie wszyscy twórcy biorą swoje dzieła w obowiązkowy nawias ironii i dystansu, jest coś odświeżającego w facetach ubranych na czarno, którzy wybrali sobie stylistykę i są jej wierni bez względu na modę.

A gdzie w tym spektrum bojowych pieśni umiejscowić Symphony X i “Iconoclast? Z uwagi na chropowatość i zgrzyty, powiedziałbym że jakaś odległa przyszłość a’la uniwersum Warhammera 40000; tak, wiem że to gra – co poradzę, że mroczne filmy o przyszłości to w większości psychologia i nie ma tam nawalanek na dużą skalę…

Na tej płycie Symphony X nie bierze jeńcow: zaczyna się od “Iconoclast’ – niby jakieś tam chórki i damskie wokalizy, ale po chwili wjeżdżamy w metalową sieczkę, której nie powstydziliby się trashowi klasycy. Slayer plus klawisze – o ile takie porównanie ma w ogóle sens – a do tego naprawdę bardzo dobry śpiew.

Ciekawa sprawa, bo wokal to  element często po macoszemu traktowany przez grających ciężko. Jak komuś Bóg poskąpił skali (vide: Mustaine), to może jeszcze nadrabiać manierą – ale przecież wszelkie twory spod znaku death / extreme / hardcore / cośtam cośtam to jest jakaś tragedia: pisk na zmianę z wymiotami do mikrofonu.

A tu? Może nie jest to Dio (no ale taką armatę w gardle to mało kto ma), ale pan Allen bardzo przyjemnie przeskakuje po rejestrach i tempach.

“The end of innocence” warto posłuchać nawet dla samej partii perkusji, choć utwór jako całość też niczego sobie. “Bastards of the machine” zwalnia chwilami (żeby basista rozgrzał palce), a potem uderza jeszcze potężniejszą ścianą dźwięku. A właśnie: znakomicie jest ta płyta wyprodukowana, proszę państwa. Nawet pomijając takie porażki jak “Death magnetic”, rzadko się słyszy takie eleganckie, przestrzenne i ostre jak brzytwa instrumenty – zwłaszcza w metalu.

Tak właściwie nie ma za bardzo sensu wymieniać pojedynczych utworów, bo płyta jest bardzo wyrównana i (może poza “When all is lost”) nie ma wypełniaczy. Ciekawa sprawa jest z melodiami: nie ma tu przebojowych refrenów do nucenia pod nosem (i nawet nie to żeby zaraz człowiek ABBY w metalu oczekiwał, ale jednak Megadeth czy Metallica popełnili kilka wpadających w ucho motywów), a mimo tego płyta wciąga i chce się do niej wracać.

Spora w tym zasługa inteligentnych zmian tempa: niby nic wielkiego, ale słychać że panowie mieli jakiś pomysł na kolejne utwory, a nie tylko “mrok, ciemność, przyjdź szatanie” i bekanie do mikrofonu (w stylistyce wyczynów Dody polskiego metalu, czyli Behemotha).

Riffy, jeszcze cieższe riffy, perkusja jak człowiek sprzężony z maszyną, riffy doprawione klawiszowymi przejściami, wokalista z górnej półki, jeszcze trochę dobrych riffów a czasem solówka – jeśli tak ma wyglądać ścieżka dźwiękowa do dystopijnej przyszłości, to może nie wszystko będzie takie całkiem ponure.

Krowy nie dają mleka

November 23, 2011

Jeśli wierzyć wypowiedziom unijnych oficjeli, trzeba ratować europejską jedność bo inaczej nastąpi Armageddon (jak w tytule) – z jakiegoś powodu, jedyny zrozumiały dla tych pasożytów sposób to kontynuacja status quo: ECB musi drukować pieniądze żeby skupować obligacje zadłużonych krajów.

Furda, że jedna z głównych przyczyn obecnego kryzysu to nadmiar długów – i to zarówno na poziomie indywidualnym (ludzie kupujący samochód i plazmę na krechę) jak i “zagregowanym” (zadłużone po uszy czubków rządy). Ma być tak jak było, bo jak nie to…

No właśnie: jak nie to co? Dość rzeczową odpowiedź na to pytanie daje Charles Hugh Smith prowadzący bloga Of Two Minds. Ponieważ nie bardzo mam czas tłumaczyć cały tekst na polski, wrzucam w oryginale.

CHARLES HUGH SMITH: WHAT’S LOST WITH THE DEMISE OF THE EURO? ONLY WHAT WAS UNSUSTAINABLE

Scaremongering aside, the demise of the euro does not end European integration. It only means that which is unsustainable has been relinquished and a return to stability is finally possible.

So the euro is doomed. Toast. History. This will lead to:

1. the end of civilization

2. the end of European integration

3. the start of new Dark Ages

4. the return to a sustainable reality

The correct answer is 4. The euro was an unsustainable, self-destructing extension of the integration that has long simplified trade, travel and work throughout the EU (European Union).  At the risk of over-saturating you with more euro-related material, here are the basics we need to keep in mind as the third act plays out.

A common currency seemed like a good way to simplify trade and lower transaction costs. As I noted yesterday in Some Heretical Thoughts on the U.S. Dollar, such “folk” convictions rest on “sole-source causation”: in this case, that a single currency would only offer more benefits of integration because it lowered complexity and transaction costs.

The euro supporters forgot or ignored the primary purpose of national currencies:to account for differences in transparency, productivity, trust, money creation and risk between nations’ economies and their Central Banks/States.

If you remove this means of accounting for these fundamental differences, then you have removed a feedback loop from a dynamic system, and thus removed an absolutely essential flow of information and transparency.

What you’re left with is a system of lies, officially sanctioned opacity, misinformation, disinformation, cooked books, artifice and propaganda, i.e. exactly what Europe has become. With the euro, there was no way for the system to account for thr vast differences in debt loads, credit risks, transparency, productivity and a dozen other fundamentals that are expressed in foreign exchange rates.

By all accounts, Greece and Italy have painfully dysfunctional national finances and political Elites resistant to admitting the dysfunction is unsustainable. Once those nations revert to national currencies, then their currencies will reflect the market’s assessment of their economy and their national/Central Bank policies.

The same will hold true for all the other EU member states: the market will shift through the various metrics and feedback loops and reach an equilibrium around the value of each nation’s currency.

Profligate, over-indebted nations with dysfunctional Elites and systems plagued by political corruption and gridlock will see their currencies devalued and the interest rates they must pay to borrow money raise to the point that borrowing will no longer be an option to escape the consequences of profligacy, and the devalued currency will preclude buying imports from strong-currency nations.

These feedback loops are essential to providing the citizenry and their economy with the transparency and information they need to adapt to reality. The euro has erased all that vital information, leaving only interest rates as the sole expression of differences between economies.

Interest rates are simply not a rich enough source of information and market feedback to express the differences between national economies; the global markets need the information and feedback loop provided by currencies.

As I attempted to describe yesterday, currencies are not explicable with “sole-source causality” or “folk” understandings; they are distillations of numerous information feeds and feedback loops that only a transparent market can generate.

I have little doubt the euro is being held aloft by cloaked Central Bank intervention; the Elites are desperately attempting to cloak the system’s intrinsic dysfunction and stop the market from repricing the euro based on the inevitable return to national currencies.

Rather than fear this return to transparent feedback, we should welcome it and hurry it along. Systems which cut off feedback and choke transparency with artifice and lies are doomed to implode. If Europe ditches the failed “folk” experiment called the euro, then the process of recognizing and pricing dysfunction can begin, and the stability that only transparency and feedback can provide will soon return to the EU.

This may sound counter-intuitive, but it’s the only way forward to a sustainable, stable reality. The immense hubris of Europe’s dysfunctional Elites precludes their recognition that reality eventually trumps artifice and intervention. Their feeble, addled cries cannot turn back the tide, even if their bloated self-importance is infinite.

KB: I żeby było coś pod klimat

Mądrość etapu – reaktywacja

November 23, 2011

Na początku lat 90tych była sobie partia – nazywała się Kongres Liberalno-Demokratyczny. Bytom mającym w nazwie przymiotnik “demokratyczny” można przypisać różne cechy, ale demokrację to nie bardzo (przykłady Unii Demokratycznej czy Koreańskiej Republiki Ludowo- Demokratycznej mówią same za siebie)… Mimo tego, była dość aktywna i nawet popularna wśród wyborców.

Jeśli chodzi o skutki długofalowe jej istnienia, to 1. wylansowała Donalda Oby Wiecznie Strzegł Nas Przed Kaczorem Tuska 2. wypromowała hasło “pierwszy milion trzeba ukraść“. Taki to, mocium panie, liberalizm zdaniem panów Tuska i Bieleckiego. Te dwa tuzy polskiej polityki trzymały się całe życie zasady, że prywatyzacja to remedium na wszystkie kłopoty w gospodarce.

Wcielali tę zasadę (i oni, i ich następcy w rządzie) w życie z zapałem i logiką alkoholika wynoszącego z domu co się da, byle mieć na kolejne pół litra berbeluchy: sprzedano zakłady dochodowe, na garnuszku państwa zostały te najgorsze, a deficyt rósł dzielnie z roku na rok. W szczególności: w ręce zagranicznego kapitału przeszły banki.

Nie żebym był jakimś szczególnym miłośnikiem obecności państwa w gospodarce, ale niekonsekwencja “liberalnej” rewolucji zapoczątkowanej przez KLD z przyległościami uderzała: spadała zawartość polskiego kapitału w sektorze finansowym, a równocześnie – rosła liczba regulacji duszących tworzącą się klasę średnią. No, ale jak mawiał Jacek “santo subito” Kuroń – demokracja demokracją, ale ktoś tym wszystkim musi kierować.

Minęło kilkanaście lat i zaczęło się robić zabawnie. Praktyczne skutki zabaw polityków widzieliśmy przy okazji prywatyzacji PZU – ale to był dopiero przedsmak tego, co miało nadejść. Najpierw tabelka ze strukturą własnościową polskiego sektora bankowego wg krajów (z jakiegoś powodu trzeba kliknąć żeby wyświetliło się w cywilizowanym rozmiarze – przepraszam za niewygodę):

I w ramach lektury uzupełniającej: lista medialnych doniesień z ostatnich paru dni (też z podziałem na kraje):

I teraz zagadka: co zrobią spółki matki z “pomarańczowych” krajów wyliczonych w tabelce kiedy ich macierzyste rynki zaczną trzeszczeć (lub, jak w przypadku Grecji, trzasną ostatecznie)? Kasę skądś wziąć trzeba (bo nadzór finansowy nie odpuści), na rynkach wielka smuta (i jak tu zarabiać)… Cóż prostszego niż kilka księgowych sztuczek między gałęziami molocha?

No, ale pan premier się obudził: banki powinny być polskie, więc może OFE odkupią? Może PZU? I wszyscy orędownicy tezy, że kapitał nie ma ojczyzny, nagle wykonują zwrot o 180 stopni. A pacta sund servanda? Mało im opery mydlanej z Eureco?

Ale żeby nie kończyć na takiej dołującej nucie: wyjaśnienie, skąd wzięły się austriackie – i węgierskie – problemy (a podejrzewam, że i w innych krajach dałoby się znaleźć odpowiedniki). Uprzedzam: nie, to nie jest parodia.

Lengyel, Magyar – két jó barát?

November 22, 2011

Nasz wspólny europejski dom przypomina coraz bardziej ogarniętą pożarem melinę rodziny patologicznej: jedni balują i czekają na mannę z nieba, inni demolują co popadnie w ramach słusznego protestu uciśnionych – a w tle niemiecka matrona robi swoje, pomalutku przerabiając Europę na swoją modłę (nie bez znaczenia są ciepłe relacje z psychopatycznym sąsiadem dwa bloki dalej).

Dłuższy czas wydawało się, że Węgry radzą sobie w tej powodzi lewackiego szaleństwa całkiem przyzwoicie – zwłaszcza jak na kraj tych rozmiarów. Orban zabrał się do porządkowania interesu po rządach socjalistów, ba: dozło nawet do potwornej zbrodni, bo rząd zamierzał przeczołgać przed sądem byłych przywódców lewicy.

Niestety: o ile pomysły na politykę miał niezłe, to z gospodarką nie było już tak różowo. Co do przyczyn gospodarczych kłopotów Węgier zdania są podzielone: zdaniem jednych to bałagan zostawiony w spadku przez lewaków, według innych – Fidesz skręcił w gospodarczy populizm i ręczne sterowanie niektórymi sektorami (że nie wspomnę o selektywnym opodatkowaniu np. supermarketów i banków). Jak by nie było, w końcu stało się, ach stało się co musiało się stać – Węgry muszą prosić o pomoc MFW:

http://uk.reuters.com/article/2011/11/21/uk-hungary-imf-idUKTRE7AK0TO20111121

Dodatkowa sól w ranie odniesionej przez węgierską dumę to fakt, że rząd Orbana zerwał rozpoczęte przez socjalistów negocjacje, więc teraz trzeba wracać jako potulny petent. Zobaczymy, co będzie dalej.

 Analogię z piosenką Queen zainspirował mój ulubiony europejski polityk.

PS. A siedziba europejskich instytucji niosących nam szczęście doczesne nadal – od półtora roku – nie ma rządu. I nic – jak tu nie wierzyć, że Belgia to nie jest kraj tylko zbuntowana holenderska prowincja?

Freddie Mercury – in memoriam A.D. 2011

November 22, 2011

Już dwadzieścia lat…

 

Tak, wiem że formalnie to jeszcze dwa dni.

Nowy wspaniały świat / 1984

November 21, 2011

Wbrew intelektualnej bandyterce uprawianej przez męty z “KP”, fraza “Nowy wspaniały świat” to na początku był tytuł genialnej powieści Huxleya. Wizja przyszłości zalanej przez kretyńską rozrywkę to – obok “Roku 1984” Orwella – jedna z najwybitniejszych dystopii w historii (może jeszcze “Fahrenheit 451” łapie się na podium). Mroczny stalinizm Orwella, konsumpcyjna sieczka u Huxleya, stojący gdzieś między nimi Bradbury…

Ocena który z tytanów miał w swoich przewidywaniach rację zależy na pewno od miejsca (inaczej ma się rzecz w Polsce, a inaczej w takim na przykład Iranie), ale jak na mój gust – w Europie A.D. 2011 wygrywa Huxley.

Oryginał: http://laphamsquarterly.tumblr.com/post/12798003102/future-fight-world-shaker-orwell-vs-huxley.

Michalkiewicz: Banda nie przebacza

November 21, 2011

Komentarz    serwis „Pod Lupą” (www.podlupa.pl)    21 listopada 2011

Tego samego dnia, kiedy dowiedzieliśmy się, że pobożny poseł Gowin został w marionetkowym rządzie premiera Tuska wyznaczony na ministra sprawiedliwości, banda policjantów, prokuratorów i jakichści cywilów dokonała najścia na posesję rodziny Olewników pod pretekstem poszukiwania dowodów, że zamordowany Krzysztof Olewnik sam upozorował swoje zniknięcie i zamordowanie. Skoro zdecydowano się na taką ostentację, to jest bardzo prawdopodobne, że stosowne dowody zostały już spreparowane i teraz tylko podejmowane są różne próby, jak je najskuteczniej, to znaczy – w najbardziej efektowny sposób „znaleźć”.

Rzecz bowiem w tym, że rodzina Olewników zamiast od razu potulnie przyjąć do wiadomości, że Krzysztofa zamordowali sławni „nieznani sprawcy” – i siedzieć cicho, ciesząc się, że sami żywi i zdrowi – podjęła zuchwałą próbę wyjaśniania sprawy tego morderstwa. W rezultacie trzeba było nie tylko wyznaczyć bezpośrednich sprawców morderstwa, nie tylko doprowadzić do ich skazania przez niezawisłe sądy, nie tylko zorganizować im samobójstwa w monitorowanych przez 24 godziny celach, nie tylko ujawnić okoliczności wskazujące, że policja z wielkim poświęceniem kryła swoich konfidentów, a także – że również w prokuraturach i niezawisłych sądach musi roić się od tajnych współpracowników.

Wreszcie doszło do najgorszego – to znaczy – wyznaczenia sejmowej komisji, przed którą musiało zeznawać wiele osób również pragnących zachować anonimowość. „Do czego doszło – żeby szlachtę przed sądy pozywały chłopy!” Więc kiedy już kompromis między poszczególnymi bezpieczniackimi watahami dostał dogadany i można było ogłosić skład marionetkowego rządu premiera Tuska, to teraz „za strach, za smak upokorzenia zapłaci czelna im hołota i będzie dotąd gnić w więzieniach, aż z niej zostanie kupa błota!

Stanisław Michalkiewicz

Larum grają nad Menem, czyli Mały Rycerz na miarę naszych możliwości

November 21, 2011

Unia Europejska ma problem: miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle – masa długów niemożliwych do spłacenia, rozleniwieni socjalem ludzie i coraz bardziej wkurzeni tym bałaganem Niemcy (a ten stan, jak wiadomo z historii, rzadko kiedy kończy ma pozytywne skutki). Rządy większości krajów UE jest zadłużona po czubki uszu

więc robi co? Zaciąga nowe długi na pokrycie starych. Banki oczywiście pożyczają – jakby co, zawsze można liczyć na państwo (czytaj: przerzucenie kosztów na podatnika), rządy wygrywają wybory na kolejne kadencje… Tylko w którymś momencie wpadamy w spiralę zadłużenia, z której jedynym wyjściem jest bankructwo.

Ale to jest überhaupt niedopuszczalne, bo prestiż, bo polityka, bo jak to… Więc ktoś te obligacje musi kupować. Ale kto? I za co? Smutno to przyznać, ale niestety główny gwarant finansowej poczytalności to Niemcy (nie z dobroci serca, po prostu statystyczny Hans ma zakodowane na poziomie odruchu Pawłowa: dodruk => inflacja => Weimar => Hitler)…

Generalnie, banki (ze zrozumiałych względów – bez bailoutu nie będzie bonusów) i ekonomiści (którzy w uniwersyteckim zaciszu przeczytali Keynesa, ale niestety nic nie zrozumieli) w kółko opowiadają, że ECB po prostu MUSI drukować pieniądze bo… i tu następuje długa lista plag egipskich:

  • banki zbankrutują
  • nie będzie emerytur
  • zawali się gospodarka
  • psy zaczną szczekać dupami
  • krowy przestaną dawać mleko

a słońce będzie wschodzić na południowym zachodzie… Ale wbrew naciskom prasy i polityków na całym prawie kontynencie, Angela twardo odpowiada “nein”. Zobaczymy, czy starczy jej wytrwałości.

Ponieważ POd rządami Słońca Peru POlska wreszcie jest w Europie, nasz rząd nie może pozostać w drugim szeregu entuzjastów – a kto lepiej nadaje się do dania głosu na temat niż europejski ekonomista z manierami i sukcesami? I Jacek V. nie zawodzi: zdaniem tego wybitnego finansisty, ECB musi drukować pieniądze, żeby uchronić Europę przed katastrofą, która może skończyć się wojną:

http://www.rtl.nl/components/financien/rtlz/nieuws/2011/47/polen_ecb-moet-oorlog-voorkomen.xml

Teraz będzie wersja skrócona specjalnie dla młodych wykształconych (nie żebym podejrzewał ich o czytanie tego bloga, ale kto wie? jakiś nieszczęsny elektorat TVN mógł się tu zaplątać):

interwencja ECB = zakup obligacji rządowych => konieczność dodruku pieniądza => INFLACJA (o skutkach tejże można doczytać w ulubionym źródle wiedzy Bredzisława Oby Żył Wiecznie Komoruskiego – albo spytać rodziców o końcówkę lat 80tych)

Prościej już się naprawdę nie da… Jeśli po takich kwiatkach sadzonych publicznie (i uskutecznianych w polityce wewnętrznej przez Jacka V.) ktoś dalej popiera politykę gospodarczą obecnej ekipy, to naprawdę zasługuje tylko na jedno: przeżycie na własnej skórze wszystkich skutków.

Szkoda tylko, że razem ze stadem lemingów oberwie wielu porządnych ludzi, ale niestety – współobywateli nikt sobie nie wybiera…

BONUS TRACK: Trener Jarząbek nie daje o sobie zapomnieć – oprócz architektury (w tej działce ponoć faktycznie jest specjalistą wysokiej klasy) zna się też na polityce, kulturze, literaturze … i oczywiście gospodarce

W 2014 Polska zostanie zaproszona do strefy euro ponad dotychczasowymi procedurami