Archive for May, 2010

M.S.S. w naszych sercach

May 31, 2010

Jak człowiek czyta gospodarczych cudach dziejących się w strefie euro to troszkę smutno się może zrobić: Grecja się rozlatuje, Francuzi jęczą, Niemcy są całym tym bałaganem coraz bardziej wkurzeni… Ale przecież chyba nie zawsze tak było, prawda? W końcu kiedy w traktacie z Maastricht tworzono EMU, wszyscy byli pełni optymizmu i wiary w lepsze śwuietlane jutro…

I właśnie ku pamięci tego świetlanego jutra, które raczej już nie nadejdzie, brytyjski Think Tank Open Europe przygotował zestawienie co ciekawszych cytatów z europejskich oficjeli na temat wspólnej waluty. Porównanie ich tępej megalomanii kilka lat temu (w przypadku co mniej kumatych, jak komisarz Almunia, mówimy raczej o miesiącach) z równie tępą i stadną paniką dziś byłoby nawet zabawne, gdyby ich zabawy nie skutkowały sianiem spustoszenia w portfelach wszystkich zarabiających w euro. Kto ciekaw porcji czarnego fiskalnego humoru, może zajrzeć do pełnego tekstu zestawienia TU.

Długo się zastanawiałem: jak wytłumaczyć zbiorowe zidiocenie aż takiej ilości ludzi – hipnoza? Narkotyki? Aż wreszcie mnie oświeciło: przecież już widziałem takie zachowanie, i to raptem kilka lat temu – w wykonaniu irackiego ministra informacji. Wygląda na to, że Trichet, Almunia i Barroso uczyli się retoryki w tej samej szkole, co Muhammed Saeed al-Sahaf:

Kto by pomyślał, że współpraca między Europą a światem arabskim jest tak zaawansowana?

BONUS TRACK: Nie wiem co palą / wąchają / wstrzykują redaktorzy działu gospodarczego GW – ale z całą pewnością powinni zmienić dilera, bo ich obsesje przesłaniają rzeczywistość w stopniu takim, że M.S.S. wydaje się twardo stąpającym po ziemi realistą. Niedługo miną trzy lata od objęcia władzy przez rząd PO, a jaki jest główny polski problem (zdaniem działu gospodarczego GW)? Kaczyński, oczywiście – a konkretnie fakt, że jego rząd nie wykorzystał koniunktury gospodarczej.

BONUS TRACK 2: Uwaga o używkach odnosi się także do Witolda Orłowskiego, etatowego członka wszelkich możliwych ciał doradczych – związany twardo ze swoją koncepcją “euro dobre, brak euro zły, bee, bee” nie pozwala, by fakty wchodziły mu w drogę i dalej forsuje wejście Polski do strefy euro w najbliższym możliwym terminie.

Advertisements

Uśmiech Keyzera Söze – wersja 28.05.2010

May 30, 2010

Poziom dezinformacji na temat tragedii w Smoleńsku osiąga coraz to nowe wyżyny – rozmaici oficjele przeczą już nie tylko informacjom dziennikarzy, ale sobie nawzajem. Dla porządku, dobrze byłoby podsumować co wiemy, a czego nie i gdzie w oficjalnej wersji są luki. Podobnie jak poprzednim razem, pozwalam sobie oddać głos redaktorowi Warzesze.

Łukasz Warzecha:

10/4: nadal nic nie jest jasne

Podczas konferencji prasowej, na której Tatiana Anodina przekonywała, że rosyjska Międzypaństwowa Komisja Lotnicza jest niezależna, niezawisła i obiektywna, korespondent „Gazety Wyborczej” Wacław Radziwinowicz bardzo celnie zauważył, że komisja ta w zdecydowanej większości wypadków orzeka o winie pilotów, choć przyczyny wypadków są bardziej zróżnicowane. Wedle moich informacji, Radziwinowicz napisał o tym tekst, z którego opublikowaniem na łamach „GW” miał problem.

Wersja o winie pilotów była kolportowana od samego początku przez Rosjan. Przy czym sam początek należy rozumieć dosłownie, przypominam bowiem, że pośród zebranych w Katyniu polskich dziennikarzy kręcili się funkcjonariusze najprawdopodobniej FSB po cywilnemu, którzy już kilkadziesiąt minut po katastrofie rozpuszczali pogłoski o nieodpowiedzialnym zachowaniu pilotów. Śledząc wypowiedzi polityków, a także nieszczęsnego Edmunda Klicha (jego dziwne manewry to temat na osobny tekst) oraz doniesienia rosyjskiej prasy, nie sposób nie dostrzec, że publika jest przygotowywana na wersję o błędzie załogi i dzieje się to przy pełnej współpracy strony polskiej. Przy czym jest pewna modyfikacja: winą zostaje dodatkowo obciążony gen. Błasik. Intensywnie pracuje nad tym sam Klich, swoją cegiełkę dołożył też w charakterystycznym dla siebie żenującym stylu Radosław Sikorski, snując publicznie pseudoeksperckie rozważania o tym, jak straszliwie musiała pilotów rozpraszać obecność generała w kokpicie.

Z kolei w utwierdzaniu wersji o winie pilotów szczególnie i zastanawiająco aktywni są niektórzy eksperci lotniczy, zwłaszcza Tomasz Hypki, który z całkowicie nieuzasadnioną pewnością siebie od paru już tygodni orzeka, że winę ponoszą piloci.

Wszystkie te stwierdzenia, jeśli dokładnie je przeanalizować, są owszem, dopuszczalną hipotezą, ale nic nie uzasadnia przedstawiania ich jako ostatecznych wyjaśnień. Przechodzą one bowiem do porządku dziennego nad luką poznawczą, którą dotyczy trzech zasadniczych kwestii:

  • Czy samolot podchodził do lądowania czy jedynie testował tę możliwość, jak twierdzili inni piloci specpułku, w tym jaka, którym lecieli dziennikarze? Wersje niekorzystne dla załogi wydają się przyjmować jako pewnik, że było to podejście do lądowania, ale nie wiadomo, na czym ta pewność miałaby się opierać, zwłaszcza wobec faktu niewyłączenia niemal do ostatniej chwili częściowo uruchomionego autopilota.
  • Z jakiego powodu samolot znalazł się zbyt blisko ziemi? TVN24 orzekło w tonie pewności, że przyczyną były odczyty z niewłaściwego wysokościomierza (radiowysokościomierza zamiast wysokościomierza barycznego). Czy jest jakakolwiek przesłanka, aby mieć taką pewność? Czy można naprawdę założyć, że załoga, nie złożona przecież z laików – nawet jeśli nie byli to piloci z rekordowym doświadczeniem – nie zdawała sobie sprawy z tego, iż na nieznanym terenie powinna w okolicach wysokości decyzji obserwować wysokościomierz baryczny? Ja tego nie kupuję. Ta hipoteza nie jest właściwie w żaden sposób tłumaczona i nie żadnego uzasadnienia. Po prostu – „nie zauważyli”.
  • Hipoteza o winie pilotów zakłada także – takie stwierdzenie wprost pojawia się w materiałach TVN – że kapitan Protasiuk nie posłuchał drugiego pilota, gdy ten krzyknął: „Odchodzimy!”. Po pierwsze – warto by wiedzieć, skąd niektóre media mają wiedzę o treści nagrań czarnych skrzynek. Bo jeżeli jest to wiedza czerpana od strony rosyjskiej, nawet pośrednio, to trzeba do niej podchodzić z najwyższą nieufnością. Po drugie – dlaczego mielibyśmy przyjmować założenie, że kapitan Protasiuk „nie posłuchał” drugiego pilota? Czy był samobójcą albo chciał się zabawić w kamikadze? Czy znamy na tyle dobrze stan wraku, aby wiedzieć, że Protasiuk nie spróbował „odejść”, ale samolot z jakiegoś powodu (być może po prostu z powodu swojej konstrukcji albo też z jakiejś innej przyczyny) okazał się niesterowny? W tego typu wypadkach bada się zwykle najdrobniejsze elementy, np. położenie dźwigni ciągu na panelu sterowania czy ślady na dłoniach pilotów, mogące świadczyć np. o tym, że próbowali zrywać plomby, zabezpieczające niektóre przełączniki. W wypadku katastrofy smoleńskiej nie ma ani słowa o tego typu badaniach, za to dziennikarze i przypadkowe osoby odnajdują szczątki maszyny, mogące mieć w takich dociekaniach zasadnicze znaczenie. W tym kontekście uszczegółowione wersje wydarzeń przedstawiane jako pewnik są szczególnie niewiarygodne.

Hipotezy o winie załogi całkowicie pomijają możliwą winę Rosjan, co wydaje się i bezzasadne, i niezrozumiałe. Weźmy choćby ujawniony dopiero co wątek wadliwie działającej radiolatarni, z którą problemy miał mieć także jak. Dotąd nie jest jasne, czy MAK certyfikowała smoleńskie lotnisko, czyli czy ta sama Tatiana Anodina, która teraz prowadzi komisyjne dochodzenie w tej sprawie orzekała, że może ono przyjmować samoloty klasy tupolewa. Wacław Radziwinowicz twierdzi, że tak. A jeśli tak, to znaczy, że MAK prowadzi już wprost śledztwo we własnej sprawie (nie mylić z dochodzeniem prokuratorskim). Pojawiają się pytania o niedostarczenie odpowiednich danych, dotyczących lotniska. Nie ma odpowiedzi na pytania o faktyczny status wizyty prezydenta.

Podczas gdy część polskich mediów oraz eksperci w rodzaju Hypkiego ma już jasność, że zawinili piloci, z zagranicy płyną opinie zgoła odmienne i brzmiące bardzo niepokojąco, oczywiście kompletnie nie mieszczące się w głównym nurcie polskich dociekań (np. tutu). Pojawiają się kolejne pytania, odpowiedź na które może być istotnym składnikiem wyjaśnień przyczyn katastrofy. Do wszystkich tych kwestii nie odnosi się żaden przedstawiciel polskiego rządu, zaś nasz „akredytowany” coraz bardziej nieodpowiedzialnie bryluje w mediach.

Tak, uważam, że w sprawie wyjaśnienia przyczyn smoleńskiej katastrofy polski rząd wykazuje złą wolę. Nie dlatego, żeby miał coś bardzo tajemniczego i złowrogiego do ukrycia. Raczej dlatego, że ma do ukrycia po pierwsze własną indolencję i nieudolność z pierwszych godzin po wypadku, a po drugie – jest winny pośrednio, poprzez tolerowanie fatalnej sytuacji w specpułku i doprowadzenie do sytuacji, w której polityczna wojna zmusiła do swoistej konkurencji o obchody katyńskie (notyfikacja udziału prezydenta w uroczystościach była przekazana Rosjanom znacznie wcześniej niż informacja o wizycie Tuska, na co są papiery).

Nie jest to zresztą tylko zła wola, ale oskarżenie znacznie poważniejsze: o bierność w obliczu sytuacji dla państwa wyjątkowej, w której drobne gesty, postulaty, przyjmowane stanowisko stanowią niezwykle istotny sygnał w kwestii tego, jak polskie władze traktują suwerenność własnego państwa. Brzmi to może nadmiernie patetycznie, ale mówione i pisane jest zbyt rzadko: to śledztwo i szukanie przyczyn katastrofy jest probierzem stosunku do suwerenności państwa polskiego. Z tego punktu widzenia polski rząd wypadł absolutnie fatalnie. Nie przesądzam, czy stało się tak, bo Tusk od pierwszych chwil postanowił realizować politykę nowej polsko-rosyjskiej przyjaźni kosztem dochodzenia do prawdy (niektóre relacje polityków, którzy w pierwszych godzinach obserwowali polityków PO – w tym np. Marka Wikińskiego z SLD – mogą wskazywać, że była to całkowicie cyniczna zagrywka), czy też premier wykazał się brakiem zmysłu państwowego, stracił rezon i zimną krew, trwała kompromitująca dezorganizacja i nie wiadomo było, co robić. Jedno jest jasne i powinno być – wbrew mętnym tłumaczeniom rządu – oczywiste:to śledztwo można było przejąć, a przynajmniej inaczej ustalić zasady jego prowadzenia.Wszystko  zależało od decyzji politycznej, a więc od postawy Tuska w pierwszych godzinach po katastrofie.

Te prawne aspekty przeanalizował w „Gazecie Polskiej” Krzysztof Rak, ekspert stosunków międzynarodowych, politolog, przez pewien czas szef Wiadomości TVP. Pozwolę sobie tu przytoczyć kilka fragmentów tekstu:

Problem w tym, że [wypadek] zdarzył się ona na obcym terytorium, a ogólna zasada prawa międzynarodowego głosi, że czyje terytorium tego władza. Państwa zazdrośnie strzegą tego przywileju przed innymi. Stanowi on bowiem istotę ich suwerenności. To zresztą na jej straży stoi głośna w tych tygodniach konwencja chicagowska z 1944 roku.

Jednakże prawo międzynarodowe tym fundamentalnie różni się od prawa wewnętrznego, że, jak zauważa prof. Władysław Czapliński, „nie ma w nim hierarchii norm”. Oznacza to, że dowolna norma prawa międzynarodowego niezależnie od jej źródła może uchylać lub modyfikować inną. Tak więc 10 kwietnia Tusk mógł zawrzeć z Putinem dowolną umowę prawnomiędzynarodową, regulującą dostęp strony polskiej do badania przyczyn katastrofy. Był tylko jeden warunek: polityczna wola polskiego i rosyjskiego premiera. Oczywiście byłoby to działanie nadzwyczajne, ale przecież katastrofa smoleńska nie ma żadnego precedensu w historii. […]

Premier Tusk wielokrotnie zapewniał, że podstawą prawną polsko-rosyjskiej współpracy dotyczącej wyjaśnienia okoliczności katastrofy jest chicagowska „Konwencja o międzynarodowym lotnictwie cywilnym” z 1944 r. Szkopuł w tym, że nie ulega żadnej wątpliwości, iż samolot prezydenta RP był samolotem wojskowym, a konwencja w artykule 3 (pkt. a i b) wyraźnie wskazuje, że nie dotyczy ona tego rodzaju samolotów. Premier nie potrafił wyjaśnić tej sprzeczności. Jego tłumaczenie bowiem, że „z polskiego punktu widzenia samolot był państwowy, a z punktu widzenia strony rosyjskiej katastrofa miała charakter cywilny”, nie trzyma się kupy. Konwencja jasno definiuje co jest samolotem cywilnym, a co nim nie jest. […]

I wreszcie kwestia porozumienia polsko-rosyjskiego z 1993 r., którego rzekomo – zdaniem rządu – nie dało się tutaj zastosować:

Rząd w odpowiedzi na publikację „Rzeczpospolitej” wydał specjalny komunikat. Wyjaśnił w nim, że porozumienie z 1993 roku nie zostało wykorzystane, ponieważ „nie określa żadnej procedury, zgodnie z którą art. 11 miałby być realizowany”. Tyle tylko, że w treści porozumienia nie ma odniesienia do aktów wykonawczych, które mogłyby stanowić tego rodzaju „procedury”. A zatem nie ma przeszkód do bezpośredniego zastosowania artykułu 11 porozumienia.

Jednak i w tej sprawie rząd nie potrafił zająć spójnego stanowiska. Na początku maja rzecznik MON stwierdził, że porozumienie z lipca 1993 nigdy nie zostało wypowiedziane, czyli nadal wiąże obie strony. Czy więc aby stosować konwencję chicagowską, obaj premierzy nie powinni ustalić, że w imieniu stron uchylają to porozumienie z 1993 r.? To kolejna zagadka.

Zachęcam do lektury całości tej dobrze udokumentowanej analizy, choć nie jest to lektura miła i optymistyczna.

Słowem – przyczyny katastrofy są dalekie od wyjaśnienia, a zgodność części mediów i ekspertów wokół hipotezy – podkreślam: hipotezy – winy załogi i przedstawianie jej nie jako jednego z możliwych wariantów lub wyjaśnienia cząstkowego, ale jako ostatecznej prawdy jest zastanawiająca.

Jest dla mnie jasne jedno: odpuścić nie wolno. Zachowując wstrzemięźliwość i zdrowy rozsądek, należy dopominać się o rzetelne i obiektywne wyjaśnienie przyczyn. Mam pewność, że obecnej konfiguracji nie jest ono możliwe.

Szepty i krzyki

May 28, 2010

A miało być tak pieknie: przywrócone zaufanie do euro, Grecja uratowana, atak złych spekulantów powstrzymany… Niestety rzeczywistość, zwłaszcza finansowa, ma to do siebie, że jeśli coś wydaje się zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe, to na ogół prawdziwe nie jest – i nie inaczej jest z opisywanym przez media jako wielki sukces bailoutem.

W fenomenalnej konstrukcji wypichconej pod duchowym przywództwem męża Carli Bruni jest kilka dziur, a o dwóch z nich napisał ostatnio The Telegraph: jeden kruczek jest prawny, a jeden finansowy.  Jeżeli obecny bailout narusza klauzulę zakazującą bezpośrednich interwencji na rynku, zostaje wycofany ze skutkiem natychmiastowym. W tej chwili uzasadnienie prawne polega na nadzwyczajności sytuacji – niestety (albo i stety) Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe nie jest specjalnie znany z przejmowania się zachciankami eurodygnitarzy, a że ma do rozpatrzenia dwa pozwy przeciwne całemu pakietowi, różnie może być.

Jeśli chodzi o aspekt finansowy, to Grecja dostaje “pożyczkę” (przepraszam za cudzysłów, ale to słowo implikuje wiarę w odzyskanie pożyczonych środków pewnego dnia) na 5 procent. Ale rządy państw zrzucających się skądś muszą te pieniądze wziąć, co przy obecnym stanie finansów publicznych w Europie oznacza konieczność ich pożyczenia. Jeśli nie uda im się tego zrobić na niższy procent niż 5 (czyli mówiąc po ludzku: jeśli miałyby do tego interesu dopłacić), mogą zrezygnować z udziału w całej imprezie.

Jak się tak chwilę zastanowić, to – co rzadkie w przypadku ogólnounijnych inicjatyw – jest w tym odrobina rozsądku. Jak mawiali starożytni Słowianie “wiódł ślepy kulawego”: skoro Hiszpania, Portugalia czy Irlandia same przędą dosyć cienko (a problemy ze sprzedażą obligacji zaczynają mieć nawet Niemcy), to pomysł pomocy niesionej przez te państwa Grecji zaczyna trącić absurdem.

Jakby tego było mało, wierzgać zaczynają Francuzi: w udzielonym “Financial Times” wywiadzie francuski minister do spraw europejskich Pierre Lellouche de facto przyznaje, że cały projekt ratowania Grecji opiera się na łamaniu prawa i zmianie zasad traktatu z Maastricht (patrz wyżej). Jestem przekonany, że Angela Merkel popłacze się ze szczęścia czytając te słowa: ledwo niemiecki rząd zgodził się na tę operację, płacąc polityczną cenę w postaci utraty większości w Bundestagu, a tu druga połówka żabio-teutońskiego duetu zaczyna wydawać typowe dla siebie eunusze jęki.

Nie żeby treść rzeczonych jęków była przesadnie odkrywcza: zdaniem pana ministra kraj jest zjednoczony jeśli chodzi o pomoc Grecji, natomiast w dziedzinie powszechnej zgody na uporządkowanie francuskich finansów publicznych (i wiążącego się z tym zaciskania pasa) występują, powiedzmy, pewne niedociągnięcia.

Skutek całego tego bajzlu jest jeden: kurs euro do dolara systematycznie zniżkuje od przynajmniej miesiąca, acz zdarzają się krótkotrwałe skoki w górę (dzięki którym media mogą trąbić o końcu kryzysu). Najnowszy skok zawdzięczamy Chińcykom, którzy jak na razie tsymają się mocno – chińscy oficjele zdementowali pogłoski, jakoby zamierzali krytycznie przyjrzeć się swoim demoninowanym w euro rezerwom. Na razie rynki finansowe im wierzą, głównie z powodu nieznajomości starej prawdy o zaufaniu do zdementowanych informacji. Na razie.

A w tym czasie “w Polsce, czyli nigdzie” PO prezydenta wikiBronek zapowiedział, że powoła na szefa NBP Marka Belkę. Słusznie: trzeba przecież co prędzej zatroszczyć się o tę ważną instytucję odzyskaną z łap pisowskich hord. A Belka to wybitny fachowiec i nie ma się co czepiać, że doradzał rządowi w sprawie prywatyzacji PZU (z ramienia ABN AMRO), uczestniczył w tejże prywatyzacji jako członek rady nadzorczej banku Milennium i nadzorował całość jako premier polskiego rządu… Przecież nie robił tego równocześnie, a kto podejrzewa konflikt interesów, ten jest pisowskim nienawistnikiem!

Czemu wspominam o wikiBronku i jego nominacie z doświadczeniem irackim? Bo ku memu ogromnemu zdziwieniu, wąsaty myśliwy K. powiedział coś sensownego – podważając sens wchodzenia do strefy euro w najbliższym możliwym terminie. Wprawdzie Jacek Vincent jest innego zdania, ale taka rozbieżność daje pewną nadzieję, że mieniący się specjalistami od gospodarki POlitycy nie zdołają spieprzyć absolutnie wszystkiego.

A w każdym razie – niezbyt szybko.

Nieznośna lekkość CO2

May 24, 2010

Przez Polskę przelewa się powódź, rząd dziarsko z nią walczy, premier Tusk demonstruje machismo na miarę naszych możliwości, ogólnie: historia się powtarza. Na razie wściekłość ofiar urzędniczej bezmyślności nie przełożyła się na wynik wyborów (jak w 1997, kiedy “powódź tysiąclecia” zmiotła Cimoszewicza), ale poczekajmy parę tygodni. Co potem? Osobiście obstawiam, że ze swoich karaluszych nor powyłazi lewactwo mieniące się ekologami i zacznie gęgać, że klęska żywiołowa to skutek ocieplenia, ochłodzenia lub zmiany klimatu (“mądrość etapu” w wykonaniu zielonych oszołomów zmienia się na tyle często, że doprawdy ciężko czasem nadążyć).

Jeżeli mowa o zmianie klimatu to oczywiście jest jeden główny podejrzany: emitowany do atmosfery dwutlenek węgla. Ponieważ zmiana klimatu jest zła, emitowanie CO2 też jest złe i trzeba je redukować, bo tak – niestety, jak do tej pory lewica nie chce dać dobrego przykładu eliminując swoją emisję z ogólnej puli (na przykład poprzez eutanazję na sobie samych). To byłoby rozwiązanie najlepsze, no ale nie wymagajmy od małych brunatnych (zieleń plus czerwień) ekologów logiki i konsekwencji. Zostają dwa rozwiązania: jedno świetne, a drugie jeszcze lepsze.

Bazowy pomysł czerwonych to oczywiście opodatkowanie wszystkiego co się rusza i nie może uciec do raju podatkowego – najlepiej podsumował to dawno temu Ronald Reagan: The government’s view of the economy could be summed up in a few short phrases: If it moves, tax it. If it keeps moving, regulate it. And if it stops moving, subsidize it. Jak na razie koncepcja opodatkowania nie bardzo przeradza się w praktykę (choć mąż Carli Bruni od czasu do czasu coś przebąkuje), więc wprowadzany jest plan B – pozwolenia na handel emisjami. W dużym skrócie pomysł wygląda tak: Komisja Europejska ustala, ile dwutlenku węgla mają prawo emitować poszczególne państwa Wspólnoty, rządy państw członkowskich coś kumają albo i nie (w przypadku rządu polskiego, ze wskazaniem na “nie”) i potem zaczyna się – teoretycznie – wolny rynek: państwa trujące więcej muszą dokupić pozwolenia, czystsi i bardziej oszczędni mogą jej sprzedać, zarabiając na tym jacy są porządni i pro-ekologiczni.

Brzmi uroczo, prawda? Efektywne, wolnorynkowe, z pozytywnym efektem dla środowiska… Niestety, jak się człowiek przyjrzy trochę bliżej, rzeczywistość nie jest tak różowa. Niespecjalnie wiążące doniesienia na temat handlu emisjami pojawiały się już od jakiegoś czasu, ale że dochodziły z kręgów czerwono-zielonych, raczej nikt ich nie słuchał. Ale zepsuty zegar też wskazuje poprawną godzinę dwa razy na dobę i okazuje się, że coś jednak było na rzeczy: skomplikowany system przydziału pozwoleń tudzież związane z nimi zamotane regulacje podatkowe skończyły się tak, jak się skończyć musiały – ktoś postanowił pójść na skróty i zarobić na przekręcie. Jak na razie aresztowania miały miejsce w Wielkiej Brytanii, europejskim mateczniku broni masowej (finansowej) zagłady. Jeśli wierzyć informacjom belgijskich prokuratorów, nawet 90% transakcji w EMS mogło mieć miejsce z naruszeniem prawa – tylko czy można wierzyć Belgom?

Limity przydzielane wedle uznania brukselskich biurokratów, skomplikowane przepisy podatkowe… Jak mawiał Stefan Kisielewski, to nie kryzys, to rezultat.

Spokojnie, to tylko awaria

May 24, 2010

Minister zdrowia ostrzega (a właściwie: ostrzegałby, jakby nie był z PO): lektura tego wywiadu może powodować zawrót głowy, wymioty i gwałtowną niechęć do głosowania na Komorowskiego, tudzież niemożność poparcia kręcącego się wokół niego stada kretynów. Wszyscy czytający dalej zostali ostrzeżeni. Przepraszamy za usterki.

Robert Mazurek w rozmowie z Małgorzatą Kidawą-Błońską, posłanką PO, rzeczniczką sztabu wyborczego Bronisława Komorowskiego

Rz: Coś się zmieniło po katastrofie smoleńskiej?
Jest taki moment złapania oddechu, zatrzymania się, odeszło od nas wielu wspaniałych ludzi, ale czy zmieniła się polityka? Nie wiem.

A chciałaby pani?
Pewnie, że chciałabym, by polityka złagodniała. Nie wierzę, że ludzie przestaną się kłócić i obrażać, że staną się aniołami, ale chciałabym, byśmy potrafili uznać swoje racje, ustąpić tam, gdzie to możliwe. Choć u nas i tak nie jest najgorzej, bo widzimy w partnerach politycznych ludzi, nie próbujemy ich zniszczyć…

To odważna teza.
W każdym razie w tej kadencji jest znacznie lepiej niż w poprzedniej. To, co wyprawiali posłowie Samoobrony czy LPR…

… Było niczym w porównaniu z zachowaniami posła Palikota czy Niesiołowskiego.
W Sejmie, na mównicy, Janusz Palikot zawsze zachowywał się przyzwoicie.

Pani poseł…
No dobrze, to, co robił poza parlamentem, co pisał na blogu, mówił mediom to oddzielna sprawa. I tu rzeczywiście przekraczał granice dobrego smaku i dobrego wychowania.

Delikatna pani dla kolegi.
Natomiast Stefan Niesiołowski bardzo ostro stawia pewne sprawy, bo ma taki temperament, ale z to człowiek największej dobroci, nikogo by nie skrzywdził, a jakby było trzeba, to swojego przeciwnika wręcz ratowałby, pomagałby mu i zrobiłby dla niego wszystko.

Zapewne dlatego mówił, że „naszym celem jest zniszczenie PiS, zniszczenie braci Kaczyńskich”?
Nie podobał mu się ich styl uprawiania polityki.

I dlatego mówił o „wyeliminowaniu z życia publicznego”?
Rozumiem, że jednym się taki język podoba, a innym nie, ale w polityce nie język jest najistotniejszy. Najważniejsza jest skuteczność.

To manifest cynizmu. Naiwnie myślałem, że pani powie, iż najważniejsza jest idea, a skuteczność jest jej służebna.
To prawda, ma pan rację, ale przecież nie może pan sobie ot tak, siedzieć i powtarzać: „Oj, chcę zmienić świat”, tylko musi pan do tej polityki wejść.

I zaakceptować taką, jaka jest.
Nie muszę ze wszystkim się zgadzać, ale by działać skutecznie w polityce, muszę zaakceptować jej reguły.

I nazywać przeciwnika politycznego psychopatą?
Te słowa nie padły pod adresem konkretnej osoby…

Nie mówię o kabotynie na koturnach z waszego komitetu. Pytam ogólnie, czy pani się podoba taki język?
Nazywanie kogoś psychopatą mi się nie podoba. Nie lubię tak dosadnych określeń, choć w debacie politycznej trzeba pewne rzeczy nazywać po imieniu.

Powiedzenie, że Kaczyński nie ma kwalifikacji, bo nie jest niczyim ojcem, ale hodowcą zwierząt futerkowych, to tylko nazwanie rzeczy po imieniu, nie obrażanie?
Profesor Bartoszewski, odkąd słucham jego wystąpień, mówi bardzo barwnym językiem, używa zaskakujących, oryginalnych porównań…

Pani docenia bogactwo języka, a ja uważam, że naigrawanie się z Jarosława Kaczyńskiego, że nie ma rodziny, zwłaszcza w kontekście 10 kwietnia, jest czymś osłupiającym.
Zgadzam się z profesorem Bartoszewskim, że poświęcenie i trud wychowania wielu dzieci jest dobrym sprawdzianem charakteru człowieka.

Ile ma pani dzieci?
Jedno.

Ja troje, więc byłbym trzy razy lepszym kandydatem na prezydenta niż pani?
Proszę pana, mam syna, skądinąd z mocnym charakterem, więc doskonale wiem, że w rodzinie uczymy się zorganizowania, tolerancji, umiejętności życia w grupie, i to dla każdego człowieka, a tym bardziej kandydata na przywódcę narodu, jest ważne.

Wróćmy do pytania, czy hodowca zwierząt futerkowych, który…
Proszę pana, chowanie zwierząt to też pewna umiejętność! Sama mam kota i psa, wiem, o czym mówię.

Bronisław Komorowski też ma zwierzęta. Głównie wypchane.
Nie ma wypchanych zwierząt.

Wiem, ma psa. Jest myśliwym.
Proszę pana, myślistwo jest z człowiekiem związane od początków naszej historii! Ludzie tak zdobywali pożywienie.

Chce pani powiedzieć, że marszałek poluje z głodu? Prof. Środa mówi po prostu, że Kaczyński zwierzęta kocha, a Komorowski kocha je zabijać.
To prastara polska tradycja, której hołdowali królowie spoczywający dziś na Wawelu czy przedwojenni prezydenci. Myśliwi wykonują mnóstwo potrzebnej roboty, chroniąc gatunki zagrożone przed drapieżnikami.

Skoro to takie pożyteczne, to czemu Grzegorz Schetyna naciskał na Komorowskiego, by przestał polować?
Widocznie tak samo jak pan nie lubi polowań. Ale panie redaktorze, wyszliśmy od sformułowania ministra Bartoszewskiego. Możemy już zamknąć ten temat?

Chciałbym tylko, by pani powiedziała, czy jego wypowiedź się pani podobała?
No dobrze, w tym wypadku było to trochę za ostre.

Wierzy pani w sondaże wyborcze?
Widać z nich, że jest dwóch bardzo silnych kandydatów i cała reszta o bardzo wyrównanym, dużo niższym poparciu.

I mamy coraz mniej niezdecydowanych. I to wszystko, co wiemy o sondażach.

Jeszcze to, że dają gigantyczną przewagę Komorowskiemu.
Powiedzmy: bezpieczną przewagę.

A wy zachowujecie się, jakbyście w te sondaże nie wierzyli.
To znaczy jak?

Atakujecie, jakbyście musieli rozpaczliwie ratować marszałka.
My?! O czym pan mówi?

O „kandydacie specjalnej troski” Sławomira Nowaka.
o szybka, niepotrzebna wypowiedź.

A ogłaszanie wojny domowej? Będziecie się okopywać?
Pan Andrzej Wajda jest bardzo wrażliwą osobą i został osobiście dotknięty pewnymi ekstremalnymi wypowiedziami i zachowaniami rodaków, mógł więc się poczuć jak na wojnie domowej.

Pani uważa, że wybór między Komorowskim a Kaczyńskim to „wybór między dobrem a złem”?
Nie potrafię powiedzieć, że ktoś jest z gruntu zły, a ktoś dobry. Dla mnie Komorowski ma więcej zalet, do niego mam zaufanie.

Ale ja nie jestem od tego, by cenzurować 160 bardzo wybitnych osób, które zasiadają w komitecie honorowym.

Pani też dostrzega przejawy nekrofilii politycznej?
Składanie wieńców w miesiąc po katastrofie przed budynkiem było dla mnie czymś ciężkim do zniesienia.

Warszawiacy do dziś chodzą pod Pałac Prezydencki i palą świeczki. Chce im pani tego zakazać i postawić straż miejską?
Nie, ja sama chodziłam na msze, pogrzeby, rozumiem żałobę, ale składanie tam wieńców było czymś dziwnym

Pani mama nie żyje. Nosiła pani żałobę?
Noszę ją w sercu do dziś, ale na czarno ubierałam się nie dłużej niż przez tydzień.

Dobrze, że nie widział pani wtedy Kazimierz Kutz. Nazwałby panią Mao Zedongiem.
Nie powiedziałby mi tego.

Elżbiecie Jakubiak powiedział.
Chce pan, bym była recenzentką wszystkich wypowiedzi polityków Platformy Obywatelskiej? Rozmowa telewizyjna z panią Jakubiak była emocjonalna po obu stronach.

Czym innym są emocje, czym innym obrażanie. Gdybym wykpiwał pani czarny strój żałobny, dowodziłoby to mojej dzikości.
Kazimierz Kutz nie mówił tego w odniesieniu do konkretnych osób.

Do jak najbardziej konkretnych: Kaczyńskiego i Jakubiak.
Nie wiedziałam, że będziemy rozmawiali głównie o wypowiedziach Palikota czy Kutza.

Cytatów z Palikota pani oszczędziłem.
Dobre i to. Doceniam pańskie miłosierdzie. Nasza kampania jest bardzo spokojna, toczy się zgodnie z planem, nawet nie przejmujemy się tym, że naszego głównego kontrkandydata nie ma.

Nie ma? Spotkał się z pani kandydatem na Radzie Bezpieczeństwa Narodowego.
Nie ma go w tym sensie, że nie prowadzi normalnej kampanii.

Macie z tym jakiś problem?
My prowadzimy swoją kampanię. Marszałek spotyka się z wyborcami, powstają filmy promocyjne, są czaty internetowe, jest plakat – wszystko to, co powinno być w kampanii.

I hasło „Zgoda buduje”.
Najprostsze, jakie można było wymyślić.

Jak pisze jeden ze znanych blogerów: „promowane na Muppet Show w Łazienkach”.
To jest oburzające! Wyszło szydło z worka! Strasznie pan obraża tych ludzi! Zarzuca pan różne rzeczy Niesiołowskiemu, Kutzowi, a sam cytuje jakiegoś blogera.

Zaraz, porównanie do miłych w sumie pluszowych postaci jest oburzające i to straszna obraza, tak?
Oczywiście, że tak!

A psychopaci, dewianci psychiczni, nekrofile, karły moralne, alkoholicy, półżywi prezydenci, bydło, dyplomatołki to pieszczoty?
Chce mnie pan sprowokować? Przytoczył pan wypowiedzi kilku osób, a próbuje obrazić wszystkie 160. Nazywanie tych bardzo szacownych ludzi muppetami jest przekroczeniem granic przyzwoitości i kultury.

Byłaby pani w batalii o standardy bardziej wiarygodna, gdyby reagowała nie tylko na blogerów, ale też na obelgi autorstwa kolegów partyjnych.
Ale czemu pan to cytuje? Czyta pan te wszystkie blogi, wpisy z Twittera? Po co?

A blogerowi wolno mniej niż Majewskiemu czy Bartoszewskiemu?
Tu o 160 osobach ktoś mówi muppety! I pan to powtarza. Ja bym nie miała takiej czelności, by tak bez szacunku wypowiadać się o tych wspaniałych ludziach.

Którzy innym zarzucają nekrofilię. Sławomir Nowak człowieka, który stracił jedynego brata i bratową, a którego matka jest ciężko chora, nazywa „kandydatem specjalnej troski”. To nie jest bezczelne, prawda?
Nie, to nie jest bezczelne, to jest nieprzemyślane. Już o tym mówiłam.

„Biologia jest po naszej stronie, wygramy z geriatrią” – mógłbym tak mówić o ludziach z waszego komitetu?
Przecież już mówiono w podobny sposób i mnie się to absolutnie nie podoba. Byłabym oburzona.

A wie pani, kto jest autorem tych słów?
Nie.

Sławomir Nowak.
Pan spisuje wszystkie wypowiedzi moich kolegów?

Tylko tych wybitniejszych.
Ja jednak bardziej przyjaźnie podchodzę do ludzi, z większą tolerancją. Pan jest szalenie nietolerancyjny, a brak tolerancji to jedna z najgorszych wad. Wie pan, nikt nie jest doskonały, ale takiej nietolerancji i braku szacunku do innych ludzi jak w tych wypowiedziach nigdy nie słyszałam. Po co pan w ogóle czyta takie rzeczy w Internecie, te blogi, Twittera?

Choćby dla pani Pomaski i pana Nowaka.
Nie lepiej przeczytać dobrą książkę?

Dziękuję za tę cenną uwagę. Jak tylko napiszą książkę, wezmę się do lektury.
Niedobrze, że ludzie zamiast czytać dobrą literaturę, siedzą teraz w Internecie i czytają wyłącznie blogi, twittery i czaty. Może powinni wrócić do książek?

Pani poseł, mam już 39 lat. Nigdy nie przeczytam tyle co pani czy Sławomir Nowak.
Kształcimy się przez całe życie.

Braków w tolerancji też już nie nadrobię.
A teraz mnie pan czaruje.

To nie kokieteria, to sarkazm.
Pan nie lubi ludzi, prawda?

Panią lubię, naprawdę.
Ale pan ocenia ludzi biało-czarno, a wie pan, że nie ma ludzi tylko złych lub tylko dobrych.

Ciemnych albo jasnych.
Właśnie.

A Sławomir Nowak mówił, że są. I ta jasna strona gromadzi się wokół PO.
Bardzo zabawna jest ta rozmowa z panem, po prostu odbijam się od pana jak od skały. Obawiałam się, że ten wywiad może być nieprzyjemny, ale nie, bo pan ma poczucie humoru. Po prostu nie nadajemy na tych samych falach.

To może wróćmy do rozmowy. Spytałem, czemu sztab kandydata gromiącego innych w sondażach ucieka się do agresji?
Tylko że ja żadnej agresji z naszej strony nie widzę, a pan nie może mi jej wykazać.

Kandydat specjalnej troski, nekrofil, psychopata… Mam to powtarzać?
Nie ma potrzeby. Ja w tym nie widzę żadnej agresji.

A chciałaby pani, by tak mówiono o Bronisławie Komorowskim?
Przecież nie pochwalałam takich wypowiedzi, ale nie dostrzegam w nich agresji. Agresją jest za to sposób, w jaki pan prowadzi ze mną ten wywiad.

Żebym dobrze zrozumiał: jak oni to mówili, to nie byli agresywni, a jak ja powtarzam, to jestem?
Dobrze pan to zrozumiał.

Nikt dotychczas lepiej nie wyłożył mi zasady podwójnych standardów.
Wie pan, sposób prowadzenia tej rozmowy w dalszym ciągu jest agresywny.

Dziękuję za to pouczenie, nie pierwsze dzisiaj.
Ja pana nie pouczam, ale wrzuca pan do jednego worka spotkanie komitetu w Łazienkach z niektórymi niezbyt szczęśliwymi wypowiedziami moich kolegów.

To ludzie waszej kampanii: politycy PO i członkowie komitetu honorowego. Nie pytam o życzliwych wam dziennikarzy czy komentatorów.
Nie zamierzam się tłumaczyć z niczyich słów, wywiadów, wystąpień. Ja mogę komentować wypowiedzi mojego kandydata, mojego sztabu, a nie całej Platformy.

A wypowiedź marszałka Komorowskiego z Moskwy, że polscy żołnierze ostatni raz byli na Kremlu w XVII wieku.
Była niezręczna, ale prawdziwa.

Gdyby kanclerz Merkel na Westerplatte powiedziała, że nasi żołnierze byli tu 70 lat temu, to też byłaby prawda.

Wtedy powiedziałabym to samo, że to bardzo nietaktowne i niezręczne. Takie słowa nigdy nie powinny paść.

Platforma nie wierzy w szczerość Jarosława Kaczyńskiego.

Daję każdemu człowiekowi prawo do zmiany na lepsze lub na gorsze, ale nie wiem, czy ta zmiana nastąpiła. Byłabym naiwna, przesądzając to po tygodniu czy dwóch. I to samo dotyczy mojego kolegi partyjnego Janusza Palikota.

O którym nie rozmawiamy.

Ja w każdym razie do tych zmian Jarosława Kaczyńskiego podchodzę bardzo nieufnie. Nie mam 15 lat, by w nie tak łatwo uwierzyć.

A nie ma pani wrażenia, że to wy robicie z Komorowskiego postać nieautentyczną? Nawet „Wyborcza” uważa, że wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego była częścią kampanii.

To bardzo warszawskie muzeum, każdy je może odwiedzać. Marszałek był tam z kombatantami, powstańcami, z rodziną. Składał kwiaty pod tablicą „Bora” Komorowskiego.

Tyle że wcześniej próbował odwołać Jana Ołdakowskiego, twórcę tego muzeum.

Muzeum to muzeum, a dyrektor to dyrektor, nawet jeśli, jak Jan Ołdakowski, jest to bardzo dobry dyrektor.

Komorowski z jednego muzeum pojechał do drugiego. Pozuje na patriotycznego pater familias?

Naprawdę nie pozuje, zawsze taki był, nie zmienił się ani o milimetr. I powtarzam, że do muzeum powstania może przyjść każdy.

Bronisław Komorowski znalazł czas po sześciu latach, akurat podczas kampanii.

Chyba nic w tym złego, że poszedł, prawda? Każdy ma do niego prawo. Ja panu mówię, że on się nie zmienia, jest dokładnie takim samym człowiekiem, jakim był. Nie zmieniają się jego poglądy, jego stosunek do ludzi, jego zachowania.

Poglądy? Pamiętam go jako zdecydowanego konserwatystę.

I nadal taki jest.

Wspierając in vitro ramię w ramię z Januszem Palikotem?

Marszałek dopuszcza metodę in vitro, bo ona wielu parom daje szansę na posiadanie dzieci.

Ma w tej sprawie zdanie inne niż Kościół, niż biskupi?

Tak, wielokrotnie o tym mówił.

Pani głosowała nad rozwiązaniem WSI.

Głosowałam za, tak jak cały klub.

Poza Bronisławem Komorowskim.

To prawda, ale nawet go o to nie pytałam. Dla mnie to nieistotne.

Marszałek podpisze tegoroczne sprawozdanie Krajowej Rady Radiofoniii i Telewizji?

Ta rada działa bardzo źle i jestem przekonana, że Bronisław Komorowski zgodzi się ze stanowiskiem Sejmu oraz Senatu i odrzuci jej sprawozdanie. Wtedy rada przestaje istnieć w swoim obecnym składzie.

A PO zyskuje do kompletu media publiczne.

Platforma nie chce przejmować kontroli nad mediami publicznymi. Chcemy dobrych mediów publicznych i chcemy je odebrać politykom. Dlatego, choć projekt twórców wzbudza moje poważne zastrzeżenia, uważam, iż warto nad nim pracować.

Macie „przyjaciół w TVN i w drugiej stacji prywatnej”?

Mam wrażenie, że nigdzie tam nie mamy przyjaciół.

Andrzej Wajda uważa inaczej.

Ale pan Andrzej Wajda nie jest członkiem Platformy Obywatelskiej.

Tylko komitetu Bronisława Komorowskiego. A Paweł Śpiewak, będąc posłem PO, mówił: „Mamy TVN i Polsat”.
Bardzo bym chciała, żebyśmy mieli media, które nas wspierają, ale tak nie jest.

Pani to mówi serio?

Jak najbardziej.

Adam Michnik nie ma na nic wpływu, prawda?

Ma swoją gazetę.

I kiedy ogłasza, że będzie głosował na Komorowskiego…

…To wypowiada po prostu swoje zdanie. Przecież to nie znaczy, że „Gazeta Wyborcza” wspiera Platformę Obywatelską.

Nie?

Dla pana mówienie, że będę na kogoś głosować, to wsparcie?

A jak to nazwać? Tak samo jak wsparcie daje wam „Polityka” ze swoim „Tusku, musisz”, czy „Bronku, do broni”.

Mamy w Polsce niezależne, wolne media i mogą one mieć swoje linie programowe, poglądy, wspierać dowolnych kandydatów.

Całkowita zgoda. „Polityka” czy „Wyborcza” to prywatne gazety, mogą sobie popierać, kogo chcą.

Jak każde inne. I chyba o to chodzi w demokracji.

Nie dziwią mnie więc medialne organy Platformy, tylko to, że pani się do nich nie przyznaje.

Proszę pana, czasem za coś nas media skrytykują, czasem za coś pochwalą, to normalne.

Nie czuje się pani paprotką?

Zdecydowanie nie. Paprotki tak ciężko nie pracują. Wiem, że Magdalena Środa każdą kobietę, która jest w polityce, a ma odmienne poglądy od niej, nazywa paprotką. No cóż, to świadczy tylko o niej.

Feministki nie przepadają za Komorowskim. Przypominają jego wypowiedź sprzed roku, kiedy nazwał Dunki służące w wojsku „kaszalotami”.

Nie znam tej wypowiedzi, ale wiem, że kobiety Platformy Obywatelskiej, które znają Bronisława Komorowskiego, najlepiej poparły w prawyborach właśnie jego.

Po raz pierwszy weszła pani do Sejmu w 2005 roku. Wszyscy spodziewali się PO – PiS-u.

Ja nie, bo byłam radną warszawską, a tam koalicja Platformy i PiS wytrzymała rok. Dlatego, choć wszyscy mnie przekonywali, że dojdzie do takiej koalicji, byłam sceptyczna.

A teraz? Myśli pani, że taka współpraca jest trwale wykluczona?

W polityce nic nie jest na zawsze i nic nie jest trwale wykluczone, ale dziś nie ma żadnych warunków i żadnego powodu do zawierania takiej koalicji. I trudno mi sobie wyobrazić, by takie warunki powstały.

Jeśli Komorowski wygra, to pani…

Zostanę w Sejmie, na pewno.

Ta kampania będzie równie brutalna co dotychczasowe?

Sądzę, że nie, i to będzie pierwsza w miarę spokojna kampania, bez takiej agresji i ataków. Bardzo bym tego chciała.

Nerwica Jacka Vincenta

May 21, 2010

Dla ustalenia uwagi powiedzmy sobie od razu: w Polsce nie ma żadnego kryzysu, a nawet jeśli jest, to jest to wina PiS i prezydenckich decyzji Lecha Kaczyńskiego. Niezależnie od okoliczności (i zmieniającej się mądrości etapu), Jacek Vincent niestrudzenie pracuje nad poprawą stanu polskiej gospodarki – i wciąga do zjednoczonego frontu walki o nasze dobro coraz to nowe siły.

Obecny rząd, w przeciwieństwie do sił ciemności sprawujących władzę w latach 2005 – 2007, jest otwarty na współpracę z zagranicą: najpierw na dowód siły polskiej gospodarki Polska dostała linię kredytową w MFW (razem z takimi potęgami finansowymi jak Meksyk i Wenezuela). Potem mianował (rząd, nie MFW) wybitnego przedstawiciela biznesu na szefa komisji “Przyjazne państwo”, ale powiedzmy sobie szczerze: wymachiwanie plastikowym penisem i picie w miejscach publicznych to bardzo pracochłonne zajęcia, więc nic dziwnego, że Janusz Palikot nie ma czasu zajmować się jakimś tam biznesem – przecież został jeszcze jeden Kaczyński, o którym można tyle mądrych rzeczy powiedzieć!

No tak, ale Partia Miłości szła przecież do wyborów pod hasłem sprzyjania przedsiębiorczości: co robić? Ściągnąć zagranicznych ekspertów! Co też nastąpiło w zeszłym tygodniu – polski podatnik najpierw płacił za działania Palikota (z których nie wynikło dla biznesu nic), a teraz będzie płacił na specjalistów z Banku Światowego. Zaczynam żałować, że płacę aktualnie podatki poza Polską i nie będę mógł się dorzucić do wynagrodzenia specjalistów, którzy napiszą raport.

Ale zanim nastąpi ten wiekopomny moment, na świecie dzieją się różne ciekawe rzeczy: Grecja się rozlatuje, drukarka banknotów w ECB się przegrzewa, Niemcy i Francja ratują bankowców pod pozorami pomocy ojczyźnie Greka Zorby… A co najbardziej martwi pana ministra dwojga imion? Kaczyński – bo on stanowi największe zagrożenie dla polskiej gospodarki. Im dłużej przyglądam się polskiemu życiu politycznemu tym bardziej jestem przekonany: gdyby nie było Jarosława Kaczyńskiego, należałoby go wymyślić. No bo jak się tak człowiek zastanowi: przecież istnienie tego faceta stanowi alibi absolutnie idealne do wszystkiego: chcesz pobluzgać publicznie? To wina Kaczyńskiego. Problemy z Rosją? Wina Kaczyńskiego. Kryzys w strefie euro? Tak jest, zgadliście: największym zagrożeniem jest Kaczyński.

W czasach szczególnie ciężkich nie możemy sobie pozwolić na luksus debaty, wszystkie ręce na pokład – a ten potwór Kaczyński gotów jest zawetować próby wejścia do strefy euro. To nic, że tylko Estonia spełnia kryteria z Maastricht… Że Niemcom znudziła się zabawa w jedność i zaczynają robić porządek z finansami państw członkowskich w pojedynkę – a ponoć myślą o ściślejszej integracji w gronie, do którego Polska pasuje (z naszymi wynikami finansowymi) jak pięść do nosa. Że niezależność ECB to fikcja – a jak widać jasno na przykładzie PIIGS, wejście do euro nie załatwia absolutnie nic, a przeciwnie – maskuje na jakiś czas strukturalne problemy gospodarek narodowych. Wreszcie, że przed wejściem do strefy euro konieczna jest przynajmniej dwuletnie trzymanie się warunków ERM-II – co w środku kryzysu nie jest nawet strzałem w nogę, tylko serią z AK-47 w środek brzucha…

Ale pan minister ma pomysł na kryzys: i to nie tylko w wymiarze lokalnym, ale też całego kontynentu. Sugeruje mianowicie, żeby trzymać w ryzach dług publiczny. Biorąc poprawkę na próby lepperowskiego iście skoku na NBP w wykonaniu rządu Tuska, jest to wyjątkowa bezczelność. Europejscy ministrowie finansów, wśród nich Jacek Vincent, chcą opiniować nawzajem swoje budżety – i zachęcać kraje członkowskie do dyscypliny. Tak wyglądają skutki zachęcania w Irlandii:

a tak w Grecji:

A teraz, drogie dzieci, pocałujcie pana ministra w dupę… I dajcie temu rządowi szansę spieprzyć coś jeszcze – na przykład wepchnąć Polskę do rozlatującej się na naszych oczach strefy euro.

Plat-for-ma! Plat-for-ma!

FFWW: Harry Brown

May 18, 2010

Harry Brown to stary i zmęczony życiem człowiek. Jego jedyna córka zmarła kilka lat wcześniej, żona leży w szpitalu w śpiączce, na osiedlu panoszą się dilerzy, a jedyna rozrywka to gra w szachy z równie samotnym jak on przyjacielem, Leonardem. Któregoś dnia w pubie Leonard zwierza się Harry’emu, że nękają go osiedlowi żule i pokazuje przyjacielowi bagnet, którym zamierza się bronić. Skutek nie jest trudny do przewidzenia: następnego dnia do drzwi mieszkania naszego bohatera stuka policja informując, że jego przyjaciel został w nocy napadnięty i nie żyje.

I w tym momencie w Harrym pęka budowana latami skorupa spokoju i dystansu, odgradzająca go od świata. Nie wierzy już policji, widzi bezsilność systemu – tego systemu, który w założeniu miał chronić praworządnych obywateli takich jak on czy Leonard – a teraz sprawia, że nie można spokojnie wejść do podziemnego przejścia na drugą stronę ulicy. W zmarszczonym starszym panu budzi się wyszkolony żołnierz, który “w poprzednim życiu” uczestniczył w brytyjskich operacjach wojskowych w Belfaście.

Może poza Clintem Eastwoodem – którego Walt Kowalski z “Gran Torino” jest kimś na kształt brytyjskiego kuzyna Harry’ego – nikt nie mógłby zagrać tej roli lepiej niż Michael Caine. Jego Brown to zmęczony życiem człowiek: bruzdy na twarzy, wory pod oczami, smutne oczy, które widziały zbyt wiele ciemnej strony… Idzie po ulicy troszkę drepcząc, jak to czasem mają w zwyczaju osoby starsze. Ale ma jeden atut, którym przebija młodych, silnych i zwinnych dilerów: doświadczenie i opanowanie.

Kiedy rozmawia z degeneratem sprzedającym mu broń w narkotykowej melinie, Brown wygląda na zagubionego staruszka, łatwy cel – i sprzedawca daje się na to nabrać. Ale w pewnym momencie sprawy przybierają cokolwiek gwałtowny obrót:  wtedy w oczach granej przez Caine’a postaci błyszczy stal. Harry robi takie wrażenie, jakby bardzo starał się zapomnieć o swojej wojskowej przeszłości, ale ona wciąż w nim tkwi: w odruchach, reakcjach, w pewności ręki trzymającej broń wymierzoną w zwyrodnialca, który nagrał na komórkę dilerów katujących bezbronnego Leonarda.

Ten film nie bawi się w liberalno-lewicowe brednie, historie o prawach przestępców i trudnym dzieciństwie w złym systemie, które pchnęło ich na drogę zbrodni. Zamiast tego, “Harry Brown” wysyła jasny komunikat: jedyne, na co zasługują zabijający ludzi dla zabawy psychopaci, to kula między oczy. Nawiązując do czasu spędzonego przez Browna w Irlandii Północnej, jedna z postaci mówi “to nie jest Belfast, Harry” – co ma sugerować, że przemoc nie jest rozwiązaniem – na co bohater odpowiada “Nie, nie jest – tamci przynajmniej mieli jakąś sprawę o którą walczyli, a ci? Dla nich to tylko zabawa“.

Radykalne? Tak – ale powiedzmy sobie szczerze: ilu z nas, schodząc z drogi bandzie pijanych kiboli, nie miało nadziei na zarazę, która ich wybije do nogi? Zwłaszcza – i w filmie jest poruszony podobny wątek – gdy sądy olewają pobicia i drobne kradzieże, za to kiedy policjant odstrzeli jakiegoś bandytę, podnosi się rumor pod niebiosa… Że przestępcy mają większe prawa od ofiar, to już wiadomo od dawna, ale od jakiegoś czasu przestępcy mają większe prawa niż policjanci. Skutki już zaczynają być widoczne: bandyterka poczuła się tak bezpiecznie, że w biały dzień giną policjanci.

“Harry Brown” to film podobny, a jednocześnie różny od “Gran Torino”. Wspólnym elementem jest tu bohater: Harry i Walt tak naprawdę mogliby być kuzynami z dwóch różnych stron Atlantyku. Starzy ludzie, wychowani w innych czasach, z pozornie nie przystającym do dzisiejszej epoki systemem wartości – a tak naprawdę niezastąpieni w sytuacji, gdy rozzuchwalone tolerancją zło podnosi łeb, a nasz nowy wspaniały świat kompletnie nie umie sobie z tym poradzić.

Ale jest istotna różnica: o ile Walt Kowalski nie wierzył w przemoc i chciał się jej wyrzec, to Harry Brown chce ogień zwalczać ogniem. Który z nich ma rację? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Chór wujów, czyli poraniony członek

May 18, 2010

Prawdę powiedziawszy to miałem już nie tykać tematu wyborów prezydenckich: w końcu ile można? Jak zwykle w Polsce, rzecz nie w merytorycznych zaletach kandydatów tylko w emocjach: kwestia końcowego wyniku sprowadza się tak naprawdę do pytania czy Platforma jest w stanie wykonać powtórkę z rozrywki i zmobilizować “młodych, wykształconych z dużych miast” pod sztandarem nienawiści do Kaczorów (że co, że jeden nie żyje? nie szkodzi, martwe zło też jest groźne). Ostatnim razem hitem była akcja “zabierz babci dowód” – ale po występie komitetu poparcia dla Bronisława-WSI-Komorowskiego, rozważam przyłączenie do zaproponowanej na S24 akcji “zabierz dziadkowi mikrofon”.

Na pierwszy ogień ruszył Władysław-już-nie-profesor-Bartoszewski: bardzo logiczne posunięcie, w końcu jako powstaniec warszawski ma doświadczenie bojowe i logicznym jest, że bierze na siebie trudne zadania. Najpierw w wywiadzie dla austriackiej gazety zarzucił Kaczyńskiemu polityczną nekrofilię, potem tłumaczył, że to tylko taka metafora, by wreszcie użyć argumentu ostatecznego podczas prezentacji honorowych członków popierających: Kaczyński hoduje zwierzęta futerkowe (i nie ma dzieci, musi pedał jakowyś), a Komorowski ma pięcioro dzieci (a do zwierząt strzela, więc jest macho – obie interpretacje w nawiasach moje).

Kampania pięciorga dzieci Bronisława K. odbywa się pod hasłem jednoczenia Polaków – których, jak wiadomo, zły i potworny PiS chce podzielić, a już JarKacz po prostu usnąć nie jest w stanie, jeśli sobie przed snem czegoś nie podzieli (nawet jeśli miałoby to być 56 przez 7).  Żeby umocnić atmosferę jedności narodowej, na scenę wpuszczony został Andrzej Wajda i określił obecne wybory jako wojnę domową – co pokazuje, że starego psa można jednak nauczyć nowych sztuczek, bo jeszcze niedawno reżyser “Ziemi obiecanej” ostrzegał przed wywoływaniem podziałów.

Dziwnym trafem stojącego akurat prosto Andrzeja Chyrę spytano o poparcie dla jedynie słusznego kandydata: gwiazda “Długu” przechrzciła kandydata PO na Władysława. Marek Majewski przestrzegał, że charyzmę często mają psychopaci – i to mówi człowiek popierający partię mającą w szeregach Niesiołowskiego i Palikota? “Więc brońmy Bronka. Naszego. Normalnego” dodał później – i nie wiem, czy to bezczelny plagiat, czy tępa ignorancja nieświadoma własnej śmieszności. Zacytowałbym jeszcze parę tekstów Sławomira Nowaka o “ksenofobicznym elektoracie” i “kandydacie specjalnej troski“, ale dotychczasowa próbka daje chyba jakie takie pojęcie o języku zgody narodowej i wysublimowanej stylistyce demonstrowanej przez zaplecze Bronisława-F16-Komorowskiego. Na deser mamy jeszcze Wisławę Szymborską, która popierała już właściwie wszystkie rządy w ciągu ostatniego półwiecza – a zaczynała za młodu pisząc o Leninie

Że w bój prowadził skrzywdzonych,
Że trwałość zwycięstwu nadał,
Dla nadchodzących epok
Stawiając mocny fundament
Grób, w którym leżał ten
Nowego człowieczeństwa Adam
Wieńczony będzie kwiatami
Z nieznanych dziś jeszcze planet.

i o żołnierzach sowieckich, którym pojednawcze świeczki chce palić przełożony Ojców Konfidencjałów, TW “Filozof”:

Kruche bywają ściany domów
gdy pocisk wojny godzi w domy
Nie płaczcie polskie dzieci w schronach
Będziemy oszczędzali gromów
Nie chcemy ranić waszych miast
Nie chcemy ranić waszych wsi.

Sam kandydat Komorowski bronił wypowiedzi swoich członków mówiąc, że są nadal zranieni wcześniejszymi wypowiedziami polityków opozycji. Panie marszałku pełniący obowiązki, jak to panu powiedzieć: na uśmierzenie bólu poranionego członka współczesna medycyna zna różne sposoby –  maście, kremy… Trzeba tylko spytać odpowiedniego lekarza specjalistę.

Choć w przypadku pańskiego komitetu honorowego, lepszym pomysłem mógłby być psychiatra. Na przykład szef MON – żeby nie musiał pan daleko szukać…

Ronnie James Dio 1942- 2010

May 17, 2010

Mały wielki człowiek – tak najkrócej można było opisać Ronniego Jamesa Dio jako osobowość sceniczną. Wyglądał trochę jak gnom z kart powieści Tolkiena, ale gdy zaczynał śpiewać… Drżyjcie, bramy Mordoru. Zawsze mnie zastanawiało: gdzie w tym drobnym facecie mieści się tak potężny głos?

Szersza publiczność usłyszała o nim po raz pierwszy kiedy dołączył do tworzonego właśnie Rainbow: Blackmore znowu pokłócił się z kolegami z Deep Purple i zabrał swoje zabawki. Ritchie B. miał w życiu i lepsze, i gorsze pomysły artystyczne – ale zatrudnienie Dio zdecydowanie zalicza się do tej pierwszej kategorii. Dlaczego? Ano na przykład dlatego:

Ponieważ z Blackmore’m jeszcze nikt na dłuższą metę nie wytrzymał, po trzech płytach Dio sobie poszedł (a Rainbow rozpoczęło długą drogę w dół). Nie pałętał się luzem specjalnie długo, bo już w 1979 chłopcy z Black Sabbath mieli dość narkotykowych odjazdów Ozzy’ego i na stanowisku wokalisty zrobił się wakat. Efekt? Ostatnia absolutnie klasyczna płyta Black Sabbath.

W Sabbath też długo nie zagrzał miejsca – może dwie osobowości tak silne jak Dio i Iommi to troszkę za dużo na jeden zespół… Niezależnie od przyczyn, w 1983 wszyscy miłośnicy talentu faceta z armatą w gardle doczekali się debiutu pod własnym szyldem. Z tego początkowego okresu działalności zespołu Dio ja osobiście najbardziej lubię płytę “Dream Evil” – więc teraz, jak mawia pan Kaczkowski, “strona pierwsza, utwór czwarty”

Przez następne dwie dekady bywało różnie – były i płyty lepsze (“Magica”!), i ciut słabsze (niestety, od wielkich wymaga się więcej niż od debiutantów). Ale Ronnie James cały czas był sobą: znalazł czas na założenie fundacji pomagającej dzieciom na życiowym zakręcie, płytę ze starymi znajomymi z Black Sabbath

i występ w “Tenacious D” pokazujący, że mimo statusu ikony gatunku, nie stracił dystansu do samego siebie.

Szesnastego maja 2010 Ronnie James Dio przegrał walkę z nowotworem i odszedł na drugą stronę tęczy. Będzie go brakować, ale na szczęście zostały nam wspaniałe płyty – i w mroku wszechobecnej tandety będzie świecić światełko.

FFWW: Robin Hood

May 16, 2010

Parę jest motywów kulturowych ogranych do oporu: praktycznie cały Szekspir, hrabia Monte Christo, Drakula, Willy Loman, Frankenstein… No i oczywiście Robin Hood – właściwie od momentu wymyślenia takiego wynalazku jak film fabularny, co jakiś czas ktoś ożywia na ekranie legendarnego banitę z Sherwood. Była już wersja naiwno-urocza (z Errolem Flynnem), rewizjonistyczna (z Seanem Connery), parodia (“Faceci w rajtuzach” Brooksa), mistykq (telewizyjny serial z muzyką Clannad), nowoczesna (cokolwiek przerośnięty teledysk do “Everything I do”, który ratują tylko role Alana Rickmana i Morgana Freemana)… A teraz do tematu podszedł Ridley Scott, w roli Robina obsadzając Russella Crowe’a. Kojarzy wam się to z “Gladiatorem”? I bardzo dobrze wam się kojarzy.

Robin jest takim sobie zwykłym żołnierzem w armii Ryszarda Lwie Serce (świetny epizod Danny Houstona w tej roli) – i razem z resztą wojska przebija się z powrotem do Anglii po spektakularnych “sukcesach” podczas Trzeciej Krucjaty. Tu dygresja: historia jest w tym filmie – podobnie jak w “Gladiatorze” – traktowana głównie jako pretekst do dekoracji i magazyn z postaciami. Kiedyś z podobnym zarzutem spotkał się Dumas (ojciec) – zarzucono mu, że gwałci historię, na co pisarz odparł “ale za to jakie ładne dzieci jej robię!”… I chyba na coś podobnego ma nadzieję Scott:  szybko usuwa króla z fabuły i dzięki czemu może ruszyć seria zdarzeń, w wyniku której Robin podając się za zabitego w zasadzce rycerza Roberta Loxleya może udać się do Anglii i spotkać Lady Marion (połowicę zmarłego).

Lady Marion Loxley jest wdówką i to niespecjalnie wesołą: opiekuje się teściem (Max von Sydow jak zawsze w formie – ile ten facet ma lat, trzysta?), w pojedynkę zarządza majątkiem, użera z rabusiami, duchowieństwem i poborcami podatkowymi – niekoniecznie w tej kolejności. Na majątek dybie szeryf z Nottingham, Robin trochę niechcący miesza się w politykę, przy okazji odkrywa sekret swojego ojca… Generalnie scenariusz jest ciut odmienny od tego, do czego przyzwyczaiły nas dotychczasowe wersje tej opowieści. Co w sumie jest zrozumiałe: ile razy można pokazywać to samo? Twórcy postanowili skupić się na tym co się działo zanim łucznik Robin został terroryzującym złych bogaczy banitą. Niektórzy krzywią się na lekki rewizjonizm, ale mnie przekonuje takie świeże podejście.

Crowe jako Robin nijak nie wygląda na przyszłego bohatera – ma już dosyć wojny i chciałby wreszcie zostawić cały ten galimatias za sobą. Ale co zrobić, kiedy po prostu się nie da: najpierw obiecał coś umierającemu rycerzowi, potem trzeba pomóc grabionej przez chciwego duchownego damie, potem odeprzeć wrogą inwazję… Nie to, żeby miał jakieś szczególne opory: skoro został sierotą w wieku sześciu lat, można zrozumieć że nowo odkryte dzieło życia jego ojca (coś w rodzaju prototypu Magna Carta) to dla niego prawie Ewangelia, więc z entuzjazmem rzuca się do walki w jej obronie.

Cate Blanchett – poza tym że jest jak zawsze zjawiskowa, nawet w uwalanym błockiem gieźle – to taki trochę prototyp feministki: kocha swojego teścia, ale resztę męskiego rodu traktuje z sarkastycznym dystansem. Twarda kobieta (życie chłoszcze), która w razie konieczności włoży zbroję i ruszy konno tłuc Francuzów – dla ustalenia uwagi, mówimy o początkach trzynastego wieku, kiedy Francuzi nie ograniczali się do walki poprzez machanie białą flagą. Mark Strong jako zdradziecki Godfrey nie wychodzi specjalnie poza stereotyp i troszkę powtarza rolę Lorda Blackwooda z “Sherlocka Holmesa“: ogolona głowa, szpecąca blizna, kompletny brak emocji w rozkazach rzezi… Ale i nie szarżuje, po prostu jest dokładnie taką zdradziecką szują, jak wymagają prawidła gatunku.

Anglia jest ponura, zimna i deszczowa, wszędzie nędza i błoto – cały ten mrok i szarugę rozświetlają głównie wzniecane przez złych ludzi pożary. No i zielone pola, przez które galopuje konnica dzielnych angielskich rycerzy (pod przywództwem, a jakże, Robina) tudzież plaża, na której dochodzi do ostatecznej rozprawy z siłami inwazyjnymi żabożernych wymuskańców. I nie jest specjalnym zaskoczeniem, że sceny batalistyczne są genialne: u Scotta mogą kiksować scenariusze (“Body of lies”) albo decyzje obsadowe (Orlando Bloom w “Królestwie niebieskim”) – ale jeśli dwie grupy ludzi przystępują do entuzjastycznego wyrzynania się nawzajem, wiadomo że będzie na co popatrzeć. Robin galopujący przez zalane ludźmi Godfreya Nottingham i rozłupujący kolejne łby to wizualny samograj – zwłaszcza, że kamera co i rusz przeskakuje od szerszego planu do pojedynków z udziałem głównych bohaterów. Ponieważ film jest o łuczniku, mamy obowiązkowe krajobrazy z punktu widzenia osoby siedzącej na szybującej w powietrzu strzale, tudzież masę konnicy pędzącej w dół malowniczego zbocza pod deszczem strzał.

Fajny film, tak w sumie wziąwszy. Nie jakieś epokowe dzieło (brakowało mi trochę zapadających w pamięć dialogów – a po “Gladiatorze” wiem, że Scott potrafi przypilnować scenarzystów w tej kwestii), ale jest chemia między Robinem i Marion, charyzmatyczny główny bohater pałający chęcią zemsty, świetne zdjęcia i najlepsze sceny walki od czasu “Dwóch wież”.