Archive for September, 2009

Ja bardzo Cię przepraszam, czyli o szczuciu Szczuką

September 30, 2009

B: A miało być tak pięknie: Janusz Kochanowski przypomniał sobie, że ma kręgosłup i powiedział głośno to, co wielu myśli po cichu: feministki tak naprawdę nie lubią kobiet (osobiście widzę tu analogię z komunistycznymi obrońcami klasy robotniczej, którzy szczerze gardzili górnikami czy hutnikami). Czytając wypowiedź RPO uśmiechnąłem się, że ktoś wreszcie daje głośno odpór koszmarnym babochłopom w typie Środy i Nowickiej (wyjątek to Szczuka, która jako jedyna wygląda jak kobieta) nazywając sprawy po imieniu: sprawa Alicji Tysiąc to dla “aktywistek” pretekst do nagłośnienia swoich obsesji odnośnie prezerwatyw i aborcji.

A: Może i Kochanowski przypomniał sobie, że ma kręgosłup (krzywy, ale zawsze własny), tylko szkoda, że zapomniał, iż jako Rzecznik Praw Obywatelskich powinien ważyć słowa, a nie pleść co mu ślina na język przyniesie. Z racji sprawowanej funkcji, jego wypowiedzi nie są przecież traktowane jako osobiste poglądy – odbierane są one jako oficjalne stanowisko przedstawiciela organu władzy państwowej. Mam świadomość, że Janusz Kochanowski nie jest jedynym, który myśli w ten sposób (nawet Nelli Rokita zdaje sobie sprawę z tego, że “to jest opinia wielu mężczyzn”), ale jako RPO ma on za zadanie stać na straży wolności i praw każdego, a nie działać na rzecz części społeczeństwa kierującej się stereotypami w stylu: kobiety powinny być miłe, ładne, i umilać nam życie, a feministki nie lubią kobiet i czują się niespełnione w normalnych (tzn. jakich?) rolach.

B: Krzywy kręgosłup to w tym wieku norma, jeśli dożyjemy, to – przy siedzącym trybie życia – raczej nie będziemy w dużo lepszej formie. A co do samego wątku: ja się osobiście cieszę, że przedstawiciel władzy państwowej miał, przynajmniej przez moment, odwagę przeciwstawić się wściekle ideologicznej, utrzymywanej za pieniądze podatników grupie takiej jak feministki.Te babony z jednej strony skomlą o prześladowaniu przez patriarchat i domagają się państwa neutralnego światopoglądowo (jakby coś takiego było możliwe w rzeczywistości), z drugiej: narzucają wszystkim swoją wizję rzeczywistości, cenzurując język – polecam panią Dunin, która otwartym tekstem mówi, że ich celem jest usunięcie pewnych pojęć z debaty publicznej… Przecież to śmierdzi Orwellem na kilometr.

A: A mnie ten cały ambaras z Januszem Kochanowskim w ogóle nie cieszy, właśnie przez tę jego momentaryczność, tę łatwość w zmienianiu zdania, gdy tylko spotka się ono ze zbyt ostrą krytyką. Jeżeli Kochanowski naprawdę nie lubi feministek, to powinien mieć odwagę bronić swoich nie(popularnych) poglądów a nie wycofywać się i przepraszać chwilę po tym, jak na niego nakrzyczą. Bo to tylko pokazuje, że Janusz Kochanowski bardziej ceni stanowisko od honoru. A jeżeli rzeczywiście jest tak, że było to bardzo niefortunne stwierdzenie, za które obecny Rzecznik Praw Obywatelskich czuje się w obowiązku przeprosić, to szkoda, że nie potrafił zachować klasy w czasie swojego wystąpienia w “Kropce nad i” i nie powstrzymał się od wypowiedzenia tych wszystkich niefortunnych słów.

B: A tu się, ku swemu własnemu zaskoczeniu, zgadzam – przeprosiny ewidentnie dowodzą, że pan Kochanowski może i jest przywiązany do swoich poglądów, ale bez przesady (a w każdym razie mniej niż do stołka). Nie żeby był tu jakimś szczególnym wyjątkiem – w sensie braku kręgosłupa – ale jednak trochę szkoda, bo miałem o nim lepsze zdanie. Co do samych “słów” – ja bym ich jednak mianem niefortunnych nie określał, bo moim zdaniem ma rację, a takie poglądy też mają prawo zaistnieć w debacie publicznej. I skończmy wreszcie z fikcją pt bezpartyjność wszystkich urzędników państwowych: podejmowane decyzje to jedno i tu neutralności trzeba i można oczekiwać, ale w wypowiedziach? Bez żartów.

A: “Niefortunne” to określenie użyte przez Janusza Kochanowskiego w jego oświadczeniu, który tym razem ostrożniej już dobierał słowa, żeby przeprosić, ale nie za bardzo. No i musimy rozróżnić tu dwie kwestie. Pierwsza to czy Kochanowski, jak twierdzisz, ma rację. Otóż nie każdy się z Tobą zgodzi, więc ta racja nie jest taka pewna. Druga dotyczy tego, czy takie poglądy mogą się pojawiać w debacie publicznej. Tutaj moja odpowiedź jest: oczywiście, że mogą, ale nie z ust RPO.

B: Czy ma rację to chwilowo nieistotne – natomiast dalej nie rozumiem, czemu kategoryczne poglądy wolno wypowiadać różnym ludziom, a RPO nie. Rozmaitej maści pełnomocniczki do spraw siedmiu boleści – w rodzaju Jarugi-Nowackiej czy Środy mogły się produkować i to było OK, bo miały słuszne poglądy – a druga strona barykady ma szlaban? Zwierzęta są równe, ale niektóre równiejsze?

A: Przecież Jarudze-Nowackiej czy Środzie cały czas się dostaje za ich poglądy, tylko najwyraźniej albo nie ma wystarczającej presji ani zbyt dotkliwych sankcji, którymi można by im pogrozić i zmusić do przeprosin, albo one wcale nie czują, że powinny kogokolwiek przepraszać i trwają twardo przy swoich poglądach. A co do bezpartyjności urzędników państwowych, to pozwól że zacytuję konstytucję: “Rzecznik Praw Obywatelskich nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z godnością jego urzędu.” A gdy piastuje się takie stanowisko, słowa są nie mniej ważne niż podejmowane decyzje. Mówić jedno, a robić coś zupełnie odwrotnego, to szczyt hipokryzji, a jednocześnie niżej nie da się już upaść.

B: Primo – oj da się, da… Można na przykład być pedofilem albo socjalista, więc zachowajmy może jakieś proporcje. Secundo – nie zgadzam się, że słowa są równie ważne. Najprostszy przykład obecny rząd nie robi nic na temat liberalizacji rynku usług prawnych, choć propaganda leje się wszędzie – a poprzedni walczył z korporacjami zawodowymi, choć w reklamowaniu własnych działań był tragicznie beznadziejny.

A: Oj, nie dość precyzyjnie to wyjaśniłam. Chodziło mi o to, że zarówno za słowa jak i za czyny trzeba brać odpowiedzialność. Nie można uważać, że skoro robi się wiele dobrego, to można wygadywać rzeczy krzywdzące innych i oczekiwać, że nikt nam tego nie wytknie, podobnie jak nie można liczyć na to, że skoro się jest „wielkim artystą”, to stoi się ponad prawem, ale to temat na osobną dyskusję.

Bonus track 1: O Szczuce, krytyce i kontrargumentach „a faceci…”
B: No i język Szczuki: “Pan Kochanowski nie zauważył chyba, że świat się zmienia i nie można już tak bezkarnie obrażać środowisk kobiecych” – żadnych? Z racji bycia grupą kobiecą, wojujące femifaszystki (dalej: ff) są poza krytyką? Przyznawanie im wyjątkowych praw w debacie publicznej prowadzi do takich potworków umysłowych jak wypowiedź pani Żakowskiej:

A potem w ciążę zaszła moja przyjaciółka. Kiedy zadałam jej idiotyczne, ale odruchowe pytanie – czy chciałaby chłopca, czy dziewczynkę? Odpowiedziała: “Marzę o chłopcu i żeby był gejem, bo do końca życia będzie miał ze mną silną emocjonalną więź, jak w filmach Almodóvara”. Była to odpowiedź szczera, ale nie takiej się spodziewałam. Poprawna brzmi przecież: “Wszystko jedno, ważne, żeby dziecko było zdrowe”. Okolicznością łagodzącą może być to, że przyjaciółka jest pół-Francuzką, a więc wychowała się w kraju, w którym słowo “homofobia” wyszło już w zasadzie z użycia.”

A: Szczuka nie użyła słowa “krytykować” tylko “obrażać” i sądzę, że ma ona świadomość różnicy znaczeniowej. A co do zdolności produkowania, jak to zgrabnie ująłeś, “potworków umysłowych”, kobiety nie odbiegają tu zbytnio od mężczyzn, ale ten cytat (wyrwany zupełnie z kontekstu; całość tutaj: http://www.adpublik.pl/2009/07/31/a-jesli-moj-syn-bedzie-gejem.html) do takich potworków nie należy. Koszmarkiem jest raczej przytoczona przez Żakowską egoistyczna odpowiedź przyjaciółki.

B: Na świadomość Szczuki w jakiejkolwiek kwestii – może poza znajomością słusznej literatury i świadomością klasową – nie postawiłbym złamanego grosza, ale każdy ma prawo do złudzeń. A już przywoływanie facetów jako kontrargumentu to klasyczne Radio Erewań.

A: Chyba właśnie z racji wykształcenia Kazimiery Szczuki możemy chyba założyć, że potrafi operować językiem polskim całkiem sprawnie. I dlaczego przywoływanie facetów jako kontrargumentu jest niewłaściwe? Czyżby stwierdzenie, że pod pewnymi względami kobiety i mężczyźni są podobni, było nieprawdziwe? Gdzie się doszukałeś tego Radia Erewań?

B: Radio Erewań słyszę w kontrowaniu metodą “a faceci…” – ale wpadamy w dyskusję o formie, a to raczej donikąd nas nie zaprowadzi.

Bonus track 2: O prezerwatywach i aborcji

A: A co do tych “obsesji odnośnie prezerwatyw i aborcji”, to nie przyszło Ci może do głowy, że nie jest to wyłącznie pogląd garstki feministek-babochłopów, ale że więcej jest ludzi (bo nie tylko kobiet) mających podobne poglądy.

B: Co do obsesji prezerwatyw: każdy, dla kogo prezerwatywy, aborcja i rola KK to najważniejsze problemy w Polsce, jest frustratem ogarniętym obsesją, a jego miejsce jest na kozetce u psychiatry – vide choćby wypowiedzi Teresy Jakubowskiej albo mojej ulubionej posłanki Senyszyn (choć w przypadku tej ostatniej to chyba syndrom psa ogrodnika).

A: Nie do końca wiem, czego symbolem są te prezerwatywy, ale problemy związane z aborcją (legalizacja/utrzymanie status quo/dalsze zaostrzenie; istnienie podziemia aborcyjnego, etc), nawet jeżeli nie są najważniejszymi problemami w Polsce, są problemami rzeczywistymi, a nie czymś co uroiło się w głowach garstki feministek i dobrze, że są ludzie, którzy nie pozwalają zamieść tego problemu pod dywan i udawać, że nie istnieje. Już nawet wolę ich obsesję, niż zabawy poważnych polityków w piaskownicę i wrzeszczenie, że ktoś komuś znów zabrał łopatkę albo rozwalił babkę z piasku, którym poświęcają więcej uwagi niż tym najważniejszym problemom w Polsce.

B: Ja też nie wiem, czego symbolem są prezerwatywy, ale z jakiegoś powodu wypływają w wypowiedziach babsztyli z tego grona z regularnością szwajcarskiego zegarka – czyżby diagnoza z “Seksmisji” miała zastosowanie także w tym przypadku? Byłby to ciekawy przykład na ponadczasowość filmowej satyry.Aborcja problemem jest jak najbardziej, ale jeśli ktoś chce z tego robić cyrk – vide sprawa Alicji Trzydzieści-Tysięcy – to niestety musi się liczyć z krytycznymi i dosadnymi ocenami.

A: Jeśli ktoś chce robić cyrk z czegokolwiek, to niestety musi się liczyć z krytycznymi i dosadnymi ocenami, bez względu na to, czy tym czymkolwiek jest aborcja, czy cokolwiek innego.

