FFWW: Breaking Bad

Nazwijmy rzeczy po imieniu: Walter White spieprzył sobie życie. Kilkanaście lat temu był wybitnym chemikiem, otarł się o Nobla i wielkie pieniądze – ale coś poszło nie tak. Teraz mieszka gdzieś na zadupiu w Nowym Meksyku – Albuquerque to podręcznikowa ilustracja angielskiego zwrotu “middle of nowhere”. Ma chorego na stwardnienie rozsiane syna, ciężarną żonę, denną pracę w szkole (uczy chemii, którą uczniowie kompletnie zlewają), a po godzinach dorabia w myjni, gdzie jego uczniowie myją swoje wypasione fury. Któregoś dnia Walter mdleje w pracy – karetka, szpital, diagnoza…

I suchy głos lekarza: nieoperowalny nowotwór płuc, w najlepszym razie zostało panu sześć miesięcy.

Co ciekawe u faceta pokazanego – na początku przynajmniej – jako pomiatany przez otoczenie nieudacznik, Walter nie użala się na swój ciężki los i nie oczekuje współczucia. Zamiast tego zaczyna kombinować: wie, że dziadowska polisa na życie nie wystarczy żeby zabezpieczyć byt rodzinie kiedy on sam już zamknie oczy. I wtedy następują trzy zdarzenia, wskutek których w głowie Waltera przeskakuje jakiś trybik.

Najpierw podczas rodzinnego grilla White słucha opowieści swojego szwagra, policjanta Hanka: DEA zrobiło nalot na wytwórnię metamfetaminy i zgarnęło sporą ilość towaru i walizkę gotówki. “To jest łatwa forsa” mówi – pogardliwie – Hank…  A Walter tylko słucha – przecież jako zdolny chemik, potrafi wyprodukować amfetaminę z zamkniętymi oczami.

Potem, zaproszony przez szwagra, Walter obserwuje melinę handlarzy, do której wpadają policjanci polujący na dilera – i patrzy na stojący przed meliną samochód, standard życia związany z handlem. I ciągle myśli.

A potem widzi uciekającego przed policją wspólnika dilera i ta twarz nagle wydaje mu się znajoma: to Jesse Pinkman, jego były uczeń. I w tym momencie przyszłość staje się jasna: Walter już wie w jaki sposób zabezpieczy byt rodzinie. On będzie produkował narkotyk a Jesse – jako znający reguły ulicznego handlu – go rozprowadzi. Genialny w swej prostocie plan, prawda?

No więc nie całkiem prawda. Po pierwsze, gdzie gotować? Po drugie, kiedy – przecież Walter ma pracę, obowiązki domowe… Nie da się tak po prostu zacząć znikać bez wzbudzania podejrzeń. A po trzecie i najważniejsze: Albuquerque nie jest bynajmniej bukolicznym zadupiem gdzie ludzie nie słyszeli o używkach (bliskość Meksyku nie pomaga) – sporo ludzi już się tym zajmuje i w większości mają dość zdecydowane poglądy na temat nowych graczy w narkotykowym biznesie.

I tu jest właśnie największa siła “Breaking Bad“: w jaki sposób nasz bohater – taki sobie szary zwyklaczek – krok po kroku przeobraża się w narkotykowego bossa budzącego grozę w półświatku. Zaczyna jako dobry w zasadzie człowiek, troskliwy mąż, kochający ojciec… I zanim się spostrzeże – a my razem z nim – musi zabijać, oszukiwać najbliższych, kryć się przed policją – cały czas ze świadomością, że choroba postępuje i zegar tyka.

I być może to właśnie sprawia, że podejmuje ryzyko i robi rzeczy, które przedtem nawet nie przeszłyby mu przez myśl: postawiony w sytuacji ostatecznej Walter dochodzi do wniosku, że przestrzeganie reguł po prostu się nie opłaca – więc z Jana Kowalskiego pomału zaczyna wypełzać Tony Montana. Tylko że ta przemiana nie jest kompletna: czasami do głosu dochodzi “stary” Walter, który oszukuje sam siebie mówiąc, że to przecież wszystko tylko dla rodziny, że on nie jest taki… Zmienił się? A może zawsze był taki, ale dopiero okoliczności wyciągnęły na wierzch mroczną część jego natury?

Ale jak genialny nie byłby w roli Waltera Bryan Cranston, “Breaking Bad” nie byłby najlepszym serialem obyczajowo-kryminalnym ostatnich lat gdyby nie partnerujący mu Jesse… Z jednej strony, ćpun i pozer: biały chłopak mówiący pseudo-czarnym slangiem (“yo” i “bro” w co drugim zdaniu), kreujący się na króla ulicy. Z drugiej: wrażliwy dzieciak, którego w pewnym momencie zawiedli rodzice i wychowała ulica. Buntuje się przeciw pomysłom Waltera, ale widzi, że tamten (idąc pogardzaną przez Jessego drogą edukacji, pracy i generalnie – nie ścinając zakrętów) zrobił coś wartościowego ze swoim życiem.

I grający Jessego Aaron Paul osiąga to wszystko niewielkim tak naprawdę repertuarem: kilka manieryzmów, parę spojrzeń… Jeśli ten facet nie rozmieni się na drobne graniem w telenowelach i durnych komediach romantycznych, za parę lat możemy mieć do czynienia z wielkim talentem.

Inne postacie? Też dają koncert: czująca że coś jest nie tak żona, która po omacku próbuje się rozeznać w sytuacji – ciąża, choroba Waltera, dziwne zachowania syna. Arogancki i pewny siebie do bólu szwagier, który pod maską twardego gliny skrywa całą baterię lęków. Jego stuknięta żona. Wreszcie fenomenalna parada lokalnych gangsterów: od prymitywnych oprychów niskiego szczebla, przez krwawych psychopatów, aż po eleganckich i subtelnych biznesmenów – ludzie jak ludzie, tylko recesja ma na nich fatalny wpływ.

Breaking Bad” zaczyna się niepozornie, ale po kilku odcinkach uzależnia jak sprzedawana przez bohaterów metamfetamina i nie pozwala uciec od pytania “a co ty byś zrobił na jego miejscu“? Wiesz, że ci ludzie w większości robią złe rzeczy, ale – w przeciwieństwie do psychopatycznych zboczeńców np. z “Damages” – to zło jest w jakiś tam sposób racjonalne i nie to, żeby je człowiek rozgrzeszał – ale da sie to zrozumieć.

Zajrzyjcie na ciemną stronę ze zwykłym facetem Walterem W. bo warto. Naprawdę warto.

Tags: , , , ,

2 Responses to “FFWW: Breaking Bad”

  1. Wojo Says:

    Hej,

    Ciekawie brzmi ten serial, chociaż pewnie wieje z niego takim optymizmem że strach się bać🙂

    Przy okazji ja obecnie najbardziej czekam na: http://www.youtube.com/gameofthrones

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: