Archive for September, 2011

Dream Theater “A Dramatic Turn Of Events”

September 28, 2011

Formalnie rzecz biorąc, Dream Theater funkcjonuje pod hasłem metal progresywny – i niżej podpisany ma z tym określeniem pewien problem. No bo progresywny sugeruje jakiś postęp, coś nowego… w porównaniu z czym? Ta płyta to nie jest “Wish You Were Here“, to nie jest “Blood Inside” czy nawet “Images and Words“… Ot, przyzwoite metalowe granie o poziomie kombinowania wyrastającym ponad “yeah, baby, love” i długaśne solówki pseudo-uduchowionych ciot.

Cholera, złośliwie wyszedł mi ten początkowy akapit – a przecież ta płyta mi się podoba. Na ostatnich kilku albumach Dream Theater leciał regularnie w jakieś dziwne klimaty. Jak nie zrzynanie z Muse, to napadało ich na udawanie, że są Metalliką – a że znam i lubię dokonania obu “oryginałów”, męczyły mnie takie wstawki straszliwie. Wieść gminna niesie, za większość tych odjazdów odpowiedzialny był perkusista i spiritus movens zespołu Portnoy.

Ale nadszedł rok 2010 i pokłócony z kolegami Portnoy zabrał swoje zabawki. Pozostali wzruszyli kolektywnie ramionami, nie błagali go o powrót tylko znaleźli następcę i weszli do studia. Efekt? Zaskakująco dobry.

Przede wszystkim, styl się uprościł. To znaczy: to dalej jest Dream Theater, więc nie ma utworów trwających poniżej pięciu minut, partie instrumentalne muszą potrwać (czytaj: klawisze i gitara mają czas się wyszaleć i posprzeczać), a refreny nadawać się do nucenia pod nosem przy goleniu. Ale wreszcie (znowu?) słuchając ma się wrażenie, że wszystkie te popisy są po coś, jest tu jakiś temat przewodni – czego niestety na poprzednich paru płytach bardzo brakowało.

“On the backs of angels” promowało płytę i jest to niezły wybór: powoli rozkręcający się wstęp, instrumentalny łomot w środku, zwolnienie na refren. Potem “Lost not forgotten” – piękny przykład jak wziąć łagodne klawisze, perkusję rodem z klasyki thrashu, rozpędzony refren – i zrobić z tego świetne 10 minut, które nawet na chwile nie nudzą. Skoro to album Dream Theater, to musi być też coś na zapalniczki i koncertowe chórki: i w rzeczy samej, “This is the life” snuje się powoli, budując klimat. Poprawnie, ale bez rewelacji.

Siłą Dream Theater zawsze było łączenie instrumentalnych szaleństw z “wpadalnością” w ucho – na nowej płycie słychać to świetnie w drugiej połowie. Najpierw “Bridges in the sky”: chór, plumanie, szmery i nagle łomocąca perkusja na tle gitarowego huku (po którego górnych rejestrach skaczą sobie klawisze)…

A potem najjaśniejszy jak dla mnie punkt tej płyty: “Outcry”. Podniosły wstęp, znowu gitarowa ściana dźwięku – a potem budowanie napięcia do chóralnego refrenu. Tekst pod klimat: rewolucja, wolność… Do tego najlepsze instrumentalne partie na całej płycie – przynajmniej od czasu “Train of thought” nie słyszałem tak ciekawie rozpisanych partii gitary, basu i klawiszy, które płynnie skaczą między tonacjami i sobą nawzajem. Balladę “Beneath the Surface” panowie z DT mogli sobie spokojnie podarować. No, ale ze szlachetną cnotą umiaru ten zespół ma problemy nie od dzisiaj.

Z zachowaniem proporcji, Dream Theater przeszli muzyczną drogę troszkę taką jak Beatlesi, którzy zaczęli od “Love me do”, potem przemaszerowali przez Sierżanta Pieprza, by na koniec nagrać “Get Back”. Podobnie z DT: era ich największych sukcesów to połączenie metalu z kombinowanymi melodiami (rock progresywny trafia pod strzechy), potem polecieli w rozmaite udziwnienia, gotyckie chóry – a teraz wrócili do korzeni. Nie ma tu świeżości  “Pull me under”, po prostu muzycy wracający z manowców na ścieżkę, po której wiedzą dokąd iść.

Wygląda na to, że najpopularniejszy progmetalowy zespół ostatnich dwudziestu lat wrócił – i to w naprawdę świetnym stylu.

Advertisements