Michalkiewicz: Rozterki i wątpliwości

Szanowni Państwo!

Ach, jakąż straszliwą próbą dla każdego uczciwego człowieka są demokratyczne wybory – choćby nawet pozbawione większego znaczenia, jak na przykład wybory tubylczego prezydenta w Polsce! Już nawet nie chodzi o to, że trzeba dokonać wyboru, to znaczy – podjąć decyzję, co – jak wiadomo – wielu ludziom przychodzi z trudem. W skrajnych przypadkach konieczność ta przyprawia ich o głęboką rozterkę, o jakiej poucza nas bajka o osiołku, któremu „w żłoby dano: w jednym owies, w drugim siano”. Jak pamiętamy, osiołek ów, nie mogąc dokonać wyboru, padł z głodu. A przecież był on w nieporównanie lepszym położeniu od nas!

Oto bowiem w miarę zbliżania się terminu głosowania, kampania wyborcza się zaostrza. Zaostrzenie to polega na wynajdywaniu argumentów, a przynajmniej poszlak przemawiających za tym, że przeciwnik to skończony dureń, a poza tym łajdak, na domiar złego otoczony bandą durniów i łajdaków jeszcze gorszych od niego. Te argumenty i te poszlaki w wielu wypadkach sprawiają wrażenie uzasadnionych i przekonujących – i to nie tylko obserwujących te zmagania obywateli, ale niekiedy – nawet samych zainteresowanych. Na przykład pan marszałek Bronisław Komorowski już się nie upiera, że jest hrabią, bo – jak powiadają Rosjanie – „Fiedot, da nie tot” – to znaczy, że wprawdzie owszem – nazywa się Komorowski, jakże by inaczej – ale podobno nie z „tych” Komorowskich, tylko z innych. Przewidział to przed laty Janusz Szpotański, pisząc w „Towarzyszu Szmaciaku”, że „dziś bardzo u partyjnych w modzie jest pleść koszałki o swym rodzie (…) Wpierw szarże były wielkim szykiem lecz dziś z nich każdy – pułkownikiem. Przejadł się także im doktorat, więc na tytuły przyszła pora”.

Ale mniejsza już o te arystokratyczne fumy, w sam raz pasujące do demokratycznego państwa prawnego, w dodatku urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej – bo ważniejsze jest co innego. Oto gdy pod koniec kampanii wyborczej jesteśmy już całkowicie przekonani przez wyborcze sztaby, że obydwaj kandydaci to durnie, niedołęgi, krętacze i szubrawcy – mamy akurat spośród nich wybrać któregoś, by w jego ręce złożyć nie tylko losy państwa, ale i swoje własne! Krótko mówiąc – wymaga się od nas, byśmy zrobili coś, co nie tylko urąga wszelkiej logice i zdrowemu rozsądkowi, ale nawet elementarnemu poczuciu moralnemu! Zastanówmy się tylko – czy którykolwiek z nas, po tym wszystkim, co usłyszał o kandydatach, to znaczy – co oni sami i ich sztaby wyborcze mówią o przeciwniku – nie zawahałby się oddać któremukolwiek z nich swojej córki za żonę, a nawet – kupić od któregoś samochód?

Ciekawe, że zarówno kandydaci, jak i ich sztaby wyborcze sprawiają wrażenie, jak gdyby w ogóle nie zdawały sobie z tego sprawy. Mamy w związku z tym dwie możliwości: albo przekonanie o własnych zaletach zupełnie przesłoniło im poczucie rzeczywistości, albo są jeszcze głupsi, niż myślimy, co zresztą w sumie na jedno wychodzi. Byłoby znacznie lepiej, a jeśli nawet nie lepiej, to przynajmniej przyzwoiciej, gdyby każdy z kandydatów opowiadał dowcipy. Przynajmniej byśmy się pośmiali, a tak, to zamiast przyjemności – udręka i beznadzieja, bo cokolwiek zrobimy, to i tak będzie źle.

Na szczęście, jak wspomniałem, wybory tubylczego prezydenta nie mają większego, a może nawet żadnego znaczenia i to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ci wszyscy dygnitarze są jedynie marionetkami w rękach sprawującej w Polsce rzeczywistą władzę razwiedki, czyli tajnych służb z komunistycznym rodowodem, które w dodatku wysługują się państwom trzecim – przede wszystkim – strategicznym partnerom, czyli Niemcom i Rosji. Po drugie – nawet gdyby razwiedka nie okupowała Polski, to po 1 grudnia ubiegłego roku, kiedy Polska stała się jedną z mniej znaczących prowincji Unii Europejskiej, która ma własne władze, – tubylczy prezydenci nie mają wiele do gadania. Wystarczy zwrócić uwagę, że ponad 80 procent obowiązującego u nas prawa, to przetłumaczone własnymi słowami dyrektywy Komisji Europejskiej, a każda ustawa, żeby w ogóle trafiła pod obrady, musi najpierw uzyskać certyfikat zgodności z ustawodawstwem europejskim. Wprawdzie z punktu widzenia suwerenności nie wygląda to dobrze, przeciwnie – wygląda wręcz fatalnie, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu właśnie nasza rozterka przedwyborcza nie wygląda aż tak poważnie, jak moglibyśmy sobie wyobrażać. Zdaję sobie sprawę, że ten punkt widzenia i w ogóle – taki sposób patrzenia na wybory prezydenckie odbiega i to znacznie od głównego nurtu, który charakteryzuje się znacznym zacietrzewieniem, ale nic na to nie poradzę. Czy są wybory, czy akurat ich nie ma, trzeba starać się mówić prawdę – i tyle.

Tymczasem wybory – wyborami, a w związku ze zjazdem dygnitarzy, urządzonym w Krakowie z okazji 10-lecia dygnitarskiej międzynarodówki zwanej „Wspólnotą Demokratyczną” czy jakoś tak – pojawiły się uporczywe pogłoski, jakoby pan marszałek Komorowski zamierzał poczynić pani Hilarii Clintonowej jakieś obietnice. Pani Hilaria Clintonowa, jak wiadomo, interesuje się naszym krajem o tyle, o ile można wyciągnąć od Polski 65 miliardów dolarów dla żydowskich organizacji wiadomego przemysłu. Jak to mówią, nie ma dymu bez ognia, więc może byłoby dobrze, gdyby pan marszałek Komorowski ustosunkował się do tych pogłosek i wyjaśnił, czy rzeczywiście zamierza, w zamian za pokazanie się przed kamerami w towarzystwie starszych i mądrzejszych, przyłożyć rękę do planowanego rabunku Polski, czy też są to jedynie fałszywe pogłoski, kolportowane przez jego politycznych przeciwników. Może nie byłoby potrzeby zwracania na to uwagi, gdyby nie deklaracja ministra Radosława Sikorskiego, że zamierza podpisać nową, „jeszcze lepszą” wersję umowy o rakietowym makagigi ze Stanami Zjednoczonymi. Jak pamiętamy, poprzednia, to znaczy – aktualna umowa polegała na ty,, że Amerykanie przywieźli do Polski atrapę wyrzutni rakiet „Patriot”, a nasi mężykowie stanu z panem ministrem Klichem na czele, urządzili z tej okazji wielką powitalną uroczystość. „Lepsza wersja” może zatem polegać na przysłaniu jeszcze jednej atrapy, której przybyciu będzie towarzyszyła jeszcze większa uroczystość. Jak na 65 miliardów dolarów, to nie jest dobry interes, więc byłoby dobrze, gdyby przed wyborami chociaż tego można było się dowiedzieć.

Mówił Stanisław Michalkiewicz

Tags:

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: