Dream Theater “A Dramatic Turn Of Events”

Formalnie rzecz biorąc, Dream Theater funkcjonuje pod hasłem metal progresywny – i niżej podpisany ma z tym określeniem pewien problem. No bo progresywny sugeruje jakiś postęp, coś nowego… w porównaniu z czym? Ta płyta to nie jest “Wish You Were Here“, to nie jest “Blood Inside” czy nawet “Images and Words“… Ot, przyzwoite metalowe granie o poziomie kombinowania wyrastającym ponad “yeah, baby, love” i długaśne solówki pseudo-uduchowionych ciot.

Cholera, złośliwie wyszedł mi ten początkowy akapit – a przecież ta płyta mi się podoba. Na ostatnich kilku albumach Dream Theater leciał regularnie w jakieś dziwne klimaty. Jak nie zrzynanie z Muse, to napadało ich na udawanie, że są Metalliką – a że znam i lubię dokonania obu “oryginałów”, męczyły mnie takie wstawki straszliwie. Wieść gminna niesie, za większość tych odjazdów odpowiedzialny był perkusista i spiritus movens zespołu Portnoy.

Ale nadszedł rok 2010 i pokłócony z kolegami Portnoy zabrał swoje zabawki. Pozostali wzruszyli kolektywnie ramionami, nie błagali go o powrót tylko znaleźli następcę i weszli do studia. Efekt? Zaskakująco dobry.

Przede wszystkim, styl się uprościł. To znaczy: to dalej jest Dream Theater, więc nie ma utworów trwających poniżej pięciu minut, partie instrumentalne muszą potrwać (czytaj: klawisze i gitara mają czas się wyszaleć i posprzeczać), a refreny nadawać się do nucenia pod nosem przy goleniu. Ale wreszcie (znowu?) słuchając ma się wrażenie, że wszystkie te popisy są po coś, jest tu jakiś temat przewodni – czego niestety na poprzednich paru płytach bardzo brakowało.

“On the backs of angels” promowało płytę i jest to niezły wybór: powoli rozkręcający się wstęp, instrumentalny łomot w środku, zwolnienie na refren. Potem “Lost not forgotten” – piękny przykład jak wziąć łagodne klawisze, perkusję rodem z klasyki thrashu, rozpędzony refren – i zrobić z tego świetne 10 minut, które nawet na chwile nie nudzą. Skoro to album Dream Theater, to musi być też coś na zapalniczki i koncertowe chórki: i w rzeczy samej, “This is the life” snuje się powoli, budując klimat. Poprawnie, ale bez rewelacji.

Siłą Dream Theater zawsze było łączenie instrumentalnych szaleństw z “wpadalnością” w ucho – na nowej płycie słychać to świetnie w drugiej połowie. Najpierw “Bridges in the sky”: chór, plumanie, szmery i nagle łomocąca perkusja na tle gitarowego huku (po którego górnych rejestrach skaczą sobie klawisze)…

A potem najjaśniejszy jak dla mnie punkt tej płyty: “Outcry”. Podniosły wstęp, znowu gitarowa ściana dźwięku – a potem budowanie napięcia do chóralnego refrenu. Tekst pod klimat: rewolucja, wolność… Do tego najlepsze instrumentalne partie na całej płycie – przynajmniej od czasu “Train of thought” nie słyszałem tak ciekawie rozpisanych partii gitary, basu i klawiszy, które płynnie skaczą między tonacjami i sobą nawzajem. Balladę “Beneath the Surface” panowie z DT mogli sobie spokojnie podarować. No, ale ze szlachetną cnotą umiaru ten zespół ma problemy nie od dzisiaj.

Z zachowaniem proporcji, Dream Theater przeszli muzyczną drogę troszkę taką jak Beatlesi, którzy zaczęli od “Love me do”, potem przemaszerowali przez Sierżanta Pieprza, by na koniec nagrać “Get Back”. Podobnie z DT: era ich największych sukcesów to połączenie metalu z kombinowanymi melodiami (rock progresywny trafia pod strzechy), potem polecieli w rozmaite udziwnienia, gotyckie chóry – a teraz wrócili do korzeni. Nie ma tu świeżości  “Pull me under”, po prostu muzycy wracający z manowców na ścieżkę, po której wiedzą dokąd iść.

Wygląda na to, że najpopularniejszy progmetalowy zespół ostatnich dwudziestu lat wrócił – i to w naprawdę świetnym stylu.

Tags: , , , ,

10 Responses to “Dream Theater “A Dramatic Turn Of Events””

  1. PawełG Says:

    Jedna z ich najlepszych płyt. Płaczka Portnoy ciągnął zespół w stronę cięższego grania [nie mówię że to źle], po jego odejściu zagrali, tak jak lubią Petrucci i Rudness – progresywny rock. Byłem na ich koncercie w lipcu br w Katowicach, grali 2:20h, siedziałem jak zaczarowany….
    Płyta o tyle wspaniała, że powstała bez pełkera.
    część wywiadu:
    ———–
    MPc: I understand that you developed and programmed guide drum parts during the writing before Mike Mangini actually came in. Tell me, what was it like when he actually sat down to start playing drums with you guys on the new material?

    JP: Oh, it was pretty incredible. Just to clarify, while we were writing the record, I wanted to make sure that we had fully developed songs and not just a bunch of riffs sort of pasted that we would have to go in and create songs out of. So, as we were writing those riffs and progressions and movements and segues and everything, I mean, we could have just put a click down and left it wide open, but I felt it was important to have some sort of basic blueprint as to what the feel of those sections were as they were being imagined and being written. And the drum programming was very simple. The last thing I wanted to do was sit for hours and hours programming detailed drums. So they were really just a blueprint.

    And when Mike — he obviously had tons of time to internalize all that and, when he came in and started playing to the demo tracks, it was really remarkable, because it was literally like… it was like Frankenstein coming to life. He was like flipping the switch, you know, the whole — all of a sudden, you’re hearing a real drummer with his interpretation, his feel, his groove, his drum fills, his little things he’s catching, his personality and attitude and power. And all those elements that make him a great drummer that I, like I said, I wasn’t going to waste my time trying to even come close to in programming. It took it to the whole next level… that was a really defining moment of the recording process, because once he did that, then we went in and re-recorded all those scratch demo tracks to his drums. So now we’re catching all the little nuances and things that he’s doing, we’re adding parts based on what he’s doing. And, like I said, that was a real, real big moment for me in the recording process.
    ———-
    Dzisiaj przyszedł do mnie bilet na show w Poznaniu pod koniec stycznia! fak je!

    • Banan Says:

      “Płaczka Portnoy ciągnął zespół w stronę cięższego grania ” – no fakt faktem, zrobił chłopak z odchodzenia operę mydlaną – acz (z wyjątkiem środkowej części “Systematic Chaos”) mnie się te cieższe rzeczy typu “Endless Sacrifice” podobały – a już “Stream of consciousness” to mistrzostwo…

      “tak jak lubią Petrucci i Rudness – progresywny rock” – w kontekście Rudessa cieszy mnie, że gejometr pod kontrolą, bo jego solówki bywały czasem słodkie do bólu

      “Dzisiaj przyszedł do mnie bilet na show w Poznaniu pod koniec stycznia! ” – no ja się w lutym wybieram tutaj, choć grają w jakiejś czarnej dupie…

  2. PawełG Says:

    Tak czy inaczej płytka wymiata. Dobrze wydane pieniądze, bo słucham jej codziennie [w drodze do pracy] od kiedy dostałem ją w moje łapska. Jest genialna. Ogólnie dla mnie “awake” rządzi!

    • Banan Says:

      Ha, i tu jest chyba główna różnica – bo dla mnie “Scenes…” ex aequo z “Train of though”…

      • PawełG Says:

        SFAM jest zacną płytką, bardzo zacną, bardzo dużo się dzieje. Ogólnie dla mnie nr 2. Train of thought jest surowe, przypomina awake. Z tych mocniejszych to jeszcze Systematic Chaos chyba się łapie. Qrwa, ich wszystkie płyty są genialne….!!!
        PS.
        Podobno byłeś ostatnio widziany w Wawie [kasprzako mi doniósł]…

  3. Banan Says:

    “Qrwa, ich wszystkie płyty są genialne….!!!” – no nie… bez przesady🙂 “Black Clouds” to jest jakieś nieporozumienie – a z “Falling into infinity” można by spokojnie wywalić połowę i zrobic z tego EPkę

    ps. w Wawie? W lipcu ostatni raz byłem – a z PK widziałem się owszem, ale w Ams…

  4. Paweł. G Says:

    Wczoraj dali czadu w Poznaniu, byłem!!!

  5. TO NIE JEST MADDOGOWO – [muzyka] Phideaux “Snowtorch” Says:

    […] nie dobrzy ludzie z progarchives: nie ma to tamto, jeśli jakaś płyta bije w podsumowaniu 2011 i Dream Theater, iSymphony […]

  6. Phideaux “Snowtorch”. Recenzja płyty. « Hot « Przemek Saracen | autorskie spojrzenie na świat Says:

    […] nie dobrzy ludzie z progarchives: nie ma to tamto, jeśli jakaś płyta bije w podsumowaniu 2011 i Dream Theater, i Symphony […]

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: