Pink Floyd “The Final Cut”

Co tak zwany przeciętny słuchacz wie o Pink Floyd? Jeśli nie jest “młodym wykształconym” ćwokiem z dużego miasta (bo takim wystarczy hip hop czy inny chillout), to pewnie słyszał zarzynane do urzygania “Another brick in the wall pt. 2” (żeby nie było że się czepiam: genialny numer i takiż teledysk, ale ile można), może jeszcze – od wielkiego dzwonu – “Money“… I właściwie tyle. Słuchacz ciut bardziej wyrobiony otarł się pewnie o “Wish you were here”, może “The wall” – ale nagrania późniejsze okrywa na ogół pomroka dziejów.

I cholernie szkoda, że okrywa – bo łabędzi śpiew Floydów w składzie z Watersem to “The final cut”: zdaniem niektórych najgorsza płyta Pink Floyd i zarazem najlepszy solowy album Rogera W. Fakt, że z rzeczy wielkich kojarzonych z Floydami (w rodzaju dźwiękowych pejzaży z “Shine on you crazy diamond“) raczej się tu wiele nie uświadczy i w porównaniu z niegdysiejszym przepychem jest cokolwiek ascetycznie – a rzecz jest wybitna i szkoda, że cokolwiek zapoznana .

Spora część twórczości Pink Floyd po “Dark Side” jest napędzana demonami gnieżdżacymi się w głowie  Watersa. Jest sława i wynikające z niej poczucie izolacji, jest niewiara we własne siły połączona z ogólnym pesymizmem, jest wreszcie trauma największa: śmierć ojca. Kiedy późniejszy twórca “The Wall” miał cztery miesiące, jego ojciec Eric bohatersko poległ za króla i ojczyznę w bitwie pod Anzio – jednym z wielu w brytyjskiej historii przykładów rzezi lwów dowodzonych przez stado baranów.

I słuchasz tej płyty, słuchasz – i niezależnie czy coś wiesz o Pink Floyd czy nie (chociaż jak można nie znać “The Dark Side Of the Moon”, doprawdy nie pojmuję), czy lubisz czy nie (bo wzorem Sex Pistols uważasz obsrywanie gigantów za ekspresję własnej oryginalności), wiesz jedno: ten facet wywleka na wierzch swoje psychiczne wnętrzności. Nie ma ładnych solówek, nie ma prężących się w teledysku modelek w stringach – tylko ponura historia bez happy endu, minimalistyczny podkład i udręczony człowiek za mikrofonem.

Miało być tak pięknie, prawda? Wygraliśmy wojnę, więc teraz będzie pokój w naszych czasach, wszyscy chcieliśmy dobrze… I oczywiście, jak nietrudno się domyślić, wyszło jak zwykle. Eric Waters i miliony takich jak on poszli do piachu kompletnie na darmo, bo ponad ćwierć wieku później znów podkręcamy małą zwycięską wojenkę: i wygląda na to, że A.D. 1983 mało kogo w świecie muzyki to obchodziło. Mało – ale ktoś jednak był. Czemu antywojenne przesłanie nie może częściej wyglądać w ten sposób, a pacyfizm to na ogół naćpane hipisowskie półmózgi z akustycznymi gitarami?

Jak zwykle u Watersa, podróż do kresu nocy jest mieszanką obrazów “makro” (wojna, terroryzm) z osobistymi do bólu (zapłakana wdowa na pogrzebie poległego żołnierza). Jest współczucie i empatia, a za chwilę wściekły wrzask – a potem sarkazm maskujący ból. Sentymentalne? Nie, bo Waters – pytając kto za to odpowiada – nie chce protestować i dochodzić sprawiedliwości przed sądem. Bliżej mu do mauerowskiego “Co pan z nimi zrobi? A pozabijam skurwysynów“.

Wspomniałem o muzycznej ascezie (zwłaszcza w porównaniu z “Wish you were here”), ale to nie znaczy że płyta składa się z melorecytacji. Delikatny motyw fortepianu przechodzi nagle we wściekłą solówkę saksofonu na tle łomoczących bębnów. Gdzieś tam z tyłu przemyka gitara, ale jest jej niewiele: a że David Gilmour wielkim gitarzystą jest, brak czarowanych przez niego dźwięków to właściwie jedyna chyba wada tej płyty.

To nie jest album na randkę, Walentynki albo do słuchania podczas jazdy samochodem w porannym korku. Tu trzeba się skupić, wgryźć w teksty, zanurzyć w klimat – choć “depresyjny” jest tu przymiotnikiem za słabym o rząd wielkości.

Ale warto.

Tags: , , , ,

5 Responses to “Pink Floyd “The Final Cut””

  1. Paweł G Says:

    Polecam cover płyty Dark Side of the Moon w wykonaniu Dream Theater….

    • Banan Says:

      Znam, ale nie zachwycił mnie specjalnie – ja bardzo lubię DT, ale tam po prostu wyszli, odegrali prawie nuta w nutę “Dark Side” (to po co mi klon jak mam oryginał?) i poszli do domu. Jak się gra cudze rzeczy, to warto z nimi zrobić coś ciekawszego, typu

      vs

      albo – wariant skrajny🙂

      vs

  2. miłosz Says:

    Według mnie w muzyce Pink Floyd im więcej Watersa tym gorzej dla muzyki. Dopóki akcenty rozkładały się mniej więcej po równo pomiędzy Watersa i Gilmoura (a przed DSoM również Mason i Wright mieli ogromny wkład w ostatetczne brzmienie) dopóty byli rewelacyjnym zespołem. Wydaje mi się również że płyta nie broni się jako całość, nie wyobrażam sobie przesłuchania jej całej za jednym razem, za dużo smęcenia, sporo średnich kompozycji i przede wszystkim za duże ego Watersa (basista jest dobrym, ale wokalista co najmniej średnim). Takie DSoM ale bez polotu

    • Banan Says:

      “a przed DSoM również Mason i Wright mieli ogromny wkład w ostatetczne brzmienie” – akurat Wright to, hm, jak to delikatnie ująć…

      “Takie DSoM ale bez polotu” – no, przecież nawet napisałem – najlepszy solowy Waters, najsłabsze PF (choć i tak lepsze, imho, od “Atom Heart”, na którym poza wstępem do utworu tytułowego nie ma absolutnie nic ciekawego).

      • miłosz Says:

        “akurat Wright to, hm, jak to delikatnie ująć…”
        może tak: do Animals wraz z innymi skomponował średnio blisko połowę utworów do każdego albumu i co najmniej tyle samo razy udzielał się wokalnie

        “no, przecież nawet napisałem – najlepszy solowy Waters, najsłabsze PF (choć i tak lepsze, imho, od “Atom Heart”, na którym poza wstępem do utworu tytułowego nie ma absolutnie nic ciekawego).”
        Myślałem że “pojechałeś” klasykiem jakiego zawsze się używa pisząc o The Final Cut.
        Co do Atom Heart Mother – całkowicie się nie zgadzam.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: