Archive for September, 2010

Michalkiewicz: Roszczenia żydowskie – bezpodstawne!

September 24, 2010

Poniżej przedstawiam w załączeniu tzw. umowę indemnizacyjną, zawartą 16 lipca 1960 roku w Waszyngtonie między rządem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a rządem Stanów Zjednoczonych Ameryki, dotyczącą uregulowania roszczeń obywateli amerykańskich wobec państwa polskiego z tytułu przejęcia przez Polskę ich mienia w drodze nacjonalizacji, albo w inny sposób.

Z tej umowy wynika, że Polska zapłaciła rządowi USA 40 mln dolarów w 20 rocznych transzach, w zamian za co rząd USA przejął na siebie zobowiązania z roszczeń odszkodowawczych i zobowiązał się w art. IV tej umowy, że nie będzie wysuwał, ani popierał żadnych roszczeń wysuwanych wobec Polski z tego tytułu przez obywateli amerykańskich. Niestety postępowanie rządu Stanów Zjednoczonych, który bądź to bezpośrednio – przez deklaracje sekretarzy stanu – obecnie JE Hilarii Rodham Clintonowej – oraz interwencje ambasadorów – obecnie JE Lee Feinsteina – bądź to pośrednio – poprzez popieranie wystąpień przedstawicieli żydowskich organizacji „przemysłu holokaustu” do rządu Rzeczypospolitej Polskiej oraz wspieranie skierowanej m.in. na uzyskanie od Polski „rekompensat” na rzecz wspomnianych organizacji działalności żydowskiej loży B’nai B’rith – postępuje w sposób całkowicie sprzeczny ze wspomnianym art. IV umowy z 1960 roku.

W świetle postanowień tej umowy, żądania, jakie pod adresem Polski wysuwają mające siedzibę na terenie USA i kierowane przez obywateli Stanów Zjednoczonych żydowskie organizacje „przemysłu holokaustu”, mają wszelkie znamiona usiłowania przestępczego wyłudzenia od Rzeczypospolitej Polskiej 65 miliardów dolarów i jako takie powinny być ścigane przez prokuraturę. Osobną sprawą jest ukrywanie przed polską opinią publiczną umów indemnizacyjnych – w tym również załączonej umowy – przez rządy Rzeczypospolitej Polskiej. Ukrywając przed polską opinią publiczną fakt istnienia tych umów oraz ich treść, kolejne rządy Rzeczypospolitej Polskiej próbują uniknąć odpowiedzialności za zaniechanie wydania rozporządzeń, umożliwiających obywatelom polskim uzyskanie restytucji lub odszkodowań za znacjonalizowane mienie.

Układ między rządem PRL a rządem USA dotyczący roszczeń obywateli USA

Komentarz   specjalnie dla http://www.michalkiewicz.pl   23 września 2010 – przedruk za zgodą Autora

Advertisements

FSOM: Black Mountain “In The Future”

September 23, 2010

Tak właściwie to zawsze dostawałem mdłości na hasło „psychodelia”. No bo umówmy się: większości rzeczy spod znaku the Byrds / wczesne Pink Floyd / koncertowe albumy Cream po prostu nie da się słuchać na trzeźwo i golnięcie czegoś głębszego nie wystarczy; konieczne są – nazwijmy to grzecznie – poprawiacze percepcji. Zacząłem zmieniać zdanie przy „Sky Moves Sideways” Porcupine Tree: nagle odkryłem, że psychodelia nie musi koniecznie polegać na bandzie naćpanych hipisów stękających o strasznym świecie, w którym tłumi się wolną miłość.

A potem wpadła mi w ręce płyta Black Mountain „In the future” – i teraz poważnie rozważam wpełznięcie pod stół w celu odszczekania zawartości poprzedniego paragrafu tego tekstu.

Na początek „Angels”: taka sobie snująca się ballada – melodyjny w miarę refren, całość leniwie się toczy… Trochę w stylistyce Neila Younga: niby łagodnie, ale co jakiś zgrzytnie gitara przypominająca, że mamy do czynienia z prawdziwą muzyką, a nie syntetycznym produktem z taśmy produkcyjnej w wytwórni.

Tyrants” – najpierw łomot, którego nie powstydziłoby się Black Sabbath, potem spokojna część ze śpiewem na dwa głosy (nie wiem czemu, ale kojarzy mi się to z Anathemą – tak gdzieś z okresu „Judgement”), a potem wchodzi perkusja… „Wchodzi” to właściwie mało powiedziane: wbiega, tratując meble i zaczyna szaleć po pokoju. Melodia, przeskoki tempa i nastroju – a i tak w głowie zostają człowiekowi głównie fenomenalne, łomoczące bębny.

A jak zsiądziemy z huśtawki w „Tyrant”, wita nas rozpędzające się pomalutku „Queens will play”. Wokalistka udziela się ciut egzystencjalnie (powiedzmy sobie, tekstowo to nie jest poziom Dylana czy Cohena), a w tle pulsuje bas przerywany od czasu do czasu gitarowymi mruknięciami, które stopniowo przybierają na sile.

W ogóle bluesowych klimatów jest na ten płycie sporo: i wspomniany początek „Queens will play”, i pokręcone „Evil ways”… Widać, że choć z Kanady do Chicago jest kawałek, Black Mountain odrobili lekcję pt. słuchamy klasyki. „Wild Wind”, jak dla mnie, mogłoby się znaleźć na solowej płycie Rogera Watersa – niby taka sobie prościutka balladka, ale klimat tekstu, śpiew, solówka… Półtorej minuty melancholii.

Trochę mi się nie chce opisywać detalicznie całej płyty, bo ten ciąg skojarzeń powinien dać wam jakieś pojęcie o tym, co się na „In the future” dzieje. To znaczy: z pozoru nie dzieje się nic – snucie, brak wokalnej galopady po oktawach albo solówek granych z prędkością światła. Zamiast tego: klimat, skoki dynamiki wtedy, kiedy to potrzebne… Widać, że Black Mountain grają muzykę którą sami lubią i w jakiej czują się swobodnie – a że czasem, jak w „Bright lights” przeskoczą nagle z folkowych klimatów w Black Sabbath? Ja tam lubię takie zaskoczenia.

Strasznie dużo w tym opisie odwołań do innych wykonawców, więc ktoś mógłby pomyśleć, że Black Mountain to jedna wielka zrzynka. To nie tak: owszem, sporo dźwięków brzmi znajomo (zwłaszcza, jeśli ktoś jest osłuchany z rockiem z lat 70tych) i jak rozkładać na czynniki pierwsze – czy raczej pojedyncze utwory – efekt nie jest porażająco świeży. Z drugiej strony, jak inaczej opisać muzykę? Tylko odwołując się do czegoś znanego (albo snując emocjonalne rozważania o nastrojach, ale to nie moja stylistyka).

Ale posłuchajcie albumu w całości i te oderwane kawałki zaczynają łączyć się w nową jakość. Z pokrytych kurzem patentów, Black Mountain zmontowało coś ciekawego – i własnego. Jeśli nie zarażą się wszechobecną modą na lata 80te (jak Franz Ferdinand czy Pure Reason Revolution), będzie dobrze.

Fajna, jesienna płyta – dobra na słoneczny wrzesień, ale i na zapluty deszczem listopad się nada. Warto.

Specjalne podziękowania dla Wojtka, bez którego bym się twórczością Kanadyjczyków nie zainteresował.

Jaki prezydent, takie oszczędności

September 22, 2010

Jak powszechnie wiadomo wszystkim zwolennikom najlepszego rządu w historii galaktyki, rządy Jarosława Straszliwego i jego Równie Złowrogiego Brata odznaczały się – oprócz dusznej atmosfery, porannego stukania do drzwi, śmiechu prasy na Jamajce i kłótni – także marnowaniem publicznych pieniędzy. Koronnym dowodem na te zbrodnie był dorsz opłacony w restauracji służbową kartą jednego z ministrów.

Ale tę mroczną epokę mamy już za sobą, czego dowodzi jedna z pierwszych (samodzielnych) decyzji okupującego prezydencki fotel Gajowego: ubezpieczenie majątku Kancelarii Prezydenta, w szczególności – szyb. Konkretnie to ubezpieczone mają być od stłuczenia. Na 50 tysięcy złotych polskich. Z wiekiem dziwi mnie coraz mniej, ale tutaj wytłumaczenie widzę tylko jedno: PO w całości (i Gajowy w szczególności) niespecjalnie wierzą w sondaże dające im ponad 50 (co tam 50! 100! 150!) procent poparcia i przewidują jakąś lepszą zadymę pod pałacem. Najlepszy komentarz do sytuacji wygłosił niezastąpiony miłośnik owadów, Stefan N.:

Kancelaria Prezydenta ma za dużo pieniędzy. Jest to ich absolutne marnowanie. Poza tym budżet kancelarii nie jest tajny i jest pod kontrola parlamentu. Musi powstać sprawozdanie z tego przetargu. Suma wydana na ten monitoring zostanie ujawniona

Wprawdzie Szalony Entomolog wypluł z siebie te słowa za prezydentury Kaczyńskiego (z kolei teraz coś dziwnie milczy), no ale nie bądźmy drobiazgowi: w końcu Niesiołowski to klasyk polskiej myśli politycznej, a klasyka jest dobra na wszystko.

17.09 – pamiętamy (przynajmniej niektórzy)

September 17, 2010

Siedemdziesiąt lat temu na teren II RP wdarła się bolszewicka dzicz chcąca dokończyć robotę przerwaną w 1920 Bitwą Warszawską. Za czasów słusznie minionych temat oczywiście nie istniał, a po 1989 jak zwykle: dwóch Polaków, trzy opinie… Z jednej strony bogoojczyźniani patrioci popadający w martyrologiczne klimaty o zdradzieckim ciosie w plecy (w końcu Stalin był najsłynniejszym polonofilem po tej stronie Drogi Mlecznej), z drugiej – towarzysze z Lewicy bez Cenzury (ku memu nieustającemu ubolewaniu, nie zostali wyskrobani przez swoje matki propagujące aborcję jako podstawowe prawo człowieka), dla których sowiecki atak to „przetrącenie karku pańskiej Polsce”…

Właściwie wszystkie takie klimaty są znane i oklepane – ale na szczęście Polską rządzi aktualnie tandem marzeń: mądry i koncyliacyjny premier i wspaniale reprezentacyjny prezydent. Dzięki katastrofie w Smoleńsku zniknęły przeszkody (właściwie to jedna) na drodze do pełnego pojednania polsko-rosyjskiego, więc efekty zaczynają być widoczne. Najpierw ekonomiczne (umowa z Gazpromem, na której niedorzeczność zwrócili uwagę nawet tępi biurokraci z Brukseli), potem symboliczne (zaproszenie szefa rosyjskiego MSZ Ławrowa na naradę polskich ambasadorów) – a teraz konkretne działania w sferze politycznej.

Szef MSZ czeczeńskiego rządu na emigracji Zakajew bywał w Polsce parę razy. Bogiem a prawdą to wiele taki minister nie może: Czeczenia tkwi pod rosyjskim butem i z uwagi na wybicie do nogi chyba wszystkich zdolnych do noszenia broni pełnoletnich mężczyzn nie zanosi się na prędką zmianę tego stanu (przynajmniej do momentu, aż dzisiejsze dzieciaki dorosną na tyle, żeby udźwignąć Kałasznikowa). I jakoś podczas poprzednich wizyt nikomu specjalnie jego obecność nie wadziła – choć list gończy Rosjanie wystawili już ładnych parę lat temu. Aż tu nagle w tym roku, łubu dubu, zwinęli Czeczena akurat jak jechał stawić się na wezwanie prokuratury. Nie żebym był przesadnie przywiązany do symboliki i innej numerologii, ale fakt aresztowania Zakadowa na podstawie rosyjskiego listu gończego akurat 17 września aż się prosi o skojarzenia…

Wynurzenia z powyższych trzech akapitów, jak sobie właśnie uświadomiłem, to dowód na moje zacofanie. Ponieważ bardzo chciałbym być młody, wykształcony i z dużego miasta, więc teraz spróbuję wpasować się w stylistykę i wzorem towarzysza Tarasa proponuję grupę na Facebooku: Przestańmy obchodzić 17 września, bo na chuj i komu takie jątrzenie społeczeństwa?

Ziemkiewicz: Młodzi-wykształceni mają przerąbane

September 13, 2010

Kupcy z dawnego KDT otworzyli w Warszawie nową halę (niestety, daleko od centrum). Co jest w tej wiadomości najciekawsze − kupcy zdążyli ją wybudować i uruchomić, zresztą w innym miejscu, niż mieli to zrobić pierwotnie, a w miejscu dawnej hali wciąż nie dzieje się nic.

Rok temu wielu moich kolegów po piórze dało się zwieść argumentowi, że „prawo musi być szanowane” i po frajersku chwaliło panią Gronkiewicz-Waltz za urządzony „handlarzom” pogrom. Ja pisałem wtedy, że gdyby zarząd miasta kierował się interesem społecznym, mógł i powinien odczekać z opróżnieniem hali, aż kupcy otworzą nową.

Pani prezydent uzasadniała pośpiech w oczyszczaniu terenu koniecznością budowy II linii metra. Po roku i dwóch miesiącach budowa II linii metra ograniczyła się do zrobienia, z wielką pompą i przed kamerami, kilku dziur o średnicy circa 5 cm, celem pobrania próbek gruntu. I to na odległym od KDT o kilometr Rondzie Daszyńskiego. I to dopiero przed kilkoma tygodniami.

Kto zyskał na tej awanturze? Na pewno nie abstrakcyjnie pojmowane „prawo”, bo sąd uznał potem, że jakkolwiek tytuł kupców do zajmowania obiektu wygasł, usunięcia ich dokonano w sposób bezprawny, a agencja ochrony „Zubrzycki”, którą posłużyła się pani prezydent, miała nawet z tego tytułu kłopoty z koncesją. Na pewno nie „przestrzeń miejska”, bo przez większość tego roku hala stała tak samo jak dotąd, tylko pusta i odrapana (wieżę Eiffla zbudowano w 12 miesięcy, pani Gronkiewicz-Waltz potrzebowała niewiele mniej, żeby rozebrać blaszany barak o dość lekkiej konstrukcji), a teraz straszy tam równie piękny płot. Trochę zyskała sama pani prezydent, bo dla naszej obrazowanszcziny „handlarz”, „prywaciarz”, noszący białe skarpety do czarnych mokasynów i mający kupę pieniędzy, które po sprawiedliwości powinni mieć raczej inteligenci, jest postacią równie znienawidzoną jak „wsiór”. Spektakularne rozpędzenie dorobkiewiczów bardzo czytelnikom Michnika przypadło do serca. Ale przede wszystkim zyskały na tym okoliczne mnogie galerie handlowe, którym KDT robiło straszną konkurencję, sprzedając towary w najgorszym wypadku równie badziewne, a często lepsze, o połowę taniej.

Fakt, że miasto robiło wszystko, aby kupców podzielić, że oferowało im różne korzystne lokalizacje, ale pod warunkiem, że małe sklepiki pozwolą się rozsypać po dużej przestrzeni, upewnił mnie − i nadal jestem o tym przekonany − że pani prezydent, z sobie wiadomych powodów, działała w interesie tego właśnie lobby. Tak należy tłumaczyć fenomen, że w kraju, gdzie prawo i jego wyroki wszystkim wiszą, w mieście, które latami nie jest w stanie wyegzekwować rzeczy najprostszych, nagle pani prezydent uparła się wyegzekwować jeden wyrok sądu już, natychmiast, prawem i lewem. I to akurat ten, z egzekucją którego można było bez żadnego problemu rok poczekać. Tylko że tu właśnie były określone, szmalowne siły, którym na załatwieniu sprawy zależało.

Nie chce mi się już powtarzać, że kraje zachodnie robią co mogą, aby właśnie wspierać „prywaciarzy”, aby zachęcać drobnych kupców do grupowania się we wspólnych przedsięwzięciach typu KDT. W ten sposób tworzy się pewna konkurencja dla wielkich, sieciowych hipermarketów. Ale tam władza kieruje się dobrem społecznym. U nas jest swoistym zakładem usługowym, w którym kto ma kasę, może zamówić korzystne dla siebie rozwiązania. W kraju, gdzie można dać w łapę prokuratorowi czy inspektorowi skarbowemu, aby pod naprędce zmyślonymi, absurdalnymi zarzutami doprowadził firmę konkurenta do upadku, nic dziwić nie powinno.

Ale przypominam o sprawie, by wydobyć inny jej aspekt. Otóż jako swego czasu częsty klient w KDT obserwowałem jego zdecydowaną proplatformerskość. Podczas wyborów w większości boksów wywieszone były plakaty PO, a w czasie wyborów samorządowych − samej pani Gronkiewicz-Waltz. Partia Tuska wydawała się naiwnym kupcom partią liberalną, promującą właśnie takich jak oni drobnych przedsiębiorców, dorabiających się mozolnie i od niczego, zamiast, jak każdy porządny członek „wysokorozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego” siedzieć w kącie i czekać na zasiłek. Niestety, za naiwność się płaci.

I to mi się kojarzy z innym „wojskiem” Platformy, propagandowo bardzo przez nią hołubionym i zajadle walczącym za nią na fejsbukach i forach internetowych, a od czasu do czasu na ulicy i, last but not least, przy wyborczych urnach: o „młodych, wykształconych i z dużych miast”.

„Z badań Instytutu Pracy i Polityki Socjalnej wynika, że rzesza bezrobotnych absolwentów w latach 2011 – 2015 może przekroczyć nawet 3 miliony” − cytuję za „Dziennikiem. Gazetą Prawną”. Taki efekt da prawdopodobnie wejście na rynek pracy 2 milionów obecnych studentów i uczniów. Obecnie stopa bezrobocia wśród młodzieży wynosi – według tego samego źródła – 25 proc., czyli jest ponad dwa razy większa niż bezrobocie w ogóle, i jedna z najwyższych w UE.

Czy może być inaczej? Kto uważnie obserwuje państwo Tuska i jego priorytety wie od dawna, że to logiczna konsekwencja przyjętych założeń. Jeśli się kieruje przede wszystkim interesem zorganizowanych sitw i lobbies, korporacyjnych zarządców i establishmentów, to młodzi muszą ponieść konsekwencje. Podobnie, jak drobni przedsiębiorcy muszą ponieść konsekwencje, gdy władza wysługuje się wielkim korporacjom. A że ta władza tak właśnie postępuje, pisze o tym od miesięcy i ja, i wielu innych, i jak na razie, niestety, jest to wołanie na puszczy. Najwyraźniej młodzi muszą dopiero dostać w de, jak warszawscy kupcy, żeby zacząć myśleć. Na przykład o tym, kto będzie musiał spłacać te wszystkie gigantyczne długi, które Tusk zaciąga na prawo i lewo, aby zapewnić sobie zadowolenie wyborców „żyjących tu i teraz”.

Anegdotka na koniec mi się przypomniała, o jednym z moich pierwszych pracodawców. Zasuwaliśmy u niego za pół darmo, bo byliśmy młodzi, optymistycznie nastawieni do budującego się nowego ustroju i życia w ogóle, no i mieliśmy silne poczucie misji. Aż nasz pryncypał na jakiejś integrałce rozrzewnił się i zaczął: ja wiem, że ja wam płacę bardzo mało, że to właściwie kompromitujące grosze, ale sam mam kłopoty (uhm, miał – ze sprowadzeniem z zagranicy odpowiednich kafelków do basenu) i firma dopiero się rozwija… Ale jak się rozwinie…

Zawieszam na chwilę narrację dla lepszego efektu − wszyscy oczywiście zastrzygliśmy uszami, przekonani, że usłyszymy coś w stylu: ale jak się rozwinie, to każdy dostanie wielki wór złota i wyrównanie w dolarach.

− …ale jak się rozwinie, ciągnął rozrzewniony krwiopijca, to będziecie sobie mogli mówić: owszem, marnie zarabiam, ale za to pracuję w wiodącej, najlepszej i najprężniejszej firmie w Polsce.

Ja stamtąd szybko odszedłem, jak odchodził każdy, kto czegokolwiek się nauczył, i z tego co wiem, strategia zatrudniania leszczy gotowych tyrać za przysłowiową czapkę śliwek na dłuższą metę facetowi na zdrowie nie wyszła. Ale wszystkim „mapetom” (czyli, jak ich ładnie nazwał kolega, Młodym Aspirującym PlaTformersoM) dedykuję to wspomnienie. Zawsze będą sobie mogli powiedzieć: tak, gie w swoim młodym życiu osiągnąłem, nie mam mieszkania, nie mam perspektyw awansu, chyba że zacisnę zęby i wyjdę za najbrzydszą córkę szefa, nie mam nawet dobrej pracy i będę musiał długo terminować i się podlizywać, aby stare repy dopuściły mnie choć troszkę koryta − ale gardzę wiochą, burakami i moherami, leję na prawicowych oszołomów i głosuję na Donka i Bronka: i to mnie czyni częścią elity tego społeczeństwa!

Od KB: przedruk z “Rzepy”, bo jestem na wakacjach i nie mam melodii do pisania – ale tekst tak celny i trafny, ze po prostu nie moglem sie powstrzymac.