Archive for July, 2010

Michalkiewicz: Gęg pod niebiosa

July 23, 2010

Jaki pan – taki kram. To, że pod władzą razwiedki, której najtwardsze jądro stanowi wywiad wojskowy z sowieckimi jeszcze korzeniami, państwo nasze zamieniło się we własną atrapę – jest tajemnicą poliszynela. Wiedzą o tym doskonale również mężykowie stanu, służący razwiedce za parawan w rozmaitych Sejmach, Senatach, Radach Ministrów i Kancelariach Prezydenta. Najlepszym dowodem, wskazującym, iż zdają sobie sprawę nie tylko ze stanu państwa, ale i z własnej w tym wszystkim roli, są między innymi sejmowe komisje śledcze.

Służą one oczywiście mężykom stanu do autopromocji, ale przede wszystkim, jako widowiska telewizyjne, mają na celu ukrycie przed opinią publiczną faktu, że jeden z ważnych i właściwie niezastąpionych segmentów państwa – wymiar sprawiedliwości – przestał prawidłowo funkcjonować. Ciekawe, że podobna sytuacja miała miejsce w czasach saskich i stanisławowskich, kiedy wobec skorumpowania sądów państwowych, rozwinęły się sądy polubowne. Obecna sytuacja jest jeszcze gorsza, bo o ile w tamtych czasach odmowa wykonania wyroku sądu polubownego pozbawiała odmawiającego honoru ze wszystkimi tego skutkami, to dzisiaj tego rodzaju sankcja byłaby całkowicie bezskuteczna.

Wracając do komisji sejmowych, jako dowodu na całkowity rozkład państwa, to znakomitą ilustracją jest komisja, która pod kierunkiem posła Antoniego Macierewicza próbuje wyjaśnić okoliczności katastrofy pod Smoleńskiem. Już pierwszego dnia udało się przyłapać panią minister Ewę Kopacz na konfabulacji. Pani Kopacz pierwotnie publicznie twierdziła, że „widziała” polskich lekarzy i prokuratorów pracujących wraz z rosyjskimi lekarzami i prokuratorami przy sekcjach zwłok ofiar, podczas gdy wygląda na to, iż nie mogła tego widzieć, bo wspólna praca nie miała miejsca. W tej sytuacji trzeba wyjaśnić, na jakiej podstawie pani minister Kopacz skonfabulowała sobie tę historię, podobnie jak inni dygnitarze rządu premiera Donalda Tuska – swoje opowieści. I najwyraźniej właśnie ta możliwość pobudza do furiackiego gęgania wszystkich konfidentów razwiedki – zarówno poprzebieranych za polityków, jak i poprzebieranych za dziennikarzy.

Komentarz   „Dziennik Polski” (Kraków)   23 lipca 2010

Advertisements

Dreszcze

July 15, 2010

Ameryka się boi i jak tak się chwilę zastanowić, to całkiem słusznie się boi. Licząc tylko ostatnie dwadzieścia lat – od upadku Sojuza – narobiła sobie tylu przyjaciół w różnych zakątkach świata, że rachunek prawdopodobieństwa mówi jasno: któremuś z nich w końcu się uda. Dał nam przykład Osama, jak niewiernych gromić mamy!

Na nieszczęście dla ojczyzny Czarnego Mesjasza Zmiany, co poniektórzy źli ludzie chcący ją skrzywdzić są ciut bystrzejsi od kretyna, który chciał strącić samolot detonując w pierwszy dzień Bożego Narodzenia swoje genitalia. Niektórzy z nich nauczyli się nawet używać komputera i korzystać z internetu. Co na to Ameryka? Będzie się bronić, oczywiście –  monitorując co się da. Szczególną uwagę będzie się zwracać na krytyczne elementy infrastruktury i absolutnie, ale to absolutnie, nie ma mowy o stałym monitorowaniu całości systemu.

I właściwie nie zwróciłbym na tę informację specjalnej uwagi gdyby nie nazwa: otóż inicjatywa nosi dumną nazwę “Perfect Citizen”, czyli “obywatel doskonały”. Są dwie szkoły: albo twórcy programu to biurokratyczni durnie nie zdający sobie sprawy z konotacji takiego sformułowania, albo inteligentne i cyniczne szuje – coś w typie Dicka Cheneya – doskonale rozumiejące, że kładą fundamenty pod budowę orwellowskiego koszmaru.

Może nawet uwierzyłbym w zaprzeczenia odnośnie monitorowania wszystkiego, co dzieje się w internecie, gdyby nie inna wiadomość. Trochę ponad tydzień temu KE ratyfikowała umowę z rządem USA odnośnie udostępniania amerykańskim służbom danych o transakcjach finansowych dokonywanych na terenie UE. Jest to, jak wszystkie działania KE i Czarnego Mesjasza, ogromny sukces i dowód mądrości dziejowej, dzięki której łatwiejsze będzie ściganie terrorystów, bezpieczeństwo obywateli wzrośnie, kontrola podstawą zaufania i ogólnie kwiatki w każdym wazonie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden szczegół: Amerykanie będą dostawać dane z całego systemu SWIFT, ale sami nie muszą udostępniać nic. Wszystko, ma się rozumieć, dla naszego dobra.

Zajdel, Huxley, Orwell… Mnóstwo nazwisk ciśnie się do głowy kiedy czyta się takie doniesienia z frontu walki o nowy wspaniały świat. Kto chce, może wybrać najlepiej dopasowaną literacką analogię. Tyle wolności jeszcze nam zostało.

Michalkiewicz: Cukrzyca i Gocłowski

July 14, 2010

Zmarł ksiądz prałat Henryk Jankowski. Przyczyną choroby była zaawansowana cukrzyca, na którą cierpiał od dłuższego już czasu. Ale nie ona dostarczała księdzu Jankowskiemu największych cierpień. Znacznie więcej i większych doznał od JE abpa Tadeusza Gocłowskiego, swojego ordynariusza.

Póki gonił zające, póki kaczki znosił, Kasztan co chciał u pana swojego wyprosił” – pisał w bajce „Stary pies i stary sługa” pozbawiony złudzeń biskup Ignacy Krasicki. Więc odkąd ksiądz Henryk Jankowski w sierpniu 1980 roku po raz pierwszy udzielił strajkującym w Stoczni im. Lenina w Gdańsku „pomocy duszpasterskiej” (bo lawirujący między Breżniewem i Zachodem Gierek pozwolił na udzielanie strajkującym różnych rodzajów „pomocy humanitarnej”), został niekwestionowanym kapelanem „Solidarności”. Jakże inaczej oceniano wtedy taką działalność, niż dzisiaj! Oto co w gdańskim wydaniu „Głosu Cadyka” pisze red. Maciej Sandecki: „W latach 80. Prałat uczynił z tej świątyni bastion oporu przeciwko komunistycznej władzy. Odprawiał tam patriotyczne msze, pod kościołem rozdawano niepodległościowe ulotki”. Dzisiaj za takie rzeczy „Głos Cadyka” pryncypialnie chłoszcze nie tylko „ajatollachów”, którym marzy się „państwo wyznaniowe” i z tego powodu „nadużywają religii do polityki” – ale wtedy razwiedka jeszcze nie dopuściła „lewicy laickiej” do kondominium nad mniej wartościowym narodem tubylczym, więc mądrość etapu podpowiadała, by nie tylko podpiąć się pod „ajatollachów”, ale nawet im się podlizać. Więc Adam Michnik zabiegał o chrzest dla swego syna Antosia właśnie u księdza prałata Jankowskiego, zaś na rodziców chrzestnych poprosił Lecha Wałęsę i Wacławę Bujakową. W odróżnieniu od Andrzeja Szczypiorskiego, któremu pierwszy chrzest się nie przyjął, w tym przypadku wszystko odbyło się w jak najlepszym porządku – ale kiedy etap się zmienił, kiedy razwiedka ustanowiła już kondominium z „lewicą laicką”, Adam Michnik zemścił się na księdzu Jankowskim za tę krzywdę. Zemsta, „choć leniwa”, była niezwykle dotkliwa. „Głos Cadyka” oskarżył księdza Jankowskiego o pedofilię, a gdy oparte na słynnych „faktach prasowych” oskarżenie upadło z braku jakichkolwiek przesłanek – już tylko o „demoralizowanie” młodych ludzi – bo „dawał im pieniądze”. Pikanterii sprawie dodaje okoliczność, że redaktorzy „Głosu Cadyka” też za swoje usługi biorą pieniądze, podobno nawet niemałe. Niech im tam będzie na zdrowie, bo w sprawie księdza Jankowskiewgo czynni byli też inni szatani.

O ile na jednym etapie odprawianie „patriotycznych mszy” i tolerowanie ulotek pod kościołem jest liściem do wieńca sławy, o tyle na etapie innym, kiedy już w ramach ustanowionego kondominium karty zostały rozdane, krytykowanie ustanowionego porządku jest karygodnym „mieszaniem się do polityki”. Na dodatek ksiądz Jankowski mieszał się do polityki na odcinku szczególnie zagrożonym, stwierdzając na przykład, że nadreprezentacji przedstawicieli „narodu wybranego” we władzach państwowych tubylczy naród polski „się boi”. W tym momencie opuściła go większość najwierniejszych pretorian, bo wiadomo, że w takich sprawach żartów nie ma. Co zaś się tyczy owej nadreprezentacji, bo myślę, że warto przytoczyć rozmowę, której byłem świadkiem. Z doktorem Markiem Edelmanem rozmawiał francuski dziennikarz, żydowskiego zresztą pochodzenia, Guy Sorman, którego, na jego prośbę do Marka Edelmana zawiozłem. W pewnym momencie Sorman zapytał Edelmana, czy nie obawia się jakiegoś wybuchu antysemickich nastrojów w Polsce z powodu nadreprezentacji Żydów w aparacie władzy państwowej. Kiedy Edelman wyśmiał pogląd Sormana o nadreprezentacji, ten zaczął mu wyliczać Żydów we władzach po nazwiskach. Edelman wydawał się zaskoczony, podobnie zresztą, jak i ja, nie tylko wiedzą Sormana na ten temat, ale przede wszystkim – liczbą wymienionych nazwisk. – No rzeczywiście – powiedział – sporo ich jest, ale nie, żadnych antysemickich nastrojów się nie obawiam. Skąd Sorman był tak dobrze zorientowany w tej kwestii? Nie wiem, ale myślę, że pewne znaczenie mogła mieć okoliczność, iż był masonem z Wielkiego Wschodu Francji, do którego należał również „drogi Bronisław”, czyli Bronisław Geremek i ta sprawa, z jakichś powodów uznana za ważną, mogła być w lożach znana. Okazuje się zatem, że ktoś te sprawy monitoruje, chociaż dla najbardziej zainteresowanych mają one pozostać tajemnicą. W świetle tej rozmowy wydaje się oczywiste, że ksiądz Jankowski miał rację nie tylko w kwestii „nadreprezentacji”, ale i obaw polskiej społeczności, jak się owa nadreprezentacja zachowa w przypadku konfliktu interesów: polskiego i żydowskiego.

Za to spostrzeżenie JE abp Tadeusz Gocłowski w 1997 roku zabronił ks. Henrykowi Jankowskiemu głoszenia kazań. Zrobił to po raz drugi w roku 2004, odwołując go również z funkcji proboszcza parafii św. Brygidy w Gdańsku. Dlaczego JE abp Tadeusz Gocłowski był tak wyczulony na uwagi na temat Żydów? Tego nie wiem, natomiast myślę, że warto zwrócić uwagę, iż Jego Ekscelencja miał, jak sądzę, świadomość swego uwikłania w sprawę nazwaną poźniej „aferą Stella Maris”, co skłaniało go do daleko posuniętej ostrożności zwłaszcza w sprawach, w których mógłby narazić się Żydom. Poza tym znana jest powszechnie niechęć niektórych ludzi do osób, które wyświadczyły im coś dobrego. Ksiądz prałat Henryk Jankowski mówił mi osobiście o willi w Gdańsku-Wrzeszczu, którą podarował Archidiecezji z intencją przeznaczenia jej na dom księży-emerytów, a która została sprzedana w celu zatuszowania malwersacji związanych ze Stellą Maris i działalnością niektórych gdańskich gangsterów, podobnie jak 80 hektarów ziemi, które również podarował Archidiecezji. W tej sytuacji niechęć, a nawet ostentacyjne lekceważenie, jakie JE abp Gocłowski okazywał ks. Henrykowi Jankowskiemu wydają się zrozumiałe, chociaż oczywiście trudne do usprawiedliwienia.

Podobnie zrozumiałe, chociaż jeszcze trudniejsze do usprawiedliwienia jest zachowanie legendarnych postaci historycznych i autorytetów moralnych, które w pewnych sprawach reagują stadnie. Mam na myśli oczywiście sprawę rozliczenia zagranicznej pomocy, jaka przez całą dekadę lat 80-ych płynęła do Polski zasadniczo dwoma kanałami: mniejszym kanałem watykańskim i przez Międzynarodowe Biuro Solidarności w Brukseli. Przez kanał watykański – jak to ujawniono w związku z aferą Banco Ambrosiano – przeszło około 200 milionów dolarów (wówczas w Polsce miesięczne wynagrodzenie pracownika najemnego wahało się między 20 a 30 dolarami), zaś przez Międzynarodowe Biuro Solidarności w Brukseli, którym kierował tajny współpracownik SB Jerzy Milewski, późniejszy minister w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy – co najmniej dwa razy tyle. To już bezpieka monitorowała na bieżąco i doskonale wiedziała, kto ile forsy wziął i gdzie sobie schował. Tą wiedzą właśnie tłumaczę sobie zastanawiającą skwapliwość, z jaką spiżowe, legendarne postacie podchwyciły propozycję kondominium ze strony razwiedki i z jaką autorytety moralne dostarczyły dla tej propozycji patetycznych uzasadnień. Wtedy wprawdzie wszyscy się zgadzali, że z tych pieniędzy trzeba będzie się rozliczyć – ale oczywiście nie teraz, kiedy szaleje bezpieka, tylko później, już w „wolnej Polsce”. Więc kiedy, już w „wolnej Polsce”, podczas zjazdu Solidarności, jakiś prawdziej złożył wniosek o rozliczenie tych pieniędzy, podniósł się nieopisany harmider, niczym podczas rozprawy Żydów ze św. Szczepanem, a kiedy emocje opadły, rada w radę uradzono, żeby żadnego rozliczenia nie przeprowadzać. Z drugiej strony, skoro już mleko się rozlało, nie można było sprawy tak zostawić, więc na gorące prośby i zaklęcia spiżowych, legendarnych postaci i autorytetów moralnych, ksiądz prałat Henryk Jankowski dał publicznie kapłańskie słowo honoru, że wszystko odbyło się w jak najlepszym porządku, że nikt niczego nie ukradł, ani nie schował na prywatne cele. W tej sytuacji, powtarzam, całkowicie zrozumiała jest niechęć, z jaką legendarne, spiżowe postacie oraz autorytety moralne odnosiły się do księdza Jankowskiego – chociaż jeszcze trudniejsza do usprawiedliwienia, niż ostentacyjna niechęć JE abpa Tadeusza Gocłowskiego.

Słowo od siebie: niewiele postaci było bardziej zasłużonych od księdza prałata – i gorliwiej od niego opluwanych. Cześć jego pamięci – oby po tamtej stronie zaznał wreszcie sprawiedliwości.

Skończyła się szatnia – zaczęła się trawa

July 14, 2010

No to żarty się skończyły: kanclerz Merkel ma dość finansowania deficytu co weselszych członków UE za pieniądze niemieckich podatników (a ściślej rzecz biorąc, wspomniani podatnicy chyba nie mają ochoty sponsorować narażonych na biedę dzieci bankierów). Jest to o tyle istotne, że turbulencje w sektorze bankowym „starej Unii” mogą dość szybko odbić się czkawką w Polsce, gdzie już po dwudziestu latach co bystrzejsi oficjele zorientowali się, że wolna amerykanka w bankowości to nie jest dobry pomysł. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Co robić, głowi się pewnie Angela M.? Wywalić z UE finansowych leserów nie można, bo będzie poruta. Pokazać środkowego palca bankierom też za bardzo się nie da, bo jest ryzyko że bankierzy pokażą pani kanclerz skąd jej nogi wyrastają i marzenia o dwóch kadencjach prysną jak sen jaki złoty. Ale dopłacać w nieskończoność też się nie da, bo formalne bankructwo Grecji końcu i tak nastąpi. Co pozostaje? Schumpeterowska kreatywna destrukcja.

A po ludzku mówiąc, kłębią się plany powołania Klubu Berlińskiego – na podobieństwo Paryskiego (zajmującego się zadłużeniem międzypaństwowym) i Londyńskiego (odpowiedzialnego za długi państw względem korporacji). Nowa instytucja, wspólnie z MFW, koncentrowałaby się na obligacjach rządowych i pochodnych od nich instrumentach (opcjach na obligacje etc.). Jako że obecna mądrość etapu podaje banki jako głównych sprawców kryzysu, wyznaczeni przez Klub Berliński specjaliści zajmowaliby się uregulowaniem należności w sposób maksymalnie chroniący finanse kraju członkowskiego.

Fajna rzecz, taka ochrona – ale jak przy każdej marchewce, także i tu pojawia się kij. Jeżeli Klub i MFW zadecydowałyby o formalnym uruchomieniu procedury bankructwa, automatycznie następowałoby ograniczenie suwerenności finansowego kraju w tarapatach. Jest w tym jakaś logika: do sprzątania finansowego syfu rzadko kiedy nadają się jego główni sprawcy. Co nie zmienia faktu, że jest to decyzja słuszna (ewidentnie dotychczasowy model niezbyt się sprawdza) i zostanie oprotestowana jako zamach na suwerenność (najgorsi lenie w rodzaju Greków i Hiszpanów będą oczywiście krzyczeć najgłośniej).

A Polska, sire? W Polsce oczywiście wszystko jest w porządku i największym problemem jest szef opozycji, który wywołuje u ministra finansów stany lękowe.

Zostań moim czarnuchem

July 12, 2010

Powiedzmy sobie jasno: autor tego bloga jest człowiekiem kiepsko przystosowanym do czasów, które nadejdą. Doceniam znaczenie Facebooka jako platformy do szybkiej komunikacji czy mechanizmu przypominającego o urodzinach znajomych – ale nijak nie mogę pojąć motywacji ludzi, którzy dzielą się w sieci detalami swojego życia osobistego. Że ktoś chce się pobawić w World of Warcraft – Bóg z nim, ale wydawać prawdziwe pieniądze na zakup wirtualnego uzbrojenia w celu skopania jakiegoś elfa czy innej maszkary? To chyba jakaś aberracja, przecież taki idiotyzm nie ma prawa się przyjąć…

No i znowu się myliłem: najpierw okazało się, że Facebook likwiduje swój sieciowy sklep. Trochę dziwne, bo jesli wierzyć szacunkom, jest to kura znosząca złote jaja. FB zamierza przemyśleć sposób zarządzania tym fragmentem biznesu, bo pozbawieni życia towarzyskiego użytkownicy skoncetrowali się na Farmville tudzież pochodnych imprezach i już nie interesuje ich np. okazanie milości drugiej połówce przy pomocy wirtualnej róży (opłaconej prawdziwymi pieniędzmi).

Myśleli, myśleli i wymyślili: będziemy płacić. Nie żeby zaraz ludzie z FB oszaleli i wydawali śliczne zieloniutkie dolary – takim idiotom nie udałoby się stworzyć jednego z najbardziej dochodowych interesów minionej dekady. Jeśli użytkownik wyklika odpowiednią ilość razy, to zbierze na koncie tyle “kredytów”, żeby wymienić je na produkty w sklepach sieci 7-11 (tak się składa, że to jeden z głównych sponsorów Farmville).

Na podobny pomysł wpadł Amazon: wykonując rzeczywistą pracę (porządkowanie wyników z wyszukiwarki), można dostać “Swag Bucks” wymienialne na upominki na amazon.com. Na razie nikt do takiej pracy nie zmusza więc można by skwitować temat zwięzłym volenti non fit iniuria, gdyby nie stawki: mniej więcej 5 dolarów za siedem godzin pracy. Nie żebym był bardzo wielkim entuzjastą przepisów o płacy minimalnej, ale jednak jakieś prawo w tej dziedzinie obowiązuje. Gdyby normalny biznes, kreujący w gospodarce wartość dodaną, oferował takie stawki, to wszyscy wrzeszczeliby o niewolnictwie i wykorzystywaniu. A tak? Wszystko w najlepszym porządku.

Co w sumie ma jakiś tam sens: skoro finanse publiczne rozlatują się jak domek z kart, z chlebem może być ciężko – więc ludzie potrzebują igrzysk. A że przy okazji robi to prywatna firma wychowująca ogłupionych niewolników i płacąca od procederu podatki, tym lepiej dla rządu.

I tylko śmieszą człowieka państwa w rodzaju Chin, którzy w celu kontrolowania populacji potrzebują rozbudowanego aparatu bezpieczeństwa. Amatorzy.

Ziemkiewicz: Czy Palikot się onanizuje?

July 10, 2010

Oto zagadka, nad którą głowię się od dawna. Jak to jest, że głupia, chamska propaganda  ma moc uwodzenia umysłów wybitnych? Że umysłowe prostactwo przyciąga wyrafinowanych intelektualistów, a brutalne chamstwo imponuje wysublimowanym estetom? Jeśli spotkam w najbliższym czasie Eustachego Rylskiego, nie omieszkam zadać mu tego pytania, choć wątpię, żeby znakomity pisarz był w stanie wyjaśnić, co mu zaimponowało w Palikocie.

Być może ja mu to zdołam wyjaśnić − jako się rzekło, zastanawiam się nad podobnymi przypadkami od dawna i do pewnych wniosków doszedłem. Ale podzielę się nimi za chwilę.

Najpierw spróbuję wyjaśnić, dlaczego Rylski i wielu innych Polaków tak chętnie przyjmuje za pewnik nie podpartą żadnymi faktami tezę, że za katastrofę rządowego samolotu winę ponosi śp. Lech Kaczyński. Wiara w to w niektórych kręgach (nie wiem, na ile głęboko jest w niej zaawansowany sam pisarz) jest już tak mocna, że uniemożliwia wszelką racjonalną dyskusję. Kaczyński winien jest po prostu przez sam fakt, że do Katynia leciał, bo „po co właściwie się tam pchał”. Można (i mimo wszystko trzeba) podnosić oczywistości: że to on właśnie, zgodnie z konstytucją i ugruntowanym obyczajem, był gospodarzem tej uroczystości, że przygotowania do niej trwały na długo zanim Putin zaprosił tam nieoczekiwanie także polskiego premiera, a więc jeśli ktoś się „wepchnął”, to właśnie Tusk, usiłując po raz kolejny wcisnąć się przed prezydenta w światło kamer i przypisać sobie zasługi w „historycznym pojednaniu” z Rosją. Wszystko to odbije się od niewzruszonej wiary żelaznego fan-klubu Tuska niczym od betonowej ściany.

To wstrętne, ale doskonale zrozumiałe. Tylko przyjęcie takiej postawy chroni ich przed utratą poczucia bezpieczeństwa i szacunku dla siebie, a każdy psycholog przyzna, że ludzki umysł, świadomie czy podświadomie, kombinuje zawsze tak, aby przede wszystkim zachować te dwa filary dobrego samopoczucia.

Można (i mimo wszystko trzeba) podnosić oczywistości. Piloci, jeśli byli pod presją, to przede wszystkim tego, że de facto nie mieli wariantu awaryjnego. Z kuriozalnej odpowiedzi ministra Klicha na pytanie o alternatywne lądowiska wynikało jednoznacznie, że to im samym pozostawiono wypełnienie w papierach rubryki „lotnisko zapasowe”, a więc, że de facto żadne lotnisko zapasowe nie było przygotowane. I pilot wiedział, że w istocie w Mińsku − na przykład − wylądować nie może, bo tam nikt nic nie wie, samolot zostanie otoczony przez pograniczników i wybuchnie skandal dyplomatyczny. A w innym porcie rosyjskim − też nie, bo zgodnie z procedurami nie można by nawet wysiąść z samolotu, dopóki nie przyjedzie tam BOR, a będzie jechał z bardzo daleko.

Piloci, jeśli byli pod presją, to między innymi tego, że narzucono im limit zużycia paliwa i rozliczano z niego. Pisaliśmy o tym, rzecz jest stwierdzona i oczywista; ale wszystko to odbija się jak betonowej ściany. Podobnie jak wiedza o totalnej degrengoladzie naszych sił zbrojnych w ogóle, a transportowego spec-pułku w szczególności, o nie zgrywaniu załóg, zaniechaniu ćwiczeń na symulatorach etc. Za wszystko to odpowiedzialność ponosi nie Kancelaria Prezydenta, ale rząd.

Już samo to sprawia, że najlepiej jest zwalać winę na pilota i na tym zamknąć wszelkie dochodzenie. Lobby zainteresowanych takim zamieceniem sprawy jest bardzo potężne.

Takie jest w mniejszym czy większym stopniu przy każdej katastrofie: zawsze najlepiej jest dla wszystkich żywych, żeby cała winę zwalić na umarłych i mieć spokój.

Ale w tym wypadku dochodzi dodatkowy czynnik. Jeszcze potężniejszy.

Rzecz w tym, że kwestia, czy pilot był pod presją czy nie, nie ma w ogóle znaczenia. Wiemy już, że pilot nie próbował lądować za wszelką cenę. W ogóle nie próbował lądować. Katastrofa nastąpiła gdy schodził tylko, zgodnie z poleceniami wieży kontrolnej, aby rozpoznać warunki ewentualnego lądowania. Albo był źle naprowadzany, albo miał złe dane o wysokości, albo z jakiejś innej jeszcze przyczyny zakładał przy tym błędnie, że jest znacznie wyżej, niż był w rzeczywistości. Tyle wiemy z ujawnionych fragmentów stenogramów.

Ta wiedza powiada, że ewentualna postawa obecnych na pokładzie prezydenta, generała Błasika czy szefa protokołu nie mogła mieć dla katastrofy znaczenia.

Czy można to, co tu w skrócie wyłożyłem, obalić jakimkolwiek racjonalnym argumentem? W świetle faktów nie można. Ale można nie przyjmować do wiadomości. I tak właśnie − jeśli wierzyć badaniom, pod które wyszył swój występ Palikot − czyni blisko połowa Polaków. Dlaczego?

Wiem i powiem. Ze strachu, że prawda może się okazać nie do przyjęcia. Że okaże się coś, z czym się nie będą mogli pogodzić, bo naruszy to ich wspomniane już wyżej psychologiczne pryncypia, poczucie bezpieczeństwa i szacunku dla siebie.

Bo wyobraźmy sobie, że fakty zaczęłyby nieuchronnie wskazywać na błąd rosyjskiej kontroli lotu. Nic więcej, niż tylko błąd − proszę, spróbujmy sobie to wyobrazić.

Obecna, przypomnijmy, władza przestraszyła się zgodzić na postępowanie zgodne z obowiązującą umową między naszymi państwami (od niedawna wiemy, że wstępnie zaproponował uznanie właśnie jej za podstawę prac prezydent Rosji) obawiając się, że − jak ujął premier Tusk − Rosja uzna to za „krok  zimnowojenny”. Czy w hipotetycznej sytuacji stwierdzenie współwiny rosyjskich kontrolerów odważyłaby się zażądać od Rosji przeprosin i odszkodowań?

No, załóżmy nawet, że by się zgodziła. Co by na to powiedzieli Rosjanie? Krótka „miłość” po katastrofie już się skończyła. Rosja prawdopodobnie odpowiedziałaby tak, jak na stwierdzenie faktu, że jej żołnierze obrabowali zwłoki śp. Andrzeja Przewoźnika. To znaczy oburzeniem, że to hańba, faszystowska prowokacja i plucie na wielki kraj, gromką odmową i zapewne jeszcze pobiciem przez „nieznanych sprawców” polskich dyplomatów w Moskwie.

No i co wtedy? Tusk by wypowiedział Rosji wojnę? No, może pobiegłby na skargę do Berlina albo Brukseli? No, powiedzmy, pobiegłby. A tam by mu kazano poczekać pod kuchennym wejściem, bo są akurat ważniejsze sprawy.

I jak by się wtedy czuła rzesza fanów, tak gorąco emocjonalnie związana z władzą? Zresztą, jak by się czuła cała Polska?

A ponieważ na nieprawidłowości po stronie rosyjskiej wskazuje coraz więcej, uruchamia się podświadomy, potężny mechanizm psychologicznego wyparcia. Po pierwsze − wina nie może leżeć po stronie Rosji. Po drugie, skoro musi leżeć po stronie Polski, dla wielu winnym musi być prezydent, którego całe życie nienawidzili, a nie rząd PO, w którą zainwestowali tyle wiary i codziennie inwestują jej jeszcze więcej.

A więc − Kaczyński jest winny, bo musi być winny. To najlepsze wyjście dla wszystkich, poza nim, ale on już przecież nie żyje, a jego zwolennicy im szybciej wymrą, tym lepiej. Taka musi być prawda i innej prawdy być nie może. Jeśli fakty są przeciw, tym gorzej dla faktów.

Takie nastroje z całym sobie właściwym cynizmem rozgrywa Palikot. I to jest wstrętne, ale racjonalne i zrozumiałe. Osobiście kłopot mam ze zrozumieniem tylko jednego. Mimo wszystkich odbytych studiów pozostaję, i zresztą szczycę się tym, prostym mazowieckim chłopem i pokrętne mózgowanie intelektualistów pozostaje dla mnie niepojęte. W jaki sposób intelektualista potrafi zaplątać się w emocjonalnym spazmie i wyłączyć przy tym myślenie do tego stopnia, by nie zauważać, iż występ Palikota był celowym wekslowaniem sprawy w zupełnie nie mające do niej nic insynuacje?

Hipotezę o współwinie prezydenta można rozważać tak samo, jak na przykład hipotezę o zamachu − znane fakty nie wskazują, ale teoretycznie i takie wyjaśnienie jest możliwe. I gdyby ktoś szedł w tym kierunku, nie potępiałbym go. Ale Palikot insynuuje, że Lech Kaczyński był od rana pijany. A załóżmy na chwilę, że nawet by był − to i co? Jaki to ma związek z katastrofą? Żadnego przecież. To tylko plucie i nic poza tym.

Pytanie, czy prezydent był trzeźwy, jest równie zasadne, jak pytanie, czy poseł Palikot przed swoją konferencją prasową się onanizował, jak podobno ma we zwyczaju. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć − jestem pewien, że w tej sprawie Eustachy Rylski mnie poprze − czy ważny polityk rządzącej partii, wiceprzewodniczący jej klubu parlamentarnego i jeden z medialnych „frontmenów” nie działa pod wpływem swoich seksualnych frustracji. Milczenie Palikota w tej sprawie jest wymowne. Charakterystyczne jest także, że jego była żona nigdy nie odpowiedziała wprost na pytanie, w jaki sposób Palikot to robi. Czy jest, jak to nazywa fachowo seksuologia, pigmalionistą, zaspakajającym się przy fotografiach i filmach, czy też, jak głoszą plotki (ile w nich prawdy, panie pośle? Dlaczego nie chce pan się do nich ustosunkowywać? Co pan ukrywa?) uprawia autoerotyzm przed swoim odbiciem w lustrze.

Państwo myślicie, że kpię? Jeszcze niedawno sam bym pomyślał, że to kpiny, i na dodatek niesmaczne, niestosowne i żałosne. Ale dziś oto okazuje się, że to najzupełniej poważny dyskurs polityczny. Że po prostu zadałem na głos pytania, które muszą zostać wreszcie zadane. I opinia publiczna powinna mi być wdzięczna, że mam tę odwagę.

Drogi Eustachy, na litość Boską − naprawdę, podoba ci się, że tak będziemy teraz rozmawiać? Naprawdę czujesz wdzięczność dla człowieka, który nas w taki język wciągnął?

Mam za swoje

July 9, 2010

Stare toto a głupie – tak mógłby mnie ktoś podsumować, gdybym nie zdążył tego zrobić sam. Po co mi to było? Przecież wystarczy sobie popatrzeć na listę płac w “Krytyce Politycznej” żeby zrozumieć że to mieszanka dwóch grup: kanapowi rewolucjoniści pół na pół z lewacką padliną najgorszego sortu. Nie wiem, moze przez te upały coś mnie podkusiło… Przeczytałem ostatnio felieton Kingi Dunin i pomyślałem, że może jednak się myliłem?

No i okazuje się, że nie – trzeba było się słuchać instynktu. W swoim felietonie z 8 lipca literat Rudnicki Janusz dzieli się następującymi przemyśleniami

Jeśli Kaczyński miałby być polskim kartoflem, z którego wystają reakcyjne, parafialne i narodowościowe pędy

Jak to jednak zrobić, kiedy jedna połowa cierpi na wzdęcie patriotyczne z narodowymi gazami?

Omijając już zatrważający fakt, że moje państwo stoi do dziś na straży delegalizacji aborcji, że razem z kościołem dzierżawi sobie brzuch kobiety, to nawet obietnica Komorowskiego w sprawie in vitro powoduje konflikt wewnątrz samej Platformy Obywatelskiej!

to przecież kraj, w którym miliony ludzi w roku 2010 wierzy jeszcze lub udaje, że wierzy w to, iż jedna niewiasta zaszła w ciążę z Duchem Świętym w postaci wiatru, a jej zrodzony z tego jednoosobowego stosunku syn chodził po wodzie

Ogłaszam uroczyście: od jutra zaczynam wspierać niekontrolowany dostęp do aborcji. Mam tylko jeden warunek – czczący ten zabieg w charakterze sakramentu zwolennicy lewicy zaczną od wykonania go na sobie. By żyło się lepiej, może redakcja “KP” zaświeci przykładem?

Chlupot z szamba trwa

July 9, 2010

Po sugestiach badania zwłok Lecha Kaczyńskiego pod kątem zawartości alkoholu, wielki bojownik o wolność słowa – Janusz Penisoręki – znów daje głos. Teraz uważa, że katastrofa w Smoleńsku to spisek i oszustwo:

http://www.fakt.pl/Palikot-Smolensk-to-katonarodowe-oszustwo,artykuly,76730,1.html

Chorą fascynację budzi we mnie fakt, że ci sami ludzie, którzy parę lat później wypominają Kaczyńskiemu tekst o ZOMO, tolerują rynsztokowe wypowiedzi Penisorękiego – a wręcz uważają, że wnosi od do polskiej polityki nową jakość, świeżość i inne trudne słowa. Młodzi, wykształceni, z dużych miast: i ślepo zapatrzeni we współczesnego Edka…

Jaki kraj takie elity? O Jezu…

Lepperiada 2010

July 8, 2010

Dzisiejszy Andrzej Lepper nijak ma się do Leppera niegdysiejszego  – smętne resztki, cień człowieka! Wyrok za współmolestowanie niewinnej jak biała lilia Anety K., śladowe poparcie w wyborach prezydenckich… Swoją drogą to ciekawe: z prawomocnym wyrokiem skazującym na karku nie można kandydować do parlamentu, ale na prezydenta – proszę bardzo.

Mimo tych smutków trapiących Cud-Mulata, ma on jednak pewne powody do radości: zarówno w Polsce jak i w UE jako całości, jego pomysły i dziedzictwo żyją i mają się świetnie.

Pierwszym powodem do chichotu z politycznych zaświatów może być wynik wyborów prezydenckich. Nie da się ukryć, że – oprócz wrodzonej charyzmy – Lechowi Kaczyńskiemu w 2005 pomogły zwyciężyć głosy wyborców SO. Mimo umizgów do elektoratu lewicowo – socjalnego, jego brat nie zdołał powtórzyć tego wyczynu w zeszłym tygodniu (jego konkuren nie potrzebował postkomuny wiejskiej, bo miał do dyspozycji jej wersję miejską). Ciekawe, czy Jarosław Kaczyński  nie żałuje teraz swojej decyzji o politycznej egzekucji obciachowego wicepremiera.

Jak polityka to oczywiście pieniądze: i tu obrotny Mulat może mieć powody do zadowolenia. Kiedy u szczytu potęgi domagał się przekazania do budżetu rezerwy rewaluacyjnej NBP, pomysł ten został – i całkiem słusznie – okrzyknięty ekonomicznym barbarzyństwem i dowodem na umysłowy prymitywizm autora. Za to kiedy przekazania zysku NBP domaga się minister Rostowski…

A, to zupełnie inna sprawa – dzięki odzyskaniu NBP z rąk PiSowskiej watahy, zniknęła kolejna przeszkoda na drodze do zrównoważenia budżetu, powszechnego szczęścia i ogólnie kwiatków w każdym wazonie. Ten skok na kasę i tamten skok na kasę – to są, szanowny czytelniku, dwa różne skoki. A kto tego nie rozumie, to na pewno zwolennik PiS / RM i wiadomo, co trzeba z nim zrobić

No i mamy wreszcie dziedzictwo w wymiarze ogólnoeuropejskim. Jak wiedzą wszyscy śledzący telenowelę pt. “Kryzys w europejskich finansach”, pod pozorami ratowania PIIGS rządy państw eurolandu pompują ciężkie pieniądze w banki – głównie niemieckie i francuskie. Niestety! Wbrew modlitwom zanoszonym przed ołtarzyki pod wezwaniem Keynesa, efekt jest mizerny: inwestorzy uważają te przepływy za topienie kasy, a nie żaden pakiet stabilizacyjny.

Co robić? Oczywiście to, co eurokomisarze umieją robić najlepiej, czyli wrażenie: ogłosili, że banki mają przetestować swoje bilanse żeby sprawdzić, co by było gdyby – przeprowadzić tzw. “stress tests”. Niestety procedury dające wyniki liczbowe mają tę nieprzyjemną cechę, że łatwo dają się porównywać i – o zgrozo! – wnioski można wyciągnąć. Co zrobi nadzorujący operację CEBS? Będzie podawać wyniki selektywnie, bo po co ludzi denerwować… Zwłaszcza, że przecież żadnego zagrożenia bankructwem nie ma. Skąd wiadomo? Wiem, ale nie powiem…

Deja vu na barbituratach.

Dunin: Okopy Świętej Trójcy

July 5, 2010

Dziwne rzeczy dzieją się na tym świecie: ja rozumiem wprawdzie, że w końcówce kampanii Kaczyński zaczął umizgi do elektoratu lewicowego, a generał Dukaczewski pewnie otworzył obiecanego szampana po zwycięstwie Komorowskiego, ale żeby jeden z najlepszych powyborczych komentarzy ukazał się w “Krytyce politycznej“? I to jeszcze pióra Kingi Dunin, która – przynajmniej dla niżej podpisanego – zawsze była symbolem wściekłej feministycznej konserwy (w porównaniu ze Środą ma pewne plusy na odcinku logiki wywodów i umiejętności wysławiania się,  ale to naprawdę nie jest trudne)? Dziwne, dziwne…

Co nie zmienia faktu, że jeśli pominąć kontekst użycia zwrotu “liberalizm” (podejrzewam, że szanowna autorka i ja rozumiemy pod tym pojęciem trochę co innego) i wieczny refren o aborcji, ręce praktycznie składają się do oklasków.

Podkreślenia – moje.

Dunin: Okopy Świętej Trójcy

Pozostawiam tym, którzy głosowali bez przekonania na Komorowskiego radość z tego, że nie udało się Kaczorowi. Że Polska została uratowana. Niech jeszcze przez chwilę cieszą  się, że nie wróci IV RP.  I tak by nie wróciła. Bo były to wybory prezydenckie, a prezydent nie ma takich uprawnień. Co najwyżej trwałyby nadal czasy, kiedy rządzi PO, a prezydentem jest jakiś Kaczyński. Dziwi mnie czemu wszyscy, którzy wpadli teraz w panikę, przez dwa lata milczeli? Mam jednak dla nich złą wiadomość: ta przegrana może okazać się wygraną w przyszłości. Obóz PiS wzmocnił się, a jako opozycja będzie zbierał punkty za krytykowanie rządu. Natomiast kandydat PO z trudem został doczołgany do mety. Pomogli mu polscy inteligenci, drżący ze strachu przed Kaczyńskim. Takie okopy Św. Trójcy, w których zdegenerowani arystokraci bronią się przed motłochem.

Zrozumiałam, to kiedy znajomy, deklarujący się jako bardzo lewicowy, powiedział, że zagłosuje na Komorowskiego, bo za Kaczyńskim ciągnie się motłoch. Antysemicki, ksenofobiczny i nieestetyczny. W tej sytuacji bliższa mi jest Monika Strzępka, która zdecydowała się stanąć po stronie elektoratu Kaczyńskiego. Bo elektorat ten ma co prawda niesłuszne poglądy, ale całkiem słuszne żądania – większej równości, większej odpowiedzialności państwa. Za PO natomiast wlecze się egoistyczny neoliberał. Łatwo jest nie lubić motłochu, trudniej pomyśleć o tym, skąd się wziął. I czy naprawdę panie z Rodzin Radia Maryja są równie groźne jak kolesie z nieograniczonym apetytem na kasę i brakiem skrupułów? Zamiast rozpoznać mechanizmy, skupiono się na wyobrażeniach i symbolach. Dziś Jarosław Kurski ostrzega Platformę – musicie się zmienić, żeby spełnić nasze oczekiwania. Może trochę za późno? Hrabia Henryk z kolegami (i koleżankami) oddali swoje głosy za darmo. Napieralski nic nie utargował. Ciekawe, co by było, gdyby Platforma nie mogła liczyć na negatywny elektorat Kaczyńskiego? Gdyby od początku usłyszała: nie zagłosujemy na nikogo, jeśli Komorowski nic nam nie da w zamian? Czego Komorowski nie obiecał przed wyborami, na pewno nie zrobi po. Okazało się, że polskie liberalne elity wystarczy postraszyć strachem na wróble w moherowym berecie. Inne opinie, które słyszałam, to pełne przerażenia opisy wsi głosujących na Kaczyńskiego pod dyktando Kościoła. Dziki zaścianek. PO to co innego – nie słucha proboszczów, tylko biskupów. I tak się z tym nie obnosi. A nawet może wypracować kompromis. Znamy już takie kompromisy – np. w sprawie aborcji.

Nie głosowałam na Kaczyńskiego, nie zagłosowałam też przeciwko niemu. I oczywiście nic się nie stało, poza zwycięstwem estetyki. Lepszej od żałoby, antynacjonalistycznej, tolerancyjnej, proeuropejskiej, dzięki której będzie rządziła nami zadowolona z siebie konserwa. A co było do wyboru? To samo lub prawie to samo, ale bez naszej zgody.