Michalkiewicz: Tusk potłucze termometr?

Nie do dzisiaj wiadomo, że przynoszenie złych wiadomości bywa ryzykowne. Starożytne perskie przysłowie głosi, że temu, kto mówi prawdę, należy się koń. Po co mu koń? Jak to: po co? Żeby powiedział i uciekł. Wprawdzie lord Beaconsfield, czyli brytyjski premier Beniamin Disraeli twierdził, że są „kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka”, ale każdy premier rządu po pewnym czasie zaczyna statystyki nienawidzić, więc umiejscowienie statystyki na szczycie kłamstw przez Beniamina Disraeliego jest całkowicie zrozumiałe.

Nawiasem mówiąc, ten cały Beniamin Disraeli to było osobliwe indywiduum. Pochodzący z żydowskiej rodziny został ochrzczony w kościele anglikańskim w wieku 13 lat, ale nie wiadomo, czy ten chrzest mu się przyjął, bo koledzy szkolni jak gdyby nigdy nic, nadal uważali go za Żyda i nie bardzo lubili, między innymi z tego powodu, że próbował nimi dyrygować. Później nawet ubierał się w sposób zwracający powszechną uwagę: na przykład do spodni z zielonego aksamitu, zakładał kanarkową kamizelkę, trzewiki z klamrami, koronowe mankiety i krzykliwe pierścienie nałożone na rękawiczki z koziej skóry. Podobno wyraz „snob”, będący zbitką łacińskich słów „sine nobilitate” (bez szlacheckości), pojawił się właśnie jako najkrótsza charakterystyka Beniamina Disraeliego.

Disraeli zmarł bezpotomnie, ale to chyba nieprawda, bo przecież nie tylko w Anglii, ale nawet i u nas pojawiło się mnóstwo osobników bardzo do Beniamina Disraeliego podobnych – zwłaszcza w przemyśle rozrywkowym. Oczywiście chodzi o takie powierzchowne podobieństwo zewnętrzne, bo w odróżnieniu od Disraeliego, który miał pewne osiągnięcia na niwie literackiej, większość tak zwanych „gwiazd” przemysłu rozrywkowego, to beztalencia uprawiające przeraźliwą grafomanię, lansowaną przez handełesów – odwiecznych dostarczycieli tandety narodom mniej wartościowym.

Ale mniejsza o Disraeliego; wróćmy do rzeczy. Każdy premier po pewnym czasie zaczyna śmiertelnie nienawidzić statystyki, zwłaszcza, gdy już trochę porządzi, a zapowiedziane cuda jakoś nie chcą się pojawić. W takiej właśnie sytuacji znajduje się premier Donald Tusk i jestem pewien, że gdyby nie zapowiedziana polityka miłości, to już dawno zainicjowałby przeciwko statystyce jakieś orwellowskie „godziny nienawiści”. No bo jakże inaczej, kiedy w ciągu 1000 dni udało mu się jedynie powiększyć dług publiczny o co najmniej 200 miliardów złotych, co znaczy, że CODZIENNIE zadłużał państwo na kolejne 200 milionów złotych!

To znaczy – jakie tam „państwo”; nie żadne „państwo”, tylko nas wszystkich, bo to my, nasze dzieci i wnuki, będziemy musieli jakoś sobie z tym radzić nawet wtedy, kiedy wszelkie wspomnienie po premieru Tusku i jego kamaryli skutecznie zatrze się w ludzkiej pamięci. Rządzić w ten sposób potrafiłby każdy dureń i dlatego właśnie Wojskowe Służby Informacyjne, których, jak wiadomo, już „nie ma”, ale które mimo to, jak gdyby nigdy nic, skutecznie okupują całą III Rzeczpospolitą i przy pomocy kontrolowanych przez siebie mediów, rozbudowanej we wszystkich środowiskach społecznych agentury własnej i pod nadzorem strategicznych partnerów – czyli Naszej Złotej Pani Anieli i zimnego ruskiego szachisty Putina – właśnie takim nieszczęsnym durniom powierzają zewnętrzne znamiona władzy.

Różni publicyści zachodzą w głowę („zachodzim w um z Podgornym Kolą…”), dlaczegóż to premier Tusk nie dokonuje zmiany fatalnego modelu państwa, a przynajmniej – reformy finansów publicznych. Ale jakże ma podjąć jedno, czy drugie, kiedy zarówno jedno, jak i drugie ma zakazane?

Rzecz w tym, że ustanowiony w 1989 roku przez kierującego zintegrowanymi razwiedkami generała Kiszczaka z tworzącymi tzw. „stronę społeczną” konfidentami oraz dodaną dla niepoznaki garścią pożytecznych idiotów model państwa, który nazywam sobie kapitalizmem kompradorskim, jest obliczony właśnie na eksploatowanie zasobów III RP i jej obywateli przez zdemoralizowanych i bezwzględnych tajniaków, którzy dążą do tego, by obezwładnione państwo jak najszybciej rozkraść i znaleźć sobie protektora, który zapewni im bezpieczeństwo. Dlatego też wepchali Polskę do Eurokołchozu, a teraz, wykonując zadania zlecone przez strategicznych partnerów, forsują „pojednanie” z Rosją.

Finał w postaci scenariusza rozbiorowego już jest widoczny na horyzoncie; Niemcy odzyskają sobie „Ziemie Utracone”, zaś na pozostałej części, czyli tak zwanym „polskim terytorium etnograficznym” zostanie ustanowiona strefa buforowa, której jeszcze w roku 1987, na wypadek zjednoczenia Niemiec, domagał się sowiecki minister spraw zagranicznych Edward Szewardnadze – a która będzie administrowana przez lobby żydowskie, utrzymujące w ryzach mniej wartościowy naród tubylczy przy pomocy tresowania w lęku przed posądzeniem o „antysemityzm”.

Ten scenariusz rozwija się pomyślnie ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych, więc premier Donald Tusk, nawet gdyby chciał – o czym oczywiście w ogóle nie ma mowy – to nie mógłby niczego w tym modelu zmienić. W przeciwnym bowiem razie jego mocodawcy i mentorzy natychmiast przypomnieliby mu, skąd wyrastają mu nogi, to znaczy – odjęli przychylność kontrolowanych przez siebie mediów, poparcie agentury i wszelkiej inne atuty, bez których zarówno Platforma Obywatelska, jak i osobiście premier Donald Tusk zginęliby niczym sól w ukropie. Wszyscy o tym doskonale wiedzą, toteż trudno się dziwić, że i publicyści, zachodzący w głowę, dlaczegóż to premier Tusk nie przeprowadza reform, nie zauważają tego słonia w menażerii.

Jedni – bo są związani stosunkiem służbowym z razwiedką, inni – bo obawiają się utraty posady, a jeszcze inni – ci najgłupsi – bo boją się posądzenia o hołdowanie teoriom spiskowym. W rezultacie większość z nich pracuje w służbie ciszy – to znaczy usypiania własnego społeczeństwa, żeby można je było zoperować możliwie bezboleśnie. Ciekawe, że identycznego argumentu użył premier Tusk, uzasadniając zaniechanie wszelkich zmian. Widać już wie, że postanowiono udusić nas we śnie.

Podobnie finanse publiczne. Po co tu jakieś reformy, skoro razwiedka miedzy innymi, kluczowymi segmentami gospodarki, przede wszystkim kontroluje sektor finansowy? Lepsze, jak wiadomo, jest wrogiem dobrego, więc po co tu cokolwiek zmieniać, kiedy dobrze jest, jak jest? Wprawdzie mniej wartościowy naród tubylczy, obciążany rosnącym długiem publicznym, będzie z roku na rok oddawał lichwiarskiej międzynarodówce coraz większą część bogactwa, jakie mimo wszystko wytwarza, ale wszystkim na raz i tak się nie dogodzi, więc po co przejmować się mniej wartościowym narodem tubylczym, zwłaszcza, że daje się on tak łatwo podpuszczać, że wybiera sobie na swojego reprezentanta a to człowieka o zszarpanych nerwach w osobie np. Stefana Niesiołowskiego, a to jakichś podejrzanych biłgorajskich filozofów – i tak dalej?

I wszystko byłoby może w jak najlepszym porządku, gdyby nie ta przeklęta statystyka. Ale est modus in rebus – toteż Polska właśnie wystąpiła z inicjatywą zmiany sposobu obliczania długu publicznego. Zrobi się szacher-macher w papierach i okaże się, że dług publiczny nie tylko nie przyrasta, ale że w ogóle go nie ma! Pytanie tylko, czy władze Eurokołchozu wykażą dostatecznie dużo zrozumienia dla psychicznych potrzeb lokalnych mężyków stanu, którzy wijąc się między Scyllą posłuszeństwa wobec piastującej prawdziwą władzę razwiedki i Charybdą pragnienia zyskania reputacji dobroczyńców mniej wartościowego tubylczego narodu, co i rusz potykają się o statystykę?

Felieton   Gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)   25 sierpnia 2010

Advertisements

Tags:

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: