Archive for June, 2010

Ziemkiewicz: K(om)uszenie Kaczyńskiego

June 26, 2010

Porąbało was? Mówię do tych wszystkich, którzy mejlowo, esemesowo czy wpisami na różnych portalach internetowych sugerują, że głośna wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o postkomunistach − to znaczy właśnie już nie postkomunistach tylko lewicy średnio starszego pokolenia − w jakikolwiek sposób mnie dotyczy i powinienem się wobec niej określać. A dlaczego niby?

Insynuacja, że miałbym zmieniać zdanie dlatego, że prezes PiS powiedział co powiedział, jest w oczywisty sposób obraźliwa. I nic poza tym. Kiedy występuje z nią wiadoma młodzieżówka, względnie bliżej niezidentyfikowane pospolite ruszenie szalikowców salonu, to rzecz jest oczywista − ot, jeszcze jeden bluzg z tego samego towarzystwa, które bulgocze pod kreską różnymi niesiołkami w stylu „lizusa”, „tłuściocha” czy „pisowskiej wuwuzeli” (to ostatnie akurat w miarę dowcipne) i kolportuje brednie o rzekomej pracy w „Agorze” czy żonie z BCC. Wcale ich zresztą do tego nie zniechęcam. Ja jestem, gdyby jeszcze kto nie wiedział, chłop z Mazowsza rodem, skórę mam grubą i bluzgi jej nie uszkadzają, a każde odnotowane w statystykach wejście na stronę to dla mnie wymierna korzyść, także i wtedy, gdy ktoś klika, by mnie bezsilnie lżyć.

Mniej zrozumiałe jest, gdy z pytaniem „i co ty na to?” występują zwolennicy tych paru prostych prawd, o które się swoją pisaniną upominam. Mogę im z czystym sercem powiedzieć: samiście sobie winni. Na tym świecie to, co jest na sprzedaż, ma zawsze większą wartość od tego, co już zostało sprzedane. Trzeba było, jak namawiałem, cenić swój głos, nie dodawać go od razu do głównego plebiscytu, wesprzeć w pierwszej turze któregoś z bardziej wyrazistych kandydatów. Gdybyście najpierw zagłosowali w przyzwoitej liczbie na Morawieckiego, Jurka czy Korwina, to teraz Kaczyński musiałby się o wasze głosy starać i udowadniać swój antykomunizm, katolicyzm oraz prawicowość. A skoro już mu je oddaliście, to się od tych cnót dystansuje, by walczyć o głosy Napieralskiego. Takie są wilcze prawa demokracji.

Osobna rozmowa, czy w tym zdystansowaniu Kaczyński nie przegiął i nie pomógł niechcący swoim wrogom. Zagrożeniem dla niego nie jest to, że jego umizgi do komuchów zniechęcą doń jakąś znaczącą część elektoratu prawicowego. Jak już pisałem, II tura to wybór mniejszego zła, i nawet z lekka skomuszały Kaczyński (powiem więcej − nawet bardziej niż z lekka, bo prawdziwe komuszenie to zobaczymy dopiero po wygranych wyborach) i tak dla zwolenników prawicy pozostanie mniejszym złem niż rządy monopartii z michnikowszczyzną i byłymi dowódcami WSI na zapleczu. Zagrożeniem jest to, że przeginając z retoryką pojednania może Kaczyński uwiarygodnić wysiłki przeciwników, których głównym staraniem jest odebrać mu wiarygodność w oczach szerokiej rzeszy niezdecydowanych. Jeśli znaczącej części tych Polaków, którzy „nie interesują się polityką”, czyli mają w głowach dziwaczną sieczkę, międloną z jednej strony przez telewizje, a drugiej przez sensacyjne wieści i bon-moty przyniesione z magla, uda się zaszczepić obraz Kaczyńskiego jako makiawelicznego oszusta − jego nadzieję runą.

Nie umiem oczywiście wyważyć, na ile szarpanie wizerunkiem szkodzi w tej kwestii Kaczyńskiemu, a na ile wyborcy „środka” (w historiach rewolucji francuskiej zwanego uprzejmie „bagnem”) gotowi są przyjąć uzasadnienie zmiany wstrząsem po katastrofie smoleńskiej. Co o tym sądzę jako komentator polityczny, pisałem już wczoraj. A co o tym sądzę jako ja?

Jako ja, to pozwolę sobie przypomnieć, że obstawałem przy pewnych sprawach znacznie wcześniej, niż zaczął o nich mówić Kaczyński. Politycy, jak wielokrotnie tłumaczyłem, nie kreują społecznych podziałów, oni tylko obstawiają jedną ze stron, „obsługują” ją − i Kaczyński oraz Tusk nie są tu wyjątkami. Polska współczesna rozdarta jest, jak każdy kraj postkolonialny, pomiędzy tubylców i kreoli. Pomiędzy miejscowych, którzy słabo sobie uświadamiają „czym tobie być, o czym tobie marzyć, śnić” − i różnych takich Różyców, których straszliwie boli, że nie urodzili się we Francji, Niemczech czy Belgii, tylko, niech to szlag, na tym polskim zadupiu.

„Nasz naród jak lawa” − ci na wierzchu nie tworzą elity, tylko szumowinę. Nie tworzą żadnych idei, nie są w stanie narodu nigdzie prowadzić, bo go szczerze nienawidzą i jedyny tytuł do szlachectwa widzą w intensywnym przeżywaniu swego poczucia wyższości nad „starszymi, gorzej wykształconymi i z małych miasteczek”. Ci spod spodu są „durni, zapalni i łzawi”, mają mnóstwo irytujących, pańszczyźnianych wad i prawdę mówiąc, czasem chciałoby się im dać tęgiego kopa w dupsko − ale jest w nich ten ogień, którego „sto lat nie wyziębi”. Naród pozbawiony historycznym nieszczęściem elity może wytworzyć nową. Elita, odcinająca się w pogardzie od własnego narodu, przyszłości nie ma. Tak uważam, choć być może racjonalizuję tylko swe głębokie emocje, bo, fakt − „wolę polskie gówno w polu, niźli fiołki w Neapolu”.

Jarosław Kaczyński toczy z Bronisławem Komorowski bój o władzę. W obecnej sytuacji, gdy grożą nam rządy monopartii, a wręcz monomafii, pierwszego uważam za zdecydowanie mniejsze zło niż drugiego. To kwestia bieżąca. Jako Polak, obywatel, wyborca i pisarz nie unikam zajmowania stanowiska w tym sporze. I może się tak zdarzyć, że za czas jakiś uznam za mniejsze zło Platformę, albo partię Ojca Rydzyka, albo jeszcze jakąś inną.

Ale ten spór, który mnie najbardziej zajmuje, jest inny, głębszy i ważniejszy. Z innego świata niż polityka. Dotyczy spraw zasadniczych. Naszej kulturowej i narodowej tożsamości. Nie należy mylić tych dwóch spraw, starcia polityków, którzy walczą o władzę, i starcia Polski z anty-Polską. A jeśli ktoś myli, to co ja mogę powiedzieć?

Że chyba go porąbało.

Advertisements

Aha aha, czyli ja wiedziałem że tak będzie

June 24, 2010

Po raz kolejny okazuje się, że w Polsce nie da rządzić bez poparcia komuny w różnych wariantach: SLD, Unia Wolności, Lewica i Demokraci, demokraci.pl… Zmieniają się lata i ekipy, ale jedno pozostaje niezmienne: zawsze u władzy pałętają się małe czerwone ludziki. Czasem jest to postkomuna miejska (SLD) a czasem wiejska (PSL, SO),  ale jest i trwa, gotowa przyssać się do koryta.

Kiedyś można było mieć nadzieję, że sprawę załatwi biologia i wszystkie obleśne dziady śliniące się przed portretem Jaruzelskiego po prostu wymrą – ale niestety wyrosło nowe pokolenie, które uosabia nowe lewicowe ideały. Wersja starsza chciała przerabiać ludzkość kolbą i bagnetem, ich młodsze wcielenie (na razie) prezentuje postępową twarz zamiast kałmuckiej mordy. Zalegalizujmy eutanazję, in vitro fundamentalnym prawem każdego człowieka, aborcja na żądanie, śluby i adopcja dla ciepłych braciszków, wybierzmy przyszłość…

A teraz szef partii reprezentującej taką właśnie mętownię z etycznego rynsztoka zebrał w wyborach prezydenckich 14% – wskutek czego pozostali na placu boju kandydaci włażą mu w dupę bez wazeliny i właściwie widać już tylko pięty obu panów K.

Boże, co za żenada.

Michalkiewicz: Prawica w służbie komuny?

June 24, 2010

Szanowni Państwo!

Coś cienko przędą ci wszyscy prezydenci. Właśnie premier Donald Tusk zaoferował swoją głowę, jeśli pan marszałek Komorowski nie sprawdzi się, jako prezydent. Najwyraźniej pan premier Tusk jest przekonany, że złożył nam interesującą ofertę, coś w rodzaju propozycji nie do odrzucenia. Tymczasem to bardzo kiepski interes. Bo pomyślmy sami – cóż by nam w razie czego przyszło z głowy pana premiera Donalda Tuska?

Oleju, jak wiadomo, tam nie ma. Do pozłoty też się nie nadaje. Woda sodowa – no, owszem, tego mu nie brakuje, ale woda sodowa, zwłaszcza z głowy pana premiera Tuska, to żaden interes. Tym bardziej, że pan marszałek Komorowski nie sprawdzi się jako prezydent prawie na pewno. Po pierwsze dlatego, że przecież wcale nie wiadomo, czy nim zostanie. Po drugie dlatego, że jeśli by nawet został, to obiecał współpracę z rządem – oczywiście mając na myśli rząd pana premiera Tuska.

No ale cóż takiego mądrego zrobił przez te trzy lata rząd pana premiera Tuska? Rząd pana premiera Tuska nie zrobił niczego mądrego, bo przecież powiększenie długu publicznego o ponad 200 miliardów złotych trudno uznać za coś mądrego zwłaszcza, że trudno zgadnąć, na co właściwie te pieniądze się rozeszły. Ani nie ma autostrad, ani nie poprawiły się koleje… Najwyraźniej, jeśli nie wszystko, to większość z tych 200 miliardów zeżarła biurokracja, która przecież byle czego nie zje.

Zatem nawet gdyby pan marszałek Komorowski został prezydentem i „współpracował z rządem”, to nic z tego wyniknąć nie może, jako że z próżnego i Salomon nie naleje. Ex nihilo nihil fit – jak mawiali starożytni Rzymianie, co się wykłada, że z niczego nic powstać nie może. Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – ta deklaracja pana marszałka Komorowskiego o współpracy z rządem to tylko taki skrót myślowy, bo tak naprawdę chodzi o bezwzględne posłuszeństwo wobec razwiedki. Nie na darmo pan generał Marek Dukaczewski odgrażał się, że po zwycięstwie marszałka Komorowskiego z radości otworzy sobie szampana. Słusznie – bo cóż to razwiedce szkodzi w osobie takiego prezydenta uzyskać jeszcze jedno narzędzie ręcznego sterowania krajem – ku zgubie państwa i udręczeniu narodu?

Nie, stanowczo pan marszałek Komorowski nie sprawdzi się na stanowisku prezydenta, o ile, ma się rozumieć, je zdobędzie. W takiej sytuacji mielibyśmy nie tylko prezydenta do chrzanu, ale jeszcze w dodatku głowę pana premiera Tuska! Ooo, to doprawdy l’embarras de richesse, czyli – jak mówią Francuzi – kłopot z nadmiaru. Potrzebna nam do szczęścia głowa pana premiera Tuska tak samo, jak psu piąta noga.

Z kolei pan prezes Jarosław Kaczyński rozmawiał właśnie z panem wicepremierem Pawlakiem, panem Grzegorzem Napieralskim i panią minister Ewą Kopacz na temat służby zdrowia. Z tego towarzystwa na razie tylko pani Ewa Kopacz nie kandydowała na prezydenta, ale to nieważne, bo znacznie ciekawsza jest konkluzja z tej rozmowy. Okazało się, że służba zdrowia jest w fatalnym stanie! No – czy ktoś mógłby wyobrazić sobie coś podobnego? Nigdy by nam to nie przyszło do głowy! Gdyby pan prezes Kaczyński nie porozmawiał z tymi wszystkimi prezydentami, no i oczywiście – z panią minister Kopacz, to byśmy myśleli, że ze służbą zdrowia wszystko jest w jak najlepszym porządku, to znaczy – że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej!

No, ale na szczęście pan prezes Kaczyński w samą porę skonsultował się z panem wicepremierem Pawlakiem, z panem Grzegorzem Napieralskim i z panią Ewą Kopacz, dzięki czemu i my możemy wreszcie poznać prawdę. No dobrze, już wiemy, że służba zdrowia jest w fatalnym stanie. Bez pana prezesa Kaczyńskiego nigdy byśmy się w tym nie zorientowali, to jasne – ale co w tej sytuacji przystoi nam czynić? Wiadomo – wybrać prezydenta, który sytuację w służbie zdrowia naprawi. Ale co konkretnie mają do powiedzenia faworyci tych wyborów, to znaczy – pan marszałek Komorowski i pan prezes Kaczyński?

Tego nie wiemy poza jednym – służby zdrowia w żadnym wypadku nie wolno prywatyzować. Od prywatyzacji odżegnuje się zarówno pan marszałek Komorowski, co właśnie potwierdził niezawisły sąd, jak i pan prezes Kaczyński. No dobrze, ale przecież obecnie służba zdrowia jest państwowa, a nie prywatna, a mimo to jest w fatalnym stanie! Prywatny jest wyłącznie sektor weterynaryjny, ale – ciekawa rzecz – nikt na jakość usług weterynaryjnych jakoś nie narzeka. Ale skoro fakty przeczą jedynie słusznej linii, to tym gorzej dla faktów, więc nie ma rady – musimy przyjąć, że najgorszą rzeczą, jaka mogłaby spotkać naszą służbę zdrowia, to jest prywatyzacja.

No dobrze – ale skoro prywatyzacja jest tak niebezpieczna i szkodliwa, to przecież chyba nie tylko w służbie zdrowia? Służba zdrowia nie jest wszak samotną wyspą, więc skoro nawet niezawisły sąd potwierdził awersję pana marszałka Komorowskiego do prywatyzacji, to może jest ona szkodliwa również w innych dziedzinach, na przykład – w gospodarce? To możliwe, bo przecież nie bez powodu ludzie powtarzają, że za komuny było lepiej, a pan Grzegorz Napieralski uznany został jednogłośnie za zwycięzcę pierwszej tury wyborów, chociaż arytmetycznie znalazł się dopiero na trzecim miejscu. Ale skoro tak, to nie powinniśmy cofać się przed odważnymi wnioskami; wiele nie gadać, tylko przywrócić komunę – jak w Związku Radzieckim, a jeszcze lepiej – jak w Kambodży, gdzie wszelka własność prywatna została zlikwidowana.

Kto wie – może taki właśnie wniosek nasunie się w rezultacie debaty, do której ma dojść już w najbliższą niedzielę? Wcale bym się nie zdziwił, podobnie jak dla nikogo nie powinna być zaskoczeniem rosnąca popularność pana Grzegorza Napieralskiego. Wiadomo przecież, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – a przecież nikt chyba nie ma wątpliwości, że prawdziwą miłością razwiedki jest lewica, której drogę właśnie pracowicie torują obydwaj kandydaci, twierdzący jakoby reprezentowali polską prawicę.

Mówił Stanisław Michalkiewicz

Majne ojro ist fantastisz

June 22, 2010

Pamiętając oczywiście o słowach naszych polonocentrycznych wieszczów głoszących że Polska jest Chrystusem / Winkelriedem / pawiem / papugą narodów (niepotrzebne skreślić), dobrze jest na chwilę oderwać się od nieustającej walki Dobra ze Złem o żyrandol i zobaczyć co dzieje się w Europie.

Taka perspektywa ma zaletę długofalowości: Polska jakoś przeżyła dwie kadencje Kwaśniewskiego i trwałych szkód (wynikających z samej prezydentury!) nie stwierdzono – natomiast decyzje podejmowane w kwestiach gospodarczych mają wpływ na znacznie większą ilość ludzi i przez dużo dłuższy czas.

Jeśli wierzyć doniesieniom Daily Telegraph, gospodarcze szefostwo eurolandu zaczyna chyba zdawać sobie sprawę z rzeczywistości pukającej do ich drzwi: banki mogą grozić Armageddonem w razie krachu Hiszpanii, prowadzić kampanie marketingowe i co tam jeszcze – ale gospodarki nie da się ad mortem defecatum prowadzić na kredyt.

W szczególności: nie da się wyjść z kryzysu związanego z zadłużeniem poprzez zwiększanie deficytu (nawet jeśli przeciwną receptę proponuje Paul Krugman – żywy dowód na to, że absolutnie każde zero może uchodzić za światowej sławy ekonomistę).

Cóż więc knują Francja i Niemcy? Wygląda na to, że zaczynają rozważać wprowadzenie w życie czarnego koszmaru wszystkich wyznawców UE: Europę dwóch prędkości. W praktyce polega to na tym, że twardy rdzeń eurolandu będzie miał własną walutę i ścislejszą integrację gospodarczą.

Pomysł sam w sobie niezły, bo w imię czego oszczędni mieszkańcy Północy mają płacić za leni, tylko co w gronie zdrowych gospodarek robi Francja? Oczywiście, rozumiem polityczne przyczyny stojące za taką decyzją – ale takie “super euro” będzie obciążone tym samym przekrętem założycielskim co jego obecna wersja.

Co oczywiście nie robi specjalnego wrażenia na Jacku Vincencie.

PS. Miłosz, jeśli te pogłoski się potwierdzą, to chyba musimy renegocjować nasz zakład.

Cisza aż grzmi

June 20, 2010

Ponieważ nie chce mi się czytać stosownej ustawy, zakładam że cisza wyborcza dotyczy także internetu i pisania na blogach – więc nie będzie mowy o żadnym z kandydatów na prezydenta RP. Zamiast tego zajrzymy na Półwysep Iberyjski, na którym aktualnie rozgrywa się kolejny etap zabawy znanej jako kryzys w eurolandzie. Za podobieństwa między idiotami rządzącymi Hiszpanią a rozmaitymi polskim rządami ostatnich dwudziestu lat autor bloga nie odpowiada i grzecznie prosi wyznawców dowolnego z panów K. żeby go pocałowali w dupę.

Jak zgodnie twierdzą rozmaitej maści specjaliści od siedmiu boleści, prawdziwym problemem dla eurolandu byłby dopiero krach w Hiszpanii. Grecja jest niezbyt duża, przesadnie wielkiej roli w europejskiej gospodarce nie odgrywa, a jej procentowy wkład do PKB eurolandu jest jednocyfrowy. Ale Hiszpania? Tu wstrząsy byłby znacznie silniejsze – nic więc dziwnego, że na myśl o takim scenariuszu ważnym ludziom w Brukseli, Berlinie i Paryżu robi się zimno. Niestety, jak zawsze w przypadku eurokratów, zabrali się do naprawiania problemu w kompletnie bezsensownysposób.

Gdyby podobny ciąg zdarzeń nie miał miejsca w przypadku Grecji, może ktoś by się rzeczywiście nabrał na to, że szef MFW leci do Hiszpanii ot, tak sobie – porozmawiać z Jasiem Fasolą albo napić się Sangrii. Niestety, mimo wysiłków kolejnych speców od reform, część ludzi ciągle umie czytać i – o zgrozo! – wyciągać wnioski. Praktycznie wszystkie informacje z Półwyspu Iberyjskiego na temat sytuacji w sektorze finansowym prowadzą do jednej konkluzji: ratuj się kto może. Jeśli dołożyć do tego dwucyfrowe bezrobocie, rynek pracy elastyczny jak poglądy Jaruzelskiego i populistycznego kretyna pełniącego funkcję premiera… To nie kryzys, to rezultat.

Skoro szef MFW już pojawił się na miejscu, to jaki jest następny etap? Oczywiście oficjalne dementi: poprzednim razem ta niewdzięczna rola przypadła komisarzowi Almunii, tym razem padło na rzeczniczkę MFW, ale przekaz jest mniej więcej ten sam: nie będzie żadnego pakietu ratunkowego, nie, to nieprawda że kwota wynosi 250 miliardów euro, doniesienia prasowe nie są zgodne z prawdą. Było? Było. Tak się szczęśliwie składa, że w zeszłym tygodniu hiszpańskie ministerstwo finansów organizowało kolejną aukcję obligacji – jak wszystkie właściwie rządy europejskie (poza, bodajże, Estonią), także i Hiszpanie muszą w kółko się zapożyczać żeby dociągnąć interes przynajmniej do następnych wyborów (bo potem problem obsługi długu spadnie na głowę kogoś innego). Według oficjalnych danych aukcja się udała, popyt przekroczył oczekiwania… Sukces?

Można by tak uznać, gdyby nie jeden drobny szczegół: od dłuższego czasu EBC bimba sobie serdecznie na swoje statutowe ograniczenia, które zabraniają mu bezpośredniej interwencji na rynkach finansowych. Ale od czego są klauzule o sytuacjach wyjątkowych? Wesołe towarzystwo kierowanego przez dziarskiego Trichet skupuje co popadnie, niezależnie od faktycznej wartości obligacji – wyrządzając w ten sposób szkodę dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, skoro śmieciowe de facto obligacje krajów takich jak Portugalia czy Grecja są przyjmowane w zastaw, EBC przerzuca tak naprawdę koszta finansowego syfu z peryferiów Europy na podatników na całym kontynencie. W sumie, jak się chwilę zastanowić, współodczuwanie cierpienia to jest jakaś tam solidarność – ale nie jestem pewien czy o to chodziło twórcom UE jako projektu.

Drugi powód jest nie mniej istotny: w normalnym systemie gospodarczym siły popytu i podaży pomagają wyznaczyć cenę danego dobra – worka soli, samochodu albo instrumentu finansowego. Jeśli nikt nie chce kupować, widocznie coś jest z towarem nie w porządku: a to wysyła bardzo ważną informację do wszystkich uczestników rynku. Interweniując, ECB zakłóca ten przepływ informacji i tak naprawdę szkodzi inwestorom (i nie chodzi tu tylko o złych okropnych spekulantów, odsądzanych od czci i wiary przez Sarkozy’ego i Merkel, ale też na przykład o fundusze emerytalne, które masowo inwestują w teoretycznie bezpieczne rynki papierów dłużnych).

Co poniektórzy z modlących się pod portretem Keynesa ekonomistów nie popierają jednak takiego rozwiązania. To znaczy nie to, żeby im przesadnie przeszkadzały rozdęte pod sufit deficyty (a tym skutkują kolejne bailouty), ani głos wyborców rozwścieczonych tym, że muszą się zrzucać na podejmujących błędne decyzje bangsterów (nie, to nie jest literówka)… Po prostu wbili sobie do głowy, że jeśli giełda idzie w górę, to jest to oznaką zdrowia gospodarki – kanoniczny przykład pomylenia korelacji ze związkiem przyczynowo skutkowym.

Co robić? Trzeba pokazać, że tak naprawdę banki są w dobrej kondycji i nie potrzebują pomocy, na przykład poprzez wymuszenie na nich publikacji rezultatów analizy ryzyka (nie mam pojęcia jak przełożyć stress test na polski). Bardzo to piękne i wzruszające, tylko – na razie przynajmniej – reguły dotyczące tychże wyników nie wspominają o papierach dłużnych w bilansie. Co podważa odrobinkę cel ćwiczenia: informacja o wypłacalności banków w pewnych klasach instrumentów, przy równoczesnym (i nie ujawnionym) ryzyku związanym z greckimi obligacjami, nie jest wiele warta.

A, zapomniałem: przecież EBC przyjmuje wszystkie obligacje – więc sytuacja jest pod kontrolą. Trichet może wpatrywać się w horyzont do upadłego – szybkiego happy endu tej sagi nadal nie widać.

Ziemkiewicz: Głosuj. Zmień Polskę!

June 18, 2010

Ostatni przed wyborami felieton będzie czymś w rodzaju prywatnej odezwy. Nie zamierzam informować nikogo, na kogo będę głosować w pierwszej turze. Pozostanie to moją, jak zwykłem mawiać, gorzką tajemnicą. Ale jest coś, do czego namawiam. Do tego, żeby w pierwszej turze nie angażować się w mecz pomiędzy hegemonami polskiej sceny politycznej, ale głosować na tego kandydata, którego poglądy uważa się za najbliższe sobie i najbardziej warte wspierania.

Jeśli któryś z głównych kandydatów miałby już teraz zdobyć ponad połowę głosów (co wydaje się wątpliwe) – to ci, którzy nie chcą na niego głosować, nic na to nie są w stanie poradzić. W takim wypadku tym bardziej warto pokazać, że są ludzie, którzy nie chcą być wiecznie zmuszani do sędziowania w plebiscycie między nie-Kaczyńskim i nie-Tuskiem, ludzie, którzy nie mieszczą się w tym podziale i domagają się podania nowej karty dań.

Jeśli natomiast – co wydaje się najbardziej prawdopodobne – do drugiej tury dojdzie, to wtedy właśnie będzie czas, by głosować na mniejsze zło.

Żeby mieć to od razu z głowy, parę słów i o tym momencie – choć czytelnicy, którzy zaglądają tu regularnie, znają już doskonale moje zdanie w tej kwestii. Jak pisałem, wybór, przed którym stawia nas duopol PO-PiS to wybór, przenośnie mówiąc, pomiędzy mafią a sektą. Większość Polaków woli mafię. To w jakiś sposób zrozumiałe. Mafioso postrzegany jest jako bardziej przewidywalny, jeśli da mu się haracz, to zostawi człowieka w spokoju, podczas gdy inkwizytor może się w każdej chwili przywalić do każdego.

Ja osobiście z dwojga złego wolę inkwizytora, także dlatego, że wiem, do jakiego stopnia został ponad swe rzeczywiste wady zdemonizowany przez mafijne media, ale rozumiem sposób, w jaki kombinuje sondażowa większość (i, przy okazji, rozumiem także to, dlaczego zupełnie nie zmienia sondaży uporczywe udowadnianie przez prawicowców, że mafia jest mafią; bo ludzie to doskonale wiedzą, ale – patrz wyżej).

Zwracam jednak uwagę, że wybory prezydenckie mają inną specyfikę, niż parlamentarne. Prezydent nie ma w Polsce wielkiej władzy, ale jedno może: trzymać nogę w drzwiach. Blokować co bardziej bezwzględne posunięcia rządzących, powstrzymywać niszczenie przez nich ostatnich mechanizmów kontrolujących lub ograniczających ich wszechwładzę.

Kto chce, niech wierzy, że miłościwie nam panująca sitwa potrzebuje wyzwolenia się spod tej kontroli po to, by móc wreszcie reformować Polskę i nieść jej “dobre zmiany”. Ja takich uważam – przykro mi, jeśli się ktoś obrazi, ale “amicus Plato” – za naiwnych idiotów. Zbyt wymowny jest sposób, w jaki ta szajka zamiotła pod dywan aferę hazardową i dziesiątki innych swych nadużyć, zbyt wiele mówi o niej pośpiech i bezwzględność w wyciągnięciu wszystkich korzyści z tak szczęśliwego dla niej trafu, jak katastrofa smoleńska.

Jeśli ktoś, póki jeszcze można to zrobić, informowany jest (przykład z ostatniej chwili) o projekcie ustawy, dającej “odzyskanemu” przez Platformę CBA uprawnienia niewyobrażalne w cywilizowanym kraju i czyniące z niego przedziwną wszechpolicję, która nawet nie musi udawać, że prowadzona przez nią inwigilacja czy prowokacje mają cokolwiek wspólnego ze zwalczaniem korupcji, i albo nie chce tej informacji przyjąć do wiadomości, albo, jak wspomniane mafijne media, nie widzi problemu, skoro uprawnienia te ma dostać władza “słuszna”, a nie “niesłuszna” – to starożytne greckie określenie “idiota” (dosł. człowiek nie interesujący się polityką, nie biorący udziału w życiu politycznym) jest najłagodniejszym spośród narzucających się.

Więc proszę to pamiętać: w tych wyborach nie decydujemy, czy Polską będzie rządzić mafia czy sekta, bo to już jest przesądzone, przynajmniej do przyszłego roku. W tych wyborach zdecydujemy tylko, czy władza mafii zyska charakter absolutny i czy pozbędzie się ona nie tylko kontroli, ale nawet możliwości przekazania społeczeństwu wiedzy o jej postępkach.

Uważam, że taki scenariusz byłby najczarniejszy – i aby go uniknąć, trzeba będzie zapewne głosować na kandydata z władzą skłóconego, nawet jeśli się go nie lubi i niezbyt mu ufa. Tak każe rozsądek. Ale ten rozsądek zdąży pokierować naszą ręką, powtarzam, za dwa tygodnie. Na razie warto pokazać, że w podziale na Polskę nie-Kaczyńskiego i nie-Tuska nie wszyscy się mieścimy. Naprawdę.

Wieczorny przegląd moich myśli

June 17, 2010

Ani i Miłoszowi – z podziękowaniem za sprowokowanie do przemyśleń

Trybunał w Strasburgu uznał racje państwa Grzelaków, którzy poskarżyli się na dyskryminację ich syna. Młody Grzelak nie miał możliwości uczęszczać w swojej szkole na zajęcia z etyki, co według szacownych sędziów stanowi przejaw deptania wolności myśli, sumienia i wyznania, tudzież dyskryminację, niszczenie trawnika i sikanie na wycieraczkę. Niedawno  z tego samego paragrafu skorzystała jakaś oszalała włoska lewaczka, której spokój duszy (podobno czerwoni też takową mają) naruszał wiszący krucyfiks. Jako że Trybunał zawsze dzielnie staje na froncie walki z siedliskiem wstecznictwa i obskuranctwa (“tak zwanym kościołem katolickim“, jak mawiają kawiarniani rewolucjoniści z “Krytyki Politycznej”), przed rodzicami prześladowanego Grzelaka juniora otwiera się zaiste świetlana przyszłość: wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy…

No dobrze, dobrze: jestem złośliwy, a tak naprawdę sprawa jest poważna. I nie mówię tu nawet o kwestii tego czy / na ile etyka (powiedzmy w sposób uproszczony: zdolność odróżniania dobra od zła) wynika z religii… Nie, rzecz jest bardziej prozaiczna: jak właściwie regulować obecność Kościoła Katolickiego w życiu publicznym?

Choćby kwestia nauki religii w szkole. Mimo usilnych starań, nigdy nie byłem w stanie pojąć: w jaki sposób czerwoni wkręcili do Episkopatu swojego agenta, który przekonał innych hierarchów do poparcia tego pomysłu? Pamiętam, że jako dzieciak w podstawówce chodziłem na katechezę do domu parafialnego i uważam to – z perspektywy – za świetny pomysł. Jedni chodzą, drudzy nie, żadnego przymusu, rzeźbienia z zajęciami alternatywnymi, taniej (bo domy parafialne i tak stoją), wybija się z ręki argumenty wszystkim oszołomom wrzeszczącym o indoktrynacji i państwie wyznaniowym… Komu to przeszkadzało i czemu duchowni postanowili strzelić Kościołowi w nogę – nie pojmuję.

Można by długo: dofinansowanie Świątyni Opatrzności Bożej, ulgi podatkowe, zwrot gruntów w sposób cokolwiek uznaniowy… Tylko że jest druga strona medalu: przy wszystkich niedociągnięciach co poniektórych przedstawicieli duchowieństwa, większość Polaków jest ochrzczona i deklaruje się jako katolicy. Oczywiście, trzeba respektować prawa mniejszości – ale nie może być tak, że kilka histeryczek z waporami macicy (w rodzaju Środy i Dunin) będzie terroryzować kilkanaście milionów ludzi strasząc Strasburgiem. W takim przypadku nie mamy do czynienia z demokracją tylko jakimś zdegenerowanym wariantem „liberum veto”.

Dziwnie mi czasem w takich światopoglądowych konfliktach, bo kto mnie zna ten wie, że do stereotypu potulnego  katolika trochę mi – delikatnie mówiąc – brakuje. Sugestiom hierarchów nie dotyczącym spraw wiary posłuszny jestem mocno selektywnie, kiedy widzę w telewizji biskupów Życińskiego („światem rządzi przypadek i prawa fizyki”) czy Gocłowskiego („czasem lepiej nie znać prawdy”), robi mi się i myślę o nich w sposób głęboko sprzeczny z nauką Kościoła o szacunku dla życia… Że nie wspomnę o klimatach typu krakowska kuria, gdzie do odzyskiwania kościelnych gruntów i nieruchomości zatrudniani są byli pracownicy Służby Bezpieczeństwa…

Ale czy komuś sięto podoba czy nie  – mnie akurat niespecjalnie – linia frontu jest narysowana wyraźnie. Po jednej stronie ci, dla których katolicyzm jest ważnym kawałkiem polskiej tożsamości – po drugiej ci,dla których to relikt, którego należy się w imię nowoczesności pozbyć i najlepiej zamknąć w krypcie . Co ciekawe, ta linia jest prostopadła do osi podziału „wierzący” – „niewierzący” i wydaje się mieć sporo wspólnego ze skutkami poczynań co poniektórych duchownych, zwłaszcza takich z parciem na szkło. Wychodzi na to, że mógł mieć rację ksiądz Tischner twierdzący, że jeden głupi ksiądz robi Kościołowi większą krzywdę niż dziesięciu marksistów (osobiście dorzuciłbym jeszcze do tej listy katolickie licea, ale to osobny temat). Pytanie brzmi, czy warto wylewać dziecko z kąpielą.

A na obrzeżach kłusuje islam i jego turbaniaści apostołowie, dla których wszyscy i tak jesteśmy niewiernymi psami zasługującymi na poderżnięcie gardeł. Ciekawe, że bezczelność naszych ciapiatych przyjaciół krzyczących „demokracja to rak, islam to lekarstwo” jest wprost proporcjonalna to stopnia zeświecczenia danego kraju – słyszał ktoś o aktywności duchownych we Francji albo o agresywnych i pozostających na wolności mułłach w USA?

Ja nie.

Gdzie je Grzechu?

June 17, 2010

Muszę przyznać, że jestem głęboko rozczarowany postawą wikiBronka: od ponad 24 godzin nie powiedział nic głupiego. Na szczęście gdy stara gwardia opadnie z sił, zawsze można liczyć na młodsze pokolenie – i mąż Małgorzaty nie zawodzi pokładanych w nim nadziei i daje czadu odpowiadając na pytania blogerów z S24. Próbka przemyśleń:

P: skąd Pana zdaniem należałoby zabrać aby przesunąć dla bardziej potrzebujących?

O: Szanowny kolego, czy zadawałeś podobne pytanie, gdy PiS i PO tworzyły IPN, z rocznym budżetem ponad 200 mln zł? Czy pytałeś się posłów PO i PiS, gdzie mają szukać pieniędzy na tę brewerię?

Radio Erewań na sterydach: a u was Murzynów biją!

P: Uczestnicy akcji “Przypomnijmy o Rotmistrzu” (“Let’s Reminisce About Witold Pilecki”) wielokrotnie zwracali się do ww. europosłów w tej sprawie.

O: Nie znam sprawy – proszę mi przesłać potrzebne materiały, wówczas odpowiem.

Paw, żenada, obciach, kompromitacja – wszystkie te słowa zdewaluowały się dzięki działaniom wikiBronka – ale na tak tępą ignorancję trzeba wymyslić coś nowego. Niechęć do rtm. Pileckiego nie dziwi u komucha uprawiającego bilard kieszonkowy pod portretem Jaruzelskiego – ale żeby się tak ostentacyjnie do tego przyznawać? Kurwy zuchwałe i bezczelne, jak mawiał jeden z towarzyszy Szwejka.

P: MDM: Czym jest dla pana patriotyzm?

O: Patriotą jest gen. Jaruzelski, który przeprowadził Polskę przez burze lat 80., tak że w całości, bez narodowej hekatomby, przeszliśmy z PRL do wolnej Polski.

Bez komentarza.

Jakiś czas temu można było mieć nadzieję, że problem Napieralskiego i jego formacji rozwiąże biologia, bo dziadki z UB powymierają ze starości, a ich młodociani wychowankowie są zbyt cyniczni (vide kawiarniany rewolucjonista Sierakowski – też chciałbym, żeby ktoś mi dał na krzywy ryj lokal w środku Krakowskiego żebym mógł krzewić szczytne idee) – ale niestety nie ma tak dobrze: dwaj główni kandydaci w wyborach kokietują męża Małgorzaty na wszelkie możliwe sposoby… Lada moment Kaczyński przyzna się do zastrzelenia Blidy serią z palca wskazującego lewej ręki, a Komorowski, bo ja wiem… Przeczyta cytat z wikipedii o roli PZPR w walce o niepodległość? Jako zatwardziały antykomunista powiem krótko: jeśli dzięki wam przetrwają w polityce takie rozsadniki głupoty jak Napieralski, to syf na oba wasze domy, panowie K & K.

Ale żeby nie było, że jestem negatywnie nastawiony do mojego młodszego brata w rozumie: Grzegorz Napieralski wniósł do kampanii prezydenckiej 2010 pewną korzystną zmianę stylistyki. Nawet przyjemny widok – pod warunkiem, że pamięta się o wyłączeniu fonii. Po klapie kampanii, kiedy miłośnik Jaruzela przestanie szefować SLD, laski przestaną mu być potrzebne – na rozkładówkę Playboya jak znalazł. Najchętniej obie naraz.

Kolonizacja to rewelacja

June 16, 2010

Gromadzący się od paru dekad gospodarczy syf zaczął się wylewać na grecką ziemię w styczniu tego roku a już w maju było po ptakach: pomimo kolosalnej pożyczki wpompowanej w Grecję, uroczy ten kraj de facto się rozlatuje gospodarczo. Reakcje były różne: Komisja Europejska potępia spekulantów (jakby winą hien było to, że antylopa wzięła i zdechła), Niemcy wzięły się do przykręcania śruby, Francja wznowiła swoje eunusze jęki, Polska po staremu pcha się w ciemno do  strefy euro… Nic nowego, prawda? Zasadniczo prawda, z jednym wyjątkiem…

Postępując według najlepszych wzorców opisywanych przez Sun-Tzu, chiński rząd / biznes / służby (za cienki jestem w polityce Państwa Środka żeby podejmować się rozgraniczania stref wpływów między tymi trzema ośrodkami) po cichutku wchodzą tylnymi drzwiami do Europy. Jak to się często zdarza w przypadku ofensywy, zaczynają od uderzenia w najsłabszym punkcie – a bez wątpienia A.D. 2010 w obrębie UE ten mało zaszczytny tytuł przysługuje Grecji. Kto chce, może oczywiście wierzyć w oficjalne deklaracje zauroczenia grecką oliwą i telekomunikacją – ale moim zdaniem znudzeni zabawą w taryfy i udawanie pokojowego (nomen omen) pekińczyka Chińczycy postanowili pokazać brukselskim bucom kto tak naprawdę rozdaje karty w światowej gospodarce.

Biorąc poprawkę na temperament strajkujących na ateńskich ulicach, nawet niespecjalnie się dziwię, że grecki rząd na to poszedł. Ciekawe tylko, kto będzie następny – i czy Chińczycy umieją się uczyć na cudzych błędach.

Michalkiewicz: Przekomarzanie z sodomitami

June 16, 2010

Fragment felietonu Stanisława Michalkiewicza, całość TU – znakomite podsumowanie ideologicznej zadymy w Muzeum Narodowym.

Ale ja właściwie nie o komarach, ani demokracji politycznej, tylko o wystawie „sztuki gejowskiej”, jaką właśnie urządza Muzeum Narodowe w Warszawie. Już tam dyrekcja Muzeum musiała wywąchać, że pod pretekstem kulturalnego nadymania sodomitów można z Eurokołchozu wyciągnąć forsę. Dlaczego władcom Eurokołchozu tak zależy na propagowaniu sodomii – Bóg jeden wie. Bardzo możliwe, że przy pomocy traktowanego instrumentalnie proletariatu zastępczego w postaci sodomitów obojga płci, kobiet, a nawet dzieci, chcą przeprowadzić socjalistyczną rewolucję, tym razem już „prawdziwą”, a podczas rewolucji, wiadomo – „przeszłości ślad dłoń nasza zmiata”. Każdy ślad, a więc również wszelkie ślady rozsądku. Wygląda na to, że Europa znowu dostała się pod władzę wariatów, którzy prędzej czy później doprowadzą ją do straszliwych paroksyzmów, przy których Hitler i Stalin będą wydawać się wzorem umiarkowania i taktu. W każdym razie to „jajo węża” w postaci Nowej Lewicy już się pojawiło i strach pomyśleć, co za potwór się z niego wylęgnie.

Zwróćmy uwagę na osobliwość sformułowania „sztuka gejowska”. Dotychczas sztuka była klasyfikowana według stylu, na przykład grecka, romańska, gotycka, renesansowa, barokowa, rokokowa i tak dalej – bez względu na to, w jaki sposób autor obrazu lub posągu rozładowywał sobie popęd seksualny. Nawet nie przyszłoby mi do głowy dociekać, w jaki sposób i z kim spółkował asyryjski twórca gigantycznego granitowego posągu ryczącego lwa, jaki widziałem niedawno w British Muzeum w Londynie. Tymczasem propagatorzy sztuki sodomickiej siłą rzeczy dają nam do zrozumienia, że sposób zaspokajania popędu przez autora determinuje całą jego twórczość, która na skutek tego staje się również osobliwym gatunkiem. Krótko mówiąc, propagatorzy sodomizmu zaczynają dzielić nie tylko ludzi, ale również ich dzieła w zależności od tego, w jaki sposób i z kim spółkują.

No dobrze, ale skoro te różnice okazują się aż takie ważne, to nie tylko można, ale nawet należy zacząć wyciągać z nich wnioski. Na przykład – czy sztuka gejowska jest lepsza, czy może gorsza od innych gatunków sztuki. Bo jeśli jest gorsza, jeśli to jest zwyczajny Scheiss, knot obliczony tylko na wyciąganie publicznych pieniędzy od zwariowanych, albo trzęsących się o swoją posadę urzędników, to należałoby ją raczej z muzeów powyrzucać, żeby nie wypaczać publiczności gustu. Ja oczywiście nie wiem, czym różni się „sztuka gejowska” od innych rodzajów sztuki i skłonny byłbym w związku z tym uznawać, że nie różni się niczym i że jako odrębny rodzaj nie istnieje, ale skoro sodomici twierdzą, że jest inaczej, to po pierwsze – niech tę różnicę wskażą, a po drugie – niech wykażą, że jest to propozycja wartościowa. Bo jeśli nie – to dlaczego mielibyśmy te knoty obdarzać szlachetnym mianem sztuki? Dlaczego, jako podatnicy, mielibyśmy ponosić koszty propagowania ideału sprowadzającego się do kopulowania od tyłu?