B: Znowu się zgadzam. Nuda. A co do piaskownicy – i nawet nie przyczepię się do demonstrowanej przez Ciebie wyniosłości i dystansu – oświeć mnie, w czym niby przelewająca z pustego w próżne Szczuka czy Środa są lepsze od Tuska z Kaczyńskim? Aborcja owszem, jest tematem poważnym – ale debata w tej kwestii wrzała przez całe lata 90te i ja mam juz osobiście dość. Najchętniej zasugerowałbym wszystkim jej uczestnikom wykonanie aborcji poporodowej na sobie samych, ale to zdaje się marzenie ściętej głowy…

A: Już w samej słodkiej obietnicy nie przyczepiania się udało Ci się przyczepić. Doskonały przykład rozdźwięku między słowami a czynami. A Szczuka i Środa nawet jeśli nie są lepsze od Tuska z Kaczyńskim (chociaż tak naprawdę, moja wypowiedź nie ograniczała się do tej dwójki), to nie są też od nich gorsze, a wobec Tuska i Kaczyńskiego mam jednak dużo wyższe oczekiwania, z racji piastowanych przez nich urzędów.

B: Zwrócenie przez Ciebie uwagi na rozdźwięk sugeruje, że słowa nie są jednak równie ważne jak czyny 🙂 Co do Środy i Szczuki: z różnicy w sprawowanych urzędach wynika coś innego – odpowiedzialność. Kaczyńskiego i Tuska rozliczą prędzej czy później wyborcy, a kto rozlicza Sz & Ś z ciągnietych z budżetu pieniędzy? Mają przywileje i żadnego bata nad głową – niespecjalnie zdrowa sytuacja, według mnie. Chcą uczestniczyć w debacie i brać pieniądze podatników, muszą się poddać osądowi ludzi płacacych im te pieniądze. Chyba że, jak to lewica ma w zwyczaju, chcą mieć prawa bez obowiażków.

A: Jakie pieniądze ciągnięte z budżetu? Jakie przywileje? Ale wracając do ustawy antyaborcyjnej – ja też mam dość słuchania o niej, bo pomimo że tyle się o niej mówiło i wciąż się mówi, to nic się nie dzieje. Ani politycy, ani społeczeństwo nie są w stanie dojść do zgodnego stanowiska. Ale czy to oznacza, że mamy przestać próbować?

B: Mówiąc ordynarnie, tak – aktualny kompromis jako-tako działa, podobno liczba nielegalnych aborcji (trochę) spadła. Nakręcanie tej debaty od nowa to temat zastępczy, który silnie polaryzuje opinie – odwracając przy tym uwagę od innych rzeczy, w rodzaju zasyfionej ponad wszelkie wyobrażenie sytuacji gospodarczej.

A: Więc czemu w ogóle na ten temat rozmawiamy, a nie dyskutujemy o obecnej sytuacji gospodarczej?

B: A o tym w następnym odcinku naszego serialu pt. „B próbuje namówić A na pisanie, chce jak najlepiej, idzie mu jak zwykle”. Dobranoc Państwu.

Advertisements

Well fuck me sideways…

September 29, 2009

Pani profesor Kindze Okońskiej dedykuję

Ładnych już parę lat temu, kiedy byłem jeszcze piękny i młody ( i dużo mniej cyniczny niż teraz), pokłóciłem się na lekcji polskiego z naszą polonistką – konkretnie poszło o Byrona. Omawianie “Giaura” miało posmak orki na ugorze i to pod górę, więc z dziką radością zapuszczaliśmy się w boczne uliczki dyskusji. W pewnym momencie zeszło na wątek życia osobistego pana B., w szczególności jego ślubu z nastoletnią kuzynką. Z właściwą licealnej młodzieży pewnością siebie oświadczyłem kategorycznie, że takie pedofilskie zabawy dyskwalifikują tego faceta a jego twórczość czynią mniej wartościowym. Sorka oczywiście się ze mną nie zgodziła i wywiązała się jedna z wymian słownego ping-ponga, dzięki którym dobrze wspominam lekcje polskiego w liceum.

Z wiekiem człowiek obojętnieje na pewne sprawy, więc przestałem zwracać uwagę na życiorysy twórców a własna egzaltacja sprzed paru lat wydawała mi się naiwna. Ze zmienną skutecznością, próbowałem sobie wyhodować mrożkowski półpancerzyk praktyczny i na ogół ten model się sprawdzał – ale festyn plugastwa, który urządzili “ludzie kultury i ludzie sztuki” broniący Romana Polańskiego, po prostu powalił mnie na łopatki.

O zachowaniu tzw. oficjeli pisałem wczoraj, więc nie będę się powtarzał – ale oprócz oficjalnych pasożytów w rodzaju Sikorskiego, Zdrojewskiego i Kaczyńskiego, głos dało tzw. środowisko. Według Wojciecha Pszoniaka, zboczeńcem może być każdy z nas. Zdaniem Daniela Olbrychskiego, to było dawno, a niemożnością wjazdu do Stanów (ergo: odcięciem od Hollywood), Polański odpokutował. Kazimierz Kutz od dawna bredzi tak dokumentnie, że właściwie nie powinna mnie dziwić jego obecność w składzie obrońców reżysera “Chinatown”.

W takim festiwalu pluskania dobiegającym z moralnego rynsztoka rywalizacja o miano najobrzydliwszej wypowiedzi jest naprawdę zacięta, ale Krzysztof Zanussi zdołał wybić się na prowadzenie w sposób naprawdę spektakularny. Zdaniem ikony kina moralnego niepokoju, Los Angeles to miasto grzechu, więc w skorzystaniu z usług nastoletniej prostytutki nie ma nic specjalnego – a Polański znalazł się pod ostrzałem mediów i prokuratury tylko dlatego, że jest sławny. A poza tym Polański jest człowiekiem straumatyzowanym przeżyciami w getcie, więc ma skomplikowane i mroczne życie wewnętrzne: czekałem, szczerze mówiąc, aż ktoś podniesie argument pochodzenia reżysera. Dziwne wręcz, że nikt jeszcze nie oskarżył amerykańskiego sądu o antysemityzm…

Parę rzeczy już w mediach widziałem i słyszałem, włącznie z lepperowskim chichotem o niemożności zgwałcenia prostytutki – ale po obejrzeniu “Kropki nad i” z Zanussim miałem potrzebę się umyć, bo na coś tak odrażającego nie natknąłem się od bardzo dawna. To jest nasza elita kulturalna? Ludzie gotowi usprawiedliwić każdą perwersję – bo to wielki twórca, z tragicznym życiorysem, nie można go przekreślać?

Słychać tu odległe echo argumentów używanych do obrony kapusiów w debacie lustracyjnej, ten sam relatywizm – i paradoksalnie, to dobrze. Lustracja dotyczy spraw, które zdarzyły się dwie, trzy dekady temu – więc wielu ludzi, zwłaszcza młodszych, zbywa to machnięciem ręki: przecież ich to już nie dotyczy. Natomiast dorosły facet ćwiczący rozmaite pozycje z trzynastolatką  to obrazek przemawiajacy chyba do każdego – dzięki temu doskonale widać jaki poziom moralny reprezentują ludzie stręczący nam Traktat Lizboński, unijne przepisy albo głosowanie na jedynie słuszną partię. Mam nadzieję, że wrzawa potrwa jeszcze trochę, tak żeby nawet ogłupiony telenowelami widz TVN dobrze skojarzył, co jest właściwe zdaniem telewizyjnych “autorytetów”.

Nieoceniona w dziedzinie list “Gazeta” podała listę luminarzy kultury, którzy domagają się uwolnienia Polańskiego i wyrażają oburzenie skandalicznym  traktowaniem wybitnego człowieka. Warto przeczytać i zapamiętać te nazwiska – ta wiedza będzie przydatna następnym razem, gdy ktoś z sygnatariuszy będzie nas pouczał podsuniętymi przez PRowca mądrościami odnośnie antysemityzmu, globalnego ocieplenia albo nędzy w Afryce.

Może w którymś momencie wyciągniętych w stronę mówcy środkowych palców będzie wystarczająco dużo. Kto wie? Nadzieja dobra rzecz.

Stół i nożyce

September 28, 2009

Biedny Leszek Miller… Już nawet szkoda mi wypominać jego niegdysiejszy tekst o tym, jak poznać prawdziwego mężczyznę – w końcu ile można kopać leżącego? Wyrzucony na margines polityki, jego partia to jakiś satyryczny plankton, w Łodzi wyborcy pokazali mu ostatnio środkowy palec… Niestety, że o istnieniu tej kreatury pamiętają jeszcze dziennikarze – gdyby nie oni, supersamiec Miller wylądowałby tam, gdzie jego miejsce: na śmietniku historii (daj Boże, z przystankiem w prokuraturze i więzieniu)…

W ostatni piątek połowa mojego ulubionego dziennikarskiego duetu, czyli Igor Zalewski, zaprosiła tę czerwoną skamielinę do swojego programu w TVP Info żeby porozmawiać o jednym z nielicznych dobrych pomysłów Sejmu: penalizacji handlu gadżetami z symboliką komunistyczną. Wolność słowa to oczywiście świetna sprawa, ale – jak dla mnie – ściganie propagatorów hitleryzmu i zostawianie w spokoju apologetów czerwonej gwiazdy to jasny komunikat: brunatny totalitaryzm potępiamy, czerwony już niekoniecznie…

Najlepiej byłoby odpuścić jedno i drugie, ale na rezygnację ze ścigania “faszystów” nie pozwolą ani “bracia starsi”, ani hordy działaczy organizacji w typie “Nigdy więcej” – więc z dwojga złego lepiej już, że będzie jakiś młot na kreatury w rodzaju Łukasza Nowickiego – nie wyskrobanego, niestety, przez swoją mamusię Wandę Nowicką działacza Lewicy Bez Cenzury. Cóż, nikt nigdy nie mógł lewicy zarzucić spójności i konsekwencji – w końcu to czerwoni wymyslili hasło “mądrość etapu”…

W każdym razie Miller, oburzony porównaniem czerwonej gwiazdy na koszulce do dresu ze swastyką, wyszedł ze studia, demonstrując pozę urażonej godności (jakby człowiek tego pokroju miał jakąkolwiek godność). Ciekawe czemu? Przestraszył się, że nie da się już uczcić 22 lipca ? Ktoś  mu utrudni, gdy razem z Cimoszewiczem bedą pić w knajpie “Wołodia”, czy jak tam się ich speluna w Białymstoku nazywa? Następny kretyn oskarżający żołnierzy WiN o rozpętanie wojny domowej nie wywinie się od wizyty w prokuraturze?

Nie wiem  – zbyt wiele razy już się rozczarowałem licząc na to, że ktoś się dobierze do czerwonych pijawek. Ale byłoby miło, gdyby relikty minonego systemu, których miejsce jest pod ścianą albo na szubienicy, zaczęły się czuć troszkę mniej komfortowo. Od czegoś trzeba zacząć.

Groźne kiwanie palcem w bucie

September 28, 2009

Jak powszechnie wiadomo wszystkim Gotom, od czasu obalenia potwornego kaczystowskiego reżimu jesienią 2007 Polska jest rządzona przez ludzi fachowych i kompetentnych. Jednym z filarów tego zbawczego dla Polski gabinetu, zmuszonego toczyć heroiczną walkę z sabotażystą z Pałacu Prezydenckiego, jest Radosław Sikorski. Wspaniały ów polityk miał w życiu paru mentorów – według zawistnych głosów, bywali tam też oficerowie prowadzący – a jeden z najważniejszych autorytetów RadSika to Władysław Bartoszewski, alias “Profesor”. Mędrzec ów sędziwy sformułował kiedyś koncepcję Polski jako panny niezbyt atrakcyjnej i mało posażnej (co skutkować miało wymogiem bycia miłą) i RadSik wziął sobie te słowa do serca, posłusznie pilnując, żeby Polska nie wyskakiwała przed szereg i nie traciła żadnej okazji aby siedzieć cicho.

Cóż jednak robić, gdy człowiek od maleńkości miał ambicje, a tu wypada jeno rola statysty, bo faktycznie decyzje podejmuje zupełnie kto inny i szef naszego MSZ może tylko reagować na okoliczności? Trzeba szukać okazji do wykazania się, które ześle los – i traf chciał, że w minony weekend Romana Polańskiego dopadły jego “ghosts of Christmas past” w osobie amerykańskiego listu gończego. Od czasu okoliczności, którą Polański miał z Samanthą Geimer, twórca Chinatown nie może wjechać do Stanów z uwagi na ryzyko natychmiastowego aresztowania i w ciągu minionych trzech dekad bardzo uważnie omijał kraje mające z USA umowy ekstradycyjne – ale cóż, starość nie radość, wzrok już nie ten, i powiązania szwajcarsko-amerykańskie jakoś mu umknęły…

Wersji zdarzeń, które doprowadziły do postawienia Polańskiemu zarzutów przed amerykańskim sądem jest tyle, co wypowiadających się na ten temat osób, więc nie zamierzam powiększać kakofonii i autorytatywnie mówić, czy reżyser jest pedofilem czy nie – natomiast ciekawe jest zachowanie polskiego MSZ. Ta sama instytucja, która w ramach oszczędności zamyka ambasady a z uwagi na prawne niechlujstwo nie jest w stanie doprowadzić do ekstradycji Edwarda Mazura (że o sprawie Piotra Stańczaka nie wspomnę) – nagle, w przeciągu dwudziestu czterech godzin, koordynuje wysiłki z francuskim MSZ. Nieoczekiwany przypływ kompetencji?

Takie złudzenia można mieć do czasu zapoznania się z wypowiedziami wiceministra Najdera – tak żałosnego spektaklu nie widziałem od dawna, a częsta lektura wiadomości upewnia mnie, że konkurencja jest silna. Nota do Amerykanów “musi być pod względem formalnym bezbłędna, aby pierwsze tego rodzaju wystąpienie było wystąpieniem przekonującym i nie wymagającym ewentualnych uzupełnień, ponieważ jest to sytuacja wyjątkowo trudna” – pytanie za milion dolarów, co jest takiego specjalnego w Polańskim, że dwa rządy będą interweniować w jego sprawie? Czyżby masowe (w Polsce) poparcie tych co zwykle “autorytetów”: Andrzeja Wajdy, Janusza Morgernsterna, Feliksa Falka, Jacka Bromskiego, Izabelli Cywińskiej, Janusza Głowackiego, Andrzeja Jakimowskiego, Krystyny Morgenstern, Agnieszki Odorowicz, Jerzego Skolimowskiego, Macieja Strzembosza, Małgorzaty Szumowskiej, Krystyny Zachwatowicz?

Pan wiceminister nie jest kompletnym nieukiem – wie, że “instytucją de facto władną podjąć jakąkolwiek decyzję formalno-prawną są władze stanowe stanu Kalifornia i pan gubernator Arnold Schwarzenegger” – skoro tak, po co list do Hillary Clinton? Ta zagadka wyjaśnia się w następnym zdaniu: ten list to “wyrażenie pewnego stanowiska, pewnego zdania, pewnego oczekiwania, natomiast wszystkie kwestie formalne są w rękach prawników“. W tłumaczeniu na polski: nic nie możemy, Amerykanie przypuszczalnie i tak to oleją, ale przynajmniej wykażemy się obroną wielkiego człowieka.

Proszę mnie źle nie zrozumieć: ja naprawdę lubię filmy Polańskiego i uważam go za twórcę wybitnego, choć nie dla każdego. Ale dlaczego finansowany przez polskiego podatnika MSZ ma się wtrącać w sprawę karną między kalifornijskim sądem a podejrzanym, który jak do tej pory dość skutecznie potrafił zadbać sam o siebie?

To już nie błąd, to już zaleta,
Bo pan poeta! Pan poeta!
Bo pan artysta! Bo artyście
Wolno tym kurrrkiem być na dachu!

Nie mógł, Słonimski, rzeczywiście,
Lepszego sobie dobrać fachu

napisał o swoim byłym przyjacielu wielki “Polak ochotniczy” – Marian Hemar. Minęło tyle lat, zmieniają się twarze, daty, miejsca – ale opisana przez niego mentalność dalej ma się świetnie. Niestety.

Wielki Brat na odwal się

September 25, 2009

Jak przystało na kraj, w którym reaktywowano Wielkiego Brata jako telewizyjny show a donosy jako patriotyczny nieomal obowiązek, Holandia (a konkretnie rząd i stosowne służby) przywiązuje sporą wagę do tego, żeby wiedzieć co w trawie piszczy. W końcu policja nie może być wszędzie (bo jeszcze jakiś bandzior uznałby to za inwazję na jego prywatność albo inne profilowanie etniczne), ale od czego są telefony? Jeśli za twoim oknem właśnie podrzynają komuś gardło, możesz zadzwonić na policję i anonimowo ją o tym powiadomić. To znaczy – w teorii.

Co do praktyki, to przekonała się o niej w zeszłą środę pewna mieszkanka Rotterdamu, która zadzwoniła na policję informując o zadźganym w pobliżu człowieku. Tak się nieszczęśliwie dla czujnej obywatelki złożyło, że jej telefon był w tym czasie na podsłuchu (w związku z inną sprawą była uważana za ważnego świadka – holenderskie służby lubią ten sport). Procedury zadziałały i w aktach sprawy znalazły się personalia informatorki: ponieważ Holandia to państwo prawa, wymachujący nożem sprawca wie teraz bardzo dokładnie kto poinformował gliniarzy o jego wyczynach. Według szefa infolinii Guusa Wesselinka, kobieta nie sypia od czasu ujawnienia jej danych najlepiej – a na jej błogosławiony stan taki stres nie robi najlepiej.

Oczywiście stosowne służby wyraziły ubolewanie, obiecując poprawę i bardziej ścisłą kontrolę w przyszłości – ale ponieważ o sprawie napisał Spits, wieść poszła w lud. Na miejscu policji, w przewidywalnej przyszłości nie liczyłbym na przesadnie intensywną współpracę obywateli z organami ścigania. Bezmyślne procedury i niechlujstwo – takie incydenty to nie kryzys, to rezultat.

Polewka na gęsto

September 25, 2009

Prawi i Sprawiedliwi biorą się – który to już raz? – za poprawę wizerunku. Jak głosi starorzymska mądrość, na pochyłe drzewo i Salomon nie naleje: mając do dyspozycji takie tuzy jak Karski i Suski, Wielki Strateg ma raczej umiarkowane szanse na przekonanie do siebie kogokolwiek spoza kręgu fanatyków wierzących w prawicowość (ha!), antykomunizm (haha!) czy nieomylność strategii Prezesa (hahaha!). Już pomijam fakt, że – oprócz straszących w mediach gadających głów – nic tak nie szkodzi PiSowi jak permanentne miotanie się od nowoczesności, poprzez obronę status quo, po odwrót w stronę tradycji. Czasy tryumfów tej partii to marsz po władzę z jasno zdefiniowanym hasłami, nie rozmytymi jeszcze koalicją z Lepperem czy sojuszem z Kwiatkowskim na rzecz “odzyskania” telewizji publicznej – czy ktoś jeszcze pamięta 2005 (poza umysłowymi odpadami krzyczącymi o kaczyzmie i Barbarze-“santo subito-Blidzie – dla tych ludzi czas stanął gdzieś w 2006)…

Ale ja tu o sprawach dawno minionych, a Prawi i Sprawiedliwi szturmują internet – albo uznają omylność Prezesa, albo masowo zaczęli żłopać piwo i oglądać filmiki. Nauczyli się korzystać z Twittera (choć dziwnym trafem, po zakończeniu kampanii do europarlamentu, aktywność zamarła), teraz będzie można – po kliknięciu na ikonkę – zostać licencjonowanym sympatykiem PiS, uczestniczyć w happeningach (konferencje prasowe Suskiego i Brudzińskiego też się liczą? bo jeśli tak, ja reflektuję) i nosić partyjny znaczek!

Trzeba podobno wrócić do walki o uczciwą Polskę – to niewątpliwie świetny pomysł, zwłaszcza w konkteście współdziałania PiS z SLD i ludźmi w rodzaju Brunatnego Roberta, tego samego, który (w konteście afery Rywina, na pokłosiu której PiS wyjechał do władzy) robił jeszcze niedawno za Wujka Samo Zło. I nawet przyklasnąłbym tej koncepcji, ale popatrzyłem na hasło promujące: Join to PiS. Ja rozumiem, że Bierni-Mierni-ale-Wierni nie są tytanami intelektu – ale czy naprawdę nie ostał się na wierchuszce nikt znający angielski w stopniu chociaż przeciętnym? Przecież zdanie z trzema słowami i jednym błędem to propagandowy samograj i miłośnicy penisów i muszek naprawdę nie będą się musieli specjalnie wysilać…

Ale cóż, mamy wolność słowa i każdy może robić z siebie idiotę na dowolnie wybrany sposób.

Kwoczy sejmik w amoku

September 23, 2009

Jak donoszą dzisiejsze gazety, epopeja o matczynych uczuciach Alicji Tysiąc weszła na kolejny etap – sądowego dowodzenia “mojszości” własnej racji. Dla przypomnienia: pani T. zaszła w ciążę, którą chciała usunąć z uwagi na grożącą jej utratę wzroku. Zabiegu jej odmówiono, dziecko urodziła, wzrok jej się pogorszył – po czym zaskarżyła (skutecznie) państwo polskie w Strasburgu. Sprawa jak sprawa, ale widocznie dodatkowe koszta poniesione przez kochającą matkę – w związku z nadprogramową gębą do wykarmienia – są strasznie wysokie, bo pani T. postanowiła bronić swojej sfatygowanej cokolwiek czci zaskarżając “Gościa niedzielnego” za poświęconą kochającej matce serię artykułów.Wygrała, sąd przyznał jej 30 tysięcy odszkodowania – co zdaje się przewyższa becikowe, więc jakaś korzyść jest.

No i to jest moment, kiedy w całej ponuro groteskowej sprawie zrobiło się naprawdę wesoło. Na początek, pani Tysiąc poczuła się urażona sformułowaniem, że chciała zabić swoje dziecko: przecież jest kochającą matką, jak można jej zarzucać coś takiego? Nie jestem lekarzem, ale na ile rozumiem  temat, procedura aborcji skutkuje ustaniem czynności życiowych u lokatora brzucha pacjentki – chyba, że jak ma to w zwyczaju lewica, nie uznajemy dziecka przed urodzeniem za człowieka – albo patrząc na rzecz dialektycznie, nieistnienie jest wyższą formą istnienia…

Po chodzącej reklamie salonu sado-maso dla seniorów, takiej jak posłanka Senyszyn, można się spodziewać praktycznie wszystkiego: w końcu jest profesorem doktorem habilitowanym ekonomii, a skutki działalności adeptów tej wspaniałej dziedziny wiedzy oglądać możemy codziennie na stronach poświęconych gospodarce w prasie codziennej.

Jeśli chodzi o lewacki bełkot na ważne tematy (w rodzaju przytoczonego powyżej), nikt nie przebije przewodniczącej Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Wandy Nowickiej. Typowa przedstawicielka tego środowiska – która niestety sama nie poddała się aborcji i wydała na świat swojego synalka Łukasza z LBC – powiedziała że “mowa nienawiści nie jest tolerowana w Polsce” i dzięki temu wyrokowi wiadomo już, że nie można “bezkarnie poniżać i obrażać w imię jakiejkolwiek ideologii“. Ciekawe, czy czytała kiedyś produkcje wydzielane przez owoc jej łona – choć lewaczka, chyba umie czytać?

Chociaż zasadniczo lewica jest za monopolami i krytykuje wolnorynkową konkurencję, w jednym kontekście robią wyjątek: ścigania się kto wypowie do kamery większą ilość bzdur w przeciągu minuty – więc choć Nowicka dzierży palmę pierwszeństwa, za plecami słychać już dyszenie spod zwałów tłuszczu na obliczu Magdaleny Środy: osoby będącej chodzącym dowodem, że absolutnie każde zero może otrzymać tytuł profesora. Z jednej strony ogłosiła, że “są granice, których przekraczać nie wolno” (czy ja już gdzieś tego tekstu nie słyszałem?), by potem ucieszyć się z nauczki, którą dostały “pisma mieniące się katolickimi“. Ciekawe, że taka zamordystka popierająca reglamentację wolności słowa robi za etyka… No ale cóż, są różne rodzaje etyki.

Jak zawsze przy takich okazjach, ze swoich nor wylazło też rozmaite towarzystwo spod znaku “Faktów i mitów” – tym razem w osobie przedstawicielki partii “Racja”. Każdy ma takiego Katona Starszego, na jakiego zasługuje: rzymski klasyk akcentował przy każdej sposobności konieczność unicestwienia Kartaginy, a pani Teresa Jakubowska odświeżyła dwa lewicowe dogmaty. Po pierwsze primo, polski episkopat jest fundamentalistyczny (jaja sobie kobiecina robi – Życiński? Pieronek? Gocłowski? fundamentaliści? zajrzyj babo do słownika wyrazów obcych).

Po drugie primo– słuszne jest to, co uważa większość: “Wielu europejczyków i europejek wspiera Alicję Tysiąc. Katolicy lewicowi wspierają Alicję Tysiąc, stowarzyszenia katolickie z Europy też ją wspierają. Uważają oni, że aborcja powinna być legalna“, wreszcie po trzecie primo – ultimo! – “W Polsce katolicy trzymani są w niewiedzy. Są poważne zarzuty pod adresem Jana Pawła II, np. prezerwatywy” … No i teraz pytanie za milion dolarów? Co ma Jan Paweł II do rzeczy? Pani Tysiąc na mohera nie wygląda, co ją obchodzi zdanie Kościoła? Każdego, kto nie pomyślał o antykoncepcji, będziemy usprawiedliwiać – zwalając winę na JPII?

Nuda, Banachewicz, może w tym momencie powiedzieć uważny czytelnik gazet – przecież te nieszczęsne kobiety powtarzają w kółko jedną i tę samą śpiewkę… Nie wstyd ci nabijać się z ludzi ociężałych umysłowo? Jak się tak zastanowić, to właściwie jest prawda: ale w dzisiejszej odsłonie debaty okołoaborcyjnej jest powiew świeżości: uzasadnienie wyroku podane przez sędzinę Ewę Solecką. Zdaniem pani S. twierdzenie jakoby wygrana w Strasburgu oznaczała odszkodowanie za niemożność dokonania aborcji to nieprawda i wprowadzanie czytelnika w błąd.

Tu dygresja: w klasycznej logice z fałszu może wynikać absolutnie wszystko – więc choć humanistka z wykształcenia, pani sędzina ewidetnie stosuje taką sztuczkę. Po ewidentnie bzdurnym założeniu można powiedzieć wszystko i wywód pozostanie prawdziwy. Cóż mamy dalej? Katolicy mają prawo wyrażać swoją dezaprobatę moralną wobec aborcji, ale – uwaga! – tylko w sensie ogólnym, a nie w odniesieniu do konkretnej osoby. Jaki piękny przykład katolickiej etyki w działaniu: potępiać czyn, ale nie człowieka – nawet, jeśli zdeterminowany człowiek prący do ww. czynu opowiada o tym na prawo i lewo: w sądach, w gazetach, w telewizji… Wyrocznia z katowickiego sądu miała też coś do powiedzenia na temat języka używanego w debacie publicznej:  w “GN” używano sformułowań napastliwych, obraźliwych a czasem “szczególnie pogardliwych”… Czekam z utęsknieniem na nawiązujące do tego wyroku orzeczenia w sprawach, gdy ktoś poczuje się urażony krucyfiksem wrzuconym do słoika z moczem albo flagą Polski wsadzoną w psią kupę. I chyba sobie jeszcze poczekam.

Ponieważ z polskim wymiarem sprawiedliwości nie ma żartów – zwłaszcza od czasu, gdy dostał do rąk nową zabawkę w postaci Europejskiego Nakazu Aresztowania – to dostosuję się do stylistyki narzuconej przez panią Ewę Solecką i powiem tak: za każdym razem, gdy myślę, że polski wymiar sprawiedliwości osiągnął już absolutne wyżyny bezmyślności, pojawia się jakiś kretyn lub kretynka w todze i dowodzi, jak bardzo się pomyliłem.

W sensie ogólnym, oczywiście.

Skok na kasę

September 22, 2009

Jak wiadomo wszystkim Gotom, Polska jest wyspą pomyślności i spokoju w oceanie szalejącego na świecie kryzysu – jedyna płaszczyzna ekonomicznego sporu między głównymi partiami to kwestia tego jak bardzo należy powiększyć deficyt (o spłacaniu zaciągniętego u przyszłych pokoleń długu nikt nie myśli, ale czego spodziewać po ludziach, dla których pomysły Keynesa to Ewangelia?)…

Niestety są miejsca na świecie, gdzie sytuacja nie wygląda tak różowo: na przykład (coraz mniej przez Polaków kochane) Stany Zjednoczone Tego i Owego. Jak w każdym kraju o ambicjach mocarstwowych, także i w USA wszystko musi być największe – niestety w ostatnich miesiącach jedyne, w czym Amerykanie biją rekordy, to wielkość zadłużenia… Jeszcze paręnaście lat temu liczby typu trylion widywało się w publikacjach dotyczących fizyki cząstek elementarnych a nie w debacie budżetowej, ale coż: czasy się zmieniają i nikt nie może zabronić amerykańskiemu rządowi walki z kryzysem przy pomocy prasy drukarskiej wypluwającej gargantuiczne ilości coraz mniej wartych pieniędzy na rynek. Należy tu docenić wkład Amerykanów w rozwój języka: lingwistyczno-koncepcyjny potworek “too big to fail” przyjął się znakomicie na całym świecie jeśli chodzi o przedsiębiorstwa, którym rząd podaje pomocną dłoń za pieniądze podatników.

I wszyscy są zadowoleni: rząd pokazuje, że walczy z krzysem, obywateli uspokaja propaganda, a pijawki z Wall Street uśmiechają się opowiadając o końcu kryzysu. Z jakiegoś powodu ciemnota zasiadająca w mediach nazywa szefów uratowanych banków “kapitalistami” – choć Bóg mi świadkiem, mentalność “zyski bierzemy my, straty pokrywa podatnik” z wolnym rynkiem nie ma zbyt wiele wspólnego…

Ale jak to powiedział klasyk Broadwayu Al Jolson, “you ain’t seen nothing yet”…

http://www.nytimes.com/2009/09/22/business/22bailout.html?_r=2

Może jestem tylko prostym statystykiem, ale na mój rozum mechanizm wygląda tak: 1. banki utopiły mnóstwo kasy na spekulacji 2. kilka padło, resztę zasilił funduszami rząd 3. rząd kontynuuje zabawę w ratowanie banków, ale kończy mu się kasa 4. uratowane w kroku 2. banki pożyczą rządowi ww. kasę, oczywiście na wyższy procent (w końcu kapitalizm to prawo do zarabiania, prawda?)…

Istnieje takie pojęcie jak chorobliwa fascynacja – może dotyczyć dennego filmu (a’la dzieła Eda Wooda), dziewczyny ubranej jak mokry sen Michała Piróga albo budynku, którego architekt zażył LSD przed przystąpieniem do projektowania… Albo, jak w opisanym powyżej przypadku, kradzieży tak zuchwałej, że doświadczając jej można się tylko gapić w osłupieniu. W porównaniu z grubymi rybami z Wall Street, rosyjscy oligarchowie – uchodzący za symbol grabieży w ramach prawa – to banda żałosnych amatorów.

Temida w burce

September 21, 2009

Przez ostatnich parę lat bastionem lewackiego zidiocenia była w Europie Wielka Brytania. Wprawdzie inne kraje nieśmiało próbowały konkurować (na przykład Hiszpania pod rządami Jasia “Zapatero” Fasoli), ale palma pierwszeństwa bezapelacyjnie należała do ojczyzny Beatlesów – w końcu nigdzie indziej, w trosce o ciapiatych, nie przemianowano obchodów Bożego Narodzenia na “Winter Festival of Light”. Zaskakujące, że nawet Francuzi przejawiali więcej rozsądku…

Bardzo mnie zastanawiało, co na takie dictum Holandia? W końcu ten kraj promował się od lat sześćdziesiątych na oazę tolerancji, wolnej miłości i w ogóle – jedyne miasto, gdzie trzymając w garści zapalonego jointa można zapytać policjanta o drogę do przybytku uciech. W ciągu ostatniego roku pojawiały się nieśmiałe oznaki odwrotu od oszalałego liberalizmu (tak jak się go postrzega poza Holandią): zredukowano ilość coffee shopów przy granicy, w samym Amsterdamie spadła liczba witryn z “panienkami z okienka”…

Ale to były, proszę państwa, tak zwane pozory: holenderski rząd postanowił się przyjrzeć prawnym aspektom pójścia w ślady Wielkiej (już tylko z nazwy) Brytanii i bada, czy można dopuścić stosowanie szariatu w pewnych dziedzinach, takich jak śluby, rozwody czy dziedziczenie. Minister sprawiedliwości Ballin zawiadomił parlamentarzystów, że podstawowym obowiązkiem rządu jest troska o zapobieżenie sytuacji, gdy ludzie biorą prawo w swoje ręce i w społeczeństwie rozwija się równoległa struktura. Typowa czerwona logika: ogłaszamy troskę o szczytne wartości, a de facto robimy kompletnie coś innego – bo jak inaczej określić sytuację, gdy świecki rząd kapituluje przed pomysłami chędożących kozy fanatyków w turbanach?

W myśl staropolskiej zasady “wróg mojego wroga moim sojusznikiem”, muszę tu wspomnieć o socjalistycznych deputowanych w parlamencie, którzy w zdecydowanej większości sprzeciwiają się temu pomysłowi (badanemu przez, de nomine przynajmniej, chadecki rząd). Jak na czerwonych przystało, wszystko kojarzy im się z seksem: główny zarzut to przymus spełniania obowiązku małżeńskiego i możliwość poligamii – ale z braku poważnego oporu, dobre i to.

Jak to się już nie raz zdarzyło, także i tu pojawiają się pożyteczni idioci, będący duchowymi spadkobiercami Radia Erewań: zdaniem profesora Bergera z uniwersytetu w Leiden, możliwy jest kompromis (swoją drogą to słowo jest jakimś fetyszem dla lewactwa) – a precedens już jest, w postaci ortodoksyjnego judaizmu (oj, zaśmierdziało antysemityzmem) i protestantyzmu, gdzie kobiety zgadzają się na podrzędną rolę w małżeństwie. Nie wspominając oczywiście o tych okropnych obskuranckich katolikach, którzy nie uznają rozwodów…

Mnóstwo ludzi w polskiej polityce zrobiło sobie sztandar z hasła integracji z Europą (zupełnie jakby Polska leżała w Azji Mniejszej) – a że umieją to nieźle opakować marketingowo, część daje się na to nabrać. Gdyby ktoś jednak miał wątpliwości, warto przyjrzeć się Europie Zachodniej: do tego mniej więcej zmierzamy. Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej nie rozumiem:  i do czego się tak spieszyć?

Koniec żartów?

September 18, 2009

Przez ładnych parę dekad Holendrzy importowali sobie tanią siłę roboczą skąd popadło, ze wskazaniem na ciapiatych wyznawców Proroka. Do pewnego momentu nawet się to sprawdzało, ale niestety dla gospodarzy – podobnie jak było z Turkami w Niemczech – w pewnym momencie import rozejrzał się wokół i stwierdził, że otaczający ich system da się świetnie wykorzystać, na przykład ściągając krewnych i znajomych Królika z paragrafu o łączeniu rodzin. Ponieważ druga fala importu nie była przesadnie zmotywowana do pracy, w Krainie Wiatraków zaczęli się lęgnąć islamiści wrzeszczący o niewiernych psach i tak dalej.

I zaczęło się robić niewesoło. Pierwszym człowiekiem mówiącym o tym głośno był Pim Fortuyn – podzielił los wielu prekursorów. Potem reżyser Theo van Gogh – ofiara ciężkiej ołowicy płuc, spowodowanej wycelowanym w niego gniewem marki HS2000. Aktualnie mamy do czynienia z odsłoną trzecią pod hasłem Geert Wilders (tym razem chyba wyciągnięto wnioski z przeszłości, bo facet ma 24-godzinną ochronę policji). Szefujący partii PVV Wilders oscyluje w sondażach w okolicach 43% i rządząca CDA czuje na karku jego ciepły oddech – a nasz bohater nie odpuszcza żadnej okazji, żeby wykrzyczeć głośno to, co bardzo wielu Holendrów myśli po cichu… Przy okazji takich występów w parlamencie, sondaże maszerują dziarsko w górę z regularnością godną podziwu.

Położenie rządu nie jest przesadnie korzystne: odmawiając postulatom Wildersa racji bytu, ignorują część elektoratu podzielającą jego ciepłe uczucia do islamu; popierajac – podkładają się lewicy, która oczywiście nie mówi o PVV inaczej niż per “faszyści”…  Przez jakiś czas rząd próbował unikać tematu, ale na dłuższą metę chyba zmienili zdanie – w każdym razie takie wnioski można wyciągnąć z ostatnich wypowiedzi ministra ds integracji Eberharda van der Laana.

Poszło o małżeństwa. W swoim lipcowym występie w Tweede Kamer, przedstawiciel PVV wygłosił długą listę plag, które ściągają na Holandię emigranci, i znalazły się tam też koszta opieki zdrowotnej wynikające z faktu, że wśród ciapiatych popularny jest chów wsobny: śluby między kuzynostwem pierwszego stopnia to, według gazety Trouw, 25% małżeństw wśród marokańskiej i tureckiej mniejszości w Rotterdamie.  Cóż na to premier Balkenende?

Ni mniej ni więcej, zapowiedział w niższej izbie parlamentu wprowadzenie zakazu ślubów między blisko spokrewnionymi obywatelami Holandii, jak również mieszanych małżeństw holendersko-cudzoziemskich. Autochtoni są znani z paru rzeczy, ale masowo kazirodztwo się do nich nie zalicza – no ale tego oczywiście powiedzieć otwartym tekstem nie można, bo lewacy o spienionych mózgach ściągną smutnemu okularnikowi J.P.B. spodnie przez głowę… Na dodatek kursy integracyjne kończyć się będą egzaminami!

Nie jestem ani ciapiaty, ani żonaty z zaimportowaną kuzynką, więc sprawę obserwuję z pewnego dystansu – choć ciekawi mnie,  z której strony przyjdzie kontratak (bo że przyjdzie, to więcej niż pewno). A jeszcze bardziej interesująca byłaby odpowiedź na pytanie, czy nie jest już za późno na powstrzymanie rozrostu turbaniastej rekonkwisty.

Ale to wie tylko dobry Pan Bóg – i może jeszcze służby specjalne.