Archive for November, 2010

Michalkiewicz: Po 200 latach – podobne sofizmaty

November 25, 2010

Szanowni Państwo!

Dzień dzisiejszy warto zapamiętać i to nie dlatego, że Państwowa Komisja Wyborcza miała podać oficjalne rezultaty wyborów samorządowych, ale dlatego, że właśnie dzisiaj Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok stwierdzający, że ratyfikowany 10 października ubiegłego roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego traktat lizboński jest zgodny z konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.

Przypomnijmy zatem, że najistotniejszym postanowieniem tego traktatu jest proklamowanie nowego podmiotu prawa międzynarodowego, nowego – mówiąc krótko – państwa, w postaci Unii Europejskiej. Od 1 grudnia ub. roku to znaczy – od dnia wejścia w życie tego traktatu, Polska stała się częścią składową tego państwa, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Jedną z takich konsekwencji jest to, że żadna ustawa uchwalona przez polski parlament nie może być sprzeczna z prawem Unii Europejskiej. Inną konsekwencją jest na przykład konieczność zatwierdzenia przez unijnego komisarza do spraw energii Guntrama Oettingera umowy gazowej, jaką polski rząd zawarł z rosyjskim „Gazpromem”. Warto też dodać, że od roku 2014, kiedy to w Unii wejdzie w życie większościowy sposób głosowania w Radzie Europejskiej, Polska może zostać przegłosowana, to znaczy – zmuszona do postępowania wbrew swojej woli i wbrew rozumieniu własnych interesów.

Mimo to jednak Trybunał Konstytucyjny uznał, że traktat lizboński jest z konstytucją zgodny. Ogłoszenie tego wyroku odbyło się w grobowej ciszy, jeśli nie liczyć okrzyku jakiegoś człowieka: „Hańba! Pieczętujecie rozbiór Polski!” Człowiek ten został zresztą szybko wyprowadzony przez strażników i nic już nie zakłócało ani ogłaszania wyroku, ani odczytywania uzasadnienia przez sędziego Trybunału Konstytucyjnego, pana Bogdana Zdziennickiego.

Temu uzasadnieniu warto poświęcić chwilę uwagi ze względu na zawarte tam sofizmaty i inne logiczne osobliwości. Generalna teza brzmiała, że przynależność Polski do struktur europejskich – to znaczy konkretnie – do Unii Europejskiej, jako państwa – nie tylko nie stanowi ograniczenia suwerenności naszego państwa, ale przeciwnie – jest jej wyrazem.

Trudno byłoby to zrozumieć, bo suwerenność w największym skrócie oznacza samodzielność zarówno w określaniu własnych kompetencji przez władzę, jak i samodzielność państwa w kształtowaniu własnych praw. Tymczasem – jak wspomniałem – Polska tę samodzielność utraciła, bowiem każda nasza ustawa musi być dla swej ważności zgodna z prawem Unii Europejskiej, a i samo państwo nasze może zostać po roku 2014 w Unii przegłosowane.

Dlatego też Trybunał podparł się sofizmatem, że dzisiaj samo pojęcie suwerenności, jako władzy najwyższej i nieograniczonej, podlega zmianom. Jest to oczywista nieprawda, ponieważ w hierarchii władz, jakaś władza ZAWSZE będzie najwyższa – ale trudno dziwić się Trybunałowi, że musiał posługiwać się takimi sofizmatami, ponieważ nie da się logicznie uzasadnić nieprawdy. Toteż nic dziwnego, że swoje wywody Trybunał okrasił dodatkowo takimi osobliwościami, iż wyrazem suwerenności Rzeczypospolitej Polskiej jest posiadanie przez nią konstytucji, a nawet – sam fakt jej istnienia.

Ciekawe, że konstytucję miała też Polska Rzeczpospolita Ludowa i niewątpliwie też istniała – czego wielu ludzi doświadczyło nieprzyjemnie na własnej skórze, a wielu nawet tego eksperymentu nie przeżyło – ale nawet dzisiaj nikomu nie przychodzi do głowy, by nazywać PRL suwerenną formą polskiej państwowości.

Logika przyjęta przez Trybunał Konstytucyjny podobna jest do logiki, którą targowiczanin, inflancki biskup Józef Kossakowski próbował przekonywać innych targowiczan, że zatwierdzenie drugiego rozbioru Polski nie jest sprzeczne ze złożoną przez nich wcześniej przysięgą, w której deklarowali, że nie odstąpią „ani cząsteczki” polskiego terytorium.

Biskup Kossakowski wyjaśniał, że tym razem nie chodzi o żadne „cząsteczki”, tylko całkiem duże części Polski, więc wszystko jest w jak najlepszym porządku. Skoro po ponad 200 latach historia znowu się powtarza, to nic dziwnego, że muszą powtarzać się również argumenty używane do uzasadnienia podobnych czynności.

A na pewno nie jest to niczyje ostatnie słowo, bo historia, chociaż się powtarza, to przecież toczy się dalej, ku swemu przeznaczeniu.

 

Felieton   Radio Maryja   25 listopada 2010

Advertisements

Freddie Mercury – in memoriam

November 25, 2010

Ten tekst miał powstać wczoraj, ale jakoś nie powstał. Dziewiętnaście lat i jeden dzień temu odszedł Freddie Mercury – filar Queen, jeden z najlepszych wokalistów w historii, hulaka i utracjusz, skupiający wszystko co najlepsze i najgorsze w haśle “gwiazda rocka”. Do inspiracji Królową przyznaje się mnóstwo ludzi i tak sobie pomyślałem, że może dla uczczenia 24.11 warto przypomnieć jak ten inspiracje się w praktyce objawiały  – w końcu oryginały i tak wszyscy znają (a jak nie, to nie przyznawać się tylko zap@#$ć do sklepu po “Greatest Hits”!).

Właściwie każdy tekst pisany o tym twórcy / zespole musi zawierać wzmiankę o “Bohemian Rhapsody” – więc może miejmy to  z głowy:

Technicznie  rzecz biorąc Królowa raczej nie miała za bardzo po drodze z metalem (może poza faktem że Mercury i Rob Halford miewali fazę na obcisłe skórzane ciuszki) – ale metalowcom bywało całkiem po drodze z pomysłami Freddiego i spółki. Na przykład Blind Guardian:

że nie wspomnę o Metallice:

Queen to był zespół, który przede wszystkim bawił się muzyką – uparte trzymanie się konwencji może pasowało do innych, ale nie do ludzi, którzy potrafili zrobić coś z niczego i potem rozciągnąć to na cztery minuty. Na przykład tak jak w “Invisible Man”

czy “A kind of magic”

A jeśli ktoś nadaje dwóm kolejnym płytom tytuły wzięte z filmów braci Marx to nie powinien oczekiwać taryfy ulgowej od innych jajcarzy:

Nie żeby na tapecie była wyłącznie zabawa – czasem zdarzało się i snucie wizji szczęśliwego świata bez granic. Może nie zaraz w stronę megalomanów z U2, bardziej – powiedzmy – w kierunku “Imagine”. A co zrobili z “One vision” wariaci z Laibach?

Jako że Freddie – oprócz wielu innych cech odróżniających go od szarego tłumu – miał spore libido, nietrywialną część repertuaru Queen stanowią kompozycje o robieniu sobie i innym dobrze


Freddie Mercury był ponoć prywatnie miłym i sympatycznym facetem, ale jako sceniczna osobowość uwielbiał jechać po bandzie – więc jeśli ogląda gdzieś z tamtej strony co inni robią z jego twórczością, to może miewać czasem mieszane uczucia. Ale w przypadku wersji z “Moulin Rouge” chyba może być zadowolony – w końcu show must go on

FFWW: Rewers

November 15, 2010

Wreszcie znalazłem trochę czasu na nadgonienie filmowych zaległości i dokopałem się w końcu do “Rewersu”. Polski kandydat do Oscara za 2009, obsypany nagrodami, Agata Buzek, “GW” chwali, blablabla… Właściwie wszystkie te elementy pasują do wystękanej przez Wajdę partaniny udającej adaptację “Pana Tadeusza” – więc podchodziłem do tematu z taką pewną nieśmiałością. Jak się okazało, kompletnie niesłusznie.

Fabuła jest prosta: czarne lata 50te, stalinizm u szczytu potęgi, szara myszka Sabina pracuje w wydawnictwie literackim w dziale poezji. Mieszka z matką i babką – obie próbują naszą bohaterkę wyswatać (co kandydat na chłopa to straszniejszy – chyba tylko atmosferze lat 50tych należy przypisać fakt, że po takich doświadczeniach Sabina nie zaczyna flirtować z koleżankami z pracy).

Któregoś dnia wraca z pracy po zmroku, napada na nią dwóch żuli – a w jej obronie bohatersko staje ON. Męski, przystojny, szarmancki… No generalnie, Bronisław (tak ma na imię tajemniczy zbawca w ciemnym prochowcu) wydaje się zbyt idealny, aby mógł być prawdziwy – i, w rzeczy samej, nie jest całkiem tym, kim się wydaje.

Może skończę  z fabułą, bo recenzja nie jest od tego żeby streścić cały film – i prawdę powiedziawszy nie jest trudno przewidzieć zakończenie. Co zresztą trudno uznać za jakąś szczególną wadę, bo siła tego filmu to bohaterowie: kolorowa galeria ludzkich typów – i jak zagrana!

Sabinę gra Agata Buzek  – znerwicowana, chuda, niepewna… Chciałaby innego życia i ewidentnie dusi się w klimacie czarnego stalinizmu. Ale pod pozorami mimozy kryje się twarda i zdecydowana kobieta. To miłe zaskoczenie, bo sporo osób – w tym niżej podpisany – uważało, że pani Buzek filmową karierę zawdzięcza głównie koneksjom tatusia, który wkręcił ją do filmu Wajdy.

Lekko upiorna matka to właściwie samograj, zwłaszcza dla artystki kalibru Krystyny Jandy. Aktorka bawi się rolą, przeskakuje bez wysiłku między słodkim cmokaniem do kolejnego materiału na zięcia, histeryczną reakcją na głupi dowcip – i zimnym opanowaniem, kiedy trzeba pozbyć się trupa w środku bloku pełnego ludzi.

Absztyfikantowi Sabiny Bronisławowi twarz daje Marcin Dorociński – jeden z najzdolniejszych aktorów, którzy wybili się w polskim kinie w ciągu ostatniej dekady (i co ciekawe, mający dość rozsądku żeby trzymać się z dala od komedii romantycznych i podobnego syfu).

Już od pierwszej sceny, gdy ratuje Sabinę przed oprychami, widać jego pomysł na rolę: troszkę charyzmy młodego Lindy (z okresu zanim ten ostatni został parodią samego siebie), czułość przeplatana groźbą, generalnie – fantastyczny psychol manipulujący Boga ducha winną dziewczyną.  Bronisław tak naprawdę nie oszukuje Sabiny – mówi prawdę, tylko że między wierszami – i dopiero po fakcie można zrozumieć prawdziwe znaczenie niektórych z jego lakonicznych fraz

Osobny temat to Anna Polony – tej ikonie polskiego teatru należą się oklaski na stojąco za występ w “Rewersie”. Jako przykuta do łóżka babcia, jej postać wyraża emocje głównie głosem i mimiką. Ale jak wyraża!

Scena, gdy Bronisław zagląda do jej pokoju przekonany, że babcia śpi – a ta obserwuje go spod przymrużonych powiek i podnosi się w pełni przytomna gdy tylko zamkną się za intruzem drzwi… Perełka minimalizmu – ileż  treści niesie to przenikliwe spojrzenie! Klejnotów czarnego humoru, które wychodzą z ust postaci kreowanej przez Polony nie będę cytował, bo to grzech wyrywać je z kontekstu.

Właśnie, humor… Film dzieje się wprawdzie w niewesołych czasach a perypetie bohaterów nawet jeśli mają posmak humoru, to raczej czarnego  – a mimo tego nie sposób oprzeć się wrażeniu, że twórcy dobrze się bawili. Jedną z ich głównych rozrywek – podejrzewam – mogło być pytanie “ile jeszcze wyświechtanych klisz uda nam się tu wstawić”.

Bo i pocałunek w windzie, i ciemna uliczka, w której palący papierosa Bronisław stoi, obserwując świat spod przymrużonych powiek… Kto lubi takie klimaty, będzie się nieźle bawił wychwytując nawiązania.

Przesłanie / morał / odpowiedź na pytanie “o czym jest ten film” tak naprawdę wymyka się łatwym klasyfikacjom. Zaczadzeni kretyni z Czerskiej oczywiście dopatrzyli się tu moralnego wybielenia ubeków, pokochania wroga i temu podobnych bredni – podczas gdy ich lustrzane odpowiedniki zobaczyły w filmie Lankosza jasne przesłanie z przeciwnym znakiem. I jedni, i drudzy się mylą.

Sabina musi w filmie podjąć dwie bardzo ważne decyzje, jedna trudniejsza od drugiej – i mimo sprzeczności tłukących jej się w głowie, piękna ostatnia scena daje jakieś poczucie harmonii.

Warto. Naprawdę warto.

Paweł Kukiz, jedenasty listopada i okoliczności towarzyszące

November 14, 2010

Można Pawła Kukiza cenić lub nie jako muzyka i / lub osobę publiczną, można się zgadzać lub polemizować z jego opiniami- ale nie ulega wątpliwości, że ten facet ma swoje poglądy, których trzyma się w sposób konsekwentny. Kiedy na początku lat 90tych w polityce szaleli ludzie pokroju Łopuszańskiego, Boby, Goryszewskiego czy Niesiołowskiego (ten ostatni nieszczęśnik nadal, niestety, demonstruje swoją chorobę przed kamerami), Kukiz nagrał “ZChN się zbliża” – co wywołało furię wielu z uwagi na fakt, że jako podkład złośliwego tekstu posłużyła melodia piesni liturgicznej.

W szczytowym okresie “wybierania przyszłości”, wokalista Piersi dał upust swoim ciepłym uczuciom do postkomuny śpiewając “Virus SLD“, potem śpiewał też o Erice Steinbach (z którą, oczywiście, nie chcą się jednać tylko oszołomy – ciekawe, czy ktoś proponował więźniom Auschwitz pojednanie z członkami SS) – a teraz, wbrew jedynie słusznej wykładni towarzysza Blumsztajna – poparł Marsz Niepodległości. Z tej okazji został przesłuchany przez opolską delegaturę Ministerstwa Prawdy:

http://opole.gazeta.pl/opole/1,35086,8653910,W_Swieto_Niepodleglosci_Kukiz_z_narodowcami.html

I takie dwie refleksje naszły mnie po lekturze tych przeplatających się monologów (bo ideologicznie zafiksowanych pytań towarzyszki Dmitruczuk nie sposób uznać za wywiad). Primo, jak obrzydliwą, nienawidzącą własnego kraju kanalią trzeba być żeby sprowadzać ideologię endecji do kilku wybryków – a secundo, że naprawdę wyjątkowa – na tle stada celebrytów protestujących seryjnie przeciw “demonom patriotyzmu” – postawa Kukiza zasługuje na uznanie i szacunek.

Kudos, panie Pawle.

Martwica mózgu – przebudzenie?

November 14, 2010

Kto by pomyślał? Od ładnych parunastu lat Zjednoczone Królestwo Czegoś Tam dziarsko maszerowało w kierunku lewackiego multi-kulti, redystrybucji dochodu na rzecz pokrzywdzonych przez przemiany, troski o edukację seksualną młodzieży i w ogóle kwiatków w każdym wazonie.

Wprawdzie skutki były odwrotne do zamierzonych (banki w City utraciły kontakt z rzeczywistością i wyssały z budżetu grube miliony, nienawidzący Zachodu mułłowie mnożyli się jak króliki, a wskaźniki dzietności nieletnich biły wszelkie rekordy), ale zdaniem lewactwa wszystko było w porządku. Degrengolada dumnego (niegdyś) Albionu trwałaby pewnie dalej – zwłaszcza gdyby premierem wciąż był ulubiony pudelek George’a Busha, Teflonowy Tony Blair – ale na szczęście wyborcy pokazali Partii Pracy środkowy palec.

Rozbestwieni JOW-ami Brytyjczycy byli w szoku: po raz pierwszy od bodajże trzydziestu lat konieczne było utworzenie rządu koalicyjnego – jak w takich warunkach rozliczać rząd z obietnic? Obserwując politykę holenderską (gdzie uzgadanianie wspólnego stanowiska i negocjowanie absolutnie wszystkiego to coś narodowe fetysze) nie byłem przesadnym optymistą, ale z upływem czasu zacząłem Brytyjczykom zazdrościć.

Klasyk powiedział kiedyś, że każdy nowy rząd ma na przeprowadzenie zmian 100 dni, bo potem jest już tylko trwanie – i wygląda na to, że ekipa Torysów i Liberalnych Demokratów zdaje sobie sprawę z tego, że czas działa na ich niekorzyść. Reforma finansów publicznych, skrócenie smyczy sektorowi bankowemu, gruntowna reorganizacja sił zbrojnych… A na deser herezja nad herezje: próba zagonienia do roboty “zawodowych bezrobotnych”!

http://www.bbc.co.uk/news/uk-politics-11704765

Krótko i zwięźle: o ile ktoś nie jest chory, musi się wziąć do roboty, bo pracująca reszta kraju nie ma ochoty do niego dopłacać. Wszystko oczywiście ubrane w piękne słówka – i skowyt arcybiskupa Canterbury o wtrącaniu ludzi w spiralę niepewności (ja rozumiem, że kościół anglikański jest postępowy, ale nie znać II listu do Tesaloniczan to jednak trochę obciach dla duchownego tej rangi) – ale do tego się pomysł Duncan Smitha sprowadza.

Gdybyż jeszcze reszta Europy wzięła z pomysłów Cameronowego ministra przykład…

Michalkiewicz: Red. Blumsztajn przejmuje ulice?

November 13, 2010

Na 11 listopada, w rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę w roku 1918, Obóz Narodowo-Radykalny zapowiedział Marsz Niepodległości, na który uzyskał zezwolenie władz. Na takie dictum związany z „Gazetą Wyborczą” red. Seweryn Blumsztajn wezwał, by uczestników tego Marszu z Warszawy „wygwizdać”.

Nawet rozdał w tym celu gwizdki, pewnie kupione z funduszów jakiegoś filantropa – może nawet tego samego, który sponsoruje Fundację Batorego, utrzymującą („żydki dają na zbytki”) różnych postępowców do wynajęcia. Przyczyną tego „wygwizdania” jest okoliczność, że Obóz Narodowo-Radykalny skupia narodowców, czyli zwolenników nacjonalizmu.

Nacjonalizm jest obecnie w Europie demonizowany, ale w zasadzie niczego demonicznego w nim nie ma. Jest to pogląd, że każda wspólnota etniczna powinna się politycznie zorganizować w państwo. Niekiedy bywa to słuszne, a niekiedy nie; na przykład większość Żydów hołduje syjonizmowi, to znaczy żydowskiemu nacjonalizmowi, który jest nawet oficjalną ideologią Izraela.

Nawiasem mówiąc, od czasów Teodora Herzla żydowski nacjonalizm przekształcił się w szowinizm – bo w odróżnieniu od pierwotnych założeń syjonizmu, według których Żydzi stanowią taki sam naród, jak każdy inny i dlatego powinni mieć własne państwo – syjonizm współczesny uważa Żydów za naród wyjątkowy, któremu dla własnej wygody wolno inne narody przekształcać w tak zwany „nawóz historii”.

Zbliża go to do ideologii hitlerowskiej, której twardym jądrem było przekonanie o istnieniu „wyższej rasy”, która z powodu tej wyższości powinna panować nad innymi. Więc nacjonalizm w pewnych sytuacjach bywa uzasadniony, a w innych – niekoniecznie – na przykład gdyby, dajmy na to, Kurpie, czy górale, którzy niewątpliwie stanowią wspólnotę etniczną, też chcieli utworzyć sobie własne państwa.

W Polsce nacjonaliści nie mają swojej reprezentacji parlamentarnej, w odróżnieniu od Izraela, czy takiej na przykład Ukrainy, gdzie najtwardszym jądrem zaplecza politycznego prezydenta Wiktora Juszczenki i premier Julii Tymoszenko byli banderowcy, kierujący politycznie również ukraińską diasporą. Banderowcy – w odróżnieniu od cokolwiek safandulskich narodowców polskich – są bardzo, mówiąc delikatnie, radykalni.

Ciekawe, że mimo to środowisko żydowskie skupione wokół „Gazety Wyborczej” i większość tak zwanych sił postępu w Polsce szalenie banderowcom nadskakiwała, co ośmieliło ich do tego stopnia, że próbowali nawet zorganizować rajd szlakiem Stefana Bandery przez Polskę do Monachium – i tylko zdecydowana postawa części opinii publicznej – właśnie tej, skłaniającej się ku łagodnemu nacjonalizmowi, temu eksperymentowi zapobiegła.

W ogóle Żydzi na ogół bardzo się angażują w walkę z nacjonalizmem w Europie, podczas gdy bardzo rzadko zdarza im się krytykować nacjonalizm żydowski, a prawie nigdy – Izrael, w którym, jak wspomniałem, syjonizm w odmianie już szowinistycznej, jest ideologią obowiązującą. Warto zwrócić uwagę, że środowiska żydowskie korzystają w tej sprawie z daleko idącej protekcji władającej Unią Europejską biurokratycznej międzynarodówki, która w ideologii nacjonalistycznej słusznie upatruje zagrożenie dla swego dobrego fartu i swojej władzy nad obezwładnianymi europejskimi narodami.

Wszystko to – a również roszczenia majątkowe, podnoszone nieustannie wobec Polski przez żydowskie organizacje wiadomego przemysłu – musi niewątpliwie uskrzydlać red. Seweryna Blumsztajna oraz postępaków skupionych w rozmaitych „centralach anarchistycznych” (czyżby anarchiści tak hołdowali centralizmowi ze względu na jedną kasę?), absolwentki studiów płciowych ze sponsorowanej przez warszawski magistrat fundacji MaMa, sodomitów i gomorytki z Lambdy, Żydów z Żydowskiej Ogólnopolskiej Organizacji Młodzieżowej (zwróćmy uwagę, że zorganizowanej według kryterium narodowego, czy jak kto woli – rasowego!), transseksualistów, nekro i zoofilów oraz Aleksandra Pawłowskiego („piękne panie, szanowni panowie i ty Dawidzie Abrahamowiczu” – powiedział na pewnym zebraniu Wojciech Dzieduszycki) ze Stowarzyszenia Wolność Równość Solidarność, preferującego działania „fizyczne”.

Uskrzydlać do tego stopniu, że postanowił posunąć się o krok dalej w stosunku do okresu międzywojennego, kiedy to Żydzi zadowalali się posiadaniem kamienic, ulice łaskawie zostawiając tubylcom. Red. Seweryn Blumsztajn chciałby przejąć kontrolę również nad ulicami.

Felieton   „Nasz Dziennik”   13 listopada 2010. Przedruk za zgodą Autora.

FFWW: Hel

November 13, 2010

Śledzenie co się dzieje w kulturze w sytuacji, gdy człowiek mieszka poza Polską, ma plusy ujemne i plusy dodatnie, jak mawiał pewien dość znany elektryk. Z jednej strony, nie jest się narażonym naoglądanie gwiazd robiących w tańcu loda, z drugiej – DVD (lub torrent) to jedyne źródło dostępu do polskiego kina. I nie mówię tu o nocy żywych trupów w rodzaju Wajdy, Hoffmana (Bitwa Warszawska w 3D) czy speca od nieletnich prostytutek Zanussiego, tylko rzeczach tworzonych niejako poza oficjalnym obiegiem.

Jakiś czas temu miałem okazję pogadać z Michałem (pozdrowienia!), w ramach ping-ponga  zeszło na temat “co ostatnio widziałeś” – i Michał się pyta, czy oglądałem “Hel“. Mówię “nie, a o oczym to jest?” – a ten łobuz mi na to, żebym obejrzał, bo świetne, ale on streszczać nie będzie, żeby nie psuć mi przyjemności z oglądania. Ewidentnie zna mnie na tyle żeby wiedzieć, że takie drzazgi dość skutecznie pobudzają moją ciekawość – no i wreszcie udało mi się (dobre dwa miesiące po tej rozmowie) dorwać DVD i znaleźć spokojne dwie godziny.

Piotr (Paweł Królikowski) jest psychiatrą w szpitalu. Powodzi mu się nieźle, ładne mieszkanie, urodziwa towarzyszka życia… Aż kiedyś na ostry dyżur, na którym Piotr akurat dyżuruje, przywożą chłopaka – i tak się składa, że jest to syn Piotra z poprzedniego małżeństwa. Z kontekstu jasno wynika, że syn nie cieszy się przesadnie na widok tatusia: w sumie nic specjalnie nowego w wykonaniu dziecka porzuconego przez rodzica, ale intensywność  reakcji chłopaka zastanawia. Piotr niby ma kontakt z byłą żoną, ale ewidentnie bardzo rwany i nieregularny – i nie sposób zacząć się zastanawiać czemu. Dochodzą dziwni cokolwiek znajomi, nie pasujący do jego statusu społecznego, aluzje rzucane przez ordynatora…

Czy to jest wybitny film? Chyba nie: zagoniony (zwłaszcza pod koniec scenariusz), potraktowane po łebkach (niektóre) relacje i postaci… Chociaż może to ja jestem reliktem i tak się teraz robi kino, w stylistyce ocierającej się o teledysk? Niezależnie od umiejscowienia Banachewicza na geologicznej osi czasu, obejrzyjcie “Hel”: role drugoplanowe są całkiem sympatyczne i klimatyczne, ale tak naprawdę film stoi fenomenalną rolą Pawła Królikowskiego.

W jego fenomenalnej interpretacji Piotr to lekarz, mąż, ojciec, człowiek na krawędzi, szuja, dobry duch… I we wszystkich tych wcieleniach jest prawdziwy. W jednej chwili jest poważnym facetem ponoszącym odpowiedzialność za swoje czyny – a za chwilę śliską gnidą, która łasi się o pieniądze. Ten sam człowiek, nagły przeskok – spowodowany tak naprawdę dopadającą go przeszłością. Już wydawało się, że zostawił ją za sobą, a potem jeden kopniak od życia i facet znów leci po równi pochyłej.

Warto. Naprawdę warto.