FFWW: Robin Hood

Parę jest motywów kulturowych ogranych do oporu: praktycznie cały Szekspir, hrabia Monte Christo, Drakula, Willy Loman, Frankenstein… No i oczywiście Robin Hood – właściwie od momentu wymyślenia takiego wynalazku jak film fabularny, co jakiś czas ktoś ożywia na ekranie legendarnego banitę z Sherwood. Była już wersja naiwno-urocza (z Errolem Flynnem), rewizjonistyczna (z Seanem Connery), parodia (“Faceci w rajtuzach” Brooksa), mistykq (telewizyjny serial z muzyką Clannad), nowoczesna (cokolwiek przerośnięty teledysk do “Everything I do”, który ratują tylko role Alana Rickmana i Morgana Freemana)… A teraz do tematu podszedł Ridley Scott, w roli Robina obsadzając Russella Crowe’a. Kojarzy wam się to z “Gladiatorem”? I bardzo dobrze wam się kojarzy.

Robin jest takim sobie zwykłym żołnierzem w armii Ryszarda Lwie Serce (świetny epizod Danny Houstona w tej roli) – i razem z resztą wojska przebija się z powrotem do Anglii po spektakularnych “sukcesach” podczas Trzeciej Krucjaty. Tu dygresja: historia jest w tym filmie – podobnie jak w “Gladiatorze” – traktowana głównie jako pretekst do dekoracji i magazyn z postaciami. Kiedyś z podobnym zarzutem spotkał się Dumas (ojciec) – zarzucono mu, że gwałci historię, na co pisarz odparł “ale za to jakie ładne dzieci jej robię!”… I chyba na coś podobnego ma nadzieję Scott:  szybko usuwa króla z fabuły i dzięki czemu może ruszyć seria zdarzeń, w wyniku której Robin podając się za zabitego w zasadzce rycerza Roberta Loxleya może udać się do Anglii i spotkać Lady Marion (połowicę zmarłego).

Lady Marion Loxley jest wdówką i to niespecjalnie wesołą: opiekuje się teściem (Max von Sydow jak zawsze w formie – ile ten facet ma lat, trzysta?), w pojedynkę zarządza majątkiem, użera z rabusiami, duchowieństwem i poborcami podatkowymi – niekoniecznie w tej kolejności. Na majątek dybie szeryf z Nottingham, Robin trochę niechcący miesza się w politykę, przy okazji odkrywa sekret swojego ojca… Generalnie scenariusz jest ciut odmienny od tego, do czego przyzwyczaiły nas dotychczasowe wersje tej opowieści. Co w sumie jest zrozumiałe: ile razy można pokazywać to samo? Twórcy postanowili skupić się na tym co się działo zanim łucznik Robin został terroryzującym złych bogaczy banitą. Niektórzy krzywią się na lekki rewizjonizm, ale mnie przekonuje takie świeże podejście.

Crowe jako Robin nijak nie wygląda na przyszłego bohatera – ma już dosyć wojny i chciałby wreszcie zostawić cały ten galimatias za sobą. Ale co zrobić, kiedy po prostu się nie da: najpierw obiecał coś umierającemu rycerzowi, potem trzeba pomóc grabionej przez chciwego duchownego damie, potem odeprzeć wrogą inwazję… Nie to, żeby miał jakieś szczególne opory: skoro został sierotą w wieku sześciu lat, można zrozumieć że nowo odkryte dzieło życia jego ojca (coś w rodzaju prototypu Magna Carta) to dla niego prawie Ewangelia, więc z entuzjazmem rzuca się do walki w jej obronie.

Cate Blanchett – poza tym że jest jak zawsze zjawiskowa, nawet w uwalanym błockiem gieźle – to taki trochę prototyp feministki: kocha swojego teścia, ale resztę męskiego rodu traktuje z sarkastycznym dystansem. Twarda kobieta (życie chłoszcze), która w razie konieczności włoży zbroję i ruszy konno tłuc Francuzów – dla ustalenia uwagi, mówimy o początkach trzynastego wieku, kiedy Francuzi nie ograniczali się do walki poprzez machanie białą flagą. Mark Strong jako zdradziecki Godfrey nie wychodzi specjalnie poza stereotyp i troszkę powtarza rolę Lorda Blackwooda z “Sherlocka Holmesa“: ogolona głowa, szpecąca blizna, kompletny brak emocji w rozkazach rzezi… Ale i nie szarżuje, po prostu jest dokładnie taką zdradziecką szują, jak wymagają prawidła gatunku.

Anglia jest ponura, zimna i deszczowa, wszędzie nędza i błoto – cały ten mrok i szarugę rozświetlają głównie wzniecane przez złych ludzi pożary. No i zielone pola, przez które galopuje konnica dzielnych angielskich rycerzy (pod przywództwem, a jakże, Robina) tudzież plaża, na której dochodzi do ostatecznej rozprawy z siłami inwazyjnymi żabożernych wymuskańców. I nie jest specjalnym zaskoczeniem, że sceny batalistyczne są genialne: u Scotta mogą kiksować scenariusze (“Body of lies”) albo decyzje obsadowe (Orlando Bloom w “Królestwie niebieskim”) – ale jeśli dwie grupy ludzi przystępują do entuzjastycznego wyrzynania się nawzajem, wiadomo że będzie na co popatrzeć. Robin galopujący przez zalane ludźmi Godfreya Nottingham i rozłupujący kolejne łby to wizualny samograj – zwłaszcza, że kamera co i rusz przeskakuje od szerszego planu do pojedynków z udziałem głównych bohaterów. Ponieważ film jest o łuczniku, mamy obowiązkowe krajobrazy z punktu widzenia osoby siedzącej na szybującej w powietrzu strzale, tudzież masę konnicy pędzącej w dół malowniczego zbocza pod deszczem strzał.

Fajny film, tak w sumie wziąwszy. Nie jakieś epokowe dzieło (brakowało mi trochę zapadających w pamięć dialogów – a po “Gladiatorze” wiem, że Scott potrafi przypilnować scenarzystów w tej kwestii), ale jest chemia między Robinem i Marion, charyzmatyczny główny bohater pałający chęcią zemsty, świetne zdjęcia i najlepsze sceny walki od czasu “Dwóch wież”.

Tags: , , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: