Archive for December, 2009

Na brunatnej Ukrainie – 13.12.2009

December 13, 2009

Główny pretekst do mówienia w polskich mediach o Ukrainie to – w ciągu ostatnich miesięcy przynajmniej – spęd dla stadionowej dziczy, znany pod eufemistycznym kryptonimem EURO 2012. Kto by tam miał głowę do historii – zarówno tej przebitej osikowym kołkiem (kto by pomyślał, że w Krakowie tylu amatorów nekromancji), jak i kończącej się na naszych oczach? A czasem obraz wart jest tysiąca słów…

Podziękowania, jak zwykle, dla Dymitra.

Advertisements

Pimp my Jaruzel

December 13, 2009

Generał Wojciech Jaruzelski. Żołnierz kampanii wrześniowej. Jeniec i robotnik przymusowy w Kazachstanie. Oficer w Armii Berlinga. Uczestnik pacyfikacji podziemia antykomunistycznego. Informator Głównego Zarządu Informacji. Współorganizator antysemickiej czystki w LWP na przełomie 1967 i ’68.  Minister obrony podczas operacji “Dunaj”. Człowiek, który prosił Sowietów o interwencję w obronie zagrożonej dyktatury. Pierwszy prezydent III RP. Broniony zaciekle przez tzw. autorytety. Sądzony za – nielegalny nawet według konstytucji PRL – stan wojenny: ale tak, by gonić króliczka nie łapiąc go.

Rotmistrz Witold Pilecki. Weteran wojny bolszewickiej, odznaczony Krzyżem Walecznych. Uczestnik kampanii wrześniowej, później przechodzi do partyzantki. Organizator siatki wywiadowczej AK na terenie Auschwitz, autor meldunków o sytuacji w obozie przekazywanych na zewnątrz. Żołnierz Kedywu podczas Powstania Warszawskiego. Aresztowany w 1948, po parodii procesu zamordowany, miejsce pochówku nieznane do dziś. Jak się okazuje, bękartom Marksa przeszkadza nawet pomysł uczczenia pamięci rotmistrza poprzez nadanie jego imienia wrocławskiej ulicy.

W dwudziestą ósmą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, jego autorom wypada złożyć serdeczne gratulacje. Prawdziwych bohaterów skazuje się na zamilczenie, podczas gdy zdrajcy wkładają maski Wallenrodów. I jeżeli jest jakiś cień pociechy, to może tylko słowa poety:

I can’t run no more
with that lawless crowd
while the killers in high places
say their prayers out loud.
But they’ve summoned, they’ve summoned up
a thundercloud
and they’re going to hear from me.

Andy Warhol in memoriam

December 8, 2009

Milan Kundera pisał kiedyś, że zasadniczą racją bytu lewicy jest Wielki Marsz – mniejsza o to dokąd i po co, byle był wystarczająco wielki. Próbki tego mieliśmy już na odcinku walki z religią, wprowadzania komunizmu – ale że wszystkie te pomysły rozpadły się w zderzeniu z rzeczywistością jak wampir w promieniach słońca, bękarty Marksa musiały sobie znaleźć nowy cel. I znalazły: globalne ocieplenie.

Wczoraj rozpoczęła się w Kopenhadze propagandowa hucpa pod pozorami szczytu klimatycznego, więc oczywiście musiały się nasilić histeryczne szlochy na temat zagrożonego środowiska, podnoszącej się temperatury i konieczności opodatkowania na rzecz walki z tymi apokaliptycznymi zagrożeniami. Jak zwykle w przypadku takich duposzczypatielnych kawałków, nie do końca wiadomo o co chodzi – w łkaniach nad lodowcami ciężko dopatrzeć się krztyny sensu czy logiki. A jak nie wiadomo o co chodzi, to na ogół chodzi o pieniądze… I nie inaczej jest w tym przypadku. W skrócie: przyłączenie się do erupcji europejskiej solidarności (w opodatkowaniu na rzecz walki z ociepleniem) będzie Polskę kosztować prawie 40mld od ręki, o skoku cen prądu nie wspominając. Jak wydatki tego typu wpłyną na ledwie dyszącą gospodarkę, rozumieją chyba nawet ludzie o poglądach lewicowych (podpowiedź: niezbyt dobrze).

Trzeba przyznać, że proponujące takie rozwiązania zamożne kraje przeprowadzają operację dorzynania potencjalnej konkurencji ze strony państw na dorobku w wyjątkowo wyrafinowany sposób: płacenie w zależności od emisji CO2 brutto (a nie na przykład PKB per capita) nie wygląda – z daleka przynajmniej – na cyniczną próbę ochrony swojej uprzywilejowanej pozycji. Jeśli jeszcze promocją takiego rozwiązania nie zajmują się rządy, tylko finansowani nie wiadomo przez kogo pożyteczni idioci, to szanse sukcesu są całkiem spore.

Skoro o pożytecznych idiotach pod zielono-czerwonym sztandarem mowa (kto bawił się jako dziecko farbami, wie jaki kolor wychodzi z połączenia tych dwóch barw), w “Rzepie” dała ostatnio głos niejaka Julia Michalak z Greenpeace. I o ile ktoś mógłby mieć wątpliwości, czy aby nie przesadzam z przypisywaniem małym zielonym ludzikom komuszanych tendencji, powinien je stracić po lekturze wypowiedzi panny M.

Absolwentka politologii Julia M. stwierdza co następuje “Na COP15 nikt nie będzie jednak dyskutował, czy globalne ocieplenie jest spowodowane działalnością człowieka, ponieważ debata ta skończyła się kilka lat temu wraz z opublikowaniem w 2007 r. czwartego raportu IPCC (Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu). Stwierdzono w nim z 90-procentowym prawdopodobieństwem, że to człowiek jest głównym sprawcą zmian klimatycznych – 10-procentowa niepewność nie może być więc argumentem za niepodejmowaniem działań“. Tak się składa, że napisałem ze statystyki doktorat i mam niejakie pojęcie zarówno o tej dziedzinie, jak i o poziomie wykładów z niej na kierunkach humanistycznych… Więc oczywiście zdaję sobie sprawę, że od humanistów nie można – prawie z definicji – wymagać zbyt wiele, ale to jest jednak przesada. Już nawet nie pytam o metodologię tych badań, bo po lekturze kilku artykułów z politologii czy socjologii mam pojęcie, jakich kwiatków można tam oczekiwać.

Dalej jest lepiej: “W dyskusji na temat danych wykradzionych z Climatic Research Unit Uniwersytetu Wschodniej Anglii powinno się najpierw zadać pytania, dlaczego stało się to właśnie teraz i komu mogło zależeć na tych informacjach” – furda prawda, kombinatorstwo i małe gierki dyskredytujące naukowców nie wyznających jedynie słusznych poglądów… Kto za tym stoi? Jeśli takie poglądy w ustach młodej – ze zdjęcia sądząc – osoby nie są dowodem na nieśmiertelność homo sovieticus, to doprawdy nie wiem, co można by za takowe uznać.

Debata o klimacie “jest bezproduktywną, medialnie rozdmuchaną dyskusją, którą wstyd jest prowadzić, kiedy na świecie zmiany klimatu już dziś zabijają 300 tys. ludzi rocznie”  – ciekawe skąd ta liczba? Przypuszczalnie uzyskana w podobny sposób, jak teza któregoś z gejowskich aktywistów (nie pamiętam – ktoś z zestawu Biedroń / Niemiec / Legierski), zdaniem którego z Polski po wejściu naszego kraju do UE wyjechało 300 tysięcy prześladowanych gejów. Czemu tyle? No bo wyjechało circa 3 miliony ludzi, a 1 człowiek na dziesięciu to – zdaniem ciepłych braciszków – homoseksualista…

Może nie powinienem się tak pastwić, ale nic na to nie poradzę: dobija mnie, gdy o poważnych sprawach wypowiadają się ludzie bez fachowej wiedzy i niezdolni do wyjścia poza krąg frazesów rodem z podręcznika małego agitatora. Jest tyle pożytecznych zajęć, które może wykonywać bystra inaczej dziewczyna z ładną buzią – ale niestety, ponieważ nie żyjemy w gospodarce optymalnie alokującej zasoby, spełniają się słowa proroka pop-artu: In the future everyone will be famous for fifteen minutes.

POpierajmy rząd nasz czynem, umierajmy przed terminem

December 7, 2009

W rzadkich momentach, gdy budzą się we mnie drzemiące resztki człowieczeństwa, żal mi ludzi nie znających historii (szybko mi zresztą przechodzi: kto się bronił ignorantom uczyć?) – jak oni się biedni muszą męczyć czytając wiadomości ekonomiczne. Nie ma kryzysu, jest kryzys, nie ma kryzysu, jest kryzys, nie ma kryzysu – i na ogół jest to wina PiSu…   A gdyby  czytali trochę (albo spytali rodziców), wiedzieliby, że było kiedyś takie pojęcie jak mądrość etapu: praktyki słuszne w pewnym stadium mogą być kompletnie błędne w następnym – i à rebours.

W szczególności, forma może się czasem rozjeżdżać z treścią – więc obniżający podatki rząd PiS jest socjalistyczny, a wysyłający lotne kontrole rząd PO – liberalny. I nie szkodzi, że gdyby nie szara strefa, to Polska już oficjalnie byłaby krajem Trzeciego Świata. Furda, że nękani przez kontolerów skarbówki ludzie zarabiają promil tego, co obdarowana przez premiera i prezydenta nową ustawą branża hazardowa… Brewerie w rodzaju lotnych inspekcji były specjalnością zakładu za czasów, gdy jego kierownikiem był Gomułka – ale wskutek powszechnej ignorancji, jedyne co kojarzy się ludziom z towarzyszem “Wiesławem” to obelgi miotane przez szalonego entomologa

Nie pozostaje nic innego, jak tylko wcielić w życie mądrość z tytułu: raz, że w ten sposób uwolnię budżet od konieczności wypłacania mi w przyszłości emerytury, a dwa – skoro i tak przyszedł moment, gdy zgadzam się ze słowami wydrukowanymi przez “GW” (innymi niż data), to albo oni mądrzeją, albo ja głupieję – ale luka między nami maleje.

Ciężkie czasy, jak powiedział rosyjski żołnierz kradnąc zegar z hali dworca kolejowego…

I choćby przyszło Tysiąc feministek

December 6, 2009

Czego by nie mówić o lewicy wszelkiej maści, są konsekwentni – i raz osiągniętych zdobyczy nie oddadzą nigdy: dać im palec, to wezmą całą rękę (co dowodzi słuszności ich ideowego praszczura Cyrankiewicza, który sugerował odrąbywanie rąk podniesionych w niewłaściwym kierunku – w końcu ogień trzeba zwalczać ogniem). Nie wystarczy im wywalczenie prawa do aborcji w znacznie większej liczbie przypadków niż kiedyś, teraz trzeba jeszcze zmienić sposób myślenia tzw. opinii publicznej.

I nie chodzi tu bynajmniej o przepełnione kobiecością babochłopy z jednej strony czy ziejących miłosierdziem obrońców życia z drugiej – najważniejszy cel tej walki to milcząca większość, której zasadniczo wszystko zwisa kalafiorem. Nie musi akceptować, wystarczy że nie będzie protestować. Dość dobrze nadają się do tego celu wyroki sądowe: w końcu kto zaryzykuje przeczołganie przed niezawisłym sądem za jakiegoś potencjalnego dzieciaka, z którym nie ma nic wspólnego?

Wbrew nadziejom lewactwa, można oszukać i zawrzeszczeć na tym świecie parę rzeczy: zdrowy rozsądek, sumienie, demokratyczne procedury… Nie da się jednak, na szczęście, oszukać praw fizyki – jak świat światem, trzecia zasada dynamiki wciąż obowiązuje. Nic więc dziwnego, że podniesienie aborcji do rangi lewicowego sakramentu musiało w końcu wywołać reakcję: w zlaicyzowanej doszczętnie Holandii uaktywniła się w ostatnich latach organizacja “Schreuw om Leven” (krzyk o życie w tłumaczeniu moim – KPB). O ile w poprzednich latach był to raczej marginalny szum, o tyle w przyszłą sobotę SOL i CFT (“Chrześcijanie na rzecz prawdy”) wyruszą z marszem życia w centrum Amsterdamu.

No ale jak to tak: w demokratycznym, tolerancyjnym kraju mogą być promowane poglądy typu “aborcja krzywdzi kobiety”? Nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji! Na takie podnoszenie łba przez konserwatywną hydrę, ma się rozumieć, lewica pozwolić nie może – więc organizuje kontrdemonstrację. Nikt na razie nie próbuje zmieniać prawa, ograniczać czegokolwiek – ale feminazistkom, sprzymierzonym z antynazistami (co jest o tyle zabawne, że III Rzesza popierała szeroki dostęp do aborcji w krajach okupowanych) przeszkadza sam fakt, że ktoś ośmiela się głosić poglądy odmienne od obowiązujących. Cóż, typowa tolerancja w lewicowym wydaniu…

Pozytyw całej sytuacji jest jeden: holenderscy obrońcy życia wyszli wreszcie z głębokiej defensywy, do której dali się zepchnąć od czasu “rewolucji” ’68. To piewcy lewicowych wynaturzeń muszą reagować – a nie od dziś wiadomo, że najlepszą obroną jest atak. Miejmy nadzieję, że tendencja się utrzyma.

Zalążek potęgi pełną gębą

December 3, 2009

Mam nauczkę. Kiedy byłem piękny i młody nie wierzyłem, że przez kłapanie jęzorem (w przypadku tego bloga: klawiaturą) można coś wykrakać – ale teraz, gdy jestem już tylko piękny, mógłbym wreszcie wyciągnąć wnioski. Za każdym razem, gdy wyśmieje się jakiś scenariusz jako absurdalny, prędzej czy później znajdzie się dureń albo sabotażysta, który wcieli go w życie. Ale po kolei.

Rząd Słońca Peru, podobnie jak jego poprzednicy, kontynuował polską okupację części Afganistanu (za amerykańskie pieniądze). Nie jestem na tyle naiwny, żeby zaraz potępiać to z wyżyn moralnego dziewictwa – choć uważam, że jak już daje się ciała, to w jakimś konkretnym celu (a nie za szczytne ideały jedności i solidarności, bo tego już żeśmy się w historii naćwiczyli wystarczająco dużo). Dotychczasowe doświadczenia w Iraku nie napełniają specjalnym optymizmem, bo entuzjastyczne poparcie kolejnych ekip dla wyzwalania Irakijczyków od Saddama jakoś nie przełożyło się na udział polskich firm w odbudowie kraju – w przeciwieństwie do przedsiębiorstw niemieckich i francuskich (oba te kraje, jak wiadomo, całym sercem popierały wycieczkę US Army nad Eufrat)…

Jakby tam z tym biznesem nie było, rząd ewidentnie zaczął myśleć o ewakuacji polskich żołnierzy z ciepłych okolic – więc pod koniec października poważni gracze postanowili przypomnieć premierowi i prezydentowi, skąd im nogi wyrastają. Posłańcem przynoszącym te wieści był nowy ambasador USA w Warszawie, Lee Feinstein, który powiedział, że polskie władze są zwolennikami zwiększenia kontyngentu. Psychiatra Klich oczywiście zaprzeczył i oficjalnie zdementował informację o podjęciu jakiejkolwiek decyzji – co samo w sobie powinno być  niezłym powodem do podejrzliwości. Ja rozumiem oczywiście, że pod rządami Czarnego Mesjasza pojawiło się wśród amerykańskich oficjeli sporo ludzi z awansu… Ale jednak sugestia, że ambasador USA w telewizyjnym wywiadzie “palnął gafę” na taki temat, zasługuje wyłącznie na wyśmianie.

Tym bardziej, że zanim skończyliśmy się  z tej gafy śmiać, zrobiła się połowa listopada – i psychiatra K. ogłosił, że Polska jest zobowiązana moralnie do obecności w Afganistanie, bo gdyby nie bunt mudżahedinów przeciw Sowietom w latach 80tych, nie było “Solidarności”, Okrągłego Stołu etc.  Jak dla mnie, to sam fakt używania takiej argumentacji przez ministra Klicha jest argumentem na rzecz wysłania go do jego macierzystego szpitala – tym razem jako pacjenta. Ale że w polityce działy się tak ważne rzeczy jak wpis Palikmiota na blogu, nikt nie zwrócił na to uwagi.

Dwa tygodnie później Słońce Peru odbyło rozmowę telefoniczną z Czarnym Mesjaszem, w której ten ostatni poprosił Polskę o zwiększenie obecności wojskowej w Afganistanie – ani chybi, umacnianie demokracji w Kabulu nie idzie tak do końca zgodnie z planem. I, co za niespodzianka, kontyngent zostanie wzmocniony. Teraz już nikt nie może mieć wątpliwości, że Polska jest prawdziwym mocarstwem – radzi sobie z kryzysem, reformuje gospodarkę i sprawiedliwie dzieli owoce wzrostu, a na dodatek jest potęgą kolonialną, którą o pomoc proszą USA!

Warto było czekać na te piękne czasy

Szczury i chomiki

December 2, 2009

Zdarzyło mi się napisać jakiś czas temu o skoku na kasę w wykonaniu amerykańskiego sektora bankowego – zdaniem niektórych program TARP to konieczna pomoc dla fundamentów gospodarki, moim zdaniem to najzwyklejsze w świecie wymuszenie rozbójnicze. Początki Wall Street to tak naprawdę “American Dream” – zarabiane (i tracone) od zera fortuny, kapitalizm w czystej formie. Niestety gdzieś po drodze ten mechanizm się popsuł i dzisiaj siedzi tam banda finansowych terrorystów działających na zasadzie: my zgarniamy zyski, straty pokrywa podatnik (premie w obu sytuacjach to oczywista oczywistość).

Tego typu bandycka etyka wywołuje mój najgłębszy sprzeciw, więc z dużym zainteresowaniem przeczytałem artykuł o podobnym procesie, tylko zachodzącym w odwrotną stronę. Siejący postrach wśród przewoźników morskich somalijscy piraci postanowili zorganizować coś w rodzaju giełdy: kto chce, może zainwestować w dowolną z “załóg” – dołączając do piratów osobiście, dostarczając broń albo po prostu finansując ich działalność. Można się oczywiście oburzać, że to nieetyczne – ale jeśli miałbym do wyboru taki sposób na życie, albo śmierć w wojnie domowej między rządem w Mogadiszu a islamskimi rebeliantami… Ryzyko jest spore, ale przynajmniej człowiek wie, co z tego ma.

Patrzę na tych przedsiębiorczych kryminalistów i przypomina mi się stary dowcip o szczurze i chomiku. Oba gryzonie rozmawiają, szczur się żali: chomik, jak to jest – ty jesteś małym futrzakiem i ja jestem małym futrzakiem, ty masz ogonek i ja mam ogonek, ty masz wąsiki i ja mam wąsiki… I ciebie wszyscy kochają a mnie nienawidzą. Na co chomik: widzisz szczur, bo ty masz ch…wy PR.

Na razie grabiący amerykańskiego podatnika faceci z Goldman Sachsa mają lepszą prasę – pewnie solidniej zainwestowali w PR. Ale gdybym miał wybrać kto mierzi mnie bardziej, zdecydowanie wskazałbym na Blankfeina i jego kolegów. Somalijscy kryminaliści przynajmniej nie opowiadają, że to wszystko dzieło Boże.

Liberalizm nadwiślański

December 2, 2009

Dzięki słusznym decyzjom nie ma śladów paniki, chciałoby się powiedzieć w ślad za Kazikiem Staszewskim. Na całym świecie szaleje kryzys, od Irlandii po Dubaj – a Polska jako jedyna odnotowuje wzrost gospodarczy. Wprawdzie stopa wzrostu jest około 1%, błąd pomiaru wynosi 2.5%, a dziwnym trafem tempa wzrostu zadłużenia naszego kraju nikt nie publikuje – ale nie czepiajmy się – ważne, że zniknęła trauma strasznego czasu kaczystów, Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej (i znerwicowane primadonny mogą odżyć)…

Powiedzmy sobie jednak szczerze: za darmo to można na tym świecie co najwyżej łomot dostać – nic więc dziwnego, że finansowy geniusz mianowany przez Słońce Peru, Jacek Vincent, robi co może w celu domknięcia budżetu (czy raczej: przykrojenia dziury, żeby wyglądała na trochę mniejszą). Jak powszechnie wiadomo wszystkim Gotom, rząd PO to gospodarczy liberałowie – w przeciwieństwie do tych strasznych socjalistów ze wszystkich innych ekip – więc wszystko, co robi rząd PO, to z definicji jest gospodarczy liberalizm – a kto twierdzi inaczej, jest moherowym oszołomem i agenturą wpływu opłacaną przez PiS.

No i właśnie mamy próbkę troski o przedsiębiorczość: w ramach łatania świetnie radzącego sobie w kryzysowych warunkach budżetu (jak to mawiał pan Kazimierz Górski “skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?“). Pisałem jakiś czas temu, że nie da się w nieskończoność zwalać winy za wszelkie nieudacznictwo na poprzedników i po PiS, kolej przyjdzie na Żydów albo kułaków. Na razie padło na kułaków, którzy aktualnie przybrali postać wszystkich, którzy zarabiają powyżej 8 tysięcy miesięcznie – będą płacili wyższą niż dotąd składkę rentową (nie można kazać im płacić przez cały rok, bo wtedy budżet będzie musiał wypłacać wyższą emeryturę – piękne, prawda?).

Rząd chce wydoić tych okropnych najbogatszych, prezydent popiera (oczywiście rzecz nie dotyczy rolników, bo “żywią y bronią“) – prawda, że piękny przykład porozumienia ponad podziami? A mówili różni mędrcy, że ponoć Polacy nie umieją się dogadać…