Michalkiewicz: Przed rehabilitacją Heroda

Jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził. Wydawało się, że w 1960 roku wszystkim dogodził Władysław Gomułka, kasując dzień wolny od pracy w święto Trzech Króli. Wprawdzie nikt przeciwko temu oficjalnie nie protestował, przeciwnie – ludzie na wyścigi, jeden przez drugiego, dziękowali partii i rządowi, że oto mogą więcej pracować ku chwale Związ… to znaczy pardon – żadnego tam Związku Radzieckiego, to znaczy oczywiście Związku Radzieckiego także, jakże by inaczej – ale przede wszystkim – ku chwale socjalistycznej ojczyzny, którą „dla nas partyjniaków” – jak zauważył Mieczysław Moczar, partyjniak nieposzlakowany, był (i jest nadal) Związek Radziecki, więc – jak widać – na jedno wychodzi – ale tak naprawdę ktoś musiał jednak być niezadowolony, skoro po 50 latach partia i rząd, próbując podlizać się opinii publicznej, znowu święto Trzech Króli przywróciły. Od razu pojawiła się nowa świecka tradycja, to znaczy – korowody z udziałem Trzech Króli.

Wprawdzie nawet jeden król bywa problemem politycznym – o czym mogliśmy przekonać się przy okazji inicjatywy intronizacji Chrystusa na króla Polski – więc przy trzech królach na raz od polityki uciec niepodobna – ale wspomniane korowody starannie unikały jakichkolwiek odniesień, czy aluzji politycznych. Zwłaszcza unikały wszelkich akcentów antyherodowych, bo w przeciwnym razie „światowej sławy historyk” Jan Tomasz Gross ani chybi dostałby od starszych i mądrzejszych nowy obstalunek.

Żeby tylko nie umarł nam z przepracowania, bo wyssać sobie z palca całą książkę „Złote żniwa”, to nie w kij dmuchał. A taka właśnie książka autorstwa Jana Tomasza Grossa ma ukazać się w krakowskim wydawnictwie „Znak” już w lutym tego roku. Pokazuje ona światu, jak tubylczy nadwiślańscy Irokezi eksploatowali pozostałości po Żydach wymordowanych przez złych nazistów.

Chociaż „światowej sławy historyk” fabułę swoich utworów, podobnie jak baron Munchhausen swoich opowieści, buduje na dodawaniu „dramatyzmu”, to przecież z książki wyraźnie wynika, że metody eksploatacyjne, stosowane przez tubylczych Irokezów były szalenie prymitywne – zwłaszcza gdy zestawi się je z wydajnymi, nowoczesnymi metodami eksploatacji pozostałości po Żydach wymordowanych przez złych nazistów, stosowanymi przez żydowskie organizacje przemysłu holokaustu.

Jak wiadomo, z tych pozostałości wydobyły one – i wydobywają nadal – takie ilości złota, o jakich nie tylko złym nazistom, ale nawet owym Żydom się nie śniło. Dzięki temu „światowej sławy historyk” i jemu podobni wynalazcy mogą zawsze liczyć na lukratywne obstalunki, a Izrael – na finansowe kroplówki, nowe łodzie podwodne i inne zabawki służące pokojowej koegzystencji.

Widać, że biznes „sze kręczy”, ale i tutaj musiało dojść do jakichś poślizgów, skoro książka „światowej sławy historyka” ukaże się na rynku polskim dopiero w lutym, Tymczasem powinna ukazać się raczej 15 stycznia, kiedy to z inicjatywy Episkopatu Polski tubylczy Irokezi będą obchodzili kolejny, tym razem dwudniowy Dzień Judaizmu. Wypełniony on będzie rozmaitymi imprezami promującymi żydowski przemysł rozrywkowy z koncertami klezmerów włącznie – chociaż wydaje się, że dla tubylców najbardziej pożyteczne byłyby krótkie kursy plucia pod wiatr.

Ale nie narzekajmy; nie od razu Kraków zbudowano i podczas następnych Dni Judaizmu na pewno takie kursy zostaną zorganizowane, być może nawet z udziałem „światowej sławy historyka” – o ile oczywiście nie będzie zajęty przy realizowaniu kolejnego obstalunku. Co może być jego przedmiotem – tego jeszcze nie wiemy, bo – jak wspomniałem – uczestnicy, a przede wszystkim organizatorzy trzechkrólowych korowodów starannie unikali wszelkich skojarzeń politycznych, przede wszystkim – antyherodowych. Nie wiadomo jednak, czy to wystarczy i czy w następnym roku do Kacpra, Melchiora i Baltazara nie dołączy król Herod, jako przewodniczący delegacji i mistrz ceremonii.

Tymczasem jednak konferencja pracodawców prywatnych „Lewiatan” zaskarża ustawę przywracającą Trzech Króli do Trybunału Konstytucyjnego – oczywiście z powodów ekonomicznych. Ciekawe, że powody ekonomiczne nigdy nie nasunęły „Lewiatanowi” pomysłu skasowania święta 1 maja. Czy zaważyła na tym okoliczność, że na ziemiach polskich zostało ono ustanowione jako dzień świąteczny w roku 1940 przez naszych ówczesnych okupantów: Adolfa Hitlera i Józefa Stalina, których kontynuatorzy prawni są dzisiaj strategicznymi partnerami – czy też może przywiązanie, jakie do tego święta wykazuje rządzący naszym nieszczęśliwym krajem dyrektoriat ubeckich dynastii – a może wreszcie – z obydwu tych powodów?

Wszystko to być może, bo o żadnych ekonomicznych względach nikt nawet nie ośmieli się zająknąć, chociaż zaraz po 1 maja przypada 3 Maj, jako święto państwowe, w związku z czym ZAWSZE pracownicy urządzają sobie tzw. długie weekendy. Wygląda na to, że ideologia nadal przeważa u nas nad ekonomiką, na co dodatkowo wskazują publikacje informujące, że „wszyscy Polacy” są przywróceniu święta Trzech Króli przeciwni. Od razu widać, na jakich wzorcach kształcili się autorzy takich publikacji.

Taki właśnie nachalny sposób propagandy wprowadził w Rosji Oberprokurator Najświętszego Synodu Konstanty Pobiedonoscew, który twierdził, że „wszyscy ludzie rosyjscy” są przeciwni przedstawieniom teatralnym w Wielkim Poście. Nawet ci, którzy na te przedstawienia już kupili bilety. Trudno się jednak dziwić, że powracają znane schematy propagandowe; skoro padł rozkaz pojednania z Rosją, to prędzej czy później muszą objawić się rezultaty.

Oczywiście nie tylko takie rezultaty. Z obfitości serca usta mówią i premier Tusk niedawno prawie otwartym tekstem wygadał się, że zarówno zimny rosyjski czekista Włodzmjierz Putin, jak i misiowaty prezydent Dymitr Miedwiediew pozwolili mu oburzyć się, a nawet skrytykować raport MAK w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej. Rzecz bowiem w tym, że opinia premiera Tuska, czy pułkownika Klicha nie ma najmniejszego znaczenia, jako że konwencja chicagowska, na jaką rząd polski w podskokach się zgodził, przyznaje wyłączność na prowadzenie śledztwa państwu, na którego terytorium katastrofa się zdarzyła.

Państwo-właściciel samolotu może sobie tylko groźnie kiwać palcem w bucie – podczas gdy na podstawie porozumienia polsko rosyjskiego z roku 1993 – które, nawiasem mówiąc, dotyczyło samolotów wojskowych, jakim był rozbity Tu-154, podczas gdy konwencja chicagowska – wyłącznie samolotów cywilnych – śledztwo prowadzone byłoby „wspólnie”, co oznacza – po pierwsze – że polscy prokuratorzy musieliby zostać dopuszczeni do wszystkich czynności i dowodów rzeczowych, a po drugie – że strona rosyjska nie mogłaby samodzielnie ogłaszać żadnych wyników.

Jak pamiętamy, premier Tusk tłumaczył tamtą decyzję rządu obawą, że Rosjanie się pogniewają. Wtedy się bał ich gniewu, a teraz się nie boi? Cóż takiego dzisiaj palił, że przybyło mu tyle kurażu? Oczywiście są to błazeństwa, w których wyspecjalizował się nie tylko rząd premiera Tuska, ale – jak się okazuje – również prezydent Komorowski, który odgraża się, iż zawetuje ustawę o zredukowaniu 10 procent urzędników w administracji.

Armia ta liczy już ponad 600 tysięcy ludzi i rząd mógłby ją zredukować bez potrzeby wydawania specjalnej ustawy. Skoro taką ustawę przeforsował, to znaczy, że nie po to, by weszła ona w życie, tylko po to, by stworzyć prezydentowi okazję do jej zawetowania i następnie wykorzystać to do celów propagandowych potrójnie: po pierwsze – pokazanie „młodym, wykształconym”, że nasza młoda demokracja jest autentyczna – a zwłaszcza – jaki prezydent jest samodzielny. Po drugie – pokazać, dajmy na to – „Lewiatanowi”, że premier Tusk dobrze chciał, ale umizgujący się do urzędasów „gajowy” mu nie pozwolił i wreszcie – po trzecie – mrugnąć porozumiewawczo do biurokracji, że – wicie, rozumicie – jest bezpiecznie.

Bo jest bezpiecznie – o czym świadczy nie tylko wynik głosowania nad wotum nieufności wobec ministra Cezarego Grabarczyka, który nie tylko uratował stanowisko, mimo spektakularnego horroru na kolejach, ale nawet dostał kwiaty. Pojawiły się w związku z tym złośliwe komentarze, że minister Grabarczyk kwiaty dostał za poświęcenie z jakim realizuje zadanie rozłożenia polskich kolei, żeby koleje niemieckie mogły wkrótce przejąć je za pół darmo nie tylko bez żadnych protestów, ale z westchnieniem ulgi polskiej opinii publicznej.

Jeszcze lepszym przykładem umocnienia bezpieczeństwa – no i oczywiście – bezpieczniaków w polskim życiu publicznym jest decyzja prokuratury, która właśnie umorzyła śledztwo w sprawie przecieku w tzw. aferze hazardowej. Znaczy, że „Rycho”, „Miro” i „Zbycho” musieli dowiedzieć się o śledztwie CBA nie od premiera Tuska, czy pana Rosoła, „asystującego” ministru Drzewieckiemu, czyli „Mirowi” – tylko podczas sennego objawienia – jakie stało się również udziałem Trzech Króli, którzy tą drogą otrzymali wszak ostrzeżenie, by nie wracali do Heroda.

Skoro coś takiego zdarzyło się Kacprowi, Melchiorowi i Baltazarowi, o których red. Turnau z żydowskiej gazety dla Polaków powiada, że nie wiadomo, czy w ogóle istnieli, to dlaczego nie mogło się zdarzyć „Rychowi”, „Zbychowi” i „Mirowi”, którzy wprawdzie żadnymi mędrcami, ani – tym bardziej – królami nie są, ale za to – niewątpliwie istnieją, podobnie jak Siły Wyższe, które już dawno dały do zrozumienia nie tylko posłowi Mirosławowi Sekule, ale najwyraźniej – również niezależnej prokuraturze, że nie życzą sobie ujawniania żadnych sekretów.

Komentarz   tygodnik „Goniec” (Toronto)   9 stycznia 2011

Advertisements

Tags:

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: