Archive for December, 2010

Petycja Fundacji Kościuszki – czyli dajmy odpór załganym kanaliom

December 2, 2010

Czy się to komuś podoba czy nie, niemieckie obozy koncentracyjne funkcjonują nie tylko jako straszliwe memento, ale też element uniwersum kulturowego. Różne są formy tego funkcjonowania: od klocków Lego i awangardowej sztuki, poprzez używanie odsiadki w Auschwitz jako knebla uniwersalnego na oponentów, po histerycznych demonstrantów, którzy słysząc “naród” myślą “faszyzm”, więc na znak protestu ubierają się w pasiaki.

No i oczywiście media: czy to ze złej woli, czy też ze zwykłego nieuctwa (w zależności od tego, czy mówimy o dziennikarzu amerykańskim czy, powiedzmy, francuskim, można sobie wybrać najbardziej prawdopodobną przyczynę), rozmaite media na świecie lubią określenie “polskie obozy koncentracyjne”. Mechanizm jest na ogół ten sam: jakiś kretyn napisze o polskim obozie Auschwitz, polska ambasada protestuje i albo zostaje olana, albo słuchamy miałkich tłumaczeń typu “no przecież to było w Polsce”.

Skutki takiego medialnego przekazu nie są trudne do przewidzenia w sytuacji, gdy znaczna większość ludzi wiedzę o świecie czerpie z gazet lub internetu. Ponieważ w kontekście II WŚ coraz częściej używa się określenia “naziści” (jacyś tacy bezpaństwowi, panie dzieju), a obozy są “polskie”, komunikatjest jasny: to Polacy wygazowali Żydów.

No i wygląda na to, że amerykańska Polonia – a konkretnie Fundacja Kościuszki – postanowiła powiedzieć “DOŚĆ” i jasno zaprotestować, domagając się wprowadzenia twardych ograniczeń w artykułach pisanych na ten temat duże amerykańskie gazety. Zagorzałych  libertarian spieszę uspokoić: takie zestawy wytycznych istnieją i to oficjalnie – chodzi tylko o dołożenie tam zakazu pisania “polskie obozy koncentracyjne” i wymuszenie stosowania oficjalnej nazwy zatwierdzonej przez UNESCO.

Stronę petycji można znaleźć tu:

http://www.thekf.org/events/news/petition/

Proszę: wejdźcie i kliknijcie. To naprawdę nic nie kosztuje, wysiłek żaden – a jest szansa na powstrzymanie procesu zakłamywania historii i ubierania Polski i Polaków w odpowiedzialność za cudze zbrodnie. Jak nie my, to kto?

Advertisements

Michalkiewicz: Udręki i katusze seksu bezpiecznego

December 2, 2010

Ach, iluż udręk i katuszy dostarcza postępactwu powinność praktykowania seksu bezpiecznego! Postępactwo musi bowiem być „trendy”, a każdy „trendy” musi z kolei praktykować seks, ale nie byle jaki, tylko „bezpieczny”. Gdyby postępak z postępakową albo w ogóle nie praktykowali seksu, albo nawet i praktykowali, ale nie byłby to seks bezpieczny, to gdyby sprawa się wydała, natychmiast przestaliby być „trendy” i nie mogliby już pokazać się w żadnym salonie, gdzie – jak wiadomo – nie ma podłogi, ani nawet – w żadnym towarzystwie.

Tymczasem bezpieczny seks nie jest łatwą sprawą, na co jeszcze przed wojną zwrócił uwagę Karol Irzykowski zauważając, że współżycie seksualne byłoby nawet przyjemne, gdyby nie ryzyka: z jednej strony – zarażenia, a z drugiej – zapłodnienia. Seks bezpieczny teoretycznie polegać ma na minimalizowaniu obydwu ryzyk, ale to tylko tak się mówi, ponieważ w tej sprawie, jak zresztą we wszystkich innych, jakie wiążą się z bezpieczeństwem, środki stają się ważniejsze niż cele.

Nietrudno to zrozumieć; manipulacje narzędziami służącymi zapewnieniu seksowi bezpieczeństwa są dość skomplikowane, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy ręcę się trzęsą, kiedy partnerzy są zdenerwowani nie tylko perspektywą tego, co za chwilę ma się dokonać, ale przede wszystkim obawą, czy przypadkiem nie popełniają jakiegoś błędu przeciwko zasadom bezpieczeństwa. To zdenerwowanie nie ustaje nawet następnego dnia po tak zwanym „harapie” – o czym świadczy piosenka Roberta Gawlińskiego z zespołu „Wilki”: „Byłem z nią parę chwil, było tak namiętnie (…) Myślę, że nie stało się nic”.

Czyż to ostatnie zdanie nie wyraża podszytej paniką obawy, że na przykład lada moment pojawią się symptomy gonorei, albo – nie daj Boże – syfilisu lub – co najgorsze – adidasa, albo, że postępakowa zgłosi się z meldunkiem, że wszystkie środki ostrożności zawiodły? Na samą myśl o którejś z tych ewentualności odchodzi człowiekowi ochota na wszelkie bliskie spotkania III stopnia i gdyby nie nieubłagana w tych środowiskach dziejowa konieczność uprawiania seksu bezpiecznego, to postępactwo przerzuciłoby się na rozpustę innego rodzaju.

Przewidział to zresztą Stanisław Lem kreśląc w książce „Doskonała próżnia” obraz świata, w którym na skutek eksplozji w małej fabryczce produkującej na potrzeby Pentagonu, do atmosfery ziemskiej przedostały się substancje usuwające wszystkie przyjemne doznania towarzyszące aktowi płciowemu. On sam był wprawdzie możliwy, ale już tylko jako rodzaj ciężkiej pracy. Pentagonowi było to potrzebne dla podstępnego zahamowania przyrostu naturalnego w krajach Trzeciego Świata, jednak wskutek katastrofy porażony został nie tylko świat trzeci, ale cały. Ludzkość – powiada Lem – stanęła na krawędzi zagłady i jedynie wyjątkowo karny naród japoński, zacisnąwszy zęby… i tak dalej – ale prawdziwe spustoszenia dokonały się przede wszystkim w sferze kulturowej.

Z dnia na dzień upadł cały przemysł pornograficzny i filmowy, prostytutki na próżno oczekiwały pod latarniami na klientów, aż wreszcie próżnię kulturową wypełniła gastronomia. Pojawiły się nawet zboczenia; na przykład spożywanie gruszek na klęczkach uchodziło za wyjątkowo nieprzyzwoite, z czym walczyła sekta zboczeńców-klęczycieli, domagając się równych praw dla tej orientacji gastronomicznej. Niestety na razie możliwości zastąpienia seksu przez gastronomię nie ma, sama myśl o ekscytowaniu się fast-foodami może każdego przyprawić o mdłości, więc postępactwo, nolens-volens, skazane jest na uprawianie seksu bezpiecznego.

W ogóle w sferze kultury masowej, a zwłaszcza w dziedzinie przemysłu rozrywkowego, nie ma już prawie żadnych autentycznych sytuacji poza śmiercią i seksem, toteż jedno i drugie eksploatowane jest aż do obrzydzenia. No i jeszcze choroby, toteż nic dziwnego, że w polskich serialach, poza uprawianiem seksu – oczywiście bezpiecznego, jakże by inaczej – co i rusz ktoś choruje.

W tej desperacji postępactwo próbuje te ryzyka minimalizować. O ile usunięcie ryzyka zarażenia nie jest możliwe, bo ani bakterie ani wirusy zupełnie nie przejmują się ani redaktorem Adamem Michnikiem, ani nawet – samym Aleksandrem Smolarem, o tyle usunięcie ryzyka zapłodnienia – jak najbardziej. Tym właśnie tłumaczę sobie rosnącą w środowisku postępactwa popularność sodomii i forsowanie sodomitów jako awangardy postępowej ludzkości.

Ale te wszystkie rozpaczliwe próby sprostania wymaganiom stawianym postępactwu przez mądrość etapu nie są doceniane przez siły wstecznictwa, którym przewodzi Kościół katolicki. Przeciwnie – ośmiela się on nawet krytykować używanie prezerwatyw, co postępactwu w ogóle nie mieści się w głowie, bo przecież prezerwatywa jest nie tylko podstawowym narzędziem, ale wprost symbolem seksu bezpiecznego. Rodzi to wśród postępactwa potężny dysonans poznawczy i chyba z tego właśnie powodu wybuchł taki radosny klangor, kiedy w wywiadzie-rzece, jakiego Benedykt XVI udzielił niemieckiemu dziennikarzowi, padły słowa o dopuszczalności używania prezerwatyw „w pojedynczych przypadkach”.

Wprawdzie rzecznik Watykanu Fryderyk Lombardi próbował ostudzić entuzjazm postępactwa oświadczeniem, że rozpowszechnione słowa Benedykta XVI o dopuszczalności użycia prezerwatyw „w pojedynczych przypadkach” nie mogą być określane jako „rewolucyjny przełom”, ale niepodobna nie zauważyć, że – po pierwsze – wszystkie przypadki, w których dochodzi do użycia prezerwatyw, są „pojedyncze”, a po drugie – nawet jeśli nie jest to przełom „rewolucyjny”, ani nawet kontrrewolucyjny, to widać, że nacisk lobby lateksowego i postępactwa robi jednak swoje.

Przewidział to wspomniany Stanisław Lem stwierdzając w „Głosie Pana”, że nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa byle tylko postępować cierpliwie i metodycznie. Dodajmy, że zwłaszcza wtedy, gdy konklawe też próbuje być „trendy”, to znaczy – akomodować się raczej do mądrości etapu, niż do Mądrości Przedwiecznej.

Felieton   tygodnik „Nasza Polska”   30 listopada 2010

Nigel Farage – trzy odsłony

December 1, 2010

Wbrew pozorom, korytarze brukselskich instytucji nie są zapełnione wyłącznie idiotami w rodzaju Martina Schultza i zboczeńcami takimi jak Daniel Cohn-Bendit – i zdarzają się tam ludzie rozsądni. Do tych nielicznych wyjątków należy brytyjski deputowany Nigel Farage, którego można by opisywać rozmaicie, ale znacznie lepszym pomysłem jest chyba oddanie głosu jemu samemu.

Najpierw: komentarz krewkiego Brytola do wyboru człowieka znikąd, czyli Hermana van Rompuya na stanowisko oberkapo tego całego jarmarku (bonus track: Jerzy Buzek z miną kota srającego na pustyni):

Odsłona druga: zwięzła recenzja finansowej tragikomedii pt. “nie będzie logika pluć nam w twarz, czyli nikt nigdy nie zbankrutuje, choćby nie wiem jak spieprzył sprawę”

I na deser – bardziej rozbudowana wersja powyższej recenzji

FSOM: Lebowski “Cinematic”

December 1, 2010

Lebowski – z czym wam się kojarzy to nazwisko? Jeśli ktoś nie spędził ostatnich dwudziestu lat na Marsie, to z genialnym filmem braci Coen – “the Dude abides“, “We’ll cut off your johnson! Just think about that, Lebowski“… Losowy kwadrans z “Big Lebowski” zawiera więcej dobrych dialogów, niż wszystkie polskie “komedie” “romantyczne” razem wzięte – i nic dziwnego, że mnóstwo ludzi uśmiecha się na samo wspomnienie.

Wśród tych ludzi jest też czterech panów grających… no, powiedzmy że progresywnego rocka – w końcu Robert Fripp stwierdził kiedyś, że wszystko co zechcesz może być rockiem. I po pięciu latach pracy, panowie przedstawili światu swoje debiutanckie dzieło “Cinematic”: muzyka filmowa do obrazu, którego nie ma.

Nowatorski koncept? Niespecjalnie – w końcu przedtem byli the Cinematics z “The man with a movie camera” czy Ulver z “Perdition city”. Jeśli miałbym do czegoś “Cinematic” porównać, do właśnie do tej drugiej płyty: nawet nie tyle w sensie stylistyki (zresztą: czy Ulvera da się w ogóle do czegoś porównać), ile pomysłu: każdy z utworów ma opowiedzieć jakąś historię, wplecione są wokalizy czy deklamacje…

I tu zaczyna się robić ciekawie, bo dla znających kino jest gratka: rozpoznać filmy, z których zaczerpnięte są cytaty wplecione w poszczególne utwory. Rozrzut spory, bo z jednej strony polskie kino z lat 50tych, z drugiej – współczesne francuskie fantasy / horror.

Głównym atutem “Cinematic” jest nastrój, więc nie będę się tu rozpisywał nad listą utworów. Jakie skojarzenia latają przy słuchaniu płyty? Na pewno Riverside – zwłaszcza, kiedy pod łagodnym klawiszowym pejzażem zaczyna powarkiwać metalizująca gitara. Porcupine Tree, ale takie bardziej zwięzłe (czytaj: po wywaleniu dłużyzn).

Troszkę jazzu – jakby lekki Komeda w tle przemyka? Udawane  (chyba udawanane – na klawiszach, nie jestem pewien) smyczki i plumkająca gitara – jakby Camel? Generalnie słychać tu dużo progresywnego rocka, i to zarówno z lat 70tych jak i bardziej nowoczesnego.

Fajna płyta – na luzie, bez napięcia tworzy swój własny urokliwy klimat. Można tego słuchać w tle, można przy niej odpocząć i dać myślom pobujać gdzieś daleko. Niby nic nadzwyczajnego: nie ma tu fajerwerków, solówek ani wgniatającej w ziemię ściany dźwięku – ale czepia się ta muzyka głowy i nie chce puścić. Słucham tego z niewielkimi przerwami od tygodnia i ciągle nie mam dosyć.

I jak przystało na album z muzyką filmową – nawet jeśli tego filmu nie ma – jest zwiastun:

PS. Dodatkowy plus jest taki, że zespół zadbał o dostępność: nie trzeba ganiać po sklepach licząc na kumatego sprzedawcę (gatunek rzadszy niż 15-letnia dziewica w show biznesie), bo można kulturalnie i legalnie kupić płytę w mp3.