Black Country Communion “Black Country”

Z zasady podchodzę do tzw. supergrup jak pies do jeża: eufemistycznie rzecz ujmując, efekty działalności takowych są dość mieszane. Pomijając ewidentne skoki na kasę, co dobrego może wyjść z zebrania czterech gwiazd w jednym studiu? Bardzo często, niestety, chałtura i odbędnienie dwóch refrenów z trzema solówkami i tyle.

W ciągu ostatnich paru lat różnie bywało: z jednej strony przereklamowane i przekombinowane granie ludzi uchodzących za speców od “prostego rocka”, czyli debiut Them Crooked Vultures – a z drugiej piękna, przejrzysta płyta bez dłużyzn w wykonaniu facetów kojarzonych na ogół z rockiem symfonicznym w postaci nowego albumu Transatlantic, czyli “Whirlwind“.

No i rzecz – w miarę, bo mówimy tu o wydawnictwie z jesieni 2010 – najnowsza, czyli Black Country Communion. Co słychać u czterech facetów z dwóch stron Atlantyku? No przede wszystkim oczywiście słychać lata 70te, co z uwagi na ich korzenie raczej nie dziwi.

Glenn Hughes pracował chyba ze wszystkim świętymi klasycznego hard rocka / metalu i to się daje odczuć: czasem jest sabatowy łomot, czasem purpurowe dialogi gitary z klawiszami… Ale bez zrzynek: płyta brzmi jakby Hughes zastanowił się jakie są najlepsze patenty, których nauczył się od lat 70tych, oczyścił je ze zbędnych ozdobników i powstawiał do kolejnych kompozycji – na luzie i bez wysiłku.

Jason Bonham ewidentnie odziedziczył po swoim słynnym ojcu więcej niż nazwisko – swoją drogą szacunek dla faceta, który będąc synem najsłynniejszego rockowego perkusisty XX wieku postanowił pójść w tę samą stronę.

Derek Sherinian ma podobno ksywę “Kaligula klawiszy” i kto kiedyś widział jego występ, przypuszczalnie zgodzi się z tą oceną: na solowych płytach jest szaleństwo, improwizacja, zmienianie instrumentów i ogólnie: show. A tutaj? Dyscyplina, klasyka i powrót do korzeni.

No i najsłabiej znany – przynajmniej niżej podpisanemu – człowiek w całym składzie, czyli Joe Bonamassa. Ze wszystkich członków kwartetu jemu chyba najbliżej do bluesa, i to się proszę państwa czuje. Facet bluesa czuje, umie grać i nie jest mu obca wspaniała cnota umiaru: wie kiedy przyciąć, a kiedy wycofać się i dać pograć kolegom.

Piszę o poszczególnych muzykach, bo zawartość płyty jest cokolwiek tradycyjna: zwrotka,  refren, solówka – kto szuka nowatorskich rozwiązań kompozycyjnych, raczej się zawiedzie. Ale umówmy się: nie o awangardę  tu chodzi, tylko o prawdziwy, mięsisty rock. Osadzony w tradycji, ale rozumiejący że mamy XXI wiek.

Moi faworyci? Na pewno “Medusa” z fenomenalnym dialogiem czterech instrumentów w środkowej partii – ze wskazaniem na fantastyczne bębny Bonhama. Pulsujące “One Last Soul“, ze skaczącym tempem i trzymającym numer w ryzach basem Hughesa.

Takie rozbieranie na części nie bardzo ma sens: jak mawiał inspektor Rebus, dobry album to coś więcej niż suma części składowych – i takie, w rzeczy samej, jest “Black Country”…

Kto by pomyślał, że kilku weteranów może się zebrać i stworzyć coś tak świeżego i naładowanego energią? Dobrze mi ta płyta pasuje do pomalutku zaczynającej się za oknem wiosny: też jest radosna, energetyczna, surowa i chropowata…

Warto. Naprawdę warto.

Tags: , , , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: