FFWW: The King’s Speech

Po co komu monarchia? W dzisiejszych czasach – przynajmniej w poważnych krajach typu Holandia czy Wielka Brytania, nie sztucznych tworach typu Belgia – to jakaś dziwaczna hybryda: z jednej strony atrakcja turystyczna (vide: zmiana warty przed pałacem Buckingham), z drugiej – proteza narodowej tożsamości (co właściwie zostanie z holenderskiej tożsamości gdyby amputować Queensday i kolor pomarańczowy)…

Ale jest jeden – nie żeby rozstrzygający, ale na pewno mocny – argument na korzyść monarchii: inspiracja, której dostarcza artystom.

I nawet nie trzeba już sięgać po Szekspira (którego pierwsze dramaty były tak naprawdę genialnie napisaną, ale jednak propagandą) – bo i “The Queen“, i “The last emperor“, i “Madness of king George“, i “Mrs Brown“… A teraz “King’s Speech”. Obsypane Oskarami, otrąbione we wszystkich możliwych mediach (w każdym razie tych, w których dział “kultura” obejmuje coś więcej, niż plotki z magla o polskich, pożal się Boże, celebrytach). I o co ten cały hałas?

Książę Yorku Albert się jąka: nie zacina, nie mówi powoli – jąka się jąkaniem absolutnym. Otwierająca film scena przemówienia zamykającego jakiś tam spęd na kortach Wimbledonu pokazuje jak poważny jest problem: wysokiego, dobrze prezentującego się faceta nerwy redukują do przestraszonego strzępka, który duka do mikrofonu.

Bogiem a prawdą, Albert ma pecha jeśli chodzi o moment historyczny, w którym przyszło mu się udzielać publicznie. Dekadę wcześniej radio było eksperymentalnym wynalazkiem znanym w wąskich kręgach, więc jeśli prezentowałby się dobrze w mundurze i nie spadał z konia, powinno wystarczyć. Dekadę później można by inaczej zmiksować dźwięk, edytować audycję w czasie nieomal rzeczywistym – ale mamy końcówkę lat 20tych i każde wymęczone zdanie leci w eter dokładnie w takiej formie.

Można by powiedzieć: phi, kogo obchodzi jakiś błekitnokrwisty obibok? I tu wielka zasługa Colina Firtha, dzięki któremu zaczynamy kibicować zmaganiom “Bertie’go” z własną słabością: kiedy próbuje wydusić coś ze sparaliżowanego strachem gardła, kiedy wrzeszczy, kiedy załamany własną słabością płacze… I kiedy wreszcie odnajduje w sobie Głos: ten głos, którego – w charakterze symbolu – potrzebuje ruszająca właśnie na wojnę Wielka Brytania.

Ale nie byłoby finałowego tryumfu i zagrzewającej Brytyjczyków mowy gdyby nie druga połowa aktorskiego duetu czyniącego z “King’s Speech” ucztę dla każdego kinomana. Lionel Logue to niespełniony aktor dorabiający jako specjalista od zaburzeń mowy: nie ma tytułu, kwalifikacji, ani certyfikatów – ma za to praktyczne doświadczenie. Zatrudniony do pomocy australijskim żołnierzom wracającym z frontu, przeprowadził wielu z nich z koszmaru wojny do normalnego życia. Fizjoterapia, logoterapia: a tak naprawdę psychoterapia…

Bardzo ważne są tu australijskie korzenie granej przez Geoffreya Rusha postaci: Logue bimba sobie na konwenanse, nie szanuje lęków swojego pacjenta / klienta i włazi z butami tam, gdzie każdego Anglika powstrzymałyby maniery. Chce pomóc Albertowi, ale na swoich własnych warunkach: a “Bertie” z początku się broni, chowając za sztywny pancerz rytuału.

Nie żeby miał jakieś szczególnie wysokie mniemanie o arystokracji: bezpośredniość Logue’a razi go, bo tak się po prostu nie robi, tak samo jak nie siada się na królewskim krześle w kaplicy (nawet jeśli inni wydrapali tam inicjały, to nadal święta tradycja bla bla bla)…

Ale Albert jest nie tylko wytresowanym produktem swojego otoczenia – jest też inteligentnym człowiekiem, który widzi (a właściwie: słyszy), że kontrowersyjne metody australijskiego aroganta działają i przynoszą efekty. A komu zawdzięcza ich pierwsze spotkanie?

Swojej wspaniałej żonie Elżbiecie, tu mającej twarz Heleny Bonham – Carter. Na ogół kojarzyłem tę aktorkę albo z romantyczną egzaltacją a’la James Ivory, albo z malowniczą szajbą (typu “Sweeney Todd”). A tu? Cudowna kobieta, akceptująca swojego męża razem z jego jąkaniem i chwiejnym poczuciem własnej wartości: chwilami wierzy w Alberta bardziej, niż on sam wierzy w siebie.

Angielski jąkający się arystokrata i wygadany australijski “człowiek słowa” z plebsu: gdyby nie Elżbieta, ci dwaj ludzie nigdy by się nie spotkali, Albert pewnie dalej panikowałby na widok mikrofonu, Brytyjczykom mogłoby zabraknąć symbolu – a my, widzowie A.D. 2011, bylibyśmy skazani na debilne komedie romantyczne.

Czy film jest wierny przekazom historycznym? O tyle o ile: zgadzają się główne postaci dramatu i ich działania, natomiast co do reszty… Przypomina się anegdota o Aleksandrze Dumas, który na zarzut gwałcenia w swoich powieściach prawdy historycznej odparł “ale za to robię jej ładne dzieci!“.

I w rzeczy samej, dziecko jest ładne, więc skupmy się może na tej urodzie (a kto ciekaw, niech doczyta sobie listę nieścisłości). Film jest świetnie sfotografowany: tonąca we mgle londyńska ulica, paskudne ściany gabinetu Logue’a, ociekający luksusem pałac Buckingham… Każde z tych miejsc ma swój niepowtarzalny klimat dyktujący co dzieje się między postaciami – nawet typowe angielskie oberwanie chmury ma swoją funkcję i nie jest wstawione sobie a muzom.

Film opowiada o zderzeniu dwóch warstw społecznych w relacji  pacjent – lekarz i dotyczy zaburzeń mowy, a kręcą go Brytyjczycy: więc oczywiste jest, że mamy do czynienia ze znakomitymi dialogami. Inteligentny humor? Prawdziwi ludzie zamiast papierowych klisz? Drugie dno banalnych, wydawałoby się sytuacji? Wszystko jest.

Strasznie mnie to samego zdziwiło, ale w paru momentach autentycznie się na “King’s speech” wzruszyłem. Problemy osób jąkających się znam tylko z relacji, bo mnie samego to ominęło: ale każdy, kto zmagał się kiedyś ze zżerającą go słabością, może znaleźć coś znajomego w Albercie. Co szczęśliwsi spotkali swojego Logue’a – i, co może ważniejsze, swoją Elżbietę.

Tytułowe przemówienie to mowa, którą 3 września 1939 wygłosił – wtedy już nie książę Yorku Albert, tylko król – Jerzy VI. Długi korytarz, przez który umundurowany Colin Firth idzie jak na własną egzekucję, a my maszerujemy do ciasnej pakamery razem z nim. Czerwone światełko mruga ostatni raz, przekaz rusza: i ścisk w gardle uświadamia człowiekowi nagle, jak bardzo się wczuł.

Dla takich momentów warto chodzić do kina. Naprawdę warto.

Tags: , , , , ,

9 Responses to “FFWW: The King’s Speech”

  1. Ania Says:

    Ja Ci dam romantyczną egzaltację…🙂

  2. Ania Says:

    Mdli Cię, bo to filmy dla kobiet! Mnie tez mdli od Ani z Zielonego Wzgórza, bo czytałam to już jako dorosła, o jakieś 10 lat za późno, ale to wciąż piękna książka🙂

  3. Ania Says:

    Godziny to film dla płaczek, to były dopiero mdłości! Ivory pokazuje zduszone emocje i wynikające z nich tragedie. Jego filmy są takie, jak jego bohaterowie: minimalistyczne, oszczędne w środkach i duszne. Godziny to hollywódzki rozmach udający melodramat.

  4. Ania Says:

    🙂

    A w ogóle to wpadniecie do nas 9-go?

  5. Ania Says:

    Plan to w tym kraju rzecz świeta😀

    To super!🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: