Archive for October, 2009

Kubuś Puchatek w Halloween

October 30, 2009

“Kubuś Puchatek” to jedna z najwspanialszych książek dla dzieci, jakie kiedykolwiek napisano – a polskie dzieci mają to szczęście, że od kilkudziesięciu lat kanonicznym tłumaczeniem jest wersja Ireny Tuwim. Okrzyk “słoniocy”, zastawianie pułapek na hohonie, odpowiedź na sposób podspodni, mały rozumek – można by napisać osobną książkę o wpływie, jaki na umysłowy krajobraz wielu ludzi wywarła ta cudowna opowieść.

Jak się okazuje, nie tylko młodsze pokolenie odwołuje się – świadomie lub nie – do przeżyć bohaterów ze Stumilowego Lasu. W trakcie swoich przygód, Kubuś Puchatek próbował kiedyś znaleźć miodek w miejscu, w którym słodkiego smakołyku nie było – i im bardziej Kubuś zaglądał do garnuszka, tym bardziej miodku tam nie było.

To kreatywne podejście przyświeca sporej grupie “autorytetów”, które od czterech lat młócą tę samą śpiewkę. Najpierw straszyli apokalipsą, która miała nastąpić po dojściu PiS do władzy – apokalipsa jak na złość nie nastąpiła. Potem histeryzowali, jak to Polska kompromituje się w oczach świata i jeszcze dzień, jeszcze dwa rządów Kaczyńskiego – niechybnie wylecimy z UE, ONZ i NATO, krowy przestaną dawać mleko a psy będą szczekać nie pyskami, tylko wręcz przeciwnie. Nic z tego. Wreszcie udało się usunąć potworny kaczystowski reżim, więc może obrońcy najlepszego z porządków politycznych odpoczną? Bynajmniej – im bardziej PiS nie ma u władzy, im bardziej partia ta się kompromituje i potyka o własne nogi nie umiejąc wykorzystać ewidentnych błędów PO – tym bardziej rozmaitej maści “maleńcy uczeni” upajają się swoim mężnym sprzeciwem, godnym rejtanowskich tradycji.

Przyszła jesień, za chwilę Wszystkich Świętych (lub w wersji dla nowoczesnych Halloween) – nic więc dziwnego, że w debacie publicznej mamy do czynienia z kolejnym odcinkiem nocy żywych trupów. Tym razem z krypty, w której okadzają go wyznawcy proroka z Czerskiej, wynurzył się Aleksander Wieczorkowski – i jakby mało było tego wynurzenia, postanowił jeszcze wydać z siebie “odgłos paszczą“:

http://alfaomega.webnode.com/news/pis,%20czyli%20skorpion%20rozw%C5%9Bcieczony/

Parę rzeczy już czytałem poświęconych świętej wojnie Kaczora z Donaldem (ha, trafniej byłoby powiedzieć paręset – niestety ohydny nałóg pt. wiadomości ma swoje prawa), ale stek histerycznych nonsensów w tym tekście przekracza wszelkie granice.

Pamięć tamtego czasu bezprawia” – sądy sądami, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie – ta maksyma z “Samych swoich” zdaje się przyświecać autorowi. To nic, że najpoważniejsze co wywleczono PiSowi to opłacony służbową kartą kredytową dorsz za osiem złotych – widać ZZZ (Złowrogi Zbigniew Ziobro) zniszczył dowody, wrzucając laptopa do niszczarki.

Poprzednio plan przekształcania demokracji w totalitaryzm, obywateli w poddanych, pluralizmu w system narodowo-socjalistyczny realizowany był na zimno” – dobrowolne oddanie władzy jako totalitaryzm? Narodowe tendencje u facetów, których polityczny rodowód to PPS? Eksplozje JarKacza na wizji jako chłodna kalkulacja? Czy ktoś może mi powiedzieć, jaka jest pogoda u pana Wieczorkowskiego na planecie? Z całą pewnością inna niż tu, na ziemi…

oświeconych Polaków, którym nieudało się wmówcie bredni sprokurowanych przez spindoktorów, specjalistów od fałszerstw, pomówień i prowokacji.” – przepraszam, o którym elektoracie mówimy? Tych, którzy nabrali się na PiSowskie pluszaki w lodówce – czy tych, którzy uwierzyli w Irlandię pod rządami PO? Z moich rozmów ze znajomymi wynika, że jedni i drudzy mają mniej więcej takiego samego kaca…

Nawet tragiczna w skutkach prowokacja PiS-u wobec Barbary Blidy” – ooo, stary dobry temat… Barbara “santo subito” Blida, której śmierć niedługo urośnie do rangi polskiego odpowiednika zabójstwa JFK w Dallas – ale cóż, jaki kraj tacy męczennicy i ofiary…

Po obecnych strukturach rządowych, sądowniczych a w końcu samorządowych kamień na kamieniu by nie pozostał. Na gruzach państwa demokratycznego powstałby wszechwładny aparat przemocy. Funkcjonariuszom kilkunastu jawnych i tajnych służb specjalnych wszystko byłoby wolno na mocy specprawa. ” – furda Zbychu, Grzechu i Miro dogadujący się na cmentarzu i stacji benzynowej – to złowrogi Kamiński odpowiada za demontaż demokracji w Polsce. Albo za próbę tegoż. I za to, że premier odwołał go ale sam nie wie, czy były szef CBA jest teraz tej instytucji pracownikiem, czy nie. I za lewe interesy ministrów. I to jest wszystko prowokwacja PiS i prezydenta. Cztery nogi dobre, dwie nogi złe, bee, bee…

Zastanawiam się tylko: po spodziewanym na 2010 ostatecznym tryumfie dobra nad złem, pogrzebaniem PiS w politycznej trumnie – na kogo apologeci Rządów Miłości zwalą winę za nieudacznictwo Tuska i kompanii? Chyba, że dobijanie watahy ma być spektakularne, ale nie do końca skuteczne – tak, aby przez następne pięć lat móc dalej grać tą samą kartą.

Jeżeli wyobraźnia nas zawiedzie, to sięgnijmy do historycznych relacji dotyczących pierwszych lat III Rzeszy oraz terroru stalinowskiego sprzed 1939 roku.” – ciekawe, że terror stalinowski po 1939 już panu Wieczorkowskiemu nie pasuje do tezy (czyżby był mniej godny potępienia? po co to rozróżnienie?).  Wściekłe opluwanie IPN też skłania ku zastanowieniu: czy panu Wieczorkowskiemu naprawdę jest po drodze z ludźmi, którzy zaciekle zwalczali Instytut – a potem okazywało się, że mają co nieco za uszami? Nie szkoda mu pięknego życiorysu na obronę kreatur w rodzaju Ketmana?

Zbigniew Ziobro dorównuje prokuratorowi Andriejowi Januariewiczowi Wyszyńskiemu w popisywaniu się przed publicznością językiem prawniczym.” – młodocianego szczawia piszącego takie teksty można zbyć lekceważącym machnięciem ręki – ale w ustach człowieka w wieku pana Wieczorkowskiego to po prostu wstyd. Kto jak kto, ale on raczej pamięta jak wyglądały procesy z lat 50tych –  i jeśli naprawdę uważa takie porównanie za uzasadnione, to jest to żałosna końcówka dla człowieka pióra. Ale cóż, to wolny kraj i każdy może się kompromitować tak, jak to uważa za stosowne…

Ale jest w tym wszystkim promyk nadziei: PiS to karta bita i zawiedziona nadzieja wielu ludzi (w tym niżej podpisanego), a odegranie jakiejkolwiek sensownej roli w polskiej polityce mu nie grozi. Może więc lepiej, że tzw. intelektualiści skupiają się na okładaniu przeciwnika, który niczym Gołota leży bezwładnie w rogu, niezdolny oddać ciosu? Gdyby nie to, mogliby się skupić na poprawieniu naszego losu poprzez urządzenie nowego wspaniałego świata.

I wtedy dopiero mielibyśmy przechlapane.

Advertisements

Mucho macho z Hradczan

October 29, 2009

Czego to już nie słyszeliśmy o siedzącym na (prezydenckim) stolcu człowieku – że wsteczny, że obciachowy, że integrację europejską hamuje, że watażków na Kaukazie wspiera i rosyjskiego niedźwiedzia niepotrzebnie drażni, że przez niego RadSik szefem NATO nie został, że dzięki jego podpisowi pod Traktatem Lizbońskim Buzek zostałby przewodniczącym PE w minutę osiem… No, generalnie do listy zarzutów brakowało tylko tsunami w Azji i świńskiej grypy w Meksyku (obie te plagi bez wątpienia ustąpiłyby w minutę osiem po podpisaniu przez LK tego prawnego potworka).

Nec Hercules contra plures, a każdy ma takich bohaterów na jakich zasługuje – więc prezydent RP podpisał dokument, którego wynegocjowaniem najpierw się chlubił, potem go krytykował, by na koniec uzależnić swoje zdanie od opinii Irlandczyków (to prezydentem którego kraju on w końcu jest? ja wiem, że na Zielonej Wyspie nasi rodacy to najliczniejsza mniejszość narodowa, ale nie popadajmy w przesadę). W ten sposób na placu boju został prezydent Czech Klaus, który z nacisków “Europy” (reprezentowanej nie wiedzieć czemu przez Daniela “Przedszkolankę” Cohn-Bendita i Martina “Kapo” Schmidta) robił sobie grubą nieprzyzwoitość, że się tak Reymontem podeprę.

No i co? Czechy z UE nie wyleciały, sankcji nijakich na horyzoncie nie widać (a KE potrafiła kiedyś dojechać prawomyślnych  Austriaków za niewłaściwy wybór), za to według najświeższych doniesień liderzy państw Unii zgodzili się na ustępstwa, od których Klaus uzależniał złożenie podpisu pod Traktatem. Mocno trzymał się swoich ustaleń, nie reagował na naciski merdających przed Brukselą kundelków – i uzyskał dla swojego kraju to, czego chciał. Czechy będą miały takie same prawa jak inne kraje UE plus dodatkowe gwarancje – wszystko dlatego, że mieszkańcy kraju nad Wełtawą wybrali sobie na prezydenta człowieka z zasadami, a nie obrażonego na cały świat facecika, dla którego prawdziwym szefem jest towarzysz Sondaż (wsparty rojeniami niewydarzonych doradców).

Lepsze drogi, niższe podatki, niekomunistyczna partia socjaldemokratyczna, rewelacyjne piwo – a teraz jeszcze prezydent twardo walczący o interesy swojego kraju. I jak tu nie zazdrościć wyśmiewanym przez zakompleksionych durniów “Pepikom”?

Dobra decyzja w sprawie złego człowieka

October 28, 2009

Eindhoven to niespecjalnie ciekawe miasto, składające się z w miarę znośnego deptaka w centrum, paru knajp, siedziby Philipsa i mnóstwa niczego poza tym. Nic specjalnego, ogólnie rzecz biorąc – ale ostatnio zaszła tam ciekawa sytuacja pokazująca jak na dłoni paradoksy, do których prowadzi napompowana sterydami tolerancja w wydaniu holenderskim.

Ponad ćwierć wieku, pewien mieszkaniec tego miasta o pedofilskich skłonnościach zwykł im folgować z nastolatkami bez pytania ich o zdanie – a że tolerancja w tym kraju dopiero się rozpędzała, został wysłany za kratki na następne ćwierć wieku z okładem. Ale czas szybko mija, dziarski sześćdziesięciolatek odsiedział swoje i chciał wrócić w rodzinne strony. Jak się pedofilom wlepia wyroki inne niż dożywocie lub kara główna, trzeba się liczyć z nieprzyjemnym faktem: kiedyś wyjdą i coś trzeba będzie z nimi zrobić.

Gmina Eindhoven postanowiła podrzucić ten problem komuś innemu i zakazała świeżo wypuszczonemu obywatelowi o alternatywnych gustach osiedlenia się w mieście (wiedzieli kto zacz, bo więzienia informują  burmistrzów o wyjściu przestępców seksualnych na wolność).

Zwolennik alternatywnych rozrywek poszedł do sądu, a ten uznał regulacje gminy za sprzeczne z holenderskim prawem – wprawdzie istnieje, co przyznał sam sędzia, ryzyko recydywy, ale to nie jest wystarczający powód, aby przerzucać faceta po kraju (a już argument burmistrza Eindhoven, że z uwagi na ryzyko odwetu mieszkańców nie może zapewnić świeżo swobodnemu bezpieczeństwa, zasługuje głównie na wyśmianie).

Holenderskie sądy, jak kazde inne, mają na swoim koncie pewną pulę orzeczeń kretyńskich, ale tu naprawdę trzeba pochwalić sędziego z Den Bosch: jeśli powiedziało się “A” (nie wieszamy ani nie kastrujemy gwałcicieli), to trzeba być konsekwentnym i dać szansę życia takiemu czlowiekowi, który odbył przewidzianą przez prawo karę. Nie możemy troszczyć się o jego prawa i chronić przed surową karą, równocześnie zamiatając problem pod stół gdy gwałciciel wyjdzie na wolność.

Nie wiem, czy aktualnie stosowana przez holenderskie sądy procedura jest właściwa – ale spójne podejście przed i po odsiadce to jedyna droga, jeśli Holandia ma być traktowana jak kraj cywilizowany. Dobrze, że ktoś to rozumie.

Odszedł Maciej Rybiński

October 22, 2009

Wspomnienie1:

http://www.rp.pl/artykul/2,381285__Bede_tak_dlugo__jak_Bog_pozwoli__i_be…

Wspomnienie2:

http://www.rp.pl/artykul/368008,381691_Tatus_nie_pracuje__tatus_albo_pisze__albo_czyta.html

Wspomnienie3:

http://www.rp.pl/artykul/9133,381522_Ziemkiewicz__Twardy_zawodnik_.html

Wspomnienie4:

http://www.rp.pl/artykul/368008,381624_Maslon__Chleb__woda_i_przyprawa__.html

Cześć Jego pamięci.

Miss(ka) zupy

October 20, 2009

Francuski dramaturg Francis Veber napisał kiedyś znakomitą sztukę “Kolacja dla głupca“. Zawiązanie fabuły jest proste: grupa znudzonych, dość zamożnych ludzi, szuka rozrywek mogących pobudzić ich zgnuśniałe zmysły. Jeden z pomysłów to swoista licytacja: kto zaprosi na kolację gorszego przygłupa, wygrywa. Nie chcąc psuć humoru tym, którzy nie widzieli (niech szybko nadrobią – zwłaszcza, gdyby gdzieś szedł jeszcze spektakl z Fronczewskim w obsadzie) powiem tak: jeden z celniejszych portretów zdurniałego mieszaństwa, któremu od dobrobytu przewróciło się, hm, powiedzmy że nie w głowie tylko wręcz przeciwnie.

Ale jak to się w naszych pięknych czasach coraz częściej bywa, życie przegania sztukę i pisze znacznie lepsze scenariusze. Belgia to taki wesoły kraj, który do rozwoju cywilizacji wniósł dwie rzeczy: pedofilię i czekoladę (to ostatnie przypuszczalnie wymyślono w celu łatwiejszego dorwania się do dzieci). Ostatnio niejaka Aline Duportail wymyśliła wybory Miss Bezdomnych, przeprowadziła je i puszyła się w mediach, jak to udało jej się pomóc osobom pokrzywdzonym przez los.

Ciężko mi to idzie, ale spróbuję nie używać wulgaryzmów – choć zgrzytam zębami na myśl o ludziach, którzy siedząc w jury oceniają historię życia uczestniczek i to, jak silna jest ich motywacja by zmienić swoją sytuację życiową (no i ma się rozumieć prezencję). Z jednej strony jest chęć bycia takim jurorem zrozumiała: religii pozbyli się już dawno, belgijska tożsamość narodowa istnieje tylko w dowcipach – i pewnie jakichś starych oficjalnych dokumentach – a miło byłoby wiedzieć, że chodzi w życiu o coś więcej niż zakonsumowanie się na śmierć. A tu: przyjemne z pożytecznym – i można się lepiej poczuć patrząc na tych, którzy mają gorzej, i dowartościować się własną szlachetnością…

Tylko jest jeszcze druga strona medalu: tak się składa, że w moim rodzinnym Lublinie pamiętam z dzieciństwa faceta zbierającego pod kościołem OO. Kapucynów “do puszki” (ponad dziesięć lat był to ten sam człowiek), kojarzę siostrę Chmielewską, wychodząc z Centralnego w Wawie na stronę Pałacu widzę zmiany i jeden punkt stały – punkt z jedzeniem dla bezdomnych prowadzony przez zakonnice… To jest prawdziwa dobroczynność, nie szukająca poklasku i nie skoncentrowana na swoim własnym ja. Patrzę na te przykłady i po prostu nie umiem dostrzec żadnego dobra w  inicjatywie belgijskiej idiotki.

W tak zwanym międzyczasie niektórzy holenderscy blogerzy zastanawiają się, czy Holandia jest wystarczająco otwartym krajem, aby zorganizować taki konkurs nad Amstelem.  Bez komentarza.

Wyrywanie chwastów

October 19, 2009

Podróż samolotem z Paryża do Wilna trwa cztery i pół godziny (przesiadka w Pradze), ale tak naprawdę dzieli te dwa miasta znacznie więcej. Wiem, bardzo odkrywcze przemyślenie – w końcu odmienny język, historia, poziom zamożności… Ale ostatnio uderzył mnie ten kontrast w kontekście obyczajowości.

Jakoś tak się złożyło, że w mediach zagościł temat starszych panów lubiących młode mięsko płci obojga. W Polsce oczywiście szajba odbywała się głównie pod hasłem obrony Romana Polańskiego – z jednej strony tzw. elita kulturalna odkrywająca przed nami nowe głębiny etycznego rynsztoka, z drugiej oficjele realizujący słynną dychotomię Pietrzaka (kretyn albo sabotażysta).

Ponieważ nasz reprezentacyjny jakoby egzemplarz, czyli Radosław S., nie jest w stanie czknąć bez poparcia autorytetów albo “Europy” (a najlepiej autorytetów z Europy), w swoim szale obrony twórcy “Chinatown” zsynchronizował się z francuskim ministrem kultury Miterrandem. Wesoły Frederic, bratanek jest człowiekiem uśmiechniętym, równie elastycznym etycznie jak jego polski odpowiednik – i szczerym.

Szczerym do tego stopnia, ze przyznał się w swojej autobiografii do płacenia podczas pobytu w Tajlandii za usługi erotyczne w wykonaniu młodych chłopców. Sprawa ma już parę lat, ale rozjuszona obroną Polańskiego opozycja (a konkretnie niezawodny w takich przypadkach Front Narodowy) nagłośniła sprawę. Jeśli chodzi o reakcje, rzecz komentuje się sama: zdaniem gnoma z Pałacu Prezydenckiego książka jest odważna, według jego rzecznika krytyka jest żałosna, a sporej części opinii publicznej niespecjalnie przeszkadzają niegdysiejsze wyczyny ministra.

Na Litwie historia wyglądała nieco inaczej. Litwin Drasius Kedys złożył na policji doniesienie o popełnieniu przestępstwa: według zdesperowanego ojca, jego córkę molestowało – za przyzwoleniem “szwagierki” Litwina – dwóch wesołych panów z wierchuszki: sędzia i asystent przewodniczącego parlamentu. Policja zignorowała sprawę, podobnie jak dziennikarze i urząd ds praw dzieci.

Gdyby niektórzy z urzędasów zamieszanych w sprawę chwilkę pomyśleli, może dotarłoby do nich, że żarty się skończyły: jeśli szukający pomocy ojciec skrzywdzonego dziecka wrzuca nagranie z czterolatką opowiadającą o wyczynach “wujków” do internetu, to przypuszczalnie uznał, że nie ma już nic do stracenia. I tak było w tym właśnie przypadku: piątego października w centrum Wilna zastrzelono podejrzanego sędziego i siostrę konkubiny Kedysa, tydzień później w budynku, gdzie mieści się urząd ds. praw dzieci, wybuchła bomba, a Drasius Kedys zapadł się pod ziemię i jest poszukiwany listem gończym. Według ostatnich sondaży, 94% Litwinów uważa samozwańczego kata pedofili za bohatera i kieruje swoją wściekłość na apatyczne do tej pory organa ścigania.

Po dwóch trupach i jednej bombie litewskie organa ścigania się obudziły – może po prostu teraz już nie dało się sprawy zamieść pod dywan. Postawiono zarzuty biznesmenowi, który też był wymieniany wśród “wujków”, a szefowej inkryminowanego urzędu przydzielono policyjną ochronę. I jeśli mam być szczery, a ja od dzisiaj chcę być szczery, to mam nadzieję na jedno:  wśród tej ochrony jest jakiś ojciec, który widząc idącego ulicą Kedysa wyjdzie czystym przypadkiem na papierosa, zostawiając mu wolną rękę do skończenia tego, co zaczęły strzały z piątego października.

I tylko się zastanawiam: na ile różnica w reakcji litewskiej i francuskiej opinii publicznej to kwestia mentalności – a na ile tego, że Mitterrand zabawiał się z jakimiś tam dzieciakami na drugim końcu świata, podczas gdy z Kedysem może się solidaryzować każdy rodzic z Wilna. Chciałbym wierzyć, że w przypadku złapanego na seksualnej turystyce ministra Litwini też zareagowaliby tak kategorycznie.

Przykre skutki lokalnego ocieplenia

October 19, 2009

Po zeszłotygodniowym ataku zimy pogoda w Polsce wraca mniej więcej do poziomu, jaki zwykle kojarzymy z październikiem – i jak zwykle w przypadku ocieplenia, z różnych nieciekawych miejsc wyłażą takież osobniki. Jeśli jeszcze, nie daj Boże, na tapecie są sprawy związane z czasami słusznie minionymi, to można liczyć na siedem plag egipskich. We wrześniu Sejm miał jeden z nielicznych ataków zdrowego rozsądku i przyjął ustawę zrównującą – w kontekście penalizacji – symbole czerwone z brunatnymi. Oczywiście indagowani o to przedstawiciele “lewicy” (Pużak się w grobie przewraca) byli oburzeni, ale z uwagi na rozmowy Mira i Zbycha, sprawa zeszła z pierwszych stron gazet dość szybko.

A teraz mamy kolejny przejaw historycznej ironii: przedstawiciel postkomunistów korzysta z dobrodziejstw nowoczesnego państwa prawa i chce badać konstytucyjną zgodność ustawy zakazującej komunistycznych symboli:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,7158536,Iwinski__Zakaz_koszulek_z_Che_Guevara__czyni_z_Polski.html

Poseł Iwiński znany jest głównie z dwóch rzeczy: deklarowanej znajomości dziesięciu języków obcych (niestety nie stwierdzono, aby w którymkolwiek z nich miał do powiedzenia coś godnego uwagi) i zdarzenia sprzed paru lat w Barcelonie, gdy na oczach reporterów jego ręka zawędrowała na pupę towarzyszącej mu tłumaczki (po co takiemu poliglocie tłumaczka?). Tym razem skoncentrował się na cesze pierwszej, wygłaszając takie oto przemyślenie

Nie znam innego kraju europejskiego, w którym funkcjonowałoby takie kuriozum. Za to w wielu europejskich państwach funkcjonują partie komunistyczne

Ja rozumiem oczywiście, że dla ludzi o mentalności postkolonialnej ważne jest zdanie innych bo własnych poglądów się nie dorobili – ale co niby ma wynikać z tego, że kraje nie “wyzwolone” przez żołnierzy spod znaku czerwonej gwiazdy są dla noszących ten symbol łagodne? Jeśli reszta Europy przejdzie na kanibalizm, też mamy go zalegalizować? A obecność partii komunistycznych, cóż… Ponadczasowy dowód na to, że sowieckie służby specjalne zatrudniały fachowców jako oficerów prowadzących.

W dodatku nie sprecyzowano, co dokładnie jest symbolem komunistycznym. Czy oznacza to, że dwa lata więzienia grożą za noszenie koszulki z Che Guevarą albo sprzedaż dzieł Marksa?

Zabawne, prawda? Jakoś w przypadku haseł “antysemickich” czy “nazistowskich” dla lewicy jest oczywistą oczywistością jak klasyfikować – a tu nagle na subtelność im się zebrało. Kiedy PZPN dojeżdża klub za transparent o 17 września, to nikomu to nie przeszkadza (dla czerwonych to rocznica zjednoczenia z prawdziwą ojczyzną, więc w sumie nic dziwnego) – ale ścigać za komunizm? Oooo, to dopiero myślozbrodnia.

Zdaniem Iwińskiego, taki zakaz czyni z Polski “ciemnogród” – ciekawe, że jakoś ubytki w dziedzinie inteligencji w Polsce nie kojarzą się panu posłowi z prowadzoną pół wieku przez jego starszych kolegów kampanią eliminowania tej warstwy społecznej. Ale czego wymagać od faceta, dla którego 22 lipca dalej jest wartym obchodzenia świętem? Kiedyś Moskwa, potem Waszyngton i Bruksela – niektóre typy ludzkie po prostu nie są w stanie funkcjonować bez mówiącej im co myśleć metropolii.

Parę lat temu, gdy byłem jeszcze młody i piękny, wierzyłem w skuteczność demokracji jako antidotum na takich ludzi jak SLDowscy prominenci i ich pomysły. Trochę czasu minęło i widzę, jak bardzo się myliłem. Ogień trzeba zwalczać ogniem – jak pisał klasyk, gwałt niech się gwałtem odciska.

Ziomal w pasiaku

October 15, 2009

Niestety szlag trafił moje zeszłotygodniowe mocne postanowienie i znów zacząłem czytać serwisy informacyjne – cóż, taka już natura nałogu. Rzeczy wesołe i weselsze dzieją się praktycznie co dzień: złowrogi Kaczor, niczym mroczne widmo, rękami swojej marionetki chciał obalić rząd – ale Słońce Peru czuwa i rękę podniesioną na władzę miłości odrąbało, piłkarze dali ciała w sposób ostateczny, zima znów zaskoczyła drogowców… A historia się modernizuje.

Im więcej czasu upływa od podjęcia przez Niemców próby “ostatecznego rozwiązania”, tym większy nacisk kładziony jest nacisk na pamięć o Shoah. Jak wiemy oficjalnie, Katyń ludobójstwem nie był i nie ma co się nim specjalnie przejmować – ale Oświęcim? O, proszę państwa, o tym pamiętać trzeba zawsze – jak mogą zaświadczyć przedstawiciele organizacji takich jak Światowy Kongres Żydów albo “Nigdy Więcej”, da się tu znakomicie łączyć przyjemne z pożytecznym – podtrzymujemy pamięć (i zwalczamy czający się za każdym narożnikiem faszyzm), popijając i zakąszając przy tym na koszt podatnika.

Muzeum w Oświęcimiu postanowiło nie być gorsze i też dawaj promować powierzoną ich pieczy placówkę. Ale miejsc kaźni w Polsce i na świecie całe mnóstwo: jak się odróżnić od konkurencji? Tu w sukurs przychodzi nowoczesna technologia:

http://news.bbc.co.uk/2/hi/europe/8307162.stm

Nie, to nie jest dowcip. Muzeum w Oświęcimiu ma swój profil na Facebooku – więc wśród przekomarzanek na temat zdjęć z popijawy albo nowości o internetowej grze w kulki będzie teraz można obejrzeć zdjęcia komina krematorium, dodać muzeum do grona znajomych albo polecić komuś znajomemu… Nie wspominając o możliwości wpisania się w komentarzach ze złotą myślą w stylu “never again” – ciekawe ilu komentujących potrafi wskazać na mapie lokalizację tego wytworu oświeconej europejskiej cywilizacji.

Może jestem staromodny, ale jakoś nie mogę przetrawić tego pomysłu. Kojarzy mi się z pomysłem jakiegoś durnia sprzed kilku lat, żeby przełożyć Biblię na “ziomalski” (slang z blokowisk, o ile mogę ocenić próbki stylu) i budzi taki sam niesmak. Rozumiem oczywiście, że popularyzacja wiedzy jest w dobie internetu i konsol dużo trudniejsza niż kiedyś i trzeba się starać dotrzeć do młodych… Ale na miłość boską, nie za każdą cenę!

Choć w sumie po co ja się kopię z koniem? Teraz jeden z drugim dureń może sobie wkleić taki link do znajomych, poczuje się uszlachetniony (bo przecież podtrzymuje pamięć) a potem pójdzie zagłosować na szykujących powtórkę z rozrywki socjalistów. Show must go on.

Jesienna deprecha (budżetowa)

October 11, 2009

Im dłużej patrzę na zachowania koronowanych głów w Europie – czy to w Zjednoczonym Królestwie, czy w Holandii – tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że eksterminacja rodów królewskich to jeden z lepszych pomysłów, na które wpadli przywódcy Rewolucji Francuskiej. Wprawdzie musimy czasem oglądać knoty w rodzaju filmu “Maria Antonina” (którym zachwycają się różne pretensjonalne idiotki), ale per saldo nie jest źle.

Jeden ze świeższych dowodów to debata, która odbyła się ostatnio w holenderskim parlamencie. Tutejszy następca tronu jest potwornie wymęczony  swoimi obowiązkami – w końcu płodzenie dzieci, machanie na paradach i spotykanie się z różnymi ważnymi ludźmi to zajęcia naprawdę wyczerpujące – więc postanowił sobie wybudować wakacyjną rezydencję w Mozambiku. Warty miliard euro projekt ma przynieść – oprócz ulgi wycienczonemu Willemowi – także rozliczne pożytki okolicznej populacji, bo w pakiecie jest także szkoła i szpital.

I wszystko byłoby pięknie (posiadanie wypoczętego i uśmiechniętego następcy tronu to niezbywalne prawo każdego mieszkańca Niderlandów), gdyby nie dwa drobne problemy. Po pierwsze, uporczywie pojawiają się doniesienia o wywłaszczanych w ekspresowym tempie autochtonach. Można by jeszcze przejść nad tym do porządku dziennego: uważna lektura holenderskiej historii uczy, że nie takie numery uchodziły (choćby i nominalnym) władcom tego kraju na sucho. Ale pojawia się problem numer dwa: część pieniędzy, którymi dysponuje rodzina królewska, pochodzi z kieszeni holenderskiego podatnika – a na tym punkcie Holendrzy są mocno przeczuleni.

Wprawdzie rządzący tym wesołym krajem Harry Potter (znany czasem jako premier Balkenende – z bohaterem J.K. Rowling łączy go mina, okulary i skłonność do opowiadania niestworzonych historii, na przykład podczas debaty budżetowej) bronił zamiarów błękitnokrwistych i zarzekał się, że nie ma mowy o żadnych nieprawidłowościach – ale co niby miał robić? Zwłaszcza w sytuacji, gdy socjalistyczna opozycja poczuła krew.

I Bogiem a prawdą, ciężko im się dziwić: sympatia do tradycji reprezentowanej przez królową Beatrix z przyległościami to jedno, a budżet w kryzysie drugie. Połączenie dwóch informacji – w 2010 kieszonkowe dla rodziny królewskiej ma wzrosnąć, a rząd obetnie wydatki publiczne o 20% – może rozjuszyć nawet najciężej myślących Jipa i Janneke. A sondaże są nieubłagane: 40% ankietowanych chce zamrożenia pieniędzy dla rodziny królewskiej, 30 – redukcji kwot (same wydatki na koszta podróży to ponad 600 tysięcy euro rocznie)…

Czytam te doniesienia, przypominam sobie niedawny skandal w Anglii z finansami parlamentarzystów tudzież wybryki naszych rodzimych wybrańców – i myślę sobie, że przy wszystkich jej wadach, demokracja jednak nie jest takim złym ustrojem. W najgorszym razie, przekręcających publiczną kasę posłów można posłać w następnych wyborach na zieloną trawkę…