Archive for January, 2010

Napluję na wasze groby

January 30, 2010

Nie przypuszczam, żeby miłościwie nam panujący Kartofel czytał kiedyś Borisa Viana – za młodu pewnie był grzecznym dziecięciem, a w dojrzalszym wieku był zbyt zajęty drapaniem się na stołki. Zresztą wystarczy posłuchać dowolnego polskiego polityka by nabrać wątpliwosci, czy którykolwiek z nich czyta cokolwiek poza sondażami opinii publicznej…

Ale nie zmienia to faktu, że przywłaszczony przeze mnie tytuł (z powieści francuskiego mistrza absurdu) pasuje jak ulał to postępowania głowy państwa w kontekście ofiar UPA na Wołyniu. Nie żeby był tu odosobniony: swój wkład do podlizywania się bandziorom spod znaku tryzuba ma i matka nasza Kościół, i Partia Miłości – ale tak daleko, jak Kaczor mniejszy, w płaszczeniu się przed smagłolicym Juszczenką nie poszedł chyba jeszcze nikt (no, prawie nikt).

Skutek nie jest trudny do przewidzenia:  okadzany przez kolejne polskie ekipy Juszczenko (którego na szczęście Ukraińcy postanowili wreszcie posłać tam, gdzie jego miejscce, czyli na śmietnik historii) postanowił odwdzięczyć się wspierającym go banderowcom – i uczcił ich patrona. I co? I nic. Polskie władze mają ważniejsze sprawy: Rycha, Mira i Zbycha na cmentarzu przy stacji benzynowej. I to wszystko w momencie, gdy za naszą wschodnią granicą trwa spokojne i metodyczne przepisywanie historii na nowo. Ale kto by się tym przejmował – w końcu pojednanie to podstawa, przebaczamy po 5.99 za tysiąc ofiar, i wszystko jest fajnie bo strategiczny sojusznik…

Jak zwykle przy okazjach ukraińskich, oddaję głos Dymitrowi.

Wikipedia pod specjalnym nadzorem?

Przeglądając strony ukraińskie przypadkiem zajrzałem na ukraińską Wikipedię i włosy stanęły mi dęba. Konkretnie stało się to podczas lektury haseł o UPA i o rzezi wołyńskiej (po ukraińsku nazywa się to elegancko „wołyńską tragedią”). Nie będę owijał w bawełnę – jestem przerażony indoktrynacją, jakiej poddawane jest ukraińskie społeczeństwo przez współczesnych banderowców. Indoktrynacją groźną, bo antypolską.

Przyjrzyjmy się pokrótce stekowi kłamstw występujących w artykule o UPA (tylko na wybrane tematy polskie), bo by odnieść się do całego artykułu, należałoby chyba napisać osobną książkę. Oto wybrane fragmenty (tłumaczenie moje):

W 1921 roku, po „cudzie nad Wisłą”i podpisaniu traktatu ryskiego między ZSRR a Polską, Ukraina została podzielona. Na wszystkich ukraińskich ziemiach Ukraińcy zaczęli doznawać ucisku ze strony panujących państw (w szczególności, „pacyfikacje” w Galicji i na Wołyniu, Hołodomor w USSR).Po nastaniu radzieckiej władzy na zachodnioukraińskich ziemiach w 1939 roku ludzie witali „wyzwolicieli z polskiej niewoli” – Armię Czerwoną. Jednak radziecka władza okazała się nie mniej okrutna niż polska – kolektywizacja, pacyfikacje (каральні акції).

Wraz z wybuchem II wojny światowej Polacy i Ukraińcy wykorzystywali panujący chaos dla wzajemnej zemsty.

Do UPA w 1943 roku przeszła część ukraińskiej policji; zamiast niej Niemcy stworzyli polską policję, która razem z Niemcami przeprowadzała pacyfikacje (каральні акції) ukraińskiej ludności za wspieranie UPA. To doprowadziło do wystąpień ukraińskich bojówek przeciwko wrogo nastawionym wobec Ukraińców polskich kolonistów a także przeciwko polskim bojówkom. Gdzieniegdzie zagony UPA brały udział w krwawych polsko-ukraińskich starciach, które ze swej strony prowokowali Niemcy.

Na miejsce Ukraińców [ukraińskich policjantów – D.B.] niemiecka okupacyjna administracja nabrała Polaków, którzy okrutnie odnosili się do miejscowych Ukraińców.

Szczególną operacyjno-taktyczną formą akcji UPA były rajdy: niektóre miały bojowy charakter (represje przeciw polskim bojówkom i radzieckim partyzantom)…

W lipcu-sierpniu 1943 roku Niemcy, w celu zniszczenia zagonów UPA, siłami 10 batalionów zmotoryzowanej piechoty i 10 000 niemieckich i polskich policjantów pod dowództwem generała Ericha von dem Bacha-Zelewskiego przeprowadzili atak na terytoria południowego Wołynia.

…Główne dowództwo UPA osiągnęło porozumienie (…) w lutym 1944 roku z polskim podziemiem (Armia Krajowa), o wzajemnym uznaniu walki tych narodów o niepodległość.

Oto Ukraińcy dowiadują się z Wikipedii, że II RP zaprowadziła na „zachodnioukraińskich ziemiach” jakiś potworny terror, jednym tchem wymieniany obok Wielkiego Głodu. Uwadze autorów uchodzi fakt, że osławione „pacyfikacje” Piłsudskiego pochłonęły góra 35 zabitych (ba, są historycy, którzy uważają, że nie było w ogóle ofiar śmiertelnych) a Wielki Głód po stronie sowieckiej – kilka milionów… A nadchodząca w 1939 r. władza sowiecka okazała się „nie mniej okrutna” od polskiej. Mistrzostwo świata w manipulacji!

Nie mniej zakłamane są działania UPA wobec Polaków (czy może raczej Polaków wobec UPA). Polacy są przedstawiani jako wrogo nastawieni wobec Ukraińców „koloniści”, niszczący razem z Niemcami spokojną ludność cywilną, co wywołało słuszną reakcję ukraińskiego podziemia. Szkoda słów na okłamywanie tych krętactw – każdy czytelnik tego bloga może je łatwo zweryfikować.

Sam artykuł o „wołyńskiej tragedii” zapiera dech w piersiach. Oto jego całość:

Wołyńska tragedia – terrorystyczne akcje wobec cywilnej ludności Wołynia, o cechach narodowych i religijnych, ze strony polskich i ukraińskich wojskowych formacji w czasie II wojny światowej. Liczebność ofiar z obu stron nie jest ostatecznie ustalona.

No cóż – po czymś takim można tylko współczuć polskim i ukraińskim historykom, którzy przez kilka lat „produkowali się” na seminariach „Polska-Ukraina”, ustalali przebieg wydarzeń, ilość ofiar… A tu proszę – nic nie wiadomo poza tym, że była jakaś tragedia.

Aż dziw bierze, że tak ważne rzeczy są opisane w ukraińskiej Wikipedii w tak wykoślawiony, propagandowy sposób. Większość Ukraińców wcale nie podchodzi entuzjastycznie do UPA, ba, część z nich jest wobec niej nastawiona bardzo krytycznie. Jako że Wikipedia to „suma wiedzy” tworzących ją internautów, spojrzenie krytyczne powinno znaleźć w niej swoje miejsce – a nic takiego nie ma. Jestem przekonany, że oba wymienione wyżej hasła znajdują się „pod specjalnym nadzorem” odpowiednich służb – wszak na Ukrainie polityką historyczną zajmuje się bezpieka, akurat obecnie znajdująca się pod kuratelą banderowca Juszczenki. Chyba nie przypadkiem oba hasła posiadają zajawkę: „Z pewnych przyczyn ta strona jest chroniona. Mogą ją redagować tylko zarejestrowani użytkownicy”. Chciałoby się zapytać – w jakim urzędzie zarejestrowani?

Niektórzy mówią, że Wikipedia to niewarty uwagi „ściek”, ale niestety wielu ludzi czerpie z niego w dobrej wierze „wodę” – jak widać niekiedy bardzo zatrutą. Jak tak dalej pójdzie, w wyniku ofensywy propagandowej banderowców, na Ukrainie wyrośnie pokolenie czcicieli ludobójców i faszystów, przekonane o rzekomych potwornościach, jakie Polacy zadali Ukraińcom. Czy można mieć nadzieję, że zmieni się to po odejściu Juszczenki i jego ludzi z SB Ukrainy? A może to my Polacy, szczególnie kresowianie, mamy obowiązek wyjść do Ukraińców i pokazać im prawdę o OUN-UPA bez oglądania się na Wikipedie, polityków, mass media i politpoprawnych historyków?


Advertisements

FFWW: Sherlock Holmes

January 23, 2010

Ilekroć słyszę o zamiarach ekranizacji klasyki, mam mieszane uczucia. Z jednej strony, twórcy części przeróbek powinni smażyć się w piekle (“Niebezpieczne związki” wrzucone w realia amerykańskiego college’u?),  z drugiej trzeba powiedzieć sobie szczerze: niektóre dzieła kultury są ponadczasowe, jednak forma zdecydowanie wymaga unowocześnienia, o ile ktokolwiek ma to chcieć oglądać / czytać / przyswajać w jakiś inny sposób.

Najlepsze przykłady takiej sytuacji to “Dracula” Brama Stokera i “Frankenstein” Mary Shelley. W obu tych przypadkach mamy do czynienia z archetypami, których ślady widać w całej kulturze XX wieku (choćby cały nurt filmów o wampirach, którego świeżym – żałosnym – przejawem jest “Zmierzch” i pochodne)  – ale język to ramota, przez którą chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie przebrnąć.

W przypadku historii o Sherlocku Holmesie problem nie jest może aż tak dramatyczny (Conan Doyle pisał je często do gazet zarobkowo, co zmuszało go do unikania dłużyzn), jednak statyczna często akcja nie rokuje zbyt dobrze współczesnej widowni lubiącej solidne wybuchy i pościgi. Na szczęście za odświeżenia najsłynniejszego detektywa w literaturze wziął się Guy Ritchie – i podszedł do tematu tak, jak można było mieć nadzieję… Z szacunkiem dla oryginału, dobrą znajomością materiału źródłowego i sporym przymrużeniem oka.

No więc najważniejszy jest oczywiście sam Holmes, grany przez Roberta Downeya Jr. Z jednej strony – genialny intelekt (choć kawałki, gdy układa w głowie przebieg mającej się zdarzyć za chwilę walki, twórcy mogli sobie odpuścić), z drugiej – jednostka absolutnie nieprzystosowana. Rozpaczliwie samotny, gdyby nie Watson nie miałby nikogo bliskiego – więc co robi Holmes? Popisując się zdolnością dedukcji depcze buciorami uczucia narzeczonej Watsona… Scena, gdy opuszczony przez towarzystwo siedzi przy stole w restauracji to jeden z momentów, gdy widzimy, że ten facet składa się z czegoś więcej niż mózgu i umiejętności walki wręcz. Trochę szkoda, że nie przeznaczono więcej czasu na uczłowieczenia postaci detektywa.

Gdy Holmes nie ma zajęcia, odbija mu szajba: eksperymentuje na sobie i psie, zabija czas niespecjalnie legalnymi substancjami, gra (kiepsko) na skrzypcach. Ale nuda szybko się kończy: sprawa psychopatycznego lorda Blackwooda wydawała się zamknięta – sadystyczny morderca ze skłonnościami do okultyzmu, osądzony, wygłasza mistycznie brzmiące pogróżki, zatańczył konopne fandango… Niestety, według  policji zbrodniarz wstał z grobu.

Jako że Blackwood jest kreaturą wysoce nieciekawą, Holmes – traktując to jako plamę na reputacji – postanawia przyjrzeć się sprawie dziwnego powrotu między żywych. Nie chcąc zdradzać fabuły powiem tylko, że jego śledztwo jest równie bezpieczne jak stepowanie na grzechotnikach: w grę wchodzą ciemne sprawki sfer rządowych, tajne stowarzyszenie w stylu masonerii, śmiertelnie groźna nowa technologia, czarna magia – i “ghost of Christmas past” w osobie Irene Adler.

Grana przez Rachel McAdams, Adler to kwintesencja wszystkich femme fatale, jakie widzieliście do tej pory w kinie: śliczna, uwodzicielska, inteligentna (jedyna kobieta, która wykiwała Holmesa – choć zdaje się, że w grę wchodził tu nie tyle pojedynek intelektów, co pominięcia przez detektywa głowy w procesie decyzyjnym)… I ma się rozumieć, skrywa mroczną tajemnicę, że nie wspomnę o wbudowanym w tę postać konflikcie lojalności.

Nie może być Holmesa bez Watsona, i w tej roli mamy Jude’a Law. Kiedy ten aktor nie bazuje na swojej reputacji pięknisia, wybierając role wychodzące poza stereotyp, to rezultaty są niezłe: “Road to perdition”, “Sleuth”, a teraz właśnie Watson. W przeciwieństwie do utrwalonego stereotypu, Watson w interpretacji Law to pełnokrwisty zawadiaka. Weteran wojny w Afganistanie, świetnie bije się wręcz,  zaręczył się właśnie i przeprowadza do normalniejszej dzielnicy – ale przecież łatwość, z jaką poruszą się po szemranych częściach miasta, dokach i szulerniach, nie wzięła się znikąd… Słowny ping-pong między nim a Holmesem, ocierający się chwilami o granice dobrego smaku, to jeden z lepszych elementów filmu.

Osoby dramatu są oczywiście ważne, podobnie jak fabuła – ale snuta przez Ritchie’go opowieść nie miałaby tak fantastycznego klimatu, gdyby nie filmowy Londyn. Nie wiem ile ma ten wizerunek wspólnego z rzeczywistością, podejrzewam że ktoś znający historię XIX wieku w stolicy Wielkiej Brytanii znalazłby całe mnóstwo nieścisłości, i nie jest specjalnie ważne. wrażenie jest niezapomniane: nawet jeśli akurat nie siąpi albo nie leje, niebo wygląda tak, jakby za chwilę miała lunąć matka wszystkich potopów. Zaułki, przez które Holmes i Watson gonią złoczyńców są ponuro brudne, jeśli jakieś zdarzenie ma miejsce po zmroku, to noc jest czarna jak sumienie lorda Blackwooda, eleganckie wnętrza (niektóre – określenie nijak nie stosuje się do gabinetu Holmesa) skontrastowane są z dzielnicami wokół portu, gdzie brud, smród i ubóstwo aż kłują w oczy… No i oczywiście Tower Bridge.

Jak dyktują prawa dramaturgii filmów akcji, finałowa konfrontacja dobra ze złem musi odbyć się w najbardziej charakterystycznym punkcie miasta (i obowiązkowo z dobrą panoramą okolicy): jeśli Nowy Jork to Statua Wolności, w Paryżu – Wieża Eiffla, a w Londynie wspomniany wyżej Tower Bridge – który w momencie, gdy poznajemy bohaterów, wciąż jeszcze jest w budowie. Fenomenalny widok Londynu wzdłuż Tamizy, walające się sznury, haki i belki (i tak, zgadliście: budowlany bardak ma znaczenie dla przebiegu walki) – i, naturalnie, sine przed burzą niebo.

Podsumowując: ciekawy eksperyment z tematem, który wydawał się już do cna wyeksploatowany. Twórcy postawili na odświeżenie postaci Holmesa, przenieśli na ekran wątki twórczości Conan Doyle’a, które w książkach są na ogół zbywane dwoma zdaniami na marginesie (boks, walka wręcz, narkotyki – to naprawdę nie są wymysły Ritchie’go), dobrali do głównych ról aktorów, między którymi aż iskrzy… Holmes jest błyskotliwy, Watson twardy, Adler śliczna, Blackwood demoniczny – a do tego nieźle pomyślana intryga, dobra muzyka i fenomenalne zdjęcia. Czego chcieć więcej w piątkowy wieczór ?

Idźcie, bo warto. Na zachętę TRAILER.

To samo od nowa, to samo od nowa

January 18, 2010

W natłoku mnóstwa mnóstwa ważnych spraw w rodzaju kolejnych wykwitów intelektu Palikota i błysków logiki prezesa SamoDobro, mało kogo interesują wiadomości ekonomiczne – a to bardzo niedobrze, bo choć “nasza chata z kraja”, to wydarzenia na południu Europy mogą mieć wpływ na nas wszystkich. Idzie, jak to zwykle w przypadku gospodarczych turbulencji w Europie, o świnki cztery czyli PIGS (skrót ukuty przez Anglosasów na Portugalię, Włochy, Grecję i Hiszpanię) – a konkretnie o ojczyznę Greka Zorby.

Że tym pięknym krajem – od czasu obalenia junty – rządzą prawie non stop socjaliści w różnych wariantach, to mniej więcej wiadomo (swoją drogą, to się nazywa wpaść z deszczu pod rynnę). Że do strefy euro Grecja załapała się głównie dzięki kreatywnemu podejściu do statystyki, też nie nowina – i właśnie przyszedł dzień prawdy.

Im bardziej greckie ministerstwo finansów zapewnia, że nie ma kryzysu, nie trzeba podnosić podatków i nie będzie awaryjnych rozmów z IMF, tym bardziej inwestorzy mu nie wierzą… Bardzo pouczająca lekcja dla wszystkich durniów, którzy jak mantrę powtarzają za Jackiem Vincentem, że wejście do strefy euro uleczy wszystkie nasze problemy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

I jeśli wierzyć doniesieniom mediów, panujący w Grecji bałagan coraz bardziej ludziom doskwiera – a niezadowolenie z działań kolejnych ekip wyczerpało zapasy cierpliwości, z której zresztą mieszkańcy Aten czy Salonik nigdy przesadnie nie słynęli.  Dobrze wiedzieć – i mam nadzieję, że się nie łudzę – że duch w narodzie nie ginie i wracają klasyczne sposoby demonstrowania klasie rządzącej, że coś tu nie gra. Skoro głosowanie w kolejnych wyborach sprowadza się do kalejdoskopu tych samych twarzy, nie od rzeczy może być zmiana reguł gry. Na razie, zirytowani ludzie jeszcze uprzedzają policję o podłożonej bombie.

Na razie.

Bruno Jasieński redux

January 11, 2010

Terroryzm to niesamowicie wygodna sprawa i czasem myślę, że gdyby nie było Osamy i jego wesołych koleżków, to trzeba byłoby ich wymyślić. No bo zastanówcie się: gdyby dziesięć lat temu ktoś zapowiedział, że latając samolotami będziemy zdejmować z siebie sporą część odzieży, bebeszyć torby, oddawać do kontroli telefony i wszelkie butelki z płynami… Jaka byłaby reakcja każdego normalnego człowieka? Posłanie takiego dowcipnisia na najbliższy bambus, wraz z silną sugestią dokonania autosodomii.

A teraz? Komórek nie wolno, laptopów nie wolno, płynów nie wolno, od czasu nieudanego zamachu przy użyciu bomby w bucie (brzmi prawie jak but w butonierce, nie?) trzeba zdejmować przy przechodzeniu przez bramkę obuwie… I wszyscy się na to grzecznie zgadzamy a kto oponuje, ten z całą pewnością jest poplecznikiem arabskich terrorystów.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie tegoroczne Boże Narodzenie – w samolocie z Amsterdamu do Detroit znalazł się Nigeryjczyk Umar Farouk, który umyślił sobie, że na chwałę Allaha wysadzi w powietrze siebie i wszystkich lecących do Stanów na Święta ludzi. Na całe szczęście, niedoszły terrorysta okazał  się partaczem i debilem: jedyny skutek podjętej przezeń próby detonacji ukrytych w bieliźnie materiałów wybuchowych to usmażenie jego nigeryjskich genitaliów (nie żeby miał z nich wielki pożytek w więzieniu o  zaostrzonym rygorze, gdzie posadzili go Amerykanie). Ot, jeszcze jeden żałosny psychol, można by wzruszyć ramionami – gdyby nie dwa aspekty całej sprawy.

Po pierwsze, widać jasno że jeśli chodzi o paranoiczne kontrole na lotniskach,  system Echelon i okupację Bliskiego Wschodu, cały pogrzeb na nic: bezpieczeństwo Ameryki nie poprawiło się ani na jotę (złośliwie można by powiedzieć, że wręcz przeciwnie i pchając się tam, gdzie nikt ich nie chce, Amerykanie sami dostarczyli pożywki świrom, którzy w przeciwnym razie wysadzali by kogo innego). Jedyny element systemu, który nie zawiódł, to pasażerowie: dzięki przytomności umysłu jednego z pasażerów, udało się niedoszłego męczennika spacyfikować szybko i bez większych szkód dla podróżnych.

I co? I teraz będziemy karać pasażerów. W ciągu tygodnia po zamachu (nie wiem, czy zarządzenie dalej obowiązuje) na loty do USA trzeba było się pojawiać cztery godziny przed terminem. Zamachowiec chciał się wysadzić nad Detroit? Podczas ostatniej godziny lotu zasłonimy okna (super: wystarczy teraz, że jeden z drugim dureń wysadzi się nad oceanem – czego nie dokona bomba, dokończy dekompresja kabiny). Macerował przy spodniach? Zakażemy wizyt w toalecie pod koniec lotu (i róbta co chceta, jak by to powiedział nowy Klasyk). Miał bombę ukrytą pod ubraniem? Wprowadzimy skanery sprawdzające całe ciało

Napisałbym coś o wpływie takiej dawki promieniowania na zdrowie często latających podróżnych, ale poniższy obrazek mówi właściwie wszystko (zwłaszcza, jeśli ktoś ma – jak niżej podpisany – skłonność do niewiary w oficjalne związki przyczynowo skutkowe):

Dla wyjaśnienia: OSI Systems to jedna z bardzo niewielu firm produkujących skanery pasujące dokładnie do wymagań podanych przez rządy “grzecznych” państw troszczących się o stosunki z Czarnym Mesjaszem. I jak tu nie wierzyć w prorocze słowa Eisenhowera?

In the councils of government, we must guard against the acquisition of unwarranted influence, whether sought or unsought, by the military-industrial complex. The potential for the disastrous rise of misplaced power exists and will persist.

Na brunatnej Ukrainie – odsłona kolejna 10.01.2010

January 10, 2010

Za niecałe dwa tygodnie nasz strategiczny sojusznik będzie sobie wybierał prezydenta. Nie zazdroszczę specjalnie Ukraińcom, których wybór sprowadza się do “pięknej Julii” (osoby ściganej w pewnym momencie listami gończymi i przez FSB, i przez FBI – rzadkie osiągnięcie) i Wiktora Janukowycza, będącego właściwie kukiełką w rękach biznesu z Donbasu… Na obrzeżach polityki nad Dnieprem pałęta się jeszcze gładkolicy Juszczenko, którego jednak nikt nie traktuje poważnie – z wyjątkiem, ma się rozumieć, polskich polityków.

Ale zanim prasa zacznie nas bombardować doniosłością dokonanego przez Ukraińców wyboru (zupełnie jakby między geopolitycznymi planami Julii i Wiktora była jakakolwiek różnica – i wbrew nadziejom lewactwa, jedni i drudzy robią sobie z polskich bajek o partnerstwie “grubą nieprzyzwoitość”), zajrzyjmy co działo się na wschodnich kresach II RP sześćdziesiąt pięć lat temu. Oddaję głos Dymitrowi:

Galicja/Lubelszczyzna/Wołyń – grudzień 1944

Badaczom ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich udało się ustalić, że w grudniu 1944 r. z ich rąk zginęło 1896 osób (głównie Polacy), w tym terytorialnie (wg przedwojennych województw):

wołyńskie: 4 zabitych
lubelskie: 21 zabitych
lwowskie: 113 (większość ofiar na terenie Polski Ludowej)
stanisławowskie: 332 zabitych
tarnopolskie: 1426 zabitych

Podane liczby te nie obejmują szacunków.

Największe masakry:

22.12.1944 – Toustobaby (pow. Podhajce): 82 osoby
24.12.1944 – Ihrowica (pow. Tarnopol): 80 osób
24.12.1944 – napad na miasto powiatowe Dolina (woj. stanisławowskie): 58 osób
28.12.1944 – Łozowa (pow. Tarnopol): 106 osób
31.12.1944 – Worochta (pow. Nadwórna): 72 osoby
nieustalona data dzienna:
pierwsza połowa grudnia – Kolonia Bazarska (pow. Czortków): ponad 100 osób
Presowce (pow. Zborów): 103 osoby

Jak widać, eskalacja mordów miała miejsce na Tarnopolszczyźnie pod koniec miesiąca. Ich skala nie pozwala wątpić, że było to wznowienie masowego ludobójstwa. Zdaniem G.Motyki przeprowadzało je 9 sotni UPA (ok. 1000 ludzi), nie licząc bojówek SB-OUN i SKW. W obronie ludności polskiej stanęły Istriebitielnyje Bataliony.

Świadectwa:
„Wszystkich nas zaprowadzono do mieszkania miejscowego Ukraińca, gdzie urządzono nad nami sąd. (…) rozebrano nas do naga, ręce i nogi skrępowano drutem kolczastym, na szyję założono przesuwane linki. Każdy najmniejszy ruch rękoma zaciskał pętle na szyi. W takiej pozycji oprawcy nas przesłuchiwali. W tym czasie bito nas kijami po plecach, obcęgami wyrywano paznokcie, nacinano nożem skórę na ciele. Przewodniczący [„sądu”] Matyjaszczuk osobiście ogniem świecy przypalał ciało ofiarom. (…) W przedsionku izby usłyszałem, jak Matyjaszczuk wydawał rozkaz dowódcy grupy egzekucyjnej. Kazał nas wywieźć do lasu i tam rozstrzelać. (…) Ułożono nas twarzami do ziemi. (…) Jeden z oprawców podszedł do mnie i strzelił w plecy w okolicę serca. (…) Mocno drgnąłem po strzale i potem znieruchomiałem świadomie wstrzymując oddech.” [Józef Kaleka, Muszkatówka, pow. Borszczów]

„Po przybyciu do Bazarskiej kolonii (…) miałem sporo czasu na zwiedzenie opustoszałych domów, w których przed trzema tygodniami rozegrała się wielka tragedia. Ciał pomordowanych już nie było. Mieszkania stały otworem, do każdego można było wejść. Ściany, podłogi i meble były brunatne od krwi. (…) Tego widoku nigdy już chyba nie zapomnę.” [Władysław Ślęczka]

„Widziałem, jak wszystkich zaczęli wyprowadzać z domu. Pierwszą ich ofiarą była Tekla Siekierka. Kiedy znalazła się na progu domu, jeden z banderowców do niej strzelił. Upadła ranna na ziemię, zaczęła rozpaczliwie jęczeć, prosząc morderców, by ją dobili. Wtedy inny banderowiec, który trzymał w ręku blaszaną bańkę, oblał ją jakimś płynem. (…) Podpalił wiecheć słomy i rzucił na nią. Zaczęła płonąć jak żywa pochodnia.” [Tadeusz Zarzycki, Toustobaby, pow. Podhajce]

„Pamiętam także małego chłopczyka 2-3 letniego z rodziny Czerwińskich, z którego oprawca zdarł na żywca skórę.” [Józef Zarzycki, Toustobaby]

„Banderowcy hurmem weszli do mieszkania. Mama stała na środku izby, zasłaniając Bronię. Zaczęły obie prosić: «darujte żyttia, darujte żyttia». «A, ty choczesz żyty, ty choczesz żyty…». I tu nastąpił cios. Rozległ się przerażający, jakby nieludzki głos mamy. (…) Kierujący akcją powiedział widocznie do początkującego banderowca: «a teper ty, Wasyl». Bronia cicho upadła, a instruktor powiedział niby na ćwiczeniach: «daj jij szcze raz».”[Karolina Łagisz, Łozowa]

UPA vs. Sowieci i IB

W grudniu po raz pierwszy Sowieci zastosowali nową taktykę zwalczania UPA. W obławie miało brać udział 10-15 kompanii, każda odpowiadała za 2-3 wsie. Obława miała trwać nieprzerwanie 5-7 dni.

2 grudnia Beria skierował na zachodnią Ukrainę dwie sesje wyjazdowe Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego ZSRR, w celu przyspieszenia procesów.

3 grudnia – atak UPA na wieś Ciemierzyńce (pow. Przemyślany, Tarnopolskie) i zabicie 45 żołnierzy IB.

Grudzień 1944 – atak UPA na lotnisko w Skniłowie k. Lwowa, wysadzenie składu amunicji i zniszczenie 5 samolotów.

8/9 grudnia – atak na stację kolejową w Śniatyniu (Stanisławowskie) i wysadzenie 100 metrów torów. 16. grudnia – wysadzenie dwóch mostów na rzece Prut. Podobne ataki na linie kolejowe miały miejsce także na Wołyniu, niszczono słupy telefoniczno-telegraficzne.

W grudniu 1944 miało miejsce 5 ataków UPA na rajcentry (centra administracji) w obwodzie stanisławowskim.

Jak widać, tam gdzie UPA wznowiła ludobójstwo Polaków (Tarnopolszczyzna), praktycznie żadnej walki z Sowietami nie prowadziła (nie licząc ataków na IB).

UPA vs. Polska Ludowa

Pod koniec 1944 r. na tereny Bieszczad powróciły kurenie UPA, łącznie ok. 2000 ludzi. Stworzyły tam własny system administracyjny i likwidowały „nieprawomyślnych”, również Ukraińców.
W grudniu 1944 r. w walce z banderowcami na terenie Polski Ludowej zginęło 5 milicjantów a 1 został ranny. Więcej zabitych w walce z UPA najpewniej nie było, gdyż nie przeprowadzano wówczas zorganizowanej akcji jej zwalczania. Na przykład, w pow. Hrubieszów, na 142 aresztowanych przez UB do końca 1944 r. nie było ani jednego członka OUN-UPA. W pow. tomaszowskim spośród 427 aresztowanych tylko 17 było upowcami. Większość aresztowanych to akowcy.

Inne wydarzenia godne uwagi:

W grudniu 1944 Niemcy przerzucili na sowieckie tyły Jurija Łopatyńskiego, który przywiózł Szuchewyczowi wieści od Bandery. Organizowali także zrzuty broni. W zamian UPA uwalniała z sowieckiej niewoli Niemców i przeprowadzała ich przez front.

W grudniu 1944 r. Ukrainiec z Teofipólki (pow. Brzeżany, Tarnopolskie) o nazwisku Dereń, pod wpływem propagandy OUN, zabił polskich teściów, żonę i córkę. Z kolei w Wołochach (pow. Brody, Tarnopolskie) bojówka banderowska zamordowała Ukraińca Dymitra Benedyka za to, że nie chciał zabić żony i teścia narodowości polskiej.

W grudniu 1944 ukraiński proboszcz z Podlisek tak mówił o UPA podczas kazania: „to żadne wojsko, to plugawa banda, która nigdy nie zbuduje żadnej Ukrainy!”. Dostał za to od banderowców wyrok śmierci.
_________________

P.S. Polecam fachowy artykuł analizujący ostatnie wydarzenia na niwie międzynarodowej, zmierzające do potępienia OUN i UPA: http://www.polskiekresy.pl/index.html?act=nowoscifulldb&id=84

Literatura:
S. Jastrzębski, „Ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Lubelszczyżnie w latach 1939-1947”, Wrocław 2007
H. Komański, S. Siekierka, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939-1946”. Wrocław 2006.
G. Motyka, “Ukraińska partyzantka 1942-1960”, Warszawa 2006
^G. Motyka, R. Wnuk, „Pany i rezuny”, Warszawa 1997
R. Niedzielko (oprac.), „Kresowa księga sprawiedliwych. O Ukraińcach ratujących Polaków poddanych eksterminacji przez OUN i UPA”, Warszawa 2007
S. Siekierka, H. Komański, K. Bulzacki, “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939-1947”, Wrocław 2006
S. Siekierka, H. Komański, E. Różański, “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie stanisławowskim 1939-1946”
W. Siemaszko, E. Siemaszko, “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”, Warszawa 2000
S. Żurek, „UPA w Bieszczadach”, Wrocław 2007

Jaroslaw Hašek wiecznie żywy

January 9, 2010

Parę rzeczy już widziałem: zdrajców czczonych jako bohaterowie, okupacyjną wyprawę na pustynię pod hasłem niesienia demokracji, dorzynanie dobrze zarabiających pod hasłem liberalizmu gospodarczego i wymuszenie rozbójnicze pod hasłem polityki fiskalnej… Więc zasadniczo powinienem się już przyzwyczaić, że nie ma takiej bezczelności, której prędzej czy później ktoś by się nie dopuścił – ale jednak prasówka z Brukseli po prostu mną zatrzęsła.

Z jednej strony, rozmaite organa UE grożą Islandii sankcjami jeśli kraj ten nie zgodzi się podporządkować drakońskim pomysłom finansjery, ministrowie finansów państw członkowskich “kategorycznie dementują” informację, jakoby zamierzali wyciągnąć Grecję z bagna, w które wpędzili ten kraj socjaliści – a tym czasie darmozjady z eurostruktur nie dość, że dostają podwyżki, to jeszcze pyskują, uznając przyznane im kwoty za zbyt niskie. Dobra, pies z wami tańcował, można by powiedzieć –  w końcu jedyna różnica między tym pasożytniczym elementem a żulami stanowiącymi elektorat wina “Arizona” to fakt, że darmozjady z Brukseli cokolwiek lepiej prezentują się przed kamerą…

Ale im dalej, tym weselej: rozbestwione dotychczasową bezkarnością biurwy chcą iść do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – znanego z dość kreatywnej interpretacji pewnych pojęć, jak choćby swobody wypowiedzi. Co najlepsze: sędziowie tegoż trybunału są urzędnikami, których także dotyczą kontrowersyjne podwyżki – więc najspokojniej w świecie będą orzekać we własnej sprawie, za co ostatecznie i tak zapłacimy my, podatnicy mieszkający w krajach członkowskich UE.

Jedyna pociecha w fakcie, że dopóki trwać będzie sądowa przepychanka, jest szansa na paraliż brukselskiej biurokracji, co może spowolnić legislacyjną biegunkę zalewającą wszystkie kraje UE (z wyjątkiem Niemiec, gdzie Trybunał Konstytucyjny de facto przypomniał oszalałym federalistom, kto tak naprawdę finansuje całą tę zabawę w europejską jedność). Dobre i to – choć jak na początek nowego roku, coś mało tych powodów do optymizmu.

Może z drobnym wyjątkiem: jeden z bohaterów “Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” określił kiedyś grupę naprzykrzających mu się kobiet jako “kurwy zuchwałe, nachalne i bezczelne” – i jak tu nie wierzyć, że klasyka jest wiecznie żywa i nigdy nie traci na aktualności?