FSOM: Iron Maiden “The Final Frontier”

No i jest – długie cztery lata minęły, odkąd światło dzienne ujrzała płyta “A Matter of Life and Death“: najlepsze, skromnym zdaniem niżej podpisanego, dzieło odrodzonego Iron Maiden (znowu w składzie z Dickinsonem). “Lord of Light“, “Legacy” – poprzeczka ustawiona była dosyć wysoko. A na początku tego tygodnia miała miejsce oficjalna premiera “The Final Frontier“.

Zacząłem tę recenzję strasznie oficjalnie i gazetowo, a prawda jest taka, że do muzyki Żelaznej Dziewicy (nie mylić z Lodową – pozdrowienia dla Bartka) mam słabość od bardzo dawna. “The Number of the Beast” to pierwsza odsłuchana przeze mnie płyta heavy metalowa (na jednej stronie straszliwej kasety BASF miałem tego klasyka, na drugiej – “Killers“), wspólne śpiewanie “Fear of the dark” na koncercie, festiwal wspomnień przy “Reincarnation of Benjamin Breeg“… Jeśli ktoś szuka chłodnego opisu, to niestety nie ten adres.

Płytę otwiera “Satellite 15… the final frontier“: utwór przyzwoity, ale prawdę powiedziawszy bez rewelacji. Zwrotka, refren, solówka – główny atut to świetny teledysk (podkreślający jeden z atutów twórczości zespołu: opowiadanie historii w atrakcyjnej oprawie wizualnej). W dobie troglodytów w rodzaju Kanye Westa i ciepłych braciszków typu Justin Timberlake, miło popatrzeć na klip, którego twórcy chcieli pokazać coś więcej niż wywijający statywem wokalista.

El Dorado” mnie znudziło, więc nie będę się znęcał – za to “Mother of Mercy” to miód dla uszu. Antywojenny tekst z pasją wyśpiewywany przez Dickinsona, wbijający się w ucho refren… Więcej takich utworów i może ruchy pacyfistyczne przestałyby się kojarzyć z pretensjonalnymi dupkami na Facebooku.

Coming home” cieszy uszy, bo choć Iron Maiden zawsze mieli talent do metalowych ballad, to po nagraniu “Fear of the dark” (prawie dwadzieścia lat temu) oddali go chyba do lombardu i wyjęli dopiero przed nagrywaniem tego albumu. “Alchemist” właściwie w tej samej szufladzie co “Satellite 15” – przyjemny kawałek, ale nic nadzwyczajnego. Na płycie debiutantów cieszyłby, ale od klasyków wymaga się trochę więcej.

Isle of Avalon” to tekstowa wycieczka w ulubione przez Harrisa rejony literackiej klasyki (tu proszę wstawić swoją ulubioną wersję mitu arturiańskiego) i muzyczny szczyt tej płyty. Z jednej strony mnóstwo kombinowania z tempem i melodią, z drugiej – chwytliwy refren mający szanse świetnie sprawdzić się na żywo. “Starblind” ma irytujący refren i zyskałoby na wywaleniu przynajmniej dwóch ostatnich minut – choć moja krytyczna opinia może być skutkiem faktu, że potem następuje potrójne uderzenie w postaci finału albumu.

Najpierw “Talisman“: bezdyskusyjnie najbardziej “opowiadający” utwór na płycie. Zaczyna się delikatnie: cicho śpiewający Dickinson, akustyczna gitara w tle… I mocne wejście w połowie trzeciej minuty. Potem “The man who would be king” (kłania się film Houstona) i wreszcie “When the wild wind blows“. Najpierw motyw przewodni (delikatna gitara – zaraz będzie głośniej), refren do nucenia przy goleniu i epicki rozmach pasujący idealnie do tekstu. Jedenaście minut opowieści o świecie po atomowej apokalipsie. Znakomity finał fenomenalnej płyty.

W powieści Iana Rankina “Exit Music” pada takie zdanie “‘You’re missing the big picture,’ he told her. ‘A good album should be more than the sum of its parts.’ “. Nie wiem, czy Steve Harris – który odpowiada za większość materiału na tej płycie – czytał ostatni tom cyklu z inspektorem Rebusem, ale z całą pewnością zastosował się do tej porady. Po rozłożeniu na czynniki pierwsze “The Final Frontier” to kolekcja znakomitych utworów, ale dopiero słuchając całości od początku do końca można w pełni docenić tę płytę. Nie wszystko wchodzi w pierwszym podejściu, utwory potrzebują czasu żeby uleżeć się w głowie – ale potem raczej prędko stamtąd nie wyjdą.

Iron Maiden to zespół aktywny nadal A.D. 2010 – ale panowie pamiętają o poprzednich trzydziestu latach swojej działalności. Od czasu zejścia się w składzie z Dickinsonem i Smithem trwa marsz w stronę bardziej progresywnych brzmień (najkrótszy utwór na nowej płycie ma cztery i pół minuty, reszta oscyluje w okolicach ośmiu), ale równocześnie są nawiązania do przeszłości.

Nad poprzednim albumem unosił się duch “Powerslave” (energetyczne riffy, mocniejsze uderzenie), za to podczas słuchania “The Final Frontier” przychodzą do głowy “Somewhere In Time” i “Seventh Son”  – czyli większy nacisk na melodie, więcej klawiszy we wstępach, więcej kombinowania w partiach instrumentalnych, nagłe zmiany tempa… Powiedziałbym “tradycja i nowoczesność”, gdyby ten slogan nie był tak potwornie oklepany.

Podoba mi się fakt, że zespół mógł osiąść na laurach i nagrać “bezpieczną” płytę (wzorem choćby Rolling Stones – przy całej sympatii do nich, ciężko nie zauważyć że Jagger i spółka nagrywają od czterech dekad ten sam album), ale zamiast tego sprawdza siebie i słuchaczy. Starzy fani będą zachwyceni a jest niemała szansa, że “Final Frontier” przyciągnie tych, dla których Iron Maiden to tylko zarzynane w radiu “Run to the hills“…

Co tu dużo gadać: UP THE IRONS!

Advertisements

Tags: , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: