Telefon z Istambułu (2)

Idąc po Istambule nie mogłem oprzeć się wrażeniu rozdwojenia jaźni: z jednej strony meczet, palmy i napisy “robaczkami”, z drugiej – obdrapane autobusy i budynki typu “wielka płyta”, które spokojnie można by przenieść na przedmieścia któregoś z polskich miast, i to nie z tych zamożniejszych. Stoisko z dywanami tkanymi pewnie w ten sam sposób od paruset lat, a handlujący na nim chłopcy grają w coś na swoich iPodach.

Właśnie, chłopcy. Według oficjalnych statystyk, prawie dwie trzecie mieszkańców tego kraju ma mniej niż 34 lata – co w połączeniu z rozmiarem populacji (70 milionów) daje demograficzny potencjał, z którym mało kto może się równać w tej części świata… A już na pewno nie pogrążająca się w zgnuśnieniu Europa. Sama ilość ludzi, islam, silny turecki nacjonalizm – nie żebym pochwalał pomysły Merkel i Sarkozy’ego, ale trochę rozumiem skąd bierze się ich lęk przed Turcją (maskowany bełkotem o europejskiej tożsamości – jakby ktokolwiek wiedział co to właściwie jest). Jeżeli czegoś nie spieprzą w sposób spektakularny, Turcy są na dobrej drodze do zostania regionalnym mocarstwem (co dalej – Allah jeden wie).

Na pewno pomaga tu udany premier – Recep Erdogan to facet, który do perfekcji opanował sztukę chodzenia po linie nad przepaścią. Z jednej strony mamy ważną dla Turcji współpracę w dziedzinie wojskowości z Izraelem (choć od ostatniej operacji w Gazie, kontakty wyraźnie się ochłodziły) – z drugiej populację, która w większości sympatyzuje z Palestyńczykami (co znajduje odzwierciedlenie choćby w telewizyjnych serialach). Partia Erdogana APK wykonuje ruchy w stronę, powiedzmy,  bardziej tradycyjnego podejścia do tureckości (czytaj: świeckość życia publicznego nie jest dla nich dogmatem) – a to skutkuje nerwowymi kaszlnięciami u wojskowych, którzy oczywiście popierają demokrację, ale bez przesady (były już przypadki wieszania demokratycznie wybranych premierów). Chce wprowadzić swój kraj do Unii Europejskiej, która z upodobaniem gra z Turcją w trzy kubki – nie tracąc jednocześnie poparcia tradycjonalistów na forum wewnętrznym… I jest premierem drugą kadencję z rzędu.

Zresztą jeśli chodzi o UE, to Turcy chyba nie do końca mają świadomość w co się pakują. Jeśli człowiek zwiedza zabytki Istambułu (albo po prostu snuje się po mieście, chłonąc klimat – co skądinąd przy wszechobecnym smogu bywa uciążliwe) i nie jest przesadnie wymuskany, można się tu żywić smacznie i tanio. Wgryzając się z kupioną u ulicznego sprzedawcy kolbę gotowanej kukurydzy za 1 lira (mniej więcej dwa złote) zastanawiałem się, ile bym zapłacił gdyby przygotowujący ją człowiek musiał zapłacić placowe, opłatę dla Sanepidu, podatek od wszystkiego  i jakie tam jeszcze atrakcje wprowadza – oczywiście dla naszego dobra – UE.

Dygresja osobista o traumie w hotelu: obsługa była wprawdzie przesympatyczna (mimo sporej bariery językowej), standard niczego sobie, chcąc się zrelaksować pacnąłem sobie któregoś wieczoru na łóżku z piwem w garści, włączyłem telewizor… a tam Agnieszka Chylińska pląsająca do rytmów dicho. VIVA po polsku w środku Istambułu? Litości, ja rozumiem, że – jak śpiewało Raz Dwa Trzy – “jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań” – ale obciachowa wersja polskiej popkultury ścigająca mnie na wakacjach to już jest naprawdę przesada.

Pamiętacie scenę z “Misia”, gdy opieprzany przez przełożoną pracownik kotłowni cedzi do słuchawki – przez trzymanego w zębach papierosa – “pani kierowniczko, ja palę cały czas”? Mam poważne podejrzenie, że ten facet mógł mieć tureckich przodków. Turcy palą absolutnie masowo, w ilościach hurtowych i problem typu niemożność kupienia papierosów w ogóle w tym kraju nie występuje. O ile w Europie egzekwuje się masowo zakaz palenia w miejscach publicznych i lokale reklamują posiadanie “smoker’s room”, o tyle w Istambule co jakiś czas pojawia się miejsce odróżniające się od konkurencji tym, że tu akurat zgubnemu nałogowi oddawać się nie wolno.

A z rana –  eksperymentalne przeżycie pod hasłem turecka szkoła podejścia do klienta. Chodzimy sobie po Wielkim Bazarze (tłumaczenie nazwy moje – tureckiego nie znam, a na angielskich napisach stoi “Grand Bazaar”), trzeba kupić chustę – bez niej żadna kobieta nie wejdzie do meczetu. Jedno ze stoisk, na chwilę się zatrzymaliśmy żeby rzucić okiem – i już zaczyna nas zagadywać młodociany sprzedawca. Jak na Turka mówi niezłą angielszczyzną (to nie jest złośliwość, tylko fakt – po rosyjsku dużo łatwiej się tu po rozumieć niż w mowie Szekspira, jeśli człowiek nie zna tureckiego), jest cały ucieleśnieniem przyjazności, prosi starszego pana stojącego obok o herbatę dla nas…

Jak się okazuje, Amanullah jest z mieszanej uzbecko – tureckiej rodziny, niosący herbatę staruszek to jego dziadek. Opowiada nam dużo o  materiałach, z których zrobione są przepięknie zdobione szale, ironizuje na swój temat opisując się jako pasmina (aluzja do mieszanego pochodzenia – słowo “pasmina” oznacza mieszankę dwoch tkanin), oczywiście jesteśmy specjalnymi klientami, pierwszymi tego dnia, więc jak dla nas zniżka. Gdybym przedtem nie kupował u Turków może i przyjąłbym tę cenę, ale nie chcę obrazić sympatycznego kupca, więc rzucam kwotę ciut niższą – i tyle targowania chyba wystarczy, bo cały uśmiechnięty Uzbeko-Turek żegna się z nami, życząc miłego dnia.

Z tym targowaniem to jest w ogóle cały rytuał. Przy najróżniejszych okazjach – od ubrań,  poprzez herbatę na wagę, po książki – okazywało się nieodmiennie, jak bardzo prawdziwa jest pierwsza zasada negocjacji: nigdy nie pokazuj, że ci na czymś zależy. Osobiście nie lubię się targować więc nagabywany przez sprzedawców, odpowiadam z reguły coś w stylu “muszę pomyśleć” (zwłaszcza, że pierwsza proponowana cena z reguły trąci lichwą i  grabieżą w biały dzień równocześnie). Ale kryzys najwidoczniej dotknął i weteranów, bo moja minimalistyczna odpowiedź jest brana za kontrofertę ceny i następna kwota frunąca w moją stronę jest przynajmniej o jedną trzecią niższa. Czasem jest to nawet więcej, zaczynam węszyć okazję, wchodzę w kontakt – i tym sposobem jestem aktualnie posiadaczem wypasionego skrzyżowania kurtki z kożuchem, kupionego za połowę wyjściowej ceny. Moją dumę z własnych zdolności handlowych tłumi tylko jedno: co ja z tym fantem zrobię w Amsterdamie, skoro w Holandii porządnej zimy nikt nie widział od przynajmniej pięciu lat? Ani chybi przyjdzie zacząć jeździć na wakacje na północ…

Tags: , , , , , ,


%d bloggers like this: