Uśmiech Keysera Söze

Wcielone Zło polskiej polityki, znane także jako Kaczyński Jarosław, kandyduje na prezydenta. Ten fakt przykrył właściwie wszystkie inne wiadomości: staczającą się w gospodarczą otchłań Grecję, walenie w bęby na temat Iranu – i katastrofę w Smoleńsku. Choć właściwie, czy było co przykrywać? Przecież wszystko jest jasne.

Na początek wypowiedział się wszechwiedzący Lech Wałęsa: dla byłego prezydenta oczywiste jest, że winę za upadek samolotu ponosi Lech Kaczyński. Wprawdzie nieśmiało przebijają się do mediów wypowiedzi pilotów twierdzących, że prezydent ich do niczego nie zmuszał, choć latali z nim parokrotnie – ale powiedzmy sobie szczerze, co takie trepy mogą wiedzieć? Jaką wartość ma ich słowo w porównaniu z wypowiedzią człowieka, który obalił komunizm?

Cudownie mnożą się rejestratory dźwięku z rozbitego Tupolewa: trzy, potem cztery – według doniesień z dzisiejszego popołudnia już pięć. Jeszcze trochę, a okaże się, że cały lot był nagrywany na bieżąco, zrzucany do formatu .mp3 i niedługo będzie można go ściągnąć, zasilając w ten sposób kampanię Bronisława “Jamajki” Komorowskiego.

Przez  moment przewinął się wątek wymiany żarówek zaraz po katastrofie – ale, co ciekawe, nie wzbudził specjalnego zainteresowania mediów. W sumie to może i dobrze: nie daj Boże, ktoś mógłby zacząć myśleć – a to, jak wiadomo prowadzić może do wniosków… No, tego byśmy chyba nie chcieli?

Mógłbym długo i namiętnie wyliczać dziury w oficjalnej wersji wydarzeń – Rosjanie nie mogli się doliczyć liczby podejść samolotu do lądowania (dwa? cztery?), sugerowano nieznajomość rosyjskiego u pilotów, brak obeznania z procedurami lądowania (co ciekawe, bo trzy dni wcześniej lądował tam samolot wiozący premiera) – ale nie w tym rzecz. Jak można się dowiedzieć z dzisiejszych doniesień, tak naprawdę nie wiemy nawet dokładnie o której godzinie Tu-154 runął na ziemię… I najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza w ferowaniu wyroków.

Rosyjscy śledczy niestrudzenie zbierają i przetwarzają informacje z miejsca tragedii (a polska prokuratura czeka jak proszalny dziad, czy raczą się czymś podzielić), podczas gdy autorytety rozmaitego kalibru – od redaktor Pochanke, poprzez mojego ulubionego Eminencję Życińskiego, po rzecznika rządu Grasia – śpiewają na jedną nutę: nie zadawajmy pytań, cieszmy się pojednaniem, odwdzięczmy się braciom Rosjanom… A kto zadaje pytania, ten sieje nienawiść i spiskowe teorie, na przykład tak jak znany nienawistnik Pospieszalski.

Ponieważ sianie podejrzeń jest rzeczą okropną a spisków nie ma, wszystkim zwolennikom oficjalnej wersji świata polecam następujące cytaty odnoszące się do zgonu Aleksandra Litwinienki. Skąd te złote myśli? Odpowiedź tutaj.

Atmosferę polityczną kraju zatruwały też tajemnicze zabójstwa niezależnych dziennikarzy, wyraźna obojętność, z jaką reagował Putin na zamordowanie głównej przeciwniczki jego polityki w Czeczenii Anny Politkowskiej i publiczne przyznanie Federalnej Służbie Bezpieczeństwa (FSB) prawa do prowadzenia operacji zagranicznych z “licence to kill”, wkrótce po czym doszło w Londynie do szokującego zabójstwa kłopotliwego dezertera z FSB Aleksandra Litwinienki. Wybrana metoda sugeruje chęć zamaskowania zleceniodawców, a zarazem chęć zadania ofierze jak największych cierpień mających być lekcją poglądową dla kandydatów na politycznych zdrajców FSB. To, że wskazany przez Brytyjczyków główny podejrzany o zabójstwo został posłem do Dumy, świadczy wymownie o wielkich zmianach, jakie zaszły przez ostatnie osiem lat w rosyjskiej etyce politycznej.


Film Niekrasowa o Litwinience to rzecz interwencyjna, odważna w odsłanianiu kulis władzy w Rosji. Obejrzawszy “Bunt”, trudno nie zadać sobie podstawowego pytania: Dlaczego właściwie Rosjanie zdecydowali się zabić w Londynie Litwinienkę (jeśli to rzeczywiście oni zrobili)? I to dziś, w czasach gdy media całego świata natychmiast robią z tego typu zdarzenia aferę na cztery fajery. Czy on naprawdę aż tak bardzo zagrażał Rosji? A może jej włodarze mieli po prostu pewność, że Wlk. Brytania (czy szerzej ujmując – Zachód) ograniczy się tylko do protestów dyplomatycznych, a w gruncie rzeczy nie zrobi nic. Nie odważy się zadrzeć z Rosją, bo nazbyt jej zależy na dobrych z nią stosunkach. Mają przecież wspólnie do zrobienia wielkie interesy. I to jest chyba w tym wszystkim najstraszniejsze.


Był więc czy nie był artystą Mikołaj Chochłow, kapitan KGB, który w lutym roku 1954 wyposażony w papierośnicę zamienioną w pistolet z zatrutymi kulami zjawił się we Frankfurcie z misją zamordowania szefa pewnej rosyjskiej organizacji emigracyjnej? Albo był czy nie był artystą Bogdan Stasziński, też oficer KGB, weteran krwawych misji zagranicznych, który trzy lata później zjawił się także w Republice Federalnej i też w celu zabicia rosyjskiego działacza emigracyjnego? Tym razem przy użyciu metalowej rurki zawierającej truciznę, która spowodowała natychmiastową śmierć o symptomach podobnych do ataku serca. (…) No a zabójstwo Litwinienki jest czy nie jest arcydziełem? Człowiek czy też ludzie, którzy go otruli, są czy nie są artystami?

Z jednej strony – snucie hipotez z dziedziny zaawansowanej gdybologii, z drugiej – próba zakneblowania ust ludziom zadającym niewygodne pytania o wypadek, gdzie zginął prezydent RP. Właściwe pytanie brzmi: czego boi się redakcja GW?

Advertisements

Tags: , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: