John Grant “Queen of Denmark”

Nie da się powiedzieć żeby to była miłość od pierwszego odsłuchania: usłyszałem “Marz” w radiu u Piotra Kosińskiego i owszem, nawet sympatyczne to był0 (zwłaszcza te rozbiegane klawisze na początku) ale żeby jakieś trzęsienie ziemi? Przypuszczam, że wątpię.

Ale circa tydzień później DJ Kosiak puścił “Where dreams go to die” i odpadłem: niby nic odkrywczego – głos, pianino, delikatne smyczki – ale jakoś nie chciało się toto odczepić. Troszkę szukania i okazało się, że “Queen of Denmark” (tak się solowy debiut pana Granta nazywa) pozamiatało większość plebiscytach w miejscach, gdzie wrażliwość słuchaczy nie kończy się na Lady Zgadze.

Co tu mamy? Bardzo różne klimaty: czasami lirycznie jak w “Where dreams go to die“, a za chwile absurdalne słowne gierki (i takiż teledysk) przy dźwiękach “Chicken bones“.

Słychać Simona i Garfunkela: głos nie aż tak “anielski”, ale podobna wrażliwość. Jeff Buckley, choć cokolwiek mniej depresyjny (ale to może być kwestia barwy głosu). Ja tu słyszę Nicka Drake’a: siedzi sobie facet z gitarą / pianinem i w minimalistycznej formie smęci. Ale jak cudownie smęci! Takiej płyty nie da się słuchać z doskoku, nie idzie z niej wykroić radiowego brzęczka albo dzwonka na komórofon – tu trzeba siąść, wczuć się w klimat, najlepiej sącząc dobre wino.

Stare zgredy w rodzaju niżej podpisanego pamiętają jeszcze taki zespół Alan Parsons Project. Nie żeby John Grant leciał w syntezatorowe klimaty w stylu lat 80tych, ale cudowne harmonie w refrenach aż się proszą o takie porównanie. Co ciekawe, chociaż pan Grant nie jest Pavarottim, potrafi sam pociągnąć łagodnie wciągającą melodię – troszeczkę tylko pomagają mu skrzypce. Wyczytałem, że ten typ głosu to baryton: no więc baryton JG to jeden z mocniejszych punktów “Queen of Denmark”.

Osobny temat to teksty: bez wjeżdżania w jarmarczną psychologię spod znaku “co poeta miał na myśli”, powiedzmy że pan Grant postanowił na tej płycie egzorcyzmować siedzące mu w głowie demony. Nie bez znaczenia jest fakt, że JG jest gejem, który dorastał w dusznawym miasteczku gdzieś we “flyover country” (ewentualnie  świrem wyciągającym z Biblii błędne wnioski – jak ktoś śpiewa “Jesus hates faggots” to albo ma dystans do siebie, albo jest psychopatą – a na takowego sympatyczny brodacz nie wygląda).

Rozmaitej maści lewicowi pomyleńcy doszukaliby się tu pewnie manifestu gejowskiej sztuki – ewidentnie nikt im nie powiedział, że muzyka nie dzieli się na hetero/bi/homo tylko na dobrą i złą. A jaka jest ta płyta? Bardzo, bardzo dobra. Używki, poczucie osamotnienia, lęki wrażliwego faceta… Mogło z tego wyjść ponure cierpiętnictwo, a zamiast tego mamy pogodną, trochę smutną, trochę ironiczną płytę, na której z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywa się nowe smaczki.

W moim prywatnym rankingu “Queen of Denmark” to muzyczne odkrycie wiosny 2011: raptem rok po premierze to – jak na mnie –  i tak całkiem szybko….

PS. Oczywiście w zalanych badziewiem sklepach muzycznych nie idzie tej perełki znaleźć, ale dzięki Bogu za sklepy internetowe: 

http://www.bellaunion.com/index.php/site/news/queen_of_denmark1

PS2. Miałem napisać że warto tej płyty posłuchać, ale Misza zagroził sankcjami jak jeszcze raz użyję tego zwrotu…


Tags: , ,

2 Responses to “John Grant “Queen of Denmark””

  1. Piotrek Says:

    To brzmi jak skrzyzowanie Dreamer Ozziego z Ten Sharp i Krzysztofem Kiljanskim. To bynajmniej nie krytyka z mojej strony. Sie podoba. Pozdrawiam.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: