FFWW: The Proposition

Mówili wam, że western umarł? Że zniknął z kina, a w telewizji za cień potęgi robią “Deadwood” i “Justfied“? Że nie ma sensu kręcić takich filmów, bo przecież to już nie te czasy, i ludzie chcą romantycznych komedii, superbohaterów i waty cukrowej? No więc jeśli ktoś wam  tak mówił, to pieprzył głupoty.

Australia dała światu parę dobrych rzeczy w ciągu ostatnich kilku dekad: muzykę AC/DC, filmy Petera Weira – i twórczość Nicka Cave’a. Celowo piszę szerzej, bo oprócz muzyki – z czego znany jest najlepiej – Cave tworzy poezję, od wielkiego dzwonu udziela się aktorsko, a w 2005 napisał scenariusz do “The Proposition”.

Właściwie samo zawiązanie akcji zapowiada z czym będziemy mieć do czynienia. Czas i miejsce: Australia, końcówka XIX wieku. Kapitan Stanley jest kimś w rodzaju szeryfa na australijskiej prowincji i ma problem. Potrójny problem, w postaci trzech braci Burns. Po spektakularnej strzelaninie udaje mu się złapać Charliego i Mikeya, czyli średniego i najmłodszego z synów mamy Burns. Najstarszy Arthur, czyli szef bandy, jest wciąż na wolności – a że właśnie on jest najcenniejszą zdobyczą, Stanley składa Charliemu propozycję.

Dostanie konia, broń i tydzień na schwytanie Arthura – jeśli tego nie zrobi, Mikey zawiśnie na szubienicy. W Wigilię. I właściwie opowiadać dalej o fabule nie ma sensu, bo to opowieści został zdefiniowany – jesteśmy w świecie bez większego dobra, jeśli będziemy mieć szczęście to uda nam się wybrać mniejsze zło.

Nie wiem na ile takie określenie ma sens, ale w jakimś stopniu ten film jest podyktowany krajobrazem. Australijski interior jest pusty, spalony słońcem i przetrwać w nim mogą tylko wyjątkowi ewolucyjni twardziele – i coś podobnego można powiedzieć o bohaterach “The Proposition”. Troszkę nasuwa się analogia z “Unforgiven”, które też opowiadało o ludziach wypalonych wewnętrznie – przy czym o ile u Eastwooda nawet w tych złych (w rodzaju Małego Billa) pałętała się na dnie jakaś iskierka dobra, w “The Proposition” nie ma nawet tego.

Szeryf Stanley bez mrugnięcia okiem szczuje dwóch braci przeciwko sobie, grożąc powieszeniem ewidetnie opóźnionego umysłowo Mikey’a. Arthur Burns to psychopata i nazwanie go zwierzęciem uwłacza uczciwym drapieżnikom, które przecież nie zabijają dla przyjemności. Twarz Charliego nie wyraża właściwie żadnych ludzkich uczuć: zastrzeli Arthura? Przyłączy się do niego? Nie wiemy – i chyba jemu samemu nie robi to szczególnej różnicy.

Wziąć dobrego, złego i brzydkiego od Sergio Leone, przepalić ich australijskim słońcem a potem doprawić okrucieństwem spod znaku “Dzikiej bandy” – mniej więcej taki przepis musiał przyświecać Cave’owi kiedy konstruował galerię swoich, no powiedzmy: postaci, bo przecież nie bohaterów w żadnym normalnym sensie tego słowa.

Tak jak u Eastwooda, człowieczeństwo reprezentują kobiety – tam była to burdelmama Alice, tutaj żona Stanleya – Martha. Wyrwana ze swojego środowiska, rzucona w obcość, próbuje stworzyć dla siebie i Stanleya namiastkę domu… Ale choć to miejsce nie jest dla niej, Martha wciąż próbuje: i jest dla Stanleya kotwicą człowieczeństwa, chroniącą go przed zatraceniem się w obsesji pościgu za braćmi Burns.

Za co by się w “The Proposition” nie wziąć, na usta cisną się komplementy: ale jak nie zachwycić się pracą kamery, jeśli – oglądając film w deszczowym Amsterdamie – po kwadransie człowiek zaczyna czuć spaloną słońcem duchotę posterunku, gdzie Stanley przesłuchuje Charlie’go… Ludzie są ciągle zmęczeni upałem, więc nic dziwnego że zaczyna im trochę odbijać, więc nie jest dziwna skłonność do przemocy i palec na spuście pracujący szybciej niż głowa – a wokół tylko pustka i żar, które nawet w najgorszym bandziorze obudzić mogą skłonność do filozofii.

Do tej historii, bohaterów, krajobrazu idealnie pasuje muzyka: snuje się, hipnotyzuje – ale pod łagodnością pulsuje napięcie, które od czasu do czasu eksploduje kompletnie bez ostrzeżenia. Czy taką historię dałoby się opowiedzieć w innej stylistyce? Chyba nie: do wydobycia prawdziwych cech ze swoich postaci Cave i Hillcoat potrzebowali ekstremalnych okoliczności, a western to chyba jedyny gatunek, gdzie zmaganie człowieka z przyrodą i samym sobą jest praktycznie wpisane do reguł.

Wychodzisz poza miasto i nagle przestają obowiązywać wymyślone przez ludzi prawa – patrzysz w wypaloną słońcem skałę i zaczynasz widzieć co tak naprawdę w tobie siedzi. W większości przypadków: nic dobrego.

To nie jest film dla każdego. Ale warto.

Tags: , , , , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: