Freddie Mercury – in memoriam

Ten tekst miał powstać wczoraj, ale jakoś nie powstał. Dziewiętnaście lat i jeden dzień temu odszedł Freddie Mercury – filar Queen, jeden z najlepszych wokalistów w historii, hulaka i utracjusz, skupiający wszystko co najlepsze i najgorsze w haśle “gwiazda rocka”. Do inspiracji Królową przyznaje się mnóstwo ludzi i tak sobie pomyślałem, że może dla uczczenia 24.11 warto przypomnieć jak ten inspiracje się w praktyce objawiały  – w końcu oryginały i tak wszyscy znają (a jak nie, to nie przyznawać się tylko zap@#$ć do sklepu po “Greatest Hits”!).

Właściwie każdy tekst pisany o tym twórcy / zespole musi zawierać wzmiankę o “Bohemian Rhapsody” – więc może miejmy to  z głowy:

Technicznie  rzecz biorąc Królowa raczej nie miała za bardzo po drodze z metalem (może poza faktem że Mercury i Rob Halford miewali fazę na obcisłe skórzane ciuszki) – ale metalowcom bywało całkiem po drodze z pomysłami Freddiego i spółki. Na przykład Blind Guardian:

że nie wspomnę o Metallice:

Queen to był zespół, który przede wszystkim bawił się muzyką – uparte trzymanie się konwencji może pasowało do innych, ale nie do ludzi, którzy potrafili zrobić coś z niczego i potem rozciągnąć to na cztery minuty. Na przykład tak jak w “Invisible Man”

czy “A kind of magic”

A jeśli ktoś nadaje dwóm kolejnym płytom tytuły wzięte z filmów braci Marx to nie powinien oczekiwać taryfy ulgowej od innych jajcarzy:

Nie żeby na tapecie była wyłącznie zabawa – czasem zdarzało się i snucie wizji szczęśliwego świata bez granic. Może nie zaraz w stronę megalomanów z U2, bardziej – powiedzmy – w kierunku “Imagine”. A co zrobili z “One vision” wariaci z Laibach?

Jako że Freddie – oprócz wielu innych cech odróżniających go od szarego tłumu – miał spore libido, nietrywialną część repertuaru Queen stanowią kompozycje o robieniu sobie i innym dobrze


Freddie Mercury był ponoć prywatnie miłym i sympatycznym facetem, ale jako sceniczna osobowość uwielbiał jechać po bandzie – więc jeśli ogląda gdzieś z tamtej strony co inni robią z jego twórczością, to może miewać czasem mieszane uczucia. Ale w przypadku wersji z “Moulin Rouge” chyba może być zadowolony – w końcu show must go on

Tags: , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: