Telefon z Istambułu (1)

Na początek wizyty w Turcji trzeba zaopatrzyć się w wizę wjazdową – czysta formalność, bo nikt nawet o nic nie pyta, ale spacer do bankomatu jest jednak przydatny. Patrzę na kolorowe papierki z różnymi nominałami: Ataturk na czerwono, Ataturk na zielono… Często wstawia się portrety wybitnych postaci historycznych na banknoty, ale zawsze powstaje problem: w jakim porządku? Czy człowiek umieszczony na “10” jest ważniejszy od tego na “50”? Turcy rozwiązali ten problem z typowym dla nich pragmatyzmem, który przewija się przez wiele dziedzin życia w tym kraju: na jednej stronie każdego banknotu  jest Ataturk, a na drugiej – jakiś zasłużony mniejszego kalibru.

I na banknotach rzecz się bynajmniej nie kończy: w każdym sklepie czy restauracji na ścianie wisi portret Przywódcy, w związku ze zbliżającą się rocznicą śmierci wszędzie pełno flag państwowych z doczepionym wizerunkiem… Już drugi raz w tym roku trafia mi się wizyta w kraju, gdzie przywódca otoczony jest powszechnym kultem – na całe szczęście dla poczytalności Turcji, szacunek dla działalności Mustafy Kemala ma cokolwiek mocniejsze podstawy niż uwielbienie Tajów dla Jego Wysokości Bhumidola Adulyadeja. Z jednej strony, Ataturk nie żyje od dość dawna, co niewątpliwie dobrze robi na aurę męża stanu (przepraszam za cynizm, ale jako człowiek z kontynentu, który wydał Stalina i Hitlera, po prostu nie umiem inaczej).

Z drugiej, jego osiągi są faktycznie nie do podważenia. No bo cofnijmy się do początków jego kariery: trwa pierwsza wojna światowa, do której Imperium Otomańskie weszło jako “chory człowiek Europy”. Ze wszystkich stron maszerują armie aliantów, tureckie wojsko ponosi klęskę za klęską – nawet małe narody bałkańskie, upokorzone wiekami okupacji, chcą mieć  swoją szansę odwetu. Jeden z ważniejszych punktów, o które toczą się walki, to Gallipoli – i tam właśnie trzydziestopięcioletni pułkownik Mustafa Kemal osiąga jeden z pierwszych sukcesów Turcji w tej wojnie, urządzając szturmującym jego pozycje aliantom rzeź. Potem powstrzymuje rosyjskie natarcie od strony Kaukazu, organizuje udaną kontrofensywę i wraca na teren Palestyny, gdzie udaje mu się powstrzymać Brytyjczyków, uskrzydlonych rozbiciem wojsk niemieckich.

Ale jeden człowiek nie jest w stanie powstrzymywać ataku z wielu stron w nieskończoność – Turcja ostatecznie kończy po stronie przegranych i, upokorzona po traktacie w Sevres, zostaje okrojona do strzępków terytorium. Już-generał Kemal przyłącza się do ruchu niepodległościowego (właściwie: wraca – kilkanaście lat wcześniej był jednym z “młodoturków”, którzy próbowali reformować gnijące imperium), odchodzi z wojska i zaczyna organizować ruch oporu przeciw siłom okupacyjnym. Brytyjczycy próbują tych samych sztuczek, co przy wcześniejszej o kilka lat rewolcie Arabów (dziel i rządź), ale niestety dla nich, Kemal – w przeciwieństwie do Foreign Office – wyciąga wnioski z historii. Zjednoczone Królestwo chce odwalić brudną robotę rękami Grecji, której rząd marzy o reaktywacji Bizancjum –  i wszystko idzie świetnie do czasu bitwy pod Dumlupinar, po której spanikowane greckie oddziały opuszczają terytorium Turcji w tempie dość ekspresowym. Traktat w Lozannie anuluje postanowienia Sevres i przywraca Turcji integralność terytorialną.

Mniejsi duchem ludzie mogliby w tym momencie spocząć na laurach, ale Kemalowi to nie wystarcza – świadomy co doprowadziło Turcję do klęski w zakończonej przed chwilą wojnie, postanawia zreformować kraj. Z uwagi na swoje sukcesy w wojnie o niepodległość cieszy się poziomem poparcia dającym mu praktycznie carte blanche. Wyliczanie jego (zrealizowanych!) planów to temat na osobną książkę, więc wspomnijmy może tylko co istotniejsze punkty: obalił sułtanat wprowadzając demokrację parlamentarną (de facto oświecony despotyzm, ale to inna sprawa), zsekularyzował kraj wprowadzając kodeks karny w miejsce prawa islamskiego, Turcja przeszła na kalendarz gregoriański i łaciński alfabet, wprowadzono równouprawnienie płci w edukacji i polityce, a intensywny plan rozwoju przemysłu uczynił z zacofanej gospodarczo Turcji ważnego uczestnika międzynarodowej gospodarki. Na deser, Ataturk wziął sobie za punkt honoru normalizację stosunków z resztą świata na drodze pokojowej, czego kulminacją były sojusze polityczno-wojskowe z Grecją i Wielką Brytanią.

Uff, rozpisałem się trochę, ale nic na to nie poradzę – na tle dwudziestowiecznych przywódców rządzących w mniej lub bardziej autorytarny sposób, Ataturk naprawdę robi wrażenie – być może Turkom trafił się los na loterii w postaci dyktatora, którego rzeczywiście interesował przede wszystkim interes kraju. Kiedy Ataturk zmarł w 1938, do prawodawstwa wprowadzono artykuł zakazujący znieważania jego pamięci. Jak to często bywa z przepisami tego typu, z czasem dokładano dodatkowe klauzule i w obecnym brzmieniu artykuł 301 karze surowo za obrazę narodu tureckiego i tureckości w ogóle. I tu już historia robi się nieco mniej zabawna, bo sformułowanie jest dosyć mgliste, więc “301” to bardzo wygodne narzędzie do kneblowania debaty na niewygodne tematy.

Na przykład kwestia Ormian: przed pierwszą wojną żyła na terenie Imperium całkiem pokaźna diaspora, po wojnie nie było nikogo. Według Ormian mamy tu do czynienia z pierwszym w nowoczesnej historii przypadkiem zorganizowanego ludobójstwa, według Turków – nieszczęśliwym splotem chorób, wypadków i ogólnego wojennego chaosu (w wersji pokazywanej w tureckim muzeum wojskowości, to Turcy byli ofiarami terrorystycznej działalności ormiańskich band zbrojonych przez wiadome siły). Poruszanie tematu bywa niezdrowe, o czym przekonał się choćby noblista Orhan Pamuk, sądzony za treści zawarte w jednej z jego powieści.

Inny przykład to Kurdowie: w swoim reformatorskim zapale Ataturk zbudował podwaliny nowego, świeckiego państwa tureckiego na nacjonalizmie – co miało ten przykry skutek uboczny, że przez większą część dwudziestego wieku na południu kraju wybuchały bunty Kurdów (wielu z nich walczyło w wojnie o niepodległość, więc przymusowe wynarodowienie po 1923 raczej nie mogło im się podobać). O tym temacie też mówić nie należy – tak samo jak o kwestii cypryjskiej, gdzie zdarzają się klimaty rodem z Orwella: na niektórych mapach Europy drukowanych w Turcji, połowy Cypru po prostu nie ma – w miejscu, gdzie leży część grecka, drukowana jest woda (znowu muzeum wojskowości: rząd turecki dokonał desantu wojsk na wyspę w celu ochrony praw tureckiej mniejszości, którą zaciekle gnębili podli Grecy, ważący sobie lekce demokratyczne ustalenia; w nagłym ataku jasnowidzenia dośpiewałem sobie, jak wygląda opis kwestii cypryjskiej w analogicznym muzeum w Atenach).

Więc ogólnie wolność słowa tak, ale bez przesady – o czym można się przekonać próbując korzystać z internetu. Już nie mówię nawet o rzeczach oczywistych, ale – pomimo przebijającej miejscami swobody obyczajowej – czynniki oficjalne mają lekkiego hopla na punkcie demoralizacji. Próba wejścia na jakąkolwiek potencjalnie niebezpieczną stronę jest blokowana: jeśli w treści – w jakimkolwiek kontekście – znajdzie się słowo z listy zakazanych, strona automatycznie jest klasyfikowana jako zawierająca treści demoralizujące i dostęp do niej nie jest możliwy. O czym zresztą przekonałem się pisząc ten tekst: chciałem zacytować sieciowy komunikat i przy próbie opublikowania wpisu na blogu zostałem zablokowany (dosłowny cytat oczywiście zawierał zakazane słowa, które system wychwycił). Posądzano mnie już parokrotnie w życiu o bycie świntuchem a’la Bukowski, ale zarzucanie ongezellig.wordpress.com treści zbereźnych na równi ze świerszczykami to już chyba lekka przesada…

Wymęczyły mnie te boje z lokalnymi miłośnikami cenzury, więc w następnym telefonie będzie bardziej neutralnie (na męczennika za wartości nadaję się średnio): handel, muezini i klaksony. I oczywiście kebab.

Specjalne podziękowania dla Pawła, dzięki którego zdalnej pomocy udało mi się wysłać ten wpis.

Tags: , , , , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s


%d bloggers like this: