Cisza aż grzmi

Ponieważ nie chce mi się czytać stosownej ustawy, zakładam że cisza wyborcza dotyczy także internetu i pisania na blogach – więc nie będzie mowy o żadnym z kandydatów na prezydenta RP. Zamiast tego zajrzymy na Półwysep Iberyjski, na którym aktualnie rozgrywa się kolejny etap zabawy znanej jako kryzys w eurolandzie. Za podobieństwa między idiotami rządzącymi Hiszpanią a rozmaitymi polskim rządami ostatnich dwudziestu lat autor bloga nie odpowiada i grzecznie prosi wyznawców dowolnego z panów K. żeby go pocałowali w dupę.

Jak zgodnie twierdzą rozmaitej maści specjaliści od siedmiu boleści, prawdziwym problemem dla eurolandu byłby dopiero krach w Hiszpanii. Grecja jest niezbyt duża, przesadnie wielkiej roli w europejskiej gospodarce nie odgrywa, a jej procentowy wkład do PKB eurolandu jest jednocyfrowy. Ale Hiszpania? Tu wstrząsy byłby znacznie silniejsze – nic więc dziwnego, że na myśl o takim scenariuszu ważnym ludziom w Brukseli, Berlinie i Paryżu robi się zimno. Niestety, jak zawsze w przypadku eurokratów, zabrali się do naprawiania problemu w kompletnie bezsensownysposób.

Gdyby podobny ciąg zdarzeń nie miał miejsca w przypadku Grecji, może ktoś by się rzeczywiście nabrał na to, że szef MFW leci do Hiszpanii ot, tak sobie – porozmawiać z Jasiem Fasolą albo napić się Sangrii. Niestety, mimo wysiłków kolejnych speców od reform, część ludzi ciągle umie czytać i – o zgrozo! – wyciągać wnioski. Praktycznie wszystkie informacje z Półwyspu Iberyjskiego na temat sytuacji w sektorze finansowym prowadzą do jednej konkluzji: ratuj się kto może. Jeśli dołożyć do tego dwucyfrowe bezrobocie, rynek pracy elastyczny jak poglądy Jaruzelskiego i populistycznego kretyna pełniącego funkcję premiera… To nie kryzys, to rezultat.

Skoro szef MFW już pojawił się na miejscu, to jaki jest następny etap? Oczywiście oficjalne dementi: poprzednim razem ta niewdzięczna rola przypadła komisarzowi Almunii, tym razem padło na rzeczniczkę MFW, ale przekaz jest mniej więcej ten sam: nie będzie żadnego pakietu ratunkowego, nie, to nieprawda że kwota wynosi 250 miliardów euro, doniesienia prasowe nie są zgodne z prawdą. Było? Było. Tak się szczęśliwie składa, że w zeszłym tygodniu hiszpańskie ministerstwo finansów organizowało kolejną aukcję obligacji – jak wszystkie właściwie rządy europejskie (poza, bodajże, Estonią), także i Hiszpanie muszą w kółko się zapożyczać żeby dociągnąć interes przynajmniej do następnych wyborów (bo potem problem obsługi długu spadnie na głowę kogoś innego). Według oficjalnych danych aukcja się udała, popyt przekroczył oczekiwania… Sukces?

Można by tak uznać, gdyby nie jeden drobny szczegół: od dłuższego czasu EBC bimba sobie serdecznie na swoje statutowe ograniczenia, które zabraniają mu bezpośredniej interwencji na rynkach finansowych. Ale od czego są klauzule o sytuacjach wyjątkowych? Wesołe towarzystwo kierowanego przez dziarskiego Trichet skupuje co popadnie, niezależnie od faktycznej wartości obligacji – wyrządzając w ten sposób szkodę dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, skoro śmieciowe de facto obligacje krajów takich jak Portugalia czy Grecja są przyjmowane w zastaw, EBC przerzuca tak naprawdę koszta finansowego syfu z peryferiów Europy na podatników na całym kontynencie. W sumie, jak się chwilę zastanowić, współodczuwanie cierpienia to jest jakaś tam solidarność – ale nie jestem pewien czy o to chodziło twórcom UE jako projektu.

Drugi powód jest nie mniej istotny: w normalnym systemie gospodarczym siły popytu i podaży pomagają wyznaczyć cenę danego dobra – worka soli, samochodu albo instrumentu finansowego. Jeśli nikt nie chce kupować, widocznie coś jest z towarem nie w porządku: a to wysyła bardzo ważną informację do wszystkich uczestników rynku. Interweniując, ECB zakłóca ten przepływ informacji i tak naprawdę szkodzi inwestorom (i nie chodzi tu tylko o złych okropnych spekulantów, odsądzanych od czci i wiary przez Sarkozy’ego i Merkel, ale też na przykład o fundusze emerytalne, które masowo inwestują w teoretycznie bezpieczne rynki papierów dłużnych).

Co poniektórzy z modlących się pod portretem Keynesa ekonomistów nie popierają jednak takiego rozwiązania. To znaczy nie to, żeby im przesadnie przeszkadzały rozdęte pod sufit deficyty (a tym skutkują kolejne bailouty), ani głos wyborców rozwścieczonych tym, że muszą się zrzucać na podejmujących błędne decyzje bangsterów (nie, to nie jest literówka)… Po prostu wbili sobie do głowy, że jeśli giełda idzie w górę, to jest to oznaką zdrowia gospodarki – kanoniczny przykład pomylenia korelacji ze związkiem przyczynowo skutkowym.

Co robić? Trzeba pokazać, że tak naprawdę banki są w dobrej kondycji i nie potrzebują pomocy, na przykład poprzez wymuszenie na nich publikacji rezultatów analizy ryzyka (nie mam pojęcia jak przełożyć stress test na polski). Bardzo to piękne i wzruszające, tylko – na razie przynajmniej – reguły dotyczące tychże wyników nie wspominają o papierach dłużnych w bilansie. Co podważa odrobinkę cel ćwiczenia: informacja o wypłacalności banków w pewnych klasach instrumentów, przy równoczesnym (i nie ujawnionym) ryzyku związanym z greckimi obligacjami, nie jest wiele warta.

A, zapomniałem: przecież EBC przyjmuje wszystkie obligacje – więc sytuacja jest pod kontrolą. Trichet może wpatrywać się w horyzont do upadłego – szybkiego happy endu tej sagi nadal nie widać.

Tags: , , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: