Kaczka na gorąco – refleksji kilka

No i stało się, stało się to co miało się stać, jak śpiewał kiedyś Kazik Staszewski – Jarosław Kaczyński ogłosił, że będzie kandydował na prezydenta. W przebłysku człowieczeństwa pomyślałem sobie “jak to dobrze że nie zwlekał dłużej”… Jeszcze kilka dni budowania napięcia, a skupieni wokół GWna czy WSI24 komentatorzy ani chybi musieliby się zameldować w szpitalu psychiatrycznym – w końcu ile można się stresować? Z drugiej strony, jak dowodzi przykład jednego z wicemarszałków Sejmu, choroba psychiczna wcale nie musi eliminować człowieka z życia publicznego – ba, nawet na “Lustro Szkła Kontaktowego” można sobie zasłużyć…

Decyzja o kandydowaniu to dla JarKacza ruch ryzykowny – z dwóch powodów. Po pierwsze, pięć lat systematycznego character assasination nie pozostało, delikatnie mówiąc, bez wpływu na rozmiar elektoratu negatywnego. Stosunek do PiS i jego szefa to nie jest pogląd polityczny: to artykuł wiary. Jeśli krytykujesz Kaczorów, to jesteś czlowiekiem młodym, wykształconym i z dużego miasta… Jednym słowem, zaliczasz się do tej lepszej części elektoratu – na przykład takiej, jak wyrażający swój słuszny sprzeciw demonstrantów z Franciszkańskiej. I tego mniemania – odwołującego się do siedzącego w wielu ludziach snobizmu – przeskoczyć nie będzie łatwa. Bardzo dużo będzie zależało od dyscypliny wyborczej w szeregach PiS: jeśli uda się zakneblować paru wyrywnych posłów, jakaś tam szansa istnieje. Ale ze stawianiem dużych pieniędzy bym nie przesadzał.

Problem drugi jest poważniejszy: większość pierwszej ławki PiS ewakuowała się do Brukseli, a szeregi pozostałych w kraju kadr zdziesiątkowała katastrofa w Smoleńsku. Jeśli Kaczyński wygra i zostanie prezydentem, powstanie wyrwa na szpicy PiS – co grozi wojną domową w szeregach tej partii. Skutek? Rozbita opozycja to prosta recepta na to, żeby Partia Miłości zafundowała nam seans uczucia, po którym prędko się nie pozbieramy. Skok na NBP, demolowanie IPN… Podjęte przez Komorowskiego działania to dopiero przedsmak tego, co może nas czekać w przypadku rządu monopartii – w tych kwestiach nawet na prezydenckie weto może już być za późno.

I tu jest tak naprawdę sedno problemu: ktoś musi zatrzymać tryumfalny pochód Platformy po całokształt władzy w państwie. Prezydent, premier, większość w Sejmie, przyjazne media, NBP w roli skarbonki kreatywnego księgowego Jacka Vincenta… A wszystko oczywiście pod hasłem walki z kaczyzmem: im bardziej PiS nie ma u władzy, tym bardziej jesteśmy straszeni jego widmem. Czy zbiorowa nerwica środowisk dziennikarskich to wystarczające kryterium przeciwko? Przypuszczam, że wątpię.

W przeciwieństwie do zakompleksionych lemingów, niespecjalnie przejmuję się opinią “Europy” – jeśli dla kogoś istotnym argumentem przeciw Kaczyńskiemu są głosy prasy francuskiej (popierającej zlewaczałego gnoma z ADHD), włoskiej (Tony Soprano na zmianę z agentami KGB u władzy) czy greckiej (szkoda gadać), to świadczy to tylko o jednym: że teorie przypisujące wielu Polakom mentalność postkolonialną nie są tak niedorzeczne, jak mogłoby się wydawać. Wibrujący kompleks niższości to przypadłość przykra – i raczej nieuleczalna.

Nie powiem, żebym specjalnie mdlał z rozkoszy na myśl o kandydaturze Kaczyńskiego na urząd prezydenta. Głosowałem na PiS w wyborach parlamentarnych w 2005, tudzież na Lecha Kaczyńskiego w prezydenckich – ale przez te pięć lat narastało we mnie  rozczarowanie. Nie umiałem przestawić się na myślenie w kategoriach reprezentowanych przez niektórych znajomych (“no bo jak nie oni, to kto?”), ale wygląda na to, że będę musiał. Alternatywne opcje po prostu wykręcają mi wnętrzności: umoczony w kontakty z WSI hrabia “Jamajka” Komorowski? Broniący Jaruzela Napieralski? Uczesana wersja Łyżwińskiego, czyli Pawlak? Są jeszcze Morawiecki i Jurek – ale realistycznie rzecz biorąc, glos na nich oddany to de facto walkower dla PO.

Od ładnych paru lat marzy mi się, że nie będę musiał wybierać “mniejszego zła” głosując czy to na posłów, czy na prezydenta – ale wygląda na to, że jeszcze trochę przyjdzie mi poczekać. Trudno. Na dzień dzisiejszy Kaczyński może liczyć na mój głos.

Advertisements

Tags: , ,

One Response to “Kaczka na gorąco – refleksji kilka”

  1. Adam Dzedzej Says:

    “pomyślałem sobie “jak to dobrze że nie zwlekał dłużej” ”
    no dłużej to już nie mógł prawda. o 16.15 PKW kończyła zapisy, a te formalności trzeba przeskoczyć z oficjalną zgodą kandydata.

    Jesli chodzi o Marka Jurka, to głos na niego w pierwszej turze nie będzie walkowerem dla PO. Raczej sygnałem dla J.K., że budując bardziej zdecydowanie na prawo ma o co zabiegać. Wydaje się z mojej pozycji obserwatora tylko, że partia Prawica Rzeczypospolitej rozwija się jakoś. Nie jest to takie bum jakie wywołało “trzech tenorów” jakiś czas temu, ale to chyba dobrze. Jest czas, aby sprawdzić działaczy.
    Jak powstawało PO, to był taki ideowy obywatelski zapał, ale też od razu szansa na karierę polityczną. Tu tylko to jedno. Bardzo możliwe, że głosowałbym w tych wyborach na Płażyńskiego, bo chyba chciał kandydować, ale niestety zginął 10 kwietnia.
    Pozdrawiam
    Adam

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: