Archive for February, 2011

Z wizytą w poczekalni u psychiatry…

February 28, 2011

Marszałek Niesiołowski daje głos: http://bit.ly/egq0tX

Advertisements

Trochę kultury, taka wasza owaka!

February 28, 2011

Jak pamiętają ludzie kojarzący coś więcej niż ostatnie wydanie organu Ministerstwa Prawdy, zarzuty pod adresem potwornej kaczystowskiej władzy (oprócz tego że w nerwicę wpadło paru komediantów, Kaczyński zastrzelił Barbarę Blidę, a krowy przestały dawać mleko) były zasadniczo dwa: po pierwsze, robią obciach na świecie – a po drugie, sieją nienawiść. Na szczęście do władzy doszedł Ryży Ch. i jest lepiej:

Wszystkim POludziom – serdeczne życzenia długiego odczuwania dumy z popierania takiej fantastycznej ekipy.

Michalkiewicz: Duszpasterstwo pana Jourdain

February 27, 2011

Felieton   „Nasz Dziennik”   26 lutego 2011

Wyraz „snob” jest zlepkiem dwóch łacińskich słów: „sine nobilitate”, czyli bez szlachetności. Brak szlachetności snob nadrabia pozerstwem to znaczy – udawaniem kogoś, kim nie jest, przy czym koncentruje się przede wszystkim na zewnętrznych znamionach szlachetności, też zresztą osobliwie pojmowanej. W ten np. sposób rosyjski polityk narodowości prawniczej („Matka Rosjanka, ojciec prawnik”) Włodzimierz Wolfowicz Żyrynowski snobuje się na Rosjanina; pije więcej wódki, nikomu nie daje się prześcignąć w wielkoruskim patriotyzmie – podobnie jak sportretowany w „Lalce” Bolesława Prusa hrabia Anglik – ten, co zamiast „tak” mówił „tek”.

Po wojnie niektórzy Polacy na emigracji w Anglii snobowali się na Anglików: bardzo pili herbatę, bardzo chodzili w „burberry” – i tak dalej. Znakomitym literackim portretem snoba jest Pan Jourdain – bohater komedii Moliera „Mieszczanin szlachcicem”. On też koncentruje się przede wszystkim na znamionach zewnętrznych, chociaż nie do końca, bo – co prawda ze snobizmu, niemniej jednak – zatrudnia filozofa, od którego dowiaduje się, że mówi prozą.

Snobizm może objawiać się w najróżniejszych postaciach; na przykład niektórzy duchowni snobują się na skromność („moja skromność jest znana na całym świecie”), a znowu inni – na tzw. „otwartość”. Dotyczy to zwłaszcza tak zwanych „młodych, wykształconych z wielkich miast”, którzy pozostają sobą nawet po zakonnym nowicjacie i kapłańskich święceniach. Widać to zwłaszcza na przykładzie stosunku do polityki.

Obecnie jest rozkaz, by duchowni i w ogóle – Kościół – polityką się nie zajmowali – ale praktycznie oznacza to tylko tyle, że potępiony jest tylko pewien rodzaj politycznego zaangażowania, podczas gdy inny – symetryczny – został uznany za wzorzec postawy apolitycznej i zatwierdzony do naśladowania. Nawiasem mówiąc, postulat apolityczności Kościoła wydaje się dziwaczny zwłaszcza w kontekście – po pierwsze – nieustannego podkreślania, że Kościołem są wszyscy – i duchowni i świeccy – a po drugie – w kontekście nawoływań, by świeccy – a więc przecież Kościół – angażowali się politycznie.

Na własny użytek rozszyfrowuję go zatem w ten sposób, że obóz forsujący tzw. „laickość republiki” próbuje w ten sposób zneutralizować swoich przeciwników. Ogromną przysługę wyświadczają mu w tym właśnie snobi. Wystarczy ich tylko przekonać, że polityczne zaangażowanie, to „obciach” i „żenada”. Jest to stosunkowo łatwe, bo snobi, jak wiadomo, za wszelką cenę starają się ukryć swoje kompromitujące braki, a najprostszym sposobem jest poddanie się dyktatorom intelektualnych standardów, decydujących, co jest obciachowe, a co nie.

Przykładu takiego zachowania dostarczył niedawno przewielebny ojciec Paweł Gużyński OP, oświadczając w rozmowie z rzuconą na religijny odcinek frontu ideologicznego panią Katarzyną Wiśniewską z „Gazety Wyborczej”, że „nieraz siostrom zakonnym w ramach pokuty zakazuję słuchania Radia Maryja, żeby nie zastępowało im osobistego życia duchowego”.

Niby słusznie, bo osobistego życia duchowego nie powinno nikomu zastępować jakiekolwiek radio – ale wydaje się, że wśród osób konsekrowanych jest bardzo wielu takich, którym osobiste życie duchowe zastępuje „Gazeta Wyborcza”, albo inne, podobne wydawnictwa. Wprawdzie przewielebny ojciec Gużyński nigdy mi się nie zwierzał, ale wydaje mi się, że o ile „Gazeta Wyborcza” całego życia duchowego może mu nie zastępuje, to polityczne rozeznanie – już z całą pewnością.

Czy rolą Kościoła jest aprobowanie uchwalanych przez Sejm podatków? ” – pyta retorycznie. Ależ oczywiście – ale dlaczego zaraz „aprobowanie”? Gdyby Kościół miał uchylać się od moralnej oceny podatków i innych form wyzysku ludzi przez państwo, to byłby ludziom potrzebny, jak psu piąta noga. Ale nie tylko na tej podstawie sądzę, że przewielebnemu ojcu Gużyńskiemu „Gazeta Wyborcza” zastępuje polityczne i nie tylko polityczne rozeznanie.

Sądzę tak również na podstawie charakterystyki, jaką wystawił słuchaczom Radia Maryja: „Tym ludziom brakuje miłości, pokoju, RACJONALNEJ OCENY RZECZYWISTOŚCI (podkr. SM), co pozwala mi powiedzieć, że wpływ Radia Maryja na jego słuchaczy nie przynosi realnie chrześcijańskich owoców.” Jak bowiem przewielebny ojciec Paweł Gużyński pojmuje racjonalną ocenę rzeczywistości, można wnioskować choćby z postulatu, jaki we wspomnianej rozmowie kieruje do Radia Maryja – by mianowicie „nie odbierało staruszkom szczęśliwej i pogodnej starości”. Słowem – „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy!” – jak w swoim czasie śpiewał Wojciech Młynarski. Ale Młynarski, jak to się mówi, „chłostał biczem satyry”, tymczasem przewielebny ojciec Gużyński, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z sensu swojej wypowiedzi, mówi serio.

To jest ta „racjonalna ocena rzeczywistości”, to są te „realnie chrześcijańskie owoce”! No i cóż można na to powiedzieć? Nigdy nie byłem „staruszką”, ale na miejscu takiej „staruszki” nie powierzyłbym jego kierownictwu nawet duszy od żelazka, a cóż dopiero – własnej? Podobnie chrześcijańskie nastawienie do „staruszek” i w ogóle – słuchaczy Radia Maryja, demonstrowali przybyli w swoim czasie na Krakowskie Przedmieście „młodzi wykształceni” o aparycji alfonchów, żeby na wezwanie pewnego kuchcika dać odpór znienawidzonym „moherom” – ale tamci mieli na tyle taktu, że przynajmniej nie przebierali się w habity.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza z cyklu „Ścieżka obok drogi” ukazuje się w „Naszym Dzienniku” w każdy piątek.

Wyliż mi popiół z wulkanu, czyli negocjacje po islandzku

February 27, 2011

Islandia znana jest z paru rzńczy, choćby na płaszczyźnie kultury – ale spektakularne rozmiary nie są jedną z tych rzeczy. No bo powiedzmy sobie szczerze: 300 tysięcy ludzi (mniej niż mój rodzinny Lublin) rozsianych po wulkanicznej wyspie… Czy to brzmi jak poważna siła, z którą należy się liczyć?

Większość obywateli UE powiedziałaby (pomijając oficjalny bełkot) że raczej niekoniecznie – i jak to często z większością bywa, byliby w błędzie… Ale po kolei. Nie samą kulturą człowiek żyje i nic dziwnego, że – nie mając wiele poza zdolnymi i wykształconymi współobywatelami – islandzki biznes postawił na usługi finansowe jako źródło rozwoju.

Islandzkie banki rozpełzły się po Europie, oferując atrakcyjne warunki m.in. obywatelom Holandii i Wielkiej Brytanii. Rzeczonych obywateli nie trzeba było długo namawiać: nie zwracając uwagi na detale (jakim cudem ktoś może oferować tak wysokie oprocentowanie lokat nie ponosząc dodatkowego ryzyka)…

No i stało się, stało to co miało się stać: przyszedł rok 2008, krach na światowych giełdach – i IceSave wzięli diabli. Duża ilość niezadowolonych obywateli to kiepski interes dla brytyjskiego czy holenderskiego rządu w sytuacji, gdy za pasem wybory – więc stosowni ministrowie finansów pokryli sporą część strat z budżetu.

Ale że wyborcy chcieliby zjeść ciastko (nie ponieść straty) i mieć je nadal (nie doświadczać skutków zwiększonego deficytu), rządy Holandii i Zjednoczonego Królestwa zwróciły się do władz Islandii z żądaniem zwrotu poniesionych kosztów – łącznie c.a. połowa rocznego islandzkiego PKB.

Islandia powiedziała “NIE”. Oj działo sie, proszę państwa działo – szczytowy etap histerii to Gordon Brown de facto wciągający Islandię na listę państw-terrorystów: w myśl brytyjskiego prawa, można zamrozić aktywa organizacji terrorystycznej bez wyroku sądu i to właśnie spotkało islandzki bank. Dziwnym nie jest, że Islandczycy się wściekli a rok później przez parlament przewędrowała zmodyfikowana ustawa.

Którą prezydent zawetował i poddał referendum: ponad 93% wyborców kazało brytyjskiemu rządowi spadać na bambus. W zeszłym tygodniu miała miejsce powtórka z rozrywki: parlament chce do UE więc przepycha ustawę pozwalącą MFW, hm, powiedzmy “zdominowanie” Islandii, obywatelom się to nie podoba, prezydent wetuje…

Na razie nie wiadomo, co zrobi islandzki rząd: w końcu UE ma kilka asów w rękawie, w rodzaju islandzkiej aplikacji o przyjęcie do Unii albo pakietu pomocowego z MFW (oczywiście, jak nieustająco podkreślają oficjele, te zagadnienia są niezależne od spłaty brytyjsko – holenderskich zobowiązań – sama intensywność tych dementi może być powodem do niepokoju). Nie rzutuje to bynajmniej na fakt, że środkowy palec pokazany brukselskiej klasie próżniaczej korzystnie odróżnia rząd w Reykjaviku od wielu innych.

W szczególności: od rządzących Polską bezkręgowców.

Generał Emil Fieldorf 1895 – 1953

February 24, 2011

Pięćdziesiąt osiem lat temu zainstalowani przez Moskwę polskojęzyczni zdrajcy zamordowali wielkiego polskiego patriotę – generała Emila Augusta Fieldorfa.

Cześć Jego Pamięci – ten apel jest wciąż aktualny dziś, gdy Generał nie ma nawet prawdziwego grobu – a jego morderców:

  • Heleny Wolińskiej
  • Beniamina Wejsblecha
  • Pauliny Kern
  • Marii Gurowskiej
  • Bronisława Malinowskiego
  • Mieczysława Szymańskiego
  • Emila Merza
  • Gustawa Auscalera
  • Igora Andrejewa

nigdy nie dosięgła sprawiedliwość.

Ale nie wszyscy zapomnieli.

Na brunatnej Ukrainie – czerwiec 1943

February 22, 2011

W cyklu “pocztówki z piekła” Dymitr opisuje, jak szlachetni żołnierze UPA walczą o niepodległość eksterminując systematycznie ludność cywilną niewłaściwego pochodzenia.

WYDARZYŁO SIĘ 65 LAT TEMU: WOŁYŃ – CZERWIEC 1943.

Udało się ustalić, że w czerwcu 1943r. na Wołyniu nacjonaliści ukraińscy zabili 2251 osób, w tym 1103 znane z nazwiska (bez podlegającej szacowaniu „ciemnej liczby”). Łącznie zapamiętano ok. 140 aktów przemocy, w których z ich rąk ginęli ludzie. W porównaniu z poprzednimi miesiącami zwraca uwagę przeniesienie punktu ciężkości antypolskich akcji na powiaty łucki i zdołbunowski.

Z największych antypolskich akcji należy wymienić:
2.06 – zniszczenie wsi Hurby(pow. Zdołbunów) – 250 zabitych
3.06 – napad na Chiniówkę (pow. Zdołbunów) – 100 zabitych
12.06 – zabicie ok. 150 osób w napadach na kolonie wokół Kiwerc (pow. Łuck)
14.06 – Polacy ze Schutzmannschaftsbataillon 202 wraz z oddziałem Niemców odparli atak bojówek banderowskich na majątek Bystrzyce (Kostopolskie), gdzie schroniło się wielu uchodźców.
16.06 – napad na Dermankę (pow .Kostopol) – 100 zabitych.
23.06 – po całonocnym boju samoobronie w Pańskiej Dolinie (Dubieńskie) udało się odeprzeć atak UPA.
29.06.1943 – wymordowanie kolonii Zastawie (pow. Kostopol) – 83 zabitych. W tym samym dniu wybito także Polaków we wsi Sadów (ok. 50 osób).

W czerwcu dowódca UPA na Wołyniu Dmytro Klaczkiwśkyj „Kłym Sawur” wydał rozkaz eksterminacji wszystkich tamtejszych Polaków.

Inne wydarzenia godne uwagi
5 czerwca 200-osobowy oddział samoobrony Przebraża dokonał rekonesansu po okolicznych miejscowościach, gromadząc niedobitków i tych, którym napad dopiero groził. Zmierzający do Przebraża konwój uciekinierów wraz z dobytkiem miał kilka kilometrów długości.

W liście z 7 czerwca 1943r. brat Cyprian z zakonu karmelitów bosych z Wiśniowca Nowego pisał do przeora zakonu: (…) Uchodźcy wszyscy uciekają do Wiśniowca, gdzie w klasztorze żyją w opłakanych warunkach, cierpią straszną nędzę. Aż serce się kraje na widok tej nędzy i opowiadań o jej przeżyciach. Co rano przychodzą wieści: tam zabito, tam zrabowano, tam znów spalono dom z ludźmi. I tak dzień po dniu upływa w męce i naprężeniu nerwów, bo nie ma wątpliwości, że gdy załoga niemiecka opuści Wiśniowiec-Zamek [książąt Wiśiowieckich], to pierwszej nocy wszyscy Polacy będą wymordowani. Kto może więc uchodzi do Generalnego Gubernatorstwa. Bo te hajdamaki się zaklinają, że ani jedna noga polska nie powinna zostać na Wołyniu (…).

23 czerwca samoobrona Sienkiewiczówki (Łuckie), spodziewając się ataku UPA, podjęła decyzję o ewakuacji około 1000 uciekinierów i mieszkańców osady do Łucka. Trasa ewakuacji wynosiła ok. 40km. Konwój był wielokrotnie atakowany przez słabe grupki upowskie, odpierane przez siły samoobrony i… Niemców podległych Kreislandwirtowi Leopoldowi Hampelowi. Ten sudecki Niemiec w czasie I wojny światowej dostał się do niewoli rosyjskiej i po ucieczce otrzymał pomoc od Polaków. Znał język polski i wykazywał wobec Polaków wyjątkową przychylność. Hampel wydał pozwolenie na broń grupie Polaków, co pozwoliło utworzyć samoobronę w Sienkiewiczówce. Postawa Hampela wywołała skargi Ukraińców do jego zwierzchników, w wyniku których został przeniesiony karnie do Winnicy na Żytomierszczyźnie.

W czerwcu 1943r. na Wołyniu pojawiły się oddziały partyzantki sowieckiej pod dowództwem gen. Sydora Kowpaka (słynny rajd Kowpaka). 29.06 doszło do spotkania dowództwa samoobrony Przebraża z przedstawicielem kowpakowców, płk. Werszychorą i nawiązania współpracy Przebraża z Sowietami.

Odwety
W odwecie za (odparty) napad upowców w pierwszych dniach czerwca, oddział samoobrony z Huty Starej (Kostopolskie) przeprowadził nieudaną akcję na siedzibę dowództwa upowskiego mieszczącą się w zamku w Hubkowie.
Brak przekazów o innych odwetach.

Antyniemieckie akcje UPA
5.06 – ostrzał posterunku niemieckiego w Silcach, który wkrótce został ewakuowany.
5.06 – zabicie 12 niemieckich żołnierzyw zasadzce k. wsi Diuksyn.
12.06 – upowcy zaatakowali dwie kompanie Niemców i polskich szucmanów pomiędzy Berestowem a Ucekajem. Miało zginąć 7 Niemców i 15 Polaków.
12.06 – w zasadzce koło Oriszkiwców zginęło 9 niemieckich policjantów.
13.06 – w kolejnej zasadzce Niemcy stracili 7 zabitych i 5 rannych.
13.06 – w wyniku blokady Kołek wycofał się za nich niemiecki garnizon. Masteczko opanował kureń „Rubaszenki” (wg wspomnień członka UPA: „cała ludność wyszła na ulice i nas witała, kobiety wynosiły na ulice mleko i pakunki z jedzeniem. Zauważyłem, że wielu kręciły się w oczach łzy. To był płacz z radości.”). O Kołkach pisałem również tutaj.
20.06 – rozbicie administracji niemieckiej w Bereźcach przez oddział „Kruka”.
Nocą z 23 na 24.06 na szlaku Równe-Sarny upowcy przerwali tory i ostrzelali pociąg z wojskiem.
Nocą z 25 na 26.06 wysadzono tory między Nemiwyczami i Małynskom i opanowano pociąg z amunicją.
29.06 – zniszczenie dwóch ciężarówek na drodze Szkrobotiwka-Jampol. Straty Niemców nieznane.
Czerwiec’43 – nieudana zasadzka na Niemców na drodze Biłokrynycia-Hołuby.
Upowskie dokumenty mówią również o zabiciu 56 Niemców i 140 folksdojczów k. Drużkopola (Horochowskie). Żadnej takiej bitwy nie odnotowały źródła polskie.

Antyukraińskie represje niemieckie
7.06 dowódca SS i policji w Komisariacie Wołynia i Podola Hinzler nakazał likwidację ukraińskiej partyzantki i opanowanie terenu „propagandowo i gospodarczo”.
27.06 Niemcy stracili w Łucku kilkudziesięciu Ukraińców, a w Krasnym sześćdziesięciu.

Niemcy w czerwcu 1943r. nie dysponowali na Wołyniu siłami mogącymi opanować sytuację w terenie i w zasadzie ograniczali się tylko do utrzymywania swego stanu posiadania w miastach. Z kolei UPA będąc zbyt słabą, by zagrozić okopanym Niemcom, koncentrowała się na umacnianiu swej władzy w terenie i wyniszczaniu Polaków.

Powtarza się obserwacja z poprzednich miesięcy – liczba ofiar wśród polskiej ludności cywilnej wielokrotnie (kilkudziesięciokrotnie?) przewyższa straty zadane przez UPA okupantowi niemieckiemu.


Opracowano na podstawie:

Grzegorz Motyka, “Ukraińska partyzantka 1942-1960”, Warszawa 2006
Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945″, Warszawa 2000.
Józef Turowski, „POŻOGA Walki 27 Wołyńskiej Dywizji AK”, Warszawa 1990

Mapa Wołynia ze strony Wołyń naszych przodków opublikowana za zgodą p. Ewy Siemaszko.

Blog Dymitra na S24: http://www.65-lat-temu.salon24.pl

Emanuel Goldstein III RP

February 21, 2011

Do paru rzeczy człowiek się z wiekiem przyzwyczaja, ale jednak nie przestaje mnie zadziwiać jak podobne są mechanizmy opisujące dynamikę w trójkącie politycy – wyborcy – media. Jakiś czas temu wpadł mi w oczy link do salon.com. Nazwa nie jest przypadkowa: centrolewicowy amerykański portal, taki amerykański amalgamat TVN, GW i może TokFM.

To znaczy: amalgamat w sensie umiejscowienia na osi lewica-prawica, bo co do profesjonalizmu i intelektualnej rzetelności… No, lata świetlne przed Durczokiem i Żakowskim – eufemistycznie rzecz ujmując. Pisuje na salon.com sporo ciekawych ludzi, a jedno z lepszych piór to Michael Lind, który postanowił ostatnio przyjrzeć się kwestii polaryzacji amerykańskiej opinii publicznej. Wiadomo: wykształceni ludzie popierają Obamę, FOX News to dzicz, nie ma ich po co słuchać, z definicji nie mają racji, a słyszeliście jaką głupotę wczoraj walnął Glenn Beck…

Modulo zmiana kilku nazw własnych i nazwisk: brzmi znajomo? To przeczytajcie znakomity tekst Linda – a zwłaszcza jego podsumowanie powodów, dla których ta strategia jest dla amerykańskiej lewicy szkodliwa na dłuższą metę. Wnioski i analogie z III RP: do samodzielnego wyciągnięcia.

BONUS TRACK: Ze specjalną dedykacją dla młodych wyształconych z wielkich miast, którzy – jako typowe lemingi – raczej nie wiedzą kto to Orwell i o czym pisał, bo po co czytać książki skoro jest internet: niech sobie sprawdzą w ulubionym źródle informacji Bredzisława “Wpadki” Kompromitowskiego.

Michalkiewicz: Najnikczemniejsi z nikczemnych

February 21, 2011

Felieton   tygodnik „Najwyższy Czas!”   18 lutego 2011

Ach, w jakim nieszczęśliwym kraju żyjemy! Nie dość, że zaciska się wokół nas imadło strategicznych partnerów, nie dość, że „światowej sławy historycy” – przy pomocy tubylczych kolaborantów, spośród których wielu – jak wynika z książki Romana Graczyka o konfidentach SB w „Tygodniku Powszechnym” – kolaborowało na wszystkie strony – „upokarzają Polskę na arenie międzynarodowej”, zgodnie z rozkazem rzuconym w kwietniu 1996 roku przez malwersanta Izraela Singera ze Światowego Kongresu Żydów, nie dość, że państwo szybkim marszem zmierza ku bankructwu – to jeszcze rządzące naszym nieszczęśliwym krajem Siły Wyższe dokonują systematycznej selekcji negatywnej w środowisku naszych Umiłowanych Przywódców.

W rezultacie Polska sprawdzają się w całej budzącej zgrozę rozciągłości słowa Winstona Churchilla, że nasz nieszczęśliwy kraj rządzony jest przez „najnikczemniejszych z nikczemnych”. Jeśli ktokolwiek miał jeszcze co do tego wątpliwości, to powinny rozwiać mu się ostatecznie na widok afery, jaką rozpętał poseł Platformy Obywatelskiej z Kędzierzyna-Koźla Robert Węgrzyn.

Orłem, to zdaje się on nie jest, ale przecież, podobnie jak inni posłowie, odgrywał dotychczas rolę naszego Umiłowanego Przywódcy w sposób nie zwracający niczyjej uwagi. Inna sprawa, że mamy obecnie rok wyborczy, kiedy to w środowisku naszych Umiłowanych Przywódców rozpoczyna się walka na kły i pazury o umieszczenie na partyjnych listach, co oczywiście sprzyja wzajemnemu się podsrywaniu pod każdym pretekstem – ale to wszystkiego nie tłumaczy, bo klangor wszczęli nie tylko Umiłowani Przywódcy z Platformy Obywatelskiej, ale również – z innych partii, chociaż poseł Węgrzyn dla nich nie jest żadnym konkurentem.

A poszło o to, że zagadnięty przy jakiejś okazji o sodomitów i gomorytki poseł Węgrzyn zacytował był wypowiedź swego partyjnego kolegi Andrzeja Czumy, że do gejów nie na żadnej ciekawości, natomiast chętnie popatrzyłby na lesbijki. Podniósł się niebywały klangor. Poseł Tomasz Tomczykiewicz z PO uznał, że wypowiedź posła Węgrzyna była „głupia” i „nieodpowiedzialna”. Dlaczego – tego już nie wyjaśnił, ale bo też poseł Tomczykiewicz jak zwykle się myli. Wypowiedź posła Węgrzyna ani nie była „głupia”, ani – tym bardziej – „nieodpowiedzialna”, tylko zwyczajnie – szczera.

Ale właśnie to najwyraźniej budzi w naszych Umiłowanych Przywódcach odrazę. Partyjny kolega posła Węgrzyna, poseł Krzysztof Gadowski z Jastrzębia Zdroju dał do zrozumienia, że jeśli nawet poseł – co oczywiście graniczy z niepodobieństwem – ma jakieś własne poglądy, to uzewnętrznianie ich „posłowi zwyczajnie nie przystoi”. Ja oczywiście rozumiem, że większość naszych Umiłowanych Przywódców nigdy niczego samodzielnie nie myśli, wypowiadając tylko opinie zatwierdzone przez oficerów prowadzących i dlatego widok czyjejś szczerej wypowiedzi wprawia ich w konsternację – ale żeby do tego stopnia nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji własnego postępowania – tego nawet ja się nie spodziewałem, chociaż wydawało mi się, że trudno przesadzić w przypisywaniu im bezmyślności. Okazało się, że są głupsi, niż przewiduje ustawa.

Nie mówię, dajmy na to, o pośle Jerzym Wenderlichu z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który z przesadnie, żeby nie powiedzieć – kabotyńsko odegranym oburzeniem orzekł, że „ta wypowiedź pokazuje wsteczność Platformy Obywatelskiej” – bo wiadomo, że SLD podlizuje się każdemu, a już specjalnie – postępakom, toteż i poseł Wenderlich musi się do nich jakoś akomodować. Trudno natomiast pojąć motywy, jakie przyświecały posłance PiS Beacie Kempie, kiedy wypowiadała opinię, iż „kiedy poseł publicznie uwłacza godności kobiety, nie można powiedzieć, że to jest żart (…) Obok przeprosin oczekuję od posła żalu za grzechy i postanowienia poprawy”.

Odnoszę wrażenie, że posłance Kempie od uczestnictwa w comiesięcznych liturgiach smoleńskich mogło zwyczajnie pomieszać się w głowie, skoro zaczyna przemawiać katechizmowymi formułami, ale mniejsza już o te odmienne stany świadomości, bo jeszcze dziwaczniejsza jest merytoryczna treść tej deklaracji. Po pierwsze – jakie uwłaczanie godności kobiety? Przecież gomorytki ze swoją gomorią publicznie się obnoszą, a volenti non fit iniuria. Najwyraźniej jeśli posłanka Kempa próbuje im się podlizać, to akurat strzeliła kulą w płot. I za jakie „grzechy” miałby przepraszać ją (dlaczego u diabła akurat ją?) poseł Węgrzyn?

Oto na stronie internetowej Stowarzyszenia Kampania Przeciw Homofobii czytam, że 25 stycznia br. w warszawskiej kawiarni „Tel Aviv” odbyło się uroczyste ogłoszenie wyników plebiscytu portalu homiki.pl na najważniejsze wydarzenie kulturalne, społeczne i polityczne minionego 10-lecia. Zwyciężyła kampania „Niech Nas Zobaczą”, polegająca – jak pamiętamy – na pokazywaniu sodomitów i gomorytek na wielkich ulicznych billboardach. Niech nas zobaczą!

A poseł Węrzyn chciałby właśnie sobie popatrzeć – co prawda tylko na gomorytki, bo sodomici specjalnie go nie rajcują – ale przecież de gustibus… i tak dalej. Więc wyszedł naprzeciw najskrytszym marzeniom gomorytek. Tymczasem posłanka Kempa dopatruje się w tym pragnieniu „uwłaczania godności kobiety”. Mówią wprawdzie niektórzy, że kobieca logika jest trochę inna od zwyczajnej, tej dwuwartościowej, ale żeby aż do tego stopnia? Ładny interes! To co to będzie, kiedy na skutek parytetów udział kobiet wśród naszych Umiłowanych Przywódców jeszcze się powiększy? Chyba pora umierać.

Wracając do strony SKPH, hasło „Zobacz, co robimy” ilustruje fotografia przedstawiająca sodomitę już rozebranego, którego od tyłu zachodzi drugi, jeszcze ubrany. Trudno o większą dosłowność, ale nie o dosłowność tu chodzi, tylko znowu – o nawoływanie do oglądania. Nie dziwię się posłowi Węgrzynowi, że nie chciał oglądać sodomitów; mnie też taki widok brzydzi, ale tak czy owak nie da się przecież ukryć, że sodomici chcą, by ich oglądać.

Dlaczego zatem Tomasz Szypuła, prezes zarządu Stowarzyszenia Kampania Przeciw Homofobii wystąpił ze skargą na posła Węgrzyna do Rzecznika Praw Obywatelskich i jakiegoś jeszcze innego operetkowego dygnitarza? Czyżby dewiacje seksualne rzucały się jednak na mózg? Może aż tak źle nie jest, może tylko musi wykazać aktywność, żeby Aleksander Smolar, najbardziej wpływowy w Polsce cadyk, przyznał mu kolejną transzę forsy z Fundacji Batorego – ale dobrze byłoby, gdyby, tak na wszelki wypadek, tę sprawę jednak zbadał jakiś weterynarz.

Ale nie ma tego złego, bo by na dobre nie wyszło. Każdy może się przekonać, że PiS też nie ma żadnej spójnej wizji, że PiS też nie jest żadną partią zasad, że dla partyjnego interesu gotowe jest torować drogę nawet sodomskiemu i gomoryckiemu terrorowi i wydać nas na jego pastwę.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Black Country Communion “Black Country”

February 20, 2011

Z zasady podchodzę do tzw. supergrup jak pies do jeża: eufemistycznie rzecz ujmując, efekty działalności takowych są dość mieszane. Pomijając ewidentne skoki na kasę, co dobrego może wyjść z zebrania czterech gwiazd w jednym studiu? Bardzo często, niestety, chałtura i odbędnienie dwóch refrenów z trzema solówkami i tyle.

W ciągu ostatnich paru lat różnie bywało: z jednej strony przereklamowane i przekombinowane granie ludzi uchodzących za speców od “prostego rocka”, czyli debiut Them Crooked Vultures – a z drugiej piękna, przejrzysta płyta bez dłużyzn w wykonaniu facetów kojarzonych na ogół z rockiem symfonicznym w postaci nowego albumu Transatlantic, czyli “Whirlwind“.

No i rzecz – w miarę, bo mówimy tu o wydawnictwie z jesieni 2010 – najnowsza, czyli Black Country Communion. Co słychać u czterech facetów z dwóch stron Atlantyku? No przede wszystkim oczywiście słychać lata 70te, co z uwagi na ich korzenie raczej nie dziwi.

Glenn Hughes pracował chyba ze wszystkim świętymi klasycznego hard rocka / metalu i to się daje odczuć: czasem jest sabatowy łomot, czasem purpurowe dialogi gitary z klawiszami… Ale bez zrzynek: płyta brzmi jakby Hughes zastanowił się jakie są najlepsze patenty, których nauczył się od lat 70tych, oczyścił je ze zbędnych ozdobników i powstawiał do kolejnych kompozycji – na luzie i bez wysiłku.

Jason Bonham ewidentnie odziedziczył po swoim słynnym ojcu więcej niż nazwisko – swoją drogą szacunek dla faceta, który będąc synem najsłynniejszego rockowego perkusisty XX wieku postanowił pójść w tę samą stronę.

Derek Sherinian ma podobno ksywę “Kaligula klawiszy” i kto kiedyś widział jego występ, przypuszczalnie zgodzi się z tą oceną: na solowych płytach jest szaleństwo, improwizacja, zmienianie instrumentów i ogólnie: show. A tutaj? Dyscyplina, klasyka i powrót do korzeni.

No i najsłabiej znany – przynajmniej niżej podpisanemu – człowiek w całym składzie, czyli Joe Bonamassa. Ze wszystkich członków kwartetu jemu chyba najbliżej do bluesa, i to się proszę państwa czuje. Facet bluesa czuje, umie grać i nie jest mu obca wspaniała cnota umiaru: wie kiedy przyciąć, a kiedy wycofać się i dać pograć kolegom.

Piszę o poszczególnych muzykach, bo zawartość płyty jest cokolwiek tradycyjna: zwrotka,  refren, solówka – kto szuka nowatorskich rozwiązań kompozycyjnych, raczej się zawiedzie. Ale umówmy się: nie o awangardę  tu chodzi, tylko o prawdziwy, mięsisty rock. Osadzony w tradycji, ale rozumiejący że mamy XXI wiek.

Moi faworyci? Na pewno “Medusa” z fenomenalnym dialogiem czterech instrumentów w środkowej partii – ze wskazaniem na fantastyczne bębny Bonhama. Pulsujące “One Last Soul“, ze skaczącym tempem i trzymającym numer w ryzach basem Hughesa.

Takie rozbieranie na części nie bardzo ma sens: jak mawiał inspektor Rebus, dobry album to coś więcej niż suma części składowych – i takie, w rzeczy samej, jest “Black Country”…

Kto by pomyślał, że kilku weteranów może się zebrać i stworzyć coś tak świeżego i naładowanego energią? Dobrze mi ta płyta pasuje do pomalutku zaczynającej się za oknem wiosny: też jest radosna, energetyczna, surowa i chropowata…

Warto. Naprawdę warto.

Tupot lemingów

February 18, 2011

Wygląda na to, że dzień bez kolejnego kopniaka w Ryżego Ch. jest dniem straconym – i konsekwencje działań tępaków zebranych pod szefostwem Ryżego zaczynają docierać nawet do młodych wykształconych etc.:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,9127535,Protest_studentow_przeciwko_rzadowej_reformie.html

Biedactwa… To już wam nie wystarczy odsunięcie od władzy “faszysty” Giertycha? Nie lubicie pani minister z PO? Oj, bo zostaniecie Pisiorami – a ręka podniesiona na najlepszy rząd w historii galaktyki zostanie odrąbana!