Archive for January, 2011

Schrödinger kwietniowy

January 28, 2011

Wygląda na to, że oprócz imponujących wąsów Gajowy Komoruski ma jeszcze jedną niesamowitą cechę: umiejętność znajdowania się w wielu miejscach jednocześnie… Słuchając jego publicznych wypowiedzi, kto by pomyślał że taki z niego superbohater?

Advertisements

Michalkiewicz: Patrioci i „zaprzańcy” w służbie faszystów

January 27, 2011

Szanowni Państwo!

Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, czy Polska zachowała suwerenność i w jakim zakresie, powinien przeczytać sobie ustawę z 3 grudnia 2010 roku o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania – a zwłaszcza uzasadnienie rządowego projektu tej ustawy. Roi się tam od dyrektyw Komisji Europejskiej i pogróżek, jakie to paroksyzmy spadną na nasz nieszczęśliwy kraj, jeśli nie zadośćuczyni on żądaniom faszystów władających Unią Europejską. Ustawa ta weszła w życie 1 stycznia 2011 roku i warto ją zapamiętać, ponieważ w sposób zasadniczy zmienia porządek prawny naszego państwa pod pretekstem „równego traktowania”.

Od czasów starożytnych, a konkretnie – w starożytnym Rzymie – przyjęto zasadę, że oskarżony uważany jest za niewinnego, dopóki wina nie zostanie mu udowodniona. Zasada ta legła u podstaw łacińskiej cywilizacji, którą usiłowali zniszczyć zarówno bolszewicy, jak i faszyści. Mówi się, że zarówno jedna, jak i druga formacja ideologiczna odeszła w przeszłość – ale to nieprawda. Faszyści sprytnie się zakamuflowali jako tak zwani obrońcy praw człowieka i pod tym płaszczykiem skutecznie przekształcają ustrój państw europejskich w kierunku faszystowskim.

Z pozoru brzmi to niewiarygodnie – ale kiedy uświadomimy sobie, że faszyzm nie polega, a w każdym razie nie musi polegać na prześladowaniu Żydów, to łatwiej zrozumiemy, że faszyzm jest poglądem według którego państwo może wszystko. I ustawa z 3 grudnia 2010 roku, którą prezydent Komorowski podpisał 22 grudnia, jest znakomitą ilustracją tej faszystowskiej tendencji.

Artykuł 14 ustęp 2 tej ustawy stanowi bowiem, że kto zarzuca innej osobie naruszenie zasady równego traktowania, uprawdopodabnia fakt jej naruszenia. Co to znaczy? Wyjaśnijmy to na przykładzie: sodomita nie zostaje przyjęty na wychowawcę w internacie. To, że nie został przyjęty, jest faktem oczywistym, któremu on nadaje interpretację twierdząc, że nie został przyjęty z powodu swojej dewiacji. Zgodnie z ustępem 3 artykułu 14 tej ustawy osoba, której taki sodomita zarzuciłby naruszenie zasady równego traktowania, musiałaby udowodnić, że nie dopuściła się naruszenia zasady równego traktowania. Na przykład wykazując przed sądem, że wspomniany sodomita jest kompletnym matołem.

Nie zawsze jednak można udowodnić, że nie jest się wielbłądem, a nawet jeśli teoretycznie można, to w praktyce przeprowadzenie takiego dowodu może być bardzo trudne i wymagać różnych skomplikowanych i kosztownych zabiegów. Nie o to jednak przede wszystkim chodzi, tylko o zasadę, a właściwie – odwrócenie zasady leżącej u podstaw łacińskiej cywilizacji – że to oskarżyciel ma oskarżonemu udowodnić winę, a nie oskarżony ma wykazywać swoją niewinność. W ustawie z 3 grudnia 2010 roku o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania, cały ciężar udowodnienia niewinności został złożony na barki oskarżonego.

Ciężar ten może okazać się bardzo duży, bo inne przepisy tej ustawy wydają obywateli na pastwę tak zwanych „pozarządowych organizacji” monitorujących przestrzeganie zasady równości – a więc gangów szantażystów, z którymi kolaborują organy państwowe w rodzaju Rzecznika Praw Obywatelskich oraz Pełnomocnika do Równego Traktowania. Na końcu tej drogi krzyżowej są tak zwane niezawisłe sądy, których zadaniem będzie rabunek nieszczęsnych ofiar faszystowskiego ustawodawstwa.

Żeby było śmieszniej, ustawa z 3 grudnia 2010 roku, a zwłaszcza wspomniany artykuł 14 ust. 3 jest ewidentnie sprzeczny z art. 42 ust. 3 konstytucji, który stanowi, że „każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu”. Kto by się jednak przejmował jakąś konstytucją tubylczego bantustanu, kiedy Komisja Europejska wydała dyrektywę?

Toteż ustawa została uchwalona niemal jednogłośnie; głosowało za nią 179 posłów Platformy Obywatelskiej, 143 posłów Prawa i Sprawiedliwości, 34 posłów Sojuszu Lewicy Demokratycznej i 26 posłów Polskiego Stronnictwa Ludowego. Pokazuje to, że chociaż nasi Umiłowani Przywódcy przy różnych okazjach sprawiają wrażenie, iż utopiliby się nawzajem w łyżce wody, to przecież, kiedy odezwie się prawdziwa władza, potrafią przemówić jednym głosem – patrioci razem z „zaprzańcami”.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton   Radio Maryja   27 stycznia 2011

Minister Boni rozsądku broni?

January 27, 2011

Nie może być. Szok. Po trzech latach pracy w gabinecie Ryżego, minister Michał Boni doznał nagłego ataku prawdomówności: wbrew opowieściom senatora Jarząbka Sepioła, nie jesteśmy Zieloną Wyspą wśród morza kryzysu, której przewodzi mąż stanu – tylko krajem na dorobku, który w dodatku leci na pysk w spirali zadłużenia… A rząd kładzie łapę na OFE żeby choć trochę ten swobodny spadek przystopować.

Prawdomówny członek rządu Tuska? Cuda się jednak zdarzają.

Pink Floyd “The Final Cut”

January 27, 2011

Co tak zwany przeciętny słuchacz wie o Pink Floyd? Jeśli nie jest “młodym wykształconym” ćwokiem z dużego miasta (bo takim wystarczy hip hop czy inny chillout), to pewnie słyszał zarzynane do urzygania “Another brick in the wall pt. 2” (żeby nie było że się czepiam: genialny numer i takiż teledysk, ale ile można), może jeszcze – od wielkiego dzwonu – “Money“… I właściwie tyle. Słuchacz ciut bardziej wyrobiony otarł się pewnie o “Wish you were here”, może “The wall” – ale nagrania późniejsze okrywa na ogół pomroka dziejów.

I cholernie szkoda, że okrywa – bo łabędzi śpiew Floydów w składzie z Watersem to “The final cut”: zdaniem niektórych najgorsza płyta Pink Floyd i zarazem najlepszy solowy album Rogera W. Fakt, że z rzeczy wielkich kojarzonych z Floydami (w rodzaju dźwiękowych pejzaży z “Shine on you crazy diamond“) raczej się tu wiele nie uświadczy i w porównaniu z niegdysiejszym przepychem jest cokolwiek ascetycznie – a rzecz jest wybitna i szkoda, że cokolwiek zapoznana .

Spora część twórczości Pink Floyd po “Dark Side” jest napędzana demonami gnieżdżacymi się w głowie  Watersa. Jest sława i wynikające z niej poczucie izolacji, jest niewiara we własne siły połączona z ogólnym pesymizmem, jest wreszcie trauma największa: śmierć ojca. Kiedy późniejszy twórca “The Wall” miał cztery miesiące, jego ojciec Eric bohatersko poległ za króla i ojczyznę w bitwie pod Anzio – jednym z wielu w brytyjskiej historii przykładów rzezi lwów dowodzonych przez stado baranów.

I słuchasz tej płyty, słuchasz – i niezależnie czy coś wiesz o Pink Floyd czy nie (chociaż jak można nie znać “The Dark Side Of the Moon”, doprawdy nie pojmuję), czy lubisz czy nie (bo wzorem Sex Pistols uważasz obsrywanie gigantów za ekspresję własnej oryginalności), wiesz jedno: ten facet wywleka na wierzch swoje psychiczne wnętrzności. Nie ma ładnych solówek, nie ma prężących się w teledysku modelek w stringach – tylko ponura historia bez happy endu, minimalistyczny podkład i udręczony człowiek za mikrofonem.

Miało być tak pięknie, prawda? Wygraliśmy wojnę, więc teraz będzie pokój w naszych czasach, wszyscy chcieliśmy dobrze… I oczywiście, jak nietrudno się domyślić, wyszło jak zwykle. Eric Waters i miliony takich jak on poszli do piachu kompletnie na darmo, bo ponad ćwierć wieku później znów podkręcamy małą zwycięską wojenkę: i wygląda na to, że A.D. 1983 mało kogo w świecie muzyki to obchodziło. Mało – ale ktoś jednak był. Czemu antywojenne przesłanie nie może częściej wyglądać w ten sposób, a pacyfizm to na ogół naćpane hipisowskie półmózgi z akustycznymi gitarami?

Jak zwykle u Watersa, podróż do kresu nocy jest mieszanką obrazów “makro” (wojna, terroryzm) z osobistymi do bólu (zapłakana wdowa na pogrzebie poległego żołnierza). Jest współczucie i empatia, a za chwilę wściekły wrzask – a potem sarkazm maskujący ból. Sentymentalne? Nie, bo Waters – pytając kto za to odpowiada – nie chce protestować i dochodzić sprawiedliwości przed sądem. Bliżej mu do mauerowskiego “Co pan z nimi zrobi? A pozabijam skurwysynów“.

Wspomniałem o muzycznej ascezie (zwłaszcza w porównaniu z “Wish you were here”), ale to nie znaczy że płyta składa się z melorecytacji. Delikatny motyw fortepianu przechodzi nagle we wściekłą solówkę saksofonu na tle łomoczących bębnów. Gdzieś tam z tyłu przemyka gitara, ale jest jej niewiele: a że David Gilmour wielkim gitarzystą jest, brak czarowanych przez niego dźwięków to właściwie jedyna chyba wada tej płyty.

To nie jest album na randkę, Walentynki albo do słuchania podczas jazdy samochodem w porannym korku. Tu trzeba się skupić, wgryźć w teksty, zanurzyć w klimat – choć “depresyjny” jest tu przymiotnikiem za słabym o rząd wielkości.

Ale warto.

Czy Kaczor może mieć rację, czyli rzecz o etykietkach

January 26, 2011

Przeredagowane z inspiracji Dominika.

Jako człowiek głęboko rozczarowany wieloma posunięciami Jarosława Kaczyńskiego piszę to bez specjalnej przyjemności, ale elementarna uczciwość nakazuje: to on miał rację, a ja się myliłem. W jakiej kwestii? Kultowego zdania, na temat którego histeryczne lemingi wrzeszczą od pięciu prawie lat: “My jesteśmy tu gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO“.

Przesada, myślałem – w końcu brak poparcia dla PiS nie musi zaraz robić z człowieka komucha (w szczególności: sam się do bycia takowym nie poczuwam w najmniejszym stopniu)… Potem minęło parę lat, PiS stracił władzę, ster rządu objęli POludzie – a rozzuchwaleni chyba Smoleńskiem i zwycięstwem Komoruskiego, na powierzchnię zaczęli wypełzać przedstawiciele nocy żywych trupów.

Rej wiódł oczywiście Jerzy Urban – absolutnie idealny symbol nomenklatury lat 80tych – który na łamach swojej gazety rozpisał ankietę “Jak skończy Jarosław Kaczyński“. Nie da się zaprzeczyć, jak by jeden leming z drugim nie zaklinał rzeczywistości, że Urban stoi dokładnie tam gdzie stało ZOMO. A kto stanął obok najsłynniejszego PRLowskiego rzecznika prasowego? Józef Oleksy (kłania się sprawa “Olina”). Jan Widacki (znany obrońca ciekawych ludzi). Kazimierz Kutz (znany obrońca swobody działalności artystycznej).  Piotr Gadzinowski. Jacek Żakowski (prorok mniejszy z TOK FM). Robert Biedroń (Pierwszy Sodomita III RP). Maria Senyszyn (emerytowana dominatrix). Jerzy Wenderlich (poseł). Andrzej Lepper (wiadomo :). Sylwester Latkowski (wykształcony reżyser).

Jest taka doktryna że człowieka należy oceniać po jego wrogach – jeśli to prawda, to w moich oczach notowania Kaczyńskiego właśnie podskoczyły o parę punktów. Wszystkim miłośnikom PO gratuluję dobrego towarzystwa – lub, mówiąc na ich poziomie, całujcie mnie w dupę pajace.

By żyło się lepiej – rodzinie i znajomym

January 26, 2011

Nie da się ukryć: jest coś zabawnego w sytuacji, gdy to SLD krytykuje PO za skok na kasę i rozdawnictwo publicznych pieniędzy – ale w sumie, skoro prokuratura może ufać świadkom koronnym sypiącym kolegów po fachu, to może w zarzutach komuchów też jest jakieś ziarno prawdy? Fakt, że oficerowie NKWD sądzili SSmanów w Norymberdze (a spokojnie mozna by ich zamienić miejscami) nie unieważnia procesów i wywleczonych na światło dzienne przestępstw…

By żyło się lepiej – ludziom zasłużonym

January 26, 2011

Gajowy kontynuuje linię nagradzania słusznych ludzi rozpoczętą kadzeniem Jaruzelskiemu:

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110126&typ=po&id=po31.txt

Na brunatnej Ukrainie – marzec 1943

January 26, 2011

W cyklu “pocztówki z piekła” – Dymitr o początkowych etapach rzezi wołyńskiej.

WYDARZYŁO SIĘ 65 LAT TEMU: 26.03.1943 – MASAKRA W LIPNIKACH

Gdy Niemcy powiesili schwytanego przez samoobronę Lipnik Ołeksandra Małyszkę – zbiegłego policjanta, który wraz z dwoma kompanami próbował podpalić kilka chałup, co miało być sygnałem do ataku na kolonię – stało się jasne, że dni tej polskiej kolonii są policzone. Iwan Łytwyńczuk – „Dubowyj”, lokalny komandyr banderowców, przodujący wówczas w wyniszczaniu Polaków, nie darowałby takiego występku.

Samoobrona w Lipnikach (pow. Kostopol, gm. Berezne) powstała w styczniu 1943r. w związku z nasilającymi się napadami na Polaków. Liczyła zaledwie 21 mężczyzn uzbrojonych w kilka karabinów, kilkanaście granatów, drągi i widły. Mimo tak wątłej ochrony do Lipnik ściągali uchodźcy z pobliskich miejscowości nękanych coraz częściej napadami bojówek ukraińskich. Łącznie w 55 lipnickich zagrodach gnieździło się ponad 700 osób.

Nocą 26. marca 1943r. około godziny drugiej, zgromadzone wokół kolonii siły banderowców, wzmocnione zmobilizowanym chłopstwem ukraińskim, przypuszczają atak na Lipniki. W pierwszym szeregu szeregu idą bojownicy uzbrojeni w broń palną i granaty, za nimi podążają chłopi uzbrojeni w widły i siekiery, na końcu podpalacze. Umieszczony na wiatraku karabin maszynowy ostrzeliwuje kulami zapalającymi strzechy chat. Rozpoczęła się straszliwa strzelanina, pociski zapalające leciały jak gwiazdy. – napisze w swych wspomnieniach mieszkanka Lipnik Ewelina Hajdamowicz.

Samoobrona reaguje przytomnie – zdając sobie sprawę z beznadziejności walki z wielokroć silniejszym wrogiem, organizuje ewakuację w kierunku majątku Zurne obsadzonego przez Niemców. Pomimo okrążenia kolonii i wybuchu paniki, udaje się wyprowadzić z piekła większość mieszkańców. W pułapkę wpada grupa około 100 osób kryjących się w rowie melioracyjnym. Z powodu niezrozumienia hasła do ucieczki, pozostaje ona na miejscu, a idący wzdłuż rowu z obu stron upowcy masakrują kulami i granatami bezbronnych ludzi.

Wśród nich jest Ewelina Hajdamowicz z dwójką małych dzieci, która od postrzału w głowę traci wzrok. Słyszy nawoływania budem perekoluwaty – pul szkoda oraz tuda, tam szcze żywyje. Po głosie poznaje jednego z Ukraińców. Błaga go o litość: mnie możecie zabić, ale dzieci zostawcie. Niespodziewanie w oprawcy odzywają się ludzkie uczucia. Powiedział, żebym się nie bała. (…) do nadbiegających powiedział, że tu już nie ma nikogo żywego (…) Nie mogłam uwierzyć, w to że jeszcze żyję, a nade mną, nad brzegiem rowu stoi i współczująco przemawia dawny sąsiad, a obecnie przywódca bandy morderców, biegających po polu i dobijających bagnetami leżących rannych Polaków.

W Lipnikach ginie tej nocy 179 Polaków, czworo ukrywanych Żydów i Rosjanka. Z życiem uchodzi około 500 osób, w tym 2-letni Mirosław Hermaszewski, późniejszy kosmonauta, wyniesiony na rękach matki.


Zwłoki zamordowanych w Lipnikach.

Zabudowania kolonii zostaną spalone bądź rozebrane. Do dziś z Lipnik pozostała tylko droga.


Fot. Henryk Słowiński


Źródła:

Grzegorz Motyka, “Ukraińska partyzantka 1942-1960”, Warszawa 2006
Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945″, Warszawa 2000.
Romuald Niedzielko, „Kresowa księga sprawiedliwych 1939-1945. O Ukraińcach ratujących Polaków poddanych eksterminacji przez OUN i UPA”, Warszawa 2007.

Wykorzystano zdjęcia ze strony www.kresowianie.prv.pl

Blog Dymitra na S24: http://www.65-lat-temu.salon24.pl

Trener Jarząbek – reaktywacja

January 25, 2011

Coś dla ludzi o mocnych nerwach: wpisy na Twitterze autorstwa pana senatora Janusza Sepioła. Gdyby ktoś miał jeszcze jakiś cień wątpliwości, to jakościowa zmiana wynikająca z odsunięcia od władzy PiS wygląda (brzmi?) tak:

http://twitter.com/#!/janusz_sepiol

Komentarz do wypowiedzi pana senatora może być tylko jeden:

Choć w sumie, może to dobrze, że wybrańcy narodu inspirują się klasyką?

FFWW: Psy

January 25, 2011

Mnóstwo wizji utrwawlono w Polsce na filmowej taśmie w ciągu ostatnich parunastu lat, od kiedy już nie trzeba się konsultować ze smutnymi facetami z Mysiej. Oczywiście nakręcono mnóstwo chłamu, ale jest też wiele pozycji godnych uwagi – choć może mniej, niż by się czasem chciało. Osobiście mam takie trzy pozycje, które według mnie streszczają wolną Polskę po 1989 – i jak dla mnie ta lista zaczyna się od “Psów”  Pasikowskiego. Dla ustalenia uwagi: to jest zestaw moich wysoce subiektywnych refleksji, a nie recenzja – zresztą przez paręnaście lat od premiery recenzowano już ten film tyle razy, że szkoda czasu na powtarzanie po bliźnich. Ten sport zostawmy epigonom OberAutoryteta.

Reakcje ludzi, którzy obejrzeli “Psy”, dzielą się zasadniczo na dwie grupy: jedni potępiają w czambuł (z uwagi na zagęszczenie wulgaryzmów dorównujące chyba tylko “Człowiekowi z blizną” de Palmy), a drudzy zachwycają się tekstami rzucanymi przez Lindę – na czele ze sławetnymi “bo to zła kobieta była”“w imię zasad, skurwysynu”. Tu dygresja: oglądając niedawno “Psy” po paru latach przerwy nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Linda (podobnie jak Clint Eastwood w “trylogii dolarowej” Sergio Leone) trochę parodiuje tu ekranowy stereotyp twardziela, bawiąc się rolą – a mnóstwo ludzi traktuje to ze śmiertelną powagą. Ciekawe, czy – tak jak “Dobry, zły i brzydki” – ta zabawa konwencją przetrwa próbę czasu lepiej niż “poważne” kryminały. No, ale na odpowiedź na to pytanie trzeba poczekać jeszcze przynajmniej ze trzy-cztery dekady.

A czy ktoś z Was popatrzył kiedyś na “Psy” jako na komentarz do polskiej rzeczywistości A.D. 1989? Czy taka była intencja twórców – nie wiem i prawdę powiedziawszy, średnio mnie to obchodzi. W liceum mdliło mnie od pisania wypracowań w stylu “co poeta miał na myśli”, więc Pasikowski mógł równie dobrze myśleć podczas zdjęć o zaciągnięciu blond asystentki scenografa do łóżka albo hipotece za dom – ale ja zobaczyłem w “Psach” celny komentarz do nowej Polski, choć ukryty pod otoczką z zupełnie innej bajki.

Są tu metafory niespecjalnie subtelne, na przykład na początku filmu – Franz daje upust fizjologii obok ogrodzenia, za którym szaleją psy. I widzi podobieństwo między sobą, niepewnym przyszłości ubolem, który awansował dzięki wżenieniu się w rodzinę wiceministra – a wściekłymi kundlami, które nie decydują o własnej przyszłości tylko gryzą tego, kogo gryźć im się każe. Nawet wykrzywia twarz na obraz i podobieństwo psiego pyska – parafrazując klasyka, nie wiadomo już kto jest człowiekiem, a kto zwierzęciem.

Albo scena tuż przed dramatycznym finałem, gdy w rozmowie z jednym z braci Słaby bohater Lindy opisuje swoich byłych kolegów po fachu: “byli w najlepiej zorganizowanej mafii na świecie, byli dobrymi ubekami”. Mamy obraz jednego budzącego sympatię ex-ubola – i równocześnie stanowczo potępionej jego macierzystej organizacji. Tylko kto ma się przeciwstawić Olowi, Grossowi i Rewizorowi z Moskwy? Pierdołowaty poseł z Chrześcijańskiej Unii Jedności? “Uczciwy” milicjant Bień? Handlarz bronią Wolf? Jak by to przerażająco nie brzmiało, przesłanie jest proste: jedynym lekarstwem na raka takich układów jest seria z Kałasznikowa. Nie bawić się w sądy, obrońców i próby zrozumienia historycznych racji – tylko wyrywać chwasty z korzeniami.

Swoją drogą, jak można było uznać taki film za gloryfikację funkcjonariuszy minionego systemu? Chyba tylko będąc podobnie zaślepionym tępakiem jak dziennikarze wrzeszczący kiedyś o antysemityckiej wymowie “Ziemi obiecanej”…

Wyraźną, jak dla mnie, inspiracją był dla “Psów” Brudny Harry – znowu Eastwood! Podobnie jak lewicowi krytycy – Siegela, tak i polscy żurnaliści oskarżyli Pasikowskiego o apoteozę przemocy. Tak nie można, przecież nawet szef narkotykowej siatki, który dekadę wcześniej odbijał ludziom nerki na komisariacie, ma prawo do obrony… I może to jest tak w sumie wziąwszy racja, ale jak mawiają Angole “desperate times call for desperate measures”. A gdy kolejny raz człowiek słyszy, że Jaruzelski czy Kiszczak wywijają się od procesu zasłaniając się kłopotami z sercem, ciężko nie powtórzyć za jednym z bohaterów “nie łżyj, skurwysynu, ty nie masz serca”

Jest też w filmie fragment, który można zadedykować tym, którzy śmieją się z teorii o niejawnych porozumieniach czy innych spiskach: Olo łapie Młodego na fotografowaniu ubeków palących teczki na miejskim śmietnisku i wrzeszczy “co ty myślisz, że polityka to jest “Dziennik Telewizyjny”? Polityka to jesteśmy my, tu, na tym wysypisku śmieci”… Znowu: nic dodać, nic ująć. Zwłaszcza z perspektywy afer Orlenu, PZU, egzekucji Nikosia czy Dziada – dziwnym trafem w kontekście 95% tych spraw wraca jak refren hasło SB. Czasem chodzi o byłych oficerów prowadzących, czasem – o kapusiów (np. wśród cinkciarzy przekwalifikowanych na mafioso), ale wspólny mianownik zawsze stanowią te dwie złowieszcze litery. Że nie wspomnę o postaci prokuratura Nawrockiego, który jest jednoosobowym argumentem na rzecz gruntownej dekomunizacji w sądownictwie (panie były-już-ministrze Kryże, pozdrawiam!).

Jest wreszcie genialny w swej zwięzłości socjologiczny komentarz do naszej najjaśniejszej, cudownie oswobodzonej etc. Ojczyzny: gdy Mauer kolejny raz odpyskowuje przewodniczącemu komisji weryfikacyjnej, ten karci go mówiąc: “to pan stoi przed komisją, a nie ja”, na co pada riposta “no tak, czasy się zmieniają, ale pan zawsze jest w komisjach”. Urocze, zwłaszcza w kontekście generała Dukaczewskiego robiącego aktualnie za wzór patrioty zatroskanego o polskie służby specjalne i otwierającego szampana dla uczczenia elekcji Komoruskiego.

Linda jako były ubek próbujący znaleźć sens w nowej rzeczywistości, jego kumpel który wybrał ciemną stronę (Kondrat), wysoki oficer kręcący lewe interesy ze Wschodem i stąpający przy tym po trupach (Gajos), młody naiwny (Pazura), szamocący się między lojalnością wobec służby a niechęcią do ubeckiego “układu” milicjant (Bednarz)… Plejada świetnych polskich aktorów kreśli tę przejmująco smutną opowieść o człowieku, w którym mimo wszystko kołacze się na dnie jakaś iskierka przyzwoitości. Wie, że jego miejsce jest już na śmietniku historii – ale odchodząc, chce przynajmniej zabrać ze sobą kilku złych (a w każdym razie – gorszych niż on). Warto obejrzeć ten film i spróbować zobaczyć w nim coś więcej, niż klon amerykańskiego kina sensacyjnego kręcony w polskich warunkach.

– Czy jest pan gotów stać na straży porządku prawnego odnowionej demokratycznej Rzeczpospolitej Polskiej?
– Bezapelacyjnie i do samego końca. Mojego lub jej.