Gary Moore 1952 – 2011

I kolejna zła wiadomość w tym roku – a jest, na miłość boską, raptem początek lutego: dzisiaj nad ranem zmarł Gary Moore, człowiek – instytucja w muzyce rockowej ostatnich 40 lat. Wszystko zaczęło się – jak sporo dobrych rzeczy w muzyce – w latach 60tych: pyskaty smarkacz uciekł z domu, bo chciał zostać gwiazdą rocka.

Ponieważ wylądował w Dublinie, to siłą rzeczy musiał się władować na Phila Lynotta – i tak Moore trafił do Thin Lizzy. Po paru latach docierania się (Lynott i Moore w jednym zespole – to było o jednego zdolnego choleryka za dużo), panowie zaczęli tworzyć takie perełki:

Ja wiem, wyglądają jak wyglądają – ale umówmy się, w tamtych czasach wszyscy tak wyglądali (pamięta ktoś jeszcze odsłoniętą klatę Planta albo pedalskie ciuszki Jaggera? Nie? To bardzo dobrze).

No i stało się, stało to co miało się stać: Moore postanowił ruszyć własną drogą, ale na szczęście nie pokłócił się (za mocno) z Lynottem, dzięki czemu na wczesnych solowych płytach Gary’ego mieliśmy rzeczy ckliwe (ale w takim stylu, to naprawdę można wybaczyć lekką cukierkowość):

i wręcz przeciwnie:

Jeśli oderwać na chwilę wzrok od śmigających po gryfie palców w tym ostatnim klipie, to w tle widać różne scenki rodzajowe z Irlandii, co nie powinno dziwić: od Krwawej Niedzieli minęło raptem nieco ponad dekadę i w chłopaku z Belfastu, jakim w głębi serca pozostał Moore, ta zadra ciągle gdzieś tam tkwiła. Jego najbardziej irlandzki album przyszedł chwilę później i ten odcinek twórczości GM najlepiej podsumowują dwie kolejne płyty: “Wild frontier”

i “After the war”:

No i mniej więcej w tym momencie Gary doszedł do ściany: uznał, że nie ma nic więcej do powiedzenia jako hardrockowy gitarzysta – i co zrobił? Wymyślił się na nowo. Znaczy, o ile powrót do źródeł (w postaci bluesa) można nazwać czymś nowym… Ale jak byśmy tego nie określali, A.D. 1989 odrodzony Moore pozamiatał podłogę wszystkimi pudlami w rodzaju Guns’n’Roses, Bon Jovi i reszty picusiów wypuszczanych taśmowo przez koncerny. Jak? Ano na przykład tak:

Grał na największych stadionach i w zadymionych klubach, został gwiazdą – ale nigdy nie zapomniał, kim byli jego mistrzowie z czasów młodości (a i oni – wszyscy święci elektrycznego czarnego bluesa – chyba patrzyli z aprobatą na białasa z gitarą):

I cholernego 6.02.2011 ta gitara zamilkła na zawsze – ale zostały nagrania. Bo czy można naprawdę mieć dość TAKIEGO bluesa?

Tags: ,

4 Responses to “Gary Moore 1952 – 2011”

  1. grześ Says:

    Ano nie można, lubię, nie znam wiele, ale to co znam, to świetne jest, choćby ‘Parisienne Walkways”.

    A w ogóle to posłucham sobie jutro na spokojnie.

    A w ogóle jak zwykle zdziwiłem się, gdy umiera ktoś znany i jeszcze w takim wieku “nieumieralnym”, a o jego żadnej chorobie nie mówiono nic.

    • Banan Says:

      Co poradzić – zdrowego faceta zetnie, a ćpuny z G’n’R mają się świetnie… Niezbadane wyroki Opatrzności.

  2. Adrian Says:

    Taaaak… Pierwsza myśl była: no to spróbujmy w hołdzie go na próbie pograć, same hity, still got, walking by myself i after the war… Druga myśl była: jednak w hołdzie zostawmy go w spokoju…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: