Seta dla towarzysza pułkownika

Jak powiedział kiedyś Oskar Wilde, nie ma czegoś takiego jak historia – są tylko historycy. Nie można oczywiście dopuścić do sytuacji, gdy ludzie zainteresowani takimi sprawami snują się samopas nie mając nic do roboty… I jak świat światem, historia jest na nowo oceniana, interpretowana, wreszcie: przepisywana. Dwadzieścia lat temu pewna specjalistka od pokazywania gołego tyłka ogłosiła, że komunizm w Polsce zdechł; nikt jakoś wówczas nie pomyślał, że zawsze należy być podejrzliwym w sytuacji, gdy coś krwawi, krwawi i nie zdycha. Skutki tego dnia żywych trupów widać w Polsce do dziś w bardzo wielu aspektach, między innymi wśród ludzi zajmujących się historią.

Z jednej strony mamy specjalistów od bełkotu bogoojczyźnianego: jesteśmy narodem wybranym (nie bardzo tylko wiadomo do czego), przedmurzem chrześcijaństwa, obrońcą Europy, bohatersko stawiającym opór komu popadnie… Popastwiłbym się jeszcze chwilę nad ich upiorną stylistyką rodem z zatęchłej kruchty, ale jest to zajęcie cokolwiek jałowe: i tak nie mają specjalnego wpływu na debatę publiczną, w szczególności na kształcenie młodzieży.

W przeciwieństwie do ich odbicia z drugiej strony lustra, czyli duchowych spadkobierców KPP – zasiadających gremialnie w Ministerstwie Prawdy na Czerskiej. Ci ludzie, razem z użytecznymi idiotami w rodzaju byłego szefa IPN Leona K., wzięli sobie za punkt honoru jedno: obrzydzić Polakom ich własną historię, przedstawiając ją jako mieszaninę porażek i hańbiących incydentów. Jeśli mowa o ważnych osoby okresu powojennego, to naturalnie fetujemy Jaruzelskiego (zwerbowanego “bez wiedzy i zgody” – czy wszyscy kapusie dostali tę samą instrukcję na wypadek dekonspiracji?), wyśmiewając równocześnie pomysł uczczenia pamięci bohaterów takich jak rotmistrz Pilecki. Jeśli piszemy o Powstaniu Warszawskim, to oczywiście z paragrafu o antysemityzm – a najważniejsze wydarzenie lat 1939 – 1945 to płonąca w Jedwabnem stodoła. Pół wieku komunistycznej okupacji to incydent, którego analiza to “grzebanie w przeszłości” – chyba że jakiś endek dał w zęby komuś wyznania mojżeszowego… Wtedy i sto lat nie pozwala uznać czynu za przedawniony. Stefana Michnika czy Heleny Wolińskiej nie można tknąć bez narażania się na zarzut antysemityzmu – ale Demianiuka można sądzić nawet parokrotnie.

A jednym z bardziej fascynujących przykładów instrumentalnego podejścia do historii jest sprawa mordów na Wołyniu: prawdziwe porozumienie ponad podziałami. Z jednej strony Kartofel Mniejszy, dla którego przyjaźń z parchatym bękartem UPA to fundament polskiej polityki wschodniej, z drugiej “GW” i pochodne, dla których “piękna Julia” to najlepsze, co zdarzyło się naszej części Europy w ostatnim stuleciu. Mimo wszystkich demonstrowanych publicznie różnic, łączy ich jedno: chęć spuszczenia zasłony milczenia na ofiary z Wołynia, które ani chybi pomordowały się same.

Dwadzieścia lat ciężkiej pracy edukatorów z “partii zagranicy” przyniosło wreszcie skutek: jak donosi “Der Dziennik”, jeden na trzech Polaków nie wie, kto stoi za mordem polskich oficerów w Katyniu. Cóż mogę powiedzieć? Mimo niezbyt ciepłych uczuć, które żywię pod adresem edukatorów “wybierających przyszłość“, nie da się im odmówić fachowości (a nawet jeśli nie im samym, to na pewno ich oficerom prowadzącym).

Fryderyk Wielki powiedział kiedyś “wprawdzie można posługiwać się kanaliami, ale w żadnym razie nie wolno się z nimi spoufalać” – i stosowni funkcjonariusze z ministerstw nad Moskwą i Szprewą z pewnością dobrze sobie tę maksymę przyswoili. Dobra robota, panowie.

Advertisements

Tags: , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: