Twelfth Night “Fact and fiction”

Strasznie przepraszam za skurwioną przez marksistów metaforę, ale inaczej się nie da: zmiany w muzyce na przełomie lat 70tych i 80tych to jest podręcznikowy przykład heglowskiej spirali dziejów. Była teza (progresja lat 70tych), była antyteza (punk) – a potem nadeszły lata 80te, czyli synteza.

Najpierw przyszli giganci: Yes, Genesis, ELP – kombinowali, szukali, łączyli beatlesowskie melodie z klasyką, teatralnym szafażem i ogólnie kombinowali. Wychodziło to różnie, ale spora część muzyki (choćby “Selling England by the pound“) świetnie broni się do dziś, inspirując kolejne pokolenia ludzi, którym nie wystarczą lejący się z radia chłam. Sukcesy, autografy, wywiady, wizyty w zakładach pracy – i jak nietrudno było przewidzieć, panowie zaczęli osiadać na laurach.

Dołóżmy do tego kłopoty gospodarcze (ergo społeczne) Albionu – jak nie patrzeć, kolebki najważniejszych zespołów XX wieku – tudzież cynizm Malcolma McLarena i mamy odpowiedź skąd wziął się punk: owszem, bywały tam rzeczy wybitne i ponadczasowe w rodzaju choćby “London Calling”, ale generalnie popularność punk rocka to odpowiednik inwazji Hunów na pogrążony w dekadencji Rzym. Ma to posmak świeżości, ale wiele nowego raczej nie wnosi.

I wtedy zaczęły się lata 80te.

Z jednej strony – Genesis zdziadziało nagrywając plumkanie, z drugiej – Sid Vicious się zaćpał i punk gasł. A ludzie chcieli czegoś więcej – i zaczęło się odrodzenie progresywnego grania. O Marillion nie będę pisał, bo nie ma sensu tworzenie kolejnych elaboratów o “Script for a jester’s tear”. Wielki Szkot i jego kumple byli najważniejszym zespołem tego czasu, ale bynajmniej nie jedynym.

Na uniwersytecie w Reading kilku panów skumało się przy okazji ówczesnego odpowiednika “Mam talent” (tylko że wtedy chodziło bardziej o muzykę, a nie show i żałosne padliny w jury). Koncerty, koncerty, koncerty – i znalazła się wytwórnia gotowa zaryzykować. Takie to były piękne czasy: nie dostawało się kontraktu za kręcenie dupą przed kamerą – trzeba było sobie wyrobić reputację koncertowych wymiataczy.

I w grudniu 1982 światło dzienne ujrzał debiutancki album Twelfth Night – “Fact and fiction“. Naokoło metalowa rewolucja, disco Madonna i punk mutujący w nowofalowe depresje – a TN  dają na początek płyty 10-minutowe “We are sane“. Stukanie na maszynie, gadane wstawki – i pomału rozkręcający się wokalista, który wyśpiewuje swoje obsesje o kontroli i odmóżdżaniu. Liryczny, a za chwilę wściekle wywrzaskujący kolejne frazy w rytm perkusji udającej chyba werbel podczas musztry. W jednym utworze lata więcej pomysłów niż niektóre “gwiazdy” nagrają przez całą karierę. A potem jest jeszcze lepiej.

“Human beings” nie tłucze takimi zmianami tempa i nastroju jak poprzednik, co bynajmniej nie oznacza że jest nudno. Znaczy: ludziom przywykłym do schematu zwrotka-refren-zwrotka-refren-solówka-refren mogą przeszkadzać gadane wstawki – ale ja osobiście lubię takie kombinowanie, bo to pomaga zbudować klimat. Zwłaszcza, jeśli ktoś wyśpiewuje zblazowanym lekko głosem, że “if everytime we tell a lie a little fairy dies, they must be building death-camps in the garden“.

This city” buduje sobie spokojnie klimat – znowu, żeby się w niego wczuć trzeba wsłuchać się w tekst, bo to zdecydowanie nie jest płyta do słuchania na siłowni. Niby nic się w tym utworze nie dzieje: ot, klawiszowy szum i chwilami wyeksponowana gitara – a wciąga. Potem tytułowe “Fact and fiction”: chyba w tym numerze najlepiej słychać w której dekadzie jesteśmy. Ja wiem, że taka była konwencja (albo wszyscy kupowali klawisze identycznie ustawione przez producenta) – ale przejścia w refrenie trącą dziś trochę myszką. Całe szczęście, że wokalne jazdy Manna nie schodzą poniżej pewnego poziomu.

Creepshow” to opus magnum płyty: podobnie jak otwierające “We are sane“, rozkręca się powoli – i znów wokalista przeskakuje od sielskiej melodyjki do cedzonej przez zęby wściekłości. Ewidentnie, nie podoba mu się miękki totalitaryzm pod maską wszechobecnej konsumpcji – prorok jakiś czy co? Muzyka oczywiście nie pozostaje w tyle – klawisze przeplatane z gitarą, czyli znak rozpoznawczy neo-progowych zespołów.

W ogóle zorientowałem się, że jakoś mało napisałem o instrumentach na “Fact and fiction“. Ale o czym tu pisać? Muzykiem nie jestem, więc nie mnie oceniać ich biegłość techniczną. Znakomicie budują klimat, melodie wciągają (choć do nucenia przy goleniu raczej żadna z nich się nie kwalifikuje)… Trzeba posłuchać i ocenić samemu.

I na koniec wyciszenie – “Love song“. Delikatna, spokojna i głównie akustyczna ballada – na tle poprzednich parudziesięciu minut, chwilami przeładowanych dźwiękami, takie łagodne zamknięcie idealnie kończy płytę.

Tags: , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: