Archive for August, 2010

Michalkiewicz: Tusk potłucze termometr?

August 25, 2010

Nie do dzisiaj wiadomo, że przynoszenie złych wiadomości bywa ryzykowne. Starożytne perskie przysłowie głosi, że temu, kto mówi prawdę, należy się koń. Po co mu koń? Jak to: po co? Żeby powiedział i uciekł. Wprawdzie lord Beaconsfield, czyli brytyjski premier Beniamin Disraeli twierdził, że są „kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka”, ale każdy premier rządu po pewnym czasie zaczyna statystyki nienawidzić, więc umiejscowienie statystyki na szczycie kłamstw przez Beniamina Disraeliego jest całkowicie zrozumiałe.

Nawiasem mówiąc, ten cały Beniamin Disraeli to było osobliwe indywiduum. Pochodzący z żydowskiej rodziny został ochrzczony w kościele anglikańskim w wieku 13 lat, ale nie wiadomo, czy ten chrzest mu się przyjął, bo koledzy szkolni jak gdyby nigdy nic, nadal uważali go za Żyda i nie bardzo lubili, między innymi z tego powodu, że próbował nimi dyrygować. Później nawet ubierał się w sposób zwracający powszechną uwagę: na przykład do spodni z zielonego aksamitu, zakładał kanarkową kamizelkę, trzewiki z klamrami, koronowe mankiety i krzykliwe pierścienie nałożone na rękawiczki z koziej skóry. Podobno wyraz „snob”, będący zbitką łacińskich słów „sine nobilitate” (bez szlacheckości), pojawił się właśnie jako najkrótsza charakterystyka Beniamina Disraeliego.

Disraeli zmarł bezpotomnie, ale to chyba nieprawda, bo przecież nie tylko w Anglii, ale nawet i u nas pojawiło się mnóstwo osobników bardzo do Beniamina Disraeliego podobnych – zwłaszcza w przemyśle rozrywkowym. Oczywiście chodzi o takie powierzchowne podobieństwo zewnętrzne, bo w odróżnieniu od Disraeliego, który miał pewne osiągnięcia na niwie literackiej, większość tak zwanych „gwiazd” przemysłu rozrywkowego, to beztalencia uprawiające przeraźliwą grafomanię, lansowaną przez handełesów – odwiecznych dostarczycieli tandety narodom mniej wartościowym.

Ale mniejsza o Disraeliego; wróćmy do rzeczy. Każdy premier po pewnym czasie zaczyna śmiertelnie nienawidzić statystyki, zwłaszcza, gdy już trochę porządzi, a zapowiedziane cuda jakoś nie chcą się pojawić. W takiej właśnie sytuacji znajduje się premier Donald Tusk i jestem pewien, że gdyby nie zapowiedziana polityka miłości, to już dawno zainicjowałby przeciwko statystyce jakieś orwellowskie „godziny nienawiści”. No bo jakże inaczej, kiedy w ciągu 1000 dni udało mu się jedynie powiększyć dług publiczny o co najmniej 200 miliardów złotych, co znaczy, że CODZIENNIE zadłużał państwo na kolejne 200 milionów złotych!

To znaczy – jakie tam „państwo”; nie żadne „państwo”, tylko nas wszystkich, bo to my, nasze dzieci i wnuki, będziemy musieli jakoś sobie z tym radzić nawet wtedy, kiedy wszelkie wspomnienie po premieru Tusku i jego kamaryli skutecznie zatrze się w ludzkiej pamięci. Rządzić w ten sposób potrafiłby każdy dureń i dlatego właśnie Wojskowe Służby Informacyjne, których, jak wiadomo, już „nie ma”, ale które mimo to, jak gdyby nigdy nic, skutecznie okupują całą III Rzeczpospolitą i przy pomocy kontrolowanych przez siebie mediów, rozbudowanej we wszystkich środowiskach społecznych agentury własnej i pod nadzorem strategicznych partnerów – czyli Naszej Złotej Pani Anieli i zimnego ruskiego szachisty Putina – właśnie takim nieszczęsnym durniom powierzają zewnętrzne znamiona władzy.

Różni publicyści zachodzą w głowę („zachodzim w um z Podgornym Kolą…”), dlaczegóż to premier Tusk nie dokonuje zmiany fatalnego modelu państwa, a przynajmniej – reformy finansów publicznych. Ale jakże ma podjąć jedno, czy drugie, kiedy zarówno jedno, jak i drugie ma zakazane?

Rzecz w tym, że ustanowiony w 1989 roku przez kierującego zintegrowanymi razwiedkami generała Kiszczaka z tworzącymi tzw. „stronę społeczną” konfidentami oraz dodaną dla niepoznaki garścią pożytecznych idiotów model państwa, który nazywam sobie kapitalizmem kompradorskim, jest obliczony właśnie na eksploatowanie zasobów III RP i jej obywateli przez zdemoralizowanych i bezwzględnych tajniaków, którzy dążą do tego, by obezwładnione państwo jak najszybciej rozkraść i znaleźć sobie protektora, który zapewni im bezpieczeństwo. Dlatego też wepchali Polskę do Eurokołchozu, a teraz, wykonując zadania zlecone przez strategicznych partnerów, forsują „pojednanie” z Rosją.

Finał w postaci scenariusza rozbiorowego już jest widoczny na horyzoncie; Niemcy odzyskają sobie „Ziemie Utracone”, zaś na pozostałej części, czyli tak zwanym „polskim terytorium etnograficznym” zostanie ustanowiona strefa buforowa, której jeszcze w roku 1987, na wypadek zjednoczenia Niemiec, domagał się sowiecki minister spraw zagranicznych Edward Szewardnadze – a która będzie administrowana przez lobby żydowskie, utrzymujące w ryzach mniej wartościowy naród tubylczy przy pomocy tresowania w lęku przed posądzeniem o „antysemityzm”.

Ten scenariusz rozwija się pomyślnie ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych, więc premier Donald Tusk, nawet gdyby chciał – o czym oczywiście w ogóle nie ma mowy – to nie mógłby niczego w tym modelu zmienić. W przeciwnym bowiem razie jego mocodawcy i mentorzy natychmiast przypomnieliby mu, skąd wyrastają mu nogi, to znaczy – odjęli przychylność kontrolowanych przez siebie mediów, poparcie agentury i wszelkiej inne atuty, bez których zarówno Platforma Obywatelska, jak i osobiście premier Donald Tusk zginęliby niczym sól w ukropie. Wszyscy o tym doskonale wiedzą, toteż trudno się dziwić, że i publicyści, zachodzący w głowę, dlaczegóż to premier Tusk nie przeprowadza reform, nie zauważają tego słonia w menażerii.

Jedni – bo są związani stosunkiem służbowym z razwiedką, inni – bo obawiają się utraty posady, a jeszcze inni – ci najgłupsi – bo boją się posądzenia o hołdowanie teoriom spiskowym. W rezultacie większość z nich pracuje w służbie ciszy – to znaczy usypiania własnego społeczeństwa, żeby można je było zoperować możliwie bezboleśnie. Ciekawe, że identycznego argumentu użył premier Tusk, uzasadniając zaniechanie wszelkich zmian. Widać już wie, że postanowiono udusić nas we śnie.

Podobnie finanse publiczne. Po co tu jakieś reformy, skoro razwiedka miedzy innymi, kluczowymi segmentami gospodarki, przede wszystkim kontroluje sektor finansowy? Lepsze, jak wiadomo, jest wrogiem dobrego, więc po co tu cokolwiek zmieniać, kiedy dobrze jest, jak jest? Wprawdzie mniej wartościowy naród tubylczy, obciążany rosnącym długiem publicznym, będzie z roku na rok oddawał lichwiarskiej międzynarodówce coraz większą część bogactwa, jakie mimo wszystko wytwarza, ale wszystkim na raz i tak się nie dogodzi, więc po co przejmować się mniej wartościowym narodem tubylczym, zwłaszcza, że daje się on tak łatwo podpuszczać, że wybiera sobie na swojego reprezentanta a to człowieka o zszarpanych nerwach w osobie np. Stefana Niesiołowskiego, a to jakichś podejrzanych biłgorajskich filozofów – i tak dalej?

I wszystko byłoby może w jak najlepszym porządku, gdyby nie ta przeklęta statystyka. Ale est modus in rebus – toteż Polska właśnie wystąpiła z inicjatywą zmiany sposobu obliczania długu publicznego. Zrobi się szacher-macher w papierach i okaże się, że dług publiczny nie tylko nie przyrasta, ale że w ogóle go nie ma! Pytanie tylko, czy władze Eurokołchozu wykażą dostatecznie dużo zrozumienia dla psychicznych potrzeb lokalnych mężyków stanu, którzy wijąc się między Scyllą posłuszeństwa wobec piastującej prawdziwą władzę razwiedki i Charybdą pragnienia zyskania reputacji dobroczyńców mniej wartościowego tubylczego narodu, co i rusz potykają się o statystykę?

Felieton   Gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)   25 sierpnia 2010

Advertisements

FSOM: Iron Maiden “The Final Frontier”

August 18, 2010

No i jest – długie cztery lata minęły, odkąd światło dzienne ujrzała płyta “A Matter of Life and Death“: najlepsze, skromnym zdaniem niżej podpisanego, dzieło odrodzonego Iron Maiden (znowu w składzie z Dickinsonem). “Lord of Light“, “Legacy” – poprzeczka ustawiona była dosyć wysoko. A na początku tego tygodnia miała miejsce oficjalna premiera “The Final Frontier“.

Zacząłem tę recenzję strasznie oficjalnie i gazetowo, a prawda jest taka, że do muzyki Żelaznej Dziewicy (nie mylić z Lodową – pozdrowienia dla Bartka) mam słabość od bardzo dawna. “The Number of the Beast” to pierwsza odsłuchana przeze mnie płyta heavy metalowa (na jednej stronie straszliwej kasety BASF miałem tego klasyka, na drugiej – “Killers“), wspólne śpiewanie “Fear of the dark” na koncercie, festiwal wspomnień przy “Reincarnation of Benjamin Breeg“… Jeśli ktoś szuka chłodnego opisu, to niestety nie ten adres.

Płytę otwiera “Satellite 15… the final frontier“: utwór przyzwoity, ale prawdę powiedziawszy bez rewelacji. Zwrotka, refren, solówka – główny atut to świetny teledysk (podkreślający jeden z atutów twórczości zespołu: opowiadanie historii w atrakcyjnej oprawie wizualnej). W dobie troglodytów w rodzaju Kanye Westa i ciepłych braciszków typu Justin Timberlake, miło popatrzeć na klip, którego twórcy chcieli pokazać coś więcej niż wywijający statywem wokalista.

El Dorado” mnie znudziło, więc nie będę się znęcał – za to “Mother of Mercy” to miód dla uszu. Antywojenny tekst z pasją wyśpiewywany przez Dickinsona, wbijający się w ucho refren… Więcej takich utworów i może ruchy pacyfistyczne przestałyby się kojarzyć z pretensjonalnymi dupkami na Facebooku.

Coming home” cieszy uszy, bo choć Iron Maiden zawsze mieli talent do metalowych ballad, to po nagraniu “Fear of the dark” (prawie dwadzieścia lat temu) oddali go chyba do lombardu i wyjęli dopiero przed nagrywaniem tego albumu. “Alchemist” właściwie w tej samej szufladzie co “Satellite 15” – przyjemny kawałek, ale nic nadzwyczajnego. Na płycie debiutantów cieszyłby, ale od klasyków wymaga się trochę więcej.

Isle of Avalon” to tekstowa wycieczka w ulubione przez Harrisa rejony literackiej klasyki (tu proszę wstawić swoją ulubioną wersję mitu arturiańskiego) i muzyczny szczyt tej płyty. Z jednej strony mnóstwo kombinowania z tempem i melodią, z drugiej – chwytliwy refren mający szanse świetnie sprawdzić się na żywo. “Starblind” ma irytujący refren i zyskałoby na wywaleniu przynajmniej dwóch ostatnich minut – choć moja krytyczna opinia może być skutkiem faktu, że potem następuje potrójne uderzenie w postaci finału albumu.

Najpierw “Talisman“: bezdyskusyjnie najbardziej “opowiadający” utwór na płycie. Zaczyna się delikatnie: cicho śpiewający Dickinson, akustyczna gitara w tle… I mocne wejście w połowie trzeciej minuty. Potem “The man who would be king” (kłania się film Houstona) i wreszcie “When the wild wind blows“. Najpierw motyw przewodni (delikatna gitara – zaraz będzie głośniej), refren do nucenia przy goleniu i epicki rozmach pasujący idealnie do tekstu. Jedenaście minut opowieści o świecie po atomowej apokalipsie. Znakomity finał fenomenalnej płyty.

W powieści Iana Rankina “Exit Music” pada takie zdanie “‘You’re missing the big picture,’ he told her. ‘A good album should be more than the sum of its parts.’ “. Nie wiem, czy Steve Harris – który odpowiada za większość materiału na tej płycie – czytał ostatni tom cyklu z inspektorem Rebusem, ale z całą pewnością zastosował się do tej porady. Po rozłożeniu na czynniki pierwsze “The Final Frontier” to kolekcja znakomitych utworów, ale dopiero słuchając całości od początku do końca można w pełni docenić tę płytę. Nie wszystko wchodzi w pierwszym podejściu, utwory potrzebują czasu żeby uleżeć się w głowie – ale potem raczej prędko stamtąd nie wyjdą.

Iron Maiden to zespół aktywny nadal A.D. 2010 – ale panowie pamiętają o poprzednich trzydziestu latach swojej działalności. Od czasu zejścia się w składzie z Dickinsonem i Smithem trwa marsz w stronę bardziej progresywnych brzmień (najkrótszy utwór na nowej płycie ma cztery i pół minuty, reszta oscyluje w okolicach ośmiu), ale równocześnie są nawiązania do przeszłości.

Nad poprzednim albumem unosił się duch “Powerslave” (energetyczne riffy, mocniejsze uderzenie), za to podczas słuchania “The Final Frontier” przychodzą do głowy “Somewhere In Time” i “Seventh Son”  – czyli większy nacisk na melodie, więcej klawiszy we wstępach, więcej kombinowania w partiach instrumentalnych, nagłe zmiany tempa… Powiedziałbym “tradycja i nowoczesność”, gdyby ten slogan nie był tak potwornie oklepany.

Podoba mi się fakt, że zespół mógł osiąść na laurach i nagrać “bezpieczną” płytę (wzorem choćby Rolling Stones – przy całej sympatii do nich, ciężko nie zauważyć że Jagger i spółka nagrywają od czterech dekad ten sam album), ale zamiast tego sprawdza siebie i słuchaczy. Starzy fani będą zachwyceni a jest niemała szansa, że “Final Frontier” przyciągnie tych, dla których Iron Maiden to tylko zarzynane w radiu “Run to the hills“…

Co tu dużo gadać: UP THE IRONS!

Wojna światów – następne pokolenie

August 18, 2010

W życiu nie sądziłem, że dożyję takich czasów, ale zaczynam tęsknić za wojnami światopoglądowymi lat dziewięćdziesiątych. Pierwszy powód jest oczywiście taki, że jak człowiek patrzy piętnaście lat wstecz, to na ogół ogarnia go nostalgia… Ale znacznie ważniejszy jest fakt, że miały one w sobie jakiś, nie wiem jak to nazwać, styl? Klasę? W każdym razie miało się wrażenie, że o coś tym ludziom chodzi. Zasłaniająca okna i czytająca “Nie” podczas papieskiej pielgrzymki profesor Szyszkowska, walczący o prawa nienarodzonych Marek Jurek – sam przeciw wszystkim – można było się z tymi ludźmi nie zgadzać, ale ich działania prowokowały człowieka do przemyśleń.

A teraz? Z jednej strony dziwne towarzystwo biznesowe (przypominają się byli ubecy wspierający Świtonia, tudzież załatwiający dla krakowskiej kurii zwrot nieruchomości), z drugiej celebryci i kryminaliści. I oczywiście młodzi wykształceni z dużych miast – byli pod Wawelem,

są i na Krakowskim Przedmieściu (pan na zdjęciu poniżej to Dominik Taras, organizator “spontanicznego” nocnego kontr-protestu w zeszłym tygodniu):

I tylko boję się, że za następne półtorej dekady napakowany żul z pistoletem wyda mi się równie łagodny, jak tyrady Łopuszańskiego wspominane z perspektywy A.D. 2010. Choć może nic w tym dziwnego? Polska to państwo postkomunistyczne – a jak uczył Wielki Językoznawca w miarę postępów w budowie socjalizmu walka klasowa zaostrza się!

P.S. Biskup Głódź porównał Lecha Kaczyńskiego do Gabriela Narutowicza. Mam nadzieję, że w tym punkcie analogia się kończy – bo jeśli pociągnąć ją dalej, to wroga poprzedniemu prezydentowi PO spełnia rolę Narodowej Demokracji. Tusk zamiast Dmowskiego? Palikot zamiast Nowaczyńskiego?

O Jezu…

Na południe od Edenu

August 13, 2010

Straszne rzeczy dzieją się na południe od Polski – i nie mam tu na myśli przyrostu populacji Cyganów. Otóż Słowacja, otrząsnąwszy się z paroletniego romansu z ideami Mecziara, postanowiła nadrobić cywilizacyjne zaległości. Jak się rozpędzili, to przyjęli euro, co uczyniło ich obiektem zazdrości wszystkich ekonomicznych ignorantów w polskich mediach: skoro Bruksela głaszcze Bratysławę po głowie, to znaczy że jest dobrze, prawda? Niestety nowo wybrany słowacki rząd – o zgrozo – ma na uwadze przede wszystkim interes Słowacji.

Świeży przejaw: wypięli się na europejską solidarność polegającą na zrzutce na niemieckie i francuskie banki zagrożone plajtą wskutek przeinwestowania w Grecję i podobne oazy pracowitości i stabilności. Straszne dzikusy z tych Słowaków – nie to co Polska, która hołdując chyba reinkarnacji zasady “zastaw się a postaw się” wspiera nierobów zagranicznych (jakbyśmy mało problemów mieli z własnymi)… A że dług rośnie? To nic, dzięki Jackowi Vincentowi Bruksela zmieni zasady naliczania – i znowu będzie można pieprzyć głupoty o zielonej wyspie wzrostu pośrodku ogarniętej kryzysem Europy. Głosujące na PO lemingi i tak uwierzą, Palikot pomacha im penisem – i będzie fajnie jak nie wiem co.

Do czasu.

Michalkiewicz: Scheiss za 400 milionów dziennie

August 13, 2010

Jubiluje dzicz pogańska…” Właśnie minęło 1000 dni, odkąd zewnętrzne znamiona władzy z łaski razwiedki przejął tak zwany „rząd” premiera Donalda Tuska. Z tej okazji członkowie tego towarzystwa zarówno z PO, jak i z PSL, zachwalali swoje osiągnięcia i stręczyli się ze swoimi usługami na przyszłość. Osiągnięcia te wyglądają blado, ale w „rządzie”, gdzie – jak zauważył poeta – „wciąż te same twarze – oszusta i potępionego”, mają na to wytłumaczenie. W przychyleniu nam nieba przeszkadzał im prezydent Lech Kaczyński, co i rusz wetując zbawienne ustawy.

Ano popatrzmy; prezydent Kaczyński zawetował premieru Tusku 17 ustaw. W kilku przypadkach (nowelizacja ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw oraz nowelizacja ustawy o ochronie gruntów rolnych i leśnych) nie pozwolił rządowi stworzyć pozorów legalności dla rozkradania majątku spółek z udziałem Skarbu Państwa przez ich władze oraz stworzenia pozorów legalności dla korupcji. W przypadku nowelizacji ustawy medialnej – zablokował rządowi to, co rząd zrobił teraz, tzn. – przejęcie ręcznego sterowania państwową telewizją i państwowym radiem, pod pozorem „odpolitycznienia”.

W stosunku do niektórych ustaw – zwłaszcza pakietu dotyczącego ochrony zdrowia – weto spowodowane było ideologicznymi uprzedzeniami prezydenta Kaczyńskiego do prywatyzacji sektora publicznego, chociaż i tutaj można dopatrzyć się obawy przed stworzeniem pozorów legalności dla gigantycznej kradzieży (casus posłanki Sawickiej). W przypadku nowelizacji ustawy o systemie oświaty weto było całkowicie uzasadnione, podobnie jak całkowicie uzasadnione byłoby weto w przypadku ustawy o IPN oraz o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Zatem – podobnie jak w swoim czasie powiedział minister Nawrocki związkowcom z Solidarności – można rządowi premiera Tuska śmiało powiedzieć: „gówno robicie!

Natomiast w jednej dziedzinie rząd premiera Tuska może pochwalić się prawdziwymi osiągnięciami. Nawet nie uwzględniając praktykowanej przez ministra Rostowskiego tzw. „kreatywnej księgowości”, rząd premiera Tuska w sposób istotny powiększył dług publiczny. W grudniu 2007 roku, a więc w miesiąc po objęciu przez ten rząd zewnętrznych znamion władzy, dług publiczny wynosił około 520 miliardów złotych. 10 sierpnia br., a więc po tysiącu dniach rządu premiera Tuska, dług publiczny wynosi już 714 miliardów i – uwaga, uwaga! – powiększa się już z szybkością co najmniej 6 tysięcy złotych na sekundę! Wynika z tego, że rząd premiera Donalda Tuska powiększał dług publiczny mniej więcej o 200 milionów złotych każdego dnia!

A przecież oprócz tego każdego dnia wydawał ponad 200 milionów złotych z podatków! 400 milionów złotych każdego dnia – i „gówno zrobione”? Nic dziwnego, że generał Dukaczewski odgrażał się iż po wygranej Bronisława Komorowskiego otworzy sobie szampana. W trakcie uroczystości krzywoprzysięstwa musiał chyba z tej uciechy w szampanie się wykąpać! A przecież na tym nie koniec, bo prezydent Komorowski zaapelował o 500 dni spokoju. Ile można w spokoju ukraść przez 500 dni? Biorąc pod uwagę aktualne tempo przyrostu długu publicznego, każdego dnia rząd zadłuży państwo, to znaczy – nas wszystkich, na kwotę 518 400 000 złotych. Po 500 dniach zadłużenie powinno wzrosnąć o 259 200 000 000 złotych, czyli prawie 260 miliardów.

Komentarz opublikowany w „Dzienniku Polskim” (Kraków)  13 sierpnia 2010

Zabierz dziadkowi respirator

August 12, 2010

Jak oświeciła mnie kiedyś moja holenderska znajoma, dwa filary tożsamości Krainy Wiatraków to tolerancja i relatywizm – czyli róbta co chceta, pod warunkiem że chceta być liberalni i postępowi (albo jesteśta muzułmanami –  ale o tym kiedy indziej). Przez sporą część ubiegłego tygodnia po Amsterdamie paradowali w różnych okolicach i konfiguracjach sodomici, media (włącznie z telewizorkami w tramwajach) bębniły jak to w Amsterdamie jest sielsko i tolerancyjnie (w przeciwieństwie do Warszawy, Zagrzebia, Moskwy i Mińska), tylko czekać aż statek aborcyjny “Aurora” znowu ruszy w rejs… No ale jak uaktywnia się Eros, to wiadomo: Thanatos nie może być daleko.

I w rzeczy samej, skoro głośno jest w kontekście tolerancji o gołej (owłosionej, niestety) dupie, to musi być też coś o umieraniu: uaktywniła się znowu organizacja NVVE (w wolnym tłumaczeniu: holenderskie zrzeszenie na rzecz dobrowolnego zakończenia życia). Eutanazja jest obecnie dostępna we wszystkich holenderskich hospicjach, ale zdaniem NVVE istniejąca obecnie sytuacja narusza prawa człowieka. Działacze chcą rozszerzenia dostępu zabiegu tak, aby możliwość skorzystania mieli też chorzy na demencję, Alzheimera i przewlekłe zaburzenia psychiatryczne (a, jeszcze osoby uważające swoje życie za “spełnione”).

No i w tym momencie robi się zimno – przynajmniej niżej podpisanemu. Nie jestem lekarzem, ale zakładam, że kiedy czują się lepiej, chorzy na Alzheimera są w stanie świadomie podjąć decyzję o poddaniu się eutanazji. Mam spore wątpliwości, czy ta sama uwaga stosuje się do osób cierpiacych na demencję: ale na miłość boską, chorzy psychicznie? Ja rozumiem oczywiście, że Europą rządzą socjaliści w wersji czerwonej i mnóstwo zielonych ekologó – skąd już niedaleko do koloru brunatnego – ale propagować uwerturę do powtórki z akcji T4?

Chociaż jak się tak chwilę zastanowić, jest w tym pewna logika: systemy emerytalne państw Europy Zachodniej trzeszczą w szwach, ludzie żyją coraz dłużej i pracują coraz mniej. Wystrzelać nie bardzo można, ale propagować rozwiązania humanitarne? Przecież to troska o cierpiących… Jako patrona akcji proponuję Philippa Bouhlera:

Nasz przytulny kurwidołek

August 12, 2010

Dawno temu, za rzekami… Powiedziałbym jeszcze “za górami”, ale rzecz miała się w Holandii, więc taka uwaga byłaby nie na miejscu. W każdym razie, w pięknym (zdaniem niektórych) holenderskim mieście Maastricht podpisano traktat powołujący do życia wspólną europejską walutę: euro. Czego tam nie było! I obietnice gospodarczej solidarności, i plany harmonijnego rozwoju, i wymagania dyscypliny budżetowej… No, jednym słowem pomyślność, powszechna szczęśliwość, pokój na świecie i kwiatki w każdym wazonie.

Ale to było dawno i od tamtej pory mnóstwo się na świecie zmieniło. Przyszedł kryzys, Grecja de facto zbankrutowała, Hiszpania i Irlandia kolebią się na krawędzi przepaści – a przytrzymują ich głównie Niemcy. Wprawdzie traktat z Maastricht zabrania pomocy udzielanej w formie tego typu pożyczek celowych – no, ale panie dzieju, to jest sytuacja wyjątkowa (ciekawe: opieprzających się Greków można ratować, ale już na polskie stocznie nosem kręci pani komisarz Kroes). Europejski Bank Centralny jest tak zaciekle niezależny, że de facto skupuje obligacje skarbowe PIIGS, co delikatnie mówiąc, niespecjalnie ma się do jego celów statutowych.

Nic dziwnego, że finansującym tę zabawę w europejską jedność Niemcom w końcu się znudziło – prośbą czy groźbą, ale zmusili rządy południowych nierobów do zaczęcia porządków w stajni Augiasza zwanej dla niepoznaki hiszpańskimi (czy greckimi) finansami publicznymi. Rząd premiera Papandreou spacyfikował kierowców ciężarówek paraliżujących kraj, a hiszpański Jaś Fasola zapowiedział reformy. Atak zdrowego rozsądku? Niestety nie…

Uspokojony dobrymi wynikami sprzedaży obligacji (mówiąc po ludzku: Hiszpania dalej będzie się zadłużać i bardzo się cieszy, że ktoś jeszcze chce jej pożyczać pieniądze – co w okolicach marca / kwietnia wcale nie było takie pewne), Zapatero stwierdza, że właściwie to nie należy przesadzać z tymi reformami i małe kroki, niezbyt bolesne, wystarczą do przeprowadzenia gospodarki przez kryzys (hm, czy ja już tego gdzieś nie słyszałem).

Niemcy pewnie by się wściekli, ale Komisja Europejska wykonała manewr wyprzedzający. Otóż banki, które nie przeszły “stress testów” przechodzą na garnuszek państwa – w praktyce, ich bilanse powiększają deficyt kraju, w którym operują. W przypadku Niemiec, WestLB i Hypo Real Estate wystarczą, żeby stosunek długu do PKB skoczył z 79 na 90%…

I wtedy ci cholerni Niemcy nie będą już mogli szczycić się finansowym zdyscyplinowaniem, patrzeć z góry na resztę Europy i pouczać! Dobrze im tak, faszystom cholernym i zarozumialcom – tylko by pracowali i oszczędzali, podli ludzie, zamiast konsumować i w ten sposób rozkręcać gospodarkę!

Jak powiedział w 2007 premier Luksemburga:  “We all know what to do, but we don’t know how to get re-elected once we have done it“.  Innymi słowy: ukisimy się, ale obowiązującego modelu socjalistycznego rozdawnictwa bronić będziemy jak niepodległości jak prawa do aborcji na żądanie i gejowskich ślubów razem wziętych! Tak nam dopomóż Marks!

Antysemityzm – kumulacja, reaktywacja i rewelacja

August 4, 2010

Ciapiatych zaczęto sprowadzać na piękną holenderską ziemię pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, a kawiarowi komuniści już A.D. 2010 zrozumieli, że Żydzi i Arabowie nie przepadają za sobą. Gwałtu rety, antysemityzm! Chociaż w sumie to mówimy o wzajemnej nienawiści dwóch ludów semickich, więc zwykły antysemityzm (kiedy Żyd nie lubi goja) to za słabe określenie… Trzeba będzie stworzyć coś nowego.

No ale ciapiaty ciapiatemu nierówny – i poseł Ahmed Marcouch z PvdA (takie tutejsze SLD – minus komunistyczny beton), z pochodzenia Marokańczyk, odczuwa wstyd. Straszliwe to uczucie trawiące śniadą pierś deputowanego wzięło się z nakręconego ukrytą kamerą reportażu, na którym amsterdamski rabin idzie przez marokańską dzielnicę, a nastoletni żule chcą na jego widok zamówić pięć piw. Jako że takie zjawiska świadczą o podnoszeniu łba przez potworną hydrę antysemityzmu, zarazę należy wyplenić w zarodku. Proponowany sposób: wysyłanie w teren funkcjonariuszy udających Żydów, którzy aresztują każdego marokańskiego nazistę stającego im na drodze.

Rzecz jest o tyle perspektywiczna, że w przeszłości amsterdamska policja wysyłała w teren patrole policjantów udających gejowskie pary – oczywiście w celu zwalczania przemocy wymierzonej w ciepłych braciszków. Tak się niestety składa, że ciapiaci to obrzydliwie konserwatywni i zaściankowi ludzie – i za kochającymi inaczej nie przepadają. Skutek może być taki, że policjant udający geja zostanie pobity przez swojego kolegę z komendy, który udaje Araba (więc musi podtrzymać kamuflaż aby uwiarygodnić się przez Mustafą i Abdelem)…

Może jakieś reality show?

W krzyżu miłości nauka

August 3, 2010

Jak głosi obiegowa mądrość, Polska to kraj w przeważającej większości katolicki. Jednych to cieszy i napawa dumą, innych doprowadza do białej gorączki bo czują się prześladowani – ale co do samego faktu, wielkich rozbieżności raczej nie ma. Jak to w kraju katolickim, w życiu publicznym obecni są duchowni: a skoro duchowni to i zakony. Są jezuici, są franciszkanie, augustianie, karmelici, kapucyni, redemptoryści… I rosnący w siłę w ostatnich latach zakon ojców konfidencjałów.

Jego członkowie wywodzą się z różnych warstw społecznych i miejsc w Polsce, nie mają swoich domów zakonnych (choć dziwnie często można ich spotkać przed kamerami TVN24) i formalnie należą do innych zakonów… Ale łączą ich dwie rzeczy: po pierwsze, każdy z nich na pewnym etapie życia został zarejestrowany jako TW “bez swojej wiedzy i zgody” – a po drugie, wiedzeni jakimś tropizmem, entuzjastycznie promują do urzygania ekumenizm (polegający w ich wersji na rozmywaniu doktryny katolickiej w ciepłym bagienku moralnego relatywizmu).

Mamy więc na liście ojca Hejmo (informującego smutnych panów co się dzieje w Watykanie – oczywiście nieświadomie), księdza Michała Czajkowskiego (rozmawiającego z SB na temat księdza Popiełuszki, bo był łatwowierny), biskupa Wielgusa (bo bez paszportu nie miał jak prowadzić badań naukowych)… I mamy przełożonego całej tej wesołej kompanii: metropolitę lubelskiego, księdza biskupa Józefa Życińskiego.

Wybitny ten przedstawiciel stanu duchownego to właściwie nie jest temat na wpis na blogu tylko na raport psychiatry lub psychologa: zainteresowanie księdza biskupa tematem lustracji spełnia chyba definicję zaburzenia obsesyjno-kompulsywnego. Krytyka RM? Proszę bardzo. Obrona cyngli z Czerskiej wywalonych przez byłych mocodawców? Biskup Życiński na pierwszej linii… Nic więc dziwnego, że Jego Eminencja zabrał głos w kontekście krzyża pod Pałacem Prezydenckim.

Swoim zwyczajem, musiał to oczywiście zrobić podczas mszy dla osób ruszających na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy (Amerykanie mają na takich ludzi piękne określenie “attention whore”). I cóż rzecze krynica mądrości Józef Ż?

Sprzeciwia się wprowadzaniu na teren świątyni i pielgrzymek “mentalności aparatczyków partyjnych“. Bardzo słuszny postulat, choć pielgrzymki do sanktuariów chadzają w Polsce nieco innymi trasami a na chodniku żadnej światyni nie ma – że nie wspomnę o hipokryzji, jaką śmierdzi zarzut upolitycznienia religii akurat w ustach tego dostojnika. Ale czego ja wymagam od purpurata, zdaniem którego światem rządzi “przypadek i prawa fizyki“?

Dalej obowiązkowa inwokacja do Jana Pawła II: “Jeśli kochamy krzyż, potrafimy trwać jak Maryja w milczącej modlitwie, by wyrazić nasz szacunek dla krzyża. To jest styl Jana Pawła II, to jest lekcja, której oczekujemy od pokolenia Jana Pawła II“. W tłumaczeniu na polski: ani się ważcie protestować, kategorycznie bronić swojej wiary i jej symboli wolno co najwyżej “braciom” “starszym” (podwójny cudzysłow – celowy). Ciekawe tylko, kogo ma na myśli Jego Eminencja mówiąc “my”?

Kiedy patrzę i słyszę coraz częstsze okrzyki i gwizdy wznoszone czy na mogiłach powstańców, czy przy grobach bliskich – grobach, na których widnieje krzyż – to myślę, że u gwiżdżących temperament polityczny jest dużo ważniejszy niż poczucie pobożności. Oni znacznie bardziej potrafiliby się zachowywać na stadionie niż w świątyni, niż w cieniu krzyża” – i to mówi człowiek, który w orędziu wigilijnym A.D. 2006 musiał wstawić passus o lustracji…

No, więc zasadniczo wszystko już wiadomo: jak autorytety orzekły że krzyż ma znikać, to wierni mają stulić uszy i słuchać, bo tak wygląda miłość bliźniego w interpretacji biskupa Ż. W nagrodę biskup z przyległościami pojedzie okazać ekumeniczną miłość muzułmanom albo wyznaniu na “j” – wypiwszy i zakąsiwszy na koszt podatnika.

Dobrze, że my katolicy mamy takich mądrych biskupów tłumaczących, na czym polega prawdziwe przesłanie miłości bliźniego. Jeszcze by się komuś w dupie przewróciło i chciałby dawać świadectwo? Tfu, Michnik uchowaj